poniedziałek, 28 września 2009

Różne takie tam...

Hmmm... Od czego by tu zacząć...
Może od wyróżnień :-)
Otóż dostałam "Wyróżnienie wrzosowe za kreatywność" od Reni i od Laury .
Bardzo mnie zaskoczyły!
Zwłaszcza, że do kreatywności to u mnie daleka ostatnio droga ;-)
Zgodnie ze zwyczajem przekazuję wyróżnienie kolejnym osobom.
Tym razem wyróżnię tylko trzy osoby.
Renulka: za to, że zmusza nas do działania na niwie frywolnej (no i za to, że wróciła :-)))
Kasandrę: za jej piękne szycie, które mnie inspiruje (czyt: zrzynam na bezczela!)
Lilkę: za jej hafty na pudełka i pudełka na hafty

No i drugie wyróżnienie "Kreatywne kobiety" od Kassandry!

I tu mam już wytypowane Panie do odbioru:
Krzysię: za całokształt, a ostatnio za pudełka, które mnie oczarowały do bólu!
Jednoskrzydłą: za Drzewo Sekretów i cuda decupażowe
MKatarynce: za niedościgłość w szyciu!

To teraz o mnie będzie! A jak! Się trza polansować!
No więc zaczynam rysem historycznym. Znaczy od czwartku ;-)
Pojechałam do Lidla. Była wówczas do kupienia maszyna do szycia. Za złotych polskich 299,-
Jak wcześniej niejednokrotnie pisałam nie mam maszyny. Tzn mam, ale zepsutą. Popsuła się dość spektakularnie, a mianowicie naprężacz nici (taki naciskany od góry) strzelił w sufit z hukiem jak pocisk! Dobrze, że nikt akurat nie stał w polu rażenia, bo oko by wytłukło jak ta lala!
Więc, jak zobaczyłam taką nowiutką maszynę (tym bardziej, że ostatnia na półce stała), to czym prędzej złapałam ją do kosza i zaczęłam studiować instrukcję obsługi.
Z każdym przeczytanym słowem moje pożądanie rosło i rosło...
Ale zdrowy rozsądek jednak też miewam, więc postanowiłam skonsultować sens zakupu maszyny z mężem. Moim oczywiście!
Zadzwoniłam do rzeczonego i powiedziałam:
-Wiesz co? Jestem w Lidlu i są maszyny do szycia i tak się zastanawiam... - w tym momencie usłyszałam, że mauż się śmieje.
-No co się śmiejesz?
-A bo ja miałem ci kupić maszynę na rocznicę ślubu!
-Tą z Lidla??
-Niekoniecznie, ale może być i ta z Lidla, jak ci pasuje.
No to jak tak, to super! Ale nie pognałam z nią do kasy. O nie! Z pomocą Ani wydłubałam ją z pudła i rozstawiłam się na środku mało uczęszczanej alejki.
-No to pokaż mi kochana, co ty tam w sobie masz - mruknęłam do urządzenia.
-Lekka jesteś jak piórko... Fajnie. Ale znaczy, że ty jesteś plastik-fantastik. Ile masz gwarancji laleczko? Hmmmm... 3 lata... Nieźle, nieźle... A gdzie twój lekarz pierwszego kontaktu, jak mi padniesz, ma przychodnię? Tjaaaa... telefon komórkowy. Ciekawostka. No i ta notka pod spodem: w razie pytań i problemów kontaktować się:... i tu adres i telefon w Niemczech...
A pokaż na jakich ty igiełkach lecisz księżniczko. Uuuuu! Okrągłe! A ja mam setki półpłaskich. No i stopki masz zgoła inne niż te, którymi ja dysponuję (i nie chodziło mi o moje osobiste biegusy!). Sorry baby! Ale nie w moim typie jesteś!
Spakowałam maszynę i odstawiłam na półkę.
Czy muszę dodawać, że ludzie mijali mnie szerokim łukiem a na ich twarzach malował się szok? Baba na środku Lidla gada do urządzenia...
Nic to!
Skoro miałam już pozwoleństwo, ba! prawie nakaz na maszynę, zaczęłam szukać czegoś w typie tamtej niemieckiej zabawki, ale bardziej pasującej do naszego polskiego klimatu. I znalazłam!
A jakże!
Oto ona! W całej okazałości: Zofia de domo Łucznik!
Uczciwa Polka na metalowych podzespołach:

Pierwszego dnia siedziałam przy niej i szyłam tak se dla sportu trenując ściegi. I przeżyłam chwilę załamania, bo... ścieg do aplikacji się pruł... Może lepiej przemilczę czemu (ten wstydniś z gg).
Następnego dnia przystąpiłam do szycia maszynowego po wielu latach przerwy. Co wyszło?
To ja na wszelki wypadek napiszę, bo trudno się domyślić :-D
Proszę Państwa! Oto misie!
Misie raczej nie udały mi się ;-D
Jak widać niebieski cierpi na dysplazję lewego stawu biodrowego. A różowy nie tylko przez kolor jest dziewczynką... ;-)
Ale co tam! Ani się podobają!
Aha! Złote myśli mojego dziecka młodszego czasem mnie powalają (i nie tylko mnie).
Kilka dni temu:
-Mamo wiesz? Kobieta zdecydowanie mniej je w towarzystwie faceta.
-Yyyy?? Skąd ty to wiesz?
-To wykazały najnowsze badania psychologiczne.
-A dlaczego tak jest?
-Może dlatego, żeby się pokazać z lepszej strony, że się o siebie dba, żeby nie utyć?

I druga kwestia wygłoszona już przy świadkach.
Byłam w sobotę u koleżanki. Oblewać jej krzaczki (znaczy w sensie ogródek założyła ;-))
Dzieci (znaczy część dzieci) poszła m.in. na lody. Zabierając ze sobą Anię.
Zostałam zapytana czy Ania może jeść lody. Więc powiedziałam, ze tak, ale jedna kulka w zupełności jej wystarczy.
Na co moje dziecię obwieściło:
-Lody są zdrowe!
No taaak! Wszyscy ryknęli śmiechem.
-A na co? - zapytałam czujnie
-Na zęby!!
-No to tobie jedna kulka wystarczy! Póki co masz tylko cztery stałe! (późno jej wyrosły to i późno gubi)
Tjaaa! Pamiętajcie! Zamiast mycia zębów - codziennie lody! Dużo!!
Zęby będziecie jak lodowiec - zimne i od czasu do czasu kawałek odpadnie ;-)
A skoro przy temacie lodów jesteśmy - ze zmarzliną nasuwa się myśl o słotach jesiennych i zimowych.
Żeby jakoś je sobie ubarwić, zrobiłam wczoraj kilka takich stroików, czy raczej straszydeł z zielsk wszelakich, cierpliwie gromadzonych i suszonych przez całe lato.

A po za tym biorę udział w zabawie na blogu, u wspomnianego wyżej w wyróżnieniach Renulka.
Zabawa polega na wspólnym robieniu serwetki frywolitkowej. Nie wiemy, kiedy będzie koniec, jak duża będzie serwetka i co Renulek jeszcze wymyśli. A że kreatywna jest, to nie wątpię, że tych odcinków jeszcze trochę będzie ;-)
Zaczęłam dziergać w czwartek wieczorem, ale z powodu "Zośki" i innych tam atrakcji nie miałam czasu przysiąść na chwilkę do frywolności. Dziś na szczęście była Rada Pedagogiczna, więc goniłam dziewczyny ;-). Jutro ma być ciąg dalszy (schematu serwetki, nie rady!).
Tyle mam:

Kordonek: AIDA Multicolor nr 1112. Nie jest źle, bo na początku rady miałam tylko środek i jedną koniczynkę ;-). Przesympatycznie dzierga się tę serweteczkę :-)

wtorek, 22 września 2009

Rybka lubi pływać na makaronie

Rok szkolny zaczął się już dawno temu. Po wakacjach ani śladu. Zaczęła się zwykła rutyna dnia codziennego: dom, praca, dom, praca... I tak do znudzenia.
Obie moje panny gładko weszły w obowiązki szkolne.
Aś w piątki ma praktyki zawodowe w wydawnictwie Bauer i bardzo sobie chwali. Zarówno praktyki jak i to, że dzięki temu w piątki nie ma lekcji ;-)

Natomiast Ania...
Kilka dni temu dumna i blada podsunęła mi pod nos dzienniczek do podpisania z piątką z muzyki.
-Wiesz mamusiu? Sama śpiewałam! Zupełnie bez melodii!!
Tjaaaa...

W piątek miała pierwsze zajęcia na basenie. Wróciła zachwycona!
-Mamusiu! Pływałam na makaronie!! A potem byliśmy w jacuzzi! A woda mi sięgała dotąd - i tu machnięcie dłonią przy szyi.
-I nie bałaś się?
-Nieee...! Coś ty! Przecież tam byli ratownicy!
Tak więc basen przypadł dziecku do gustu.
Obawiałam się o włosy, ale na szczęście mimo, że Ania dysponuje najdłuższym owłosem, to jednak miała je najsuchsze po wyjściu z wody.
Powód - dobry czepek ;-DD
Musiałam jeszcze tylko dokupić okularki do pływania, bo narzekała, że ją oczy piekły po wyjściu z wody.

Panna Anna ma w tym roku szkolnym przerost ambicji nad wolnym czasem. Zapisała się hurtem na kółka zainteresowań:
-matematyczne
-tabliczka mnożenia (nie mylić z matematycznym!)
-artystyczne
To w szkole. Poza szkołą:
-karate
-ceramika (to żadna nowość, tylko kontynuacja z lat poprzednich)
Jeśli chodzi o karate, to zdumiałam się nieziemsko, bo moje młodsze dziecko jest straszliwą melepetą... Boi się helikopterów, motorów, traktorów i ciężarówek. Histerycznie reaguje na na widok psa. Jedynie yorki nie napawają jej przerażeniem. Do kotów (w tym własnych!) podchodzi z rezerwą. Nie znosi podniesionego głosu i krzyku. Jednym słowem - małe ciałko wielkim strachem podszyte - to właśnie moja Ania.
Byłam z nią na pierwszych zajęciach karate. Podobało się jej. Mnie też ;-)
Ale... Na horyzoncie pojawiła się nowa pokusa: tańce!
No i Ania bezwzględnie chce na nie uczęszczać! Się zdziwiłam szczerze mówiąc, bo po traumatycznych nieco przeżyciach na zajęciach tanecznych w przedszkolu nie było mowy o żadnych baletach! I to ponad 3 lata!
A tu taka niespodziewajka!
Ale... Co za dużo to niezdrowo!!
-Aniu kochana! Nie dasz rady czasowo! Albo karate, albo tańce. Musisz mieć czas na swoje życie.
-To znaczy?
-Oprócz odrabiania lekcji, kółek i innych zajęć musisz mieć czas na zabawę, Na klocki, na puzzle, na rower..
Widzę, że te argumenty słabo trafiają do rozmówczyni.
No to wytoczyłam grube działa:
-A kiedy będziesz mieć czas na czytanie?
To podziałało. Ania książek nie czyta - ona je pożera!
Kończy teraz czytać "Świat Zofii" Jostein'a Gaarder'a. Czekam, aż skończy bo głupio mi, że ona to będzie znała, a ja nie!

Czyta wszystko, co ma literki.

Pamiętam taką sytuację:
Byłyśmy we trzy w pizzerii. Asia coś mi opowiada, a Ania zafascynowana panem machającym w górze plackiem do pizzy co chwila zadawała mi jakieś pytania.
W końcu zniecierpliwiona Aśka złapała ze stołu menu. W pierwszej chwili myślałam, że walnie siostrę po łepetynie, ale nie - humanitarna była ;-).
Podsunęła jej pod nos i zawarczała:
-MASZ!! TU SĄ LITERKI! KOCHASZ CZYTAĆ, TO CZYTAJ I NA CHWILĘ ZAMKNIJ JADACZKĘ!
-O! - ucieszyła się mała.
-No! - sapnęła młoda - w końcu chwila ciszy.
I otworzyła paszczę, żeby coś powiedzieć, ale nie zdążyła... Ania była szybsza...
-A co to są owoce morza? A pepperoni jest dobre? A jaką my pizzę zamówiłyśmy? A duża jest dużo większa od małej?
Rabarbara zaryła nosem w stół z niemocy...

Ania z ciężkim westchnieniem zrezygnowała z karate na rzecz tańca.
Z jednej strony ucieszyłam się, ale z drugiej trochę mi szkoda, że nie zobaczę jak moja drobniutka Ania od niechcenia jednym ruchem ręki rozwala sterty cegieł, lub obraca w drzazgi stągwie drewna...

A ja? No cóż... Jak mam czas, to coś tam dziobię...
Kolejny kociak. Tym razem z flauszu

A na próbę uszyłam taką ło lalkę ze starej skarpetki pani Ani
Zastanawiałam się, czy ją pokazać światu, bo jest... no... hyhyhy... każdy widzi ;-)
Nie mam pomysłu jak sensownie zrobić głowę. Może któraś z Was dziewczyny widziała gdzieś kule z gąbki? Bo uszycie w miarę regularnej kulki wcale nie jest łatwe :-/

Dziś pierwszy dzień jesieni. Niedługo skończą swój żywot kolorowe kwiaty w ogrodzie. Ale póki co jeszcze są:
chryzantema

A to nie pamiętam jak się zowie


No i jeszcze kwitną i upojnie pachną datury (w tle widać dalie):


A na osłodę coraz zimniejszych dni zrobiłam dziś wafelki :-)
Smacznego!

środa, 16 września 2009

Zapraszam!! Moje pierwsze candy blogowe!

A więc - jak w tytule.
Zapraszam na moje pierwsze rozdawanie cukierasów :-)
Zwykle podawany jest powód. Np. pierwsze urodziny bloga, urodziny właścicieli bloga, setny post i w ogóle...
U mnie będzie tak raczej odmiennie. Wszak normalną inaczej kobietą jestem ;-)
Candy urządzam z kilku powodów.
Zasadniczy, to przyklepany terminowo chrzest Ani. Wiekopomna "chwiła" nastąpi 11.X po godzinie 13:00.
Drugi powód: 14.X będzie Dzień Nauczyciela.
I nie tylko...
Tegoż właśnie dnia przypada smutna i tragiczna data zmiany mojego stanu z panieńskiego na wręcz przeciwny (dwudziesta, jakby ktoś był ciekaw...). Znaczy zaćmiło mnie w on czas umysłowo i rzekłam byłam "tak"...
Ot! Młoda i durna byłam!!
No dobra!
Ad rem!
Do wylosowania będą dla chętnych,o ile będą ( w co wątpię, tak bez kokieterii)
Kotek błękitny

Króliczek czekoladowy
I króliczek pomarańczowy
Nagrody w słodkościach przyznane będą losowo. Nie będzie "rozbicia" na zwierzynę i kolorystykę - leniwa jezdem ;-)
Zasady?
Tradycyjne.
1. Osoby chętne do wzięcia udziału w zabawie muszą zostawić wpis w komentarzach pod tym postem, z linkiem do swojego bloga.
2. Osoby biorące udział w losowaniu umieszczają na swojej stronie aktywny link do mojego bloga.
I tyle.
Zgłoszenia do dnia 13.X.2009 do północy. Losowanie i ogłoszenie wyników 14.X.2009 w okolicach popołudnia, bądź wczesnego wieczora.
Ps: Nie wykluczam zwiększenia puli nagród ;-).
No więc? Są chętni??

wtorek, 15 września 2009

Cukierasy dają!!

U Koroneczki do wygrania bon na zakupy w jej Sklepiku



Tu kolczyki z okazji jesieni :-)

I jeszcze jedno losowanie tym razem na pożegnanie lata :-))


U Nulki
Miluszka też szaleje :-)
I u Zaczarowanej:

I jeszcze jedno candy:
http://che-lil.blogspot.com/2009/09/pierwsze-candy.html

Obok takich cudów nie można przejść obojętnie! Organizuje Szmatka Łatka Losowanie 01.10

poniedziałek, 14 września 2009

Historia jednego poranka...

Opiszę  Wam mój  dzisiejszy poranek przed pójściem do pracy.
W poniedziałki uczęszczam do arbeitu na 10:00. Wstaję jednak normalnie,
o
6:30, bo lubię mieć czas na rozruch, a poza tym sporo zdążę
zrobić na
niwie kuchenno-gospodarczej.
Mała idzie do szkoły na 8:55, a Aśka na 9:50.
Młoda kazała się obudzić o 7:30. Zamówiła również śniadanie do
łóżka w ilości trzech kanapeczek z wędlinką i pomidorek + herbatka.
A więc najpierw zjadłam śniadanie, wypiłam kawę (piję w pracownie, bo
od razu wypalam małe co nieco ;-))
i polazłam ponownie do kuchni
w celu przygotowania śniadań dla córzydeł (mała je zupki mleczne).

Punktualnie o 7:30 wkroczyłam do chlewika młodej ze słowami:
-Room servis! Wake up! Wpół do ósmej!
Wstała, a jakże... Niechętnie powlokła się do drugiego pokoju w celu
sprawdzenia temperatury na dworze.
-O jesssu! Ale cholerne zimno!
Faktycznie +6 nie napawa optymizmem.
Potem wróciła do siebie. Co robiła, nie wiem, bo wywlekałam małą z
wyrka, szykowałam jej ubranie, a potem czesałam i dałam jedzonko.
Aś szwendał się jak zaspany wyrzut sumienia kichając zwyczajowo po
kilkanaście razy pod rząd (że też jej paszczy nie urwie!!).
Autobus miała o 8:27, więc powiedziała już wczoraj, że jedzie ze mną,
jak będę odwoziła Ankę do szkoły.
Miałyśmy wyjść o 8:20.
W międzyczasie kiedy Ania jadła, ja zapakowałam pierdoły do wysłania w
koperty, zaadresowałam, wyjęłam z pralki wcześniej nastawione pranie,
poszłam je powiesić, nastawiłam następne, nakarmiłam królika, koty,
pozmywałam jakieś drobiazgi, zrobiłam małej kanapkę do szkoły,
bo zagroziła
mi śmiercią z wycieńczenia (bo obiad jej nie starcza),
naszykowałam im
jabłka (też element niezbędny dla obu pań w szkołach),
zapakowałam
zmywarkę, przebrałam się za człowieka (znaczy tak mi się wydaje ;-)),
dałam
Ani lekarstwo, zrobiłam listę zakupów...
W między czasie spaliłam ze dwie
fajki ;-).
Zbliża się godzina "zero"... Jak wspomniałam: Aśkę miałam podrzucić
na przystanek w drodze do szkoły z Anią.
Po odstawieniu małej miałam zahaczyć o pocztę, sklep i warzywniak,
wrócić do domu, wrzucić na wyleniałe rzęsy jakieś czarne mazidło i
pojechać do pracy...
Tjaaa...
Tak koło 8:15 Asia ukazała się mym oczom w stroju jak następuje:
góra - T-shirt w którym śpi
dół - nie powiem, w miarę kompletny tyle że bez obuwia - w mojej
spódnicy. Ma mały feler - suwak się zacina... Zwłaszcza jak się szybko
chce go
zapiąć.
-Pomóż - stęknęła.
Nie dało się, za chwil parę zdejmowała spódnicę zgrzytając zębami.
Rajstopy też ściągnęła...
-A te spodnie co ci dałam wczoraj do prania, to jeszcze tam leżą?
-Nie. Właśnie pralkę włączyłam.
-O szlag!
-Idę po samochód.
-Idź!
Nawet długo na nią nie czekałyśmy. Zmieniła spódnicę (na swoją).
I
ponownie włożyła rajstopy!
Ruszam i słyszę:
-No tak! Okularów przeciwsłonecznych nie wzięłam! Będę ślepa cały
dzień! I cierpieć będę! I późno już jest! I rajstopy mam kurna jakieś
do dupy! I rozstępy na kolanie!!
O Chryste! No ma rozstępy! Faktycznie :-D
Dojeżdżamy do przystanku, a tam pusto... Autobusik już wziął i
pojechał w siną dal...
Zostawiłam ciągle marudzące dziecko na przystanku.
Odstawiłam małą do szkoły i szłam do samochodu. Zadzwonił telefon.
Młoda...
-Mamo! Gdzie jesteś?? Kiedy wracasz?
-A co już tęsknisz?
-Nie, ale rajstopy mam dupy, nic nie widzę, bo nie mam okularów i brzuch
mnie boli...
I rozstępy na kolanie (chciałam dodać), ale zmilczałam.
-Na pocztę się wybieram i po zakupy, ale ok, zaraz podjadę po ciebie lebiego.
Podjechałam, zabrałam i ruszyłam do sklepu. A ta mi stęka, że mogę
przecież później, jak ją będę na przystanek odwoziła!
Bezczelna!
Powiedziałam zimno, że spieprzyła mi cały plan poranka, niech nie liczy, że
będą ją wozić w te i na zad, bo ja też muszę iść do pracy i swoje
zamierzenia zrealizować! Zostawiłam nadętą kozę w samochodzie. Kupiłam owoce,
warzywa i poszłam do spożywczaka.
Ale kolejka była stanowczo za długa jak na moje nerwy i zrobiłam jedynie
elegancki zwrot na pięcie i wróciłam do skruszonej córki z
rozstępami...
-Nie zrobiłaś jednak zakupów?
-Nie. Za dużo ludzi. Może jednak cię podwiozę. Ile ci to zajmie?
-10 minut! Najwyżej!
Faktycznie - po 5 minutach była już ready (ledwo warzywka wypakowałam).
Wcześniej zastrzegłam, że jedynie do sklepu ją podwiozę, a na
przystanek poleci sama. I obiecałam, że za tydzień pobudka o 7:15
(ostatecznie
może być i ze śniadankiem do łóżka ;-)).
Potulnie się zgodziła...
Pocieszyłam ją, że za parę godzin będzie się sama śmiała z tych
pożal się Boże przygód. Stwierdziła, ze w zasadzie to już ją to śmieszy,
ale boi się myśleć co będzie dalej, bo dzień się dopiero zaczął.
Złośliwie zauważyłam i że i tydzień też jakby...

Podjeżdżamy pod sklep i mówię do dziecka:
-No to siema, nara, pa!
-Paa?? - robi dziwny skłon, macha łapami jak pingwin i wybałusza oczy
gdzieś przed się.
Oglądam się, żeby zobaczyć co ją tak zszokowało...
Autobus...
Jej... heheheh!! Znikający punkt!
Szybki zwrot, do samochodu, i w długą w pościg za Solarisem :-D
Dopadłam dwa przystanki dalej...
Dziecko jeszcze pod drodze powiedziało:
-Dzięki ci dobra kobieto! Niech cię pan Bóg w dzieciach wynagrodzi!
-Ty cholero! Zaraz kopa w tyłek dam i będziesz kurcgalopkiem zapieprzać
na przystanek - może zdążysz (autobus miałam już za plecami ;-))
Radośnie zarżała i zapowiedziała się na 16:00 na obiadku ;-)
Ehhh te bachory!! ;-)
Wróciłam do spożywczaka (po raz trzeci tegoż poranka!).
Pan właściciel na mój widok wykrzyknął:
-No nareszcie pani do mnie dotarła! Bo byłem ciekaw, czy w końcu jednak
pani wejdzie!

-Hehehehe. A co?
-No bo najpierw weszła pani, powiedziała "dzień dobry",
zrobiła w tył zwrot i tyle...
Potem podjeżdża pani z młodą,
robicie dziwne skłony i machanie rękami i tyle was widzę!

Obśmiałam się i opowiedziałam z grubsza dlaczego tak
dziwnie się zachowywałam.

Swoją drogą - takie "wiejskie" sklepiki mają swój klimat
i chętnie się w nich kupuje.

Przeca jak wejdę do hipermarketu i powiem grzecznie "dzień dobry",
to popatrzą na mnie jak na świruskę ;-)

Po powrocie do domu, zrobiłam porządek z tym czymś,
co się u normalnych ludzi rzęsami nazywa i pojechałam.

Na pocztę. Zdążyłam! W pracy byłam 10 minut przed czasem.
A po południu?
Nie miała baba kłopotu, to se kupiła paprykę i śliwki!
W ilościach dość sporych ;-)

Nie powiem - dziewczyny moje obie pomogły mi bardzo.
Aś siekała paprykę do słoików (wespół w zespół ze mną).

Potem drylowała dzielnie śliweczki.
Ania natomiast śliwki podjadała, ale potem nadziewała je goździkami
(ja resztą) i pakowała je do słoików.

Dzięki moim córzydłom wsio się pięknie udało i mogę Wam zaprezentować:
Papryczka z przepisu Peli
W rzeczywistości jest czerwona, ale fotka z fleszem, więc i
kolory coś jakby z kosmosu.
Gdyby któraś z Was chciała zrobić, to podana przez Pelę
proporcja zalewy wystarcza na 3kg papryki.

A to śliweczki, jeszcze przed pasteryzacją:
Przepis z bloga Bei Chyba marnie je upychałyśmy z Anią
w słoikach, bo musiałam dorabiać drugą porcję zalewy.
Smacznego!