Bardzo proszę czytelników o wnikliwe przeczytanie postu. Zdjęcia są, bo są. Dla przyciągnięcia uwagi.
Pamiętacie mój poprzedni wpis?
Jakby ktoś ominął, to polecam zapoznanie się z nim wnikliwe. Łącznie z komentarzami...
Tak więc...
Maszyna po tamtym wpisie się zjeb..psuła...
Identycznie, jak poprzednio: przepuszczała na dowolnie wybranym ściegu.
DOWOLNIE WYBRANY ŚCIEG to znaczy, że czego bym z szerokiej gamy dostępnych mi wzorów nie wybrała, to nie szyła jak powinna. (to wyjaśnienie do komentarza Strimy, która się burzyła na brak filmików z szycia i precyzyjnego określenia, który to ścieg mi nie działał).
Kolejna naprawa i dooopa znowu z tyłu... :-/
Na szczęście nie jestem AŻ pod taką okropnie złą gwiazdą urodzona.
Czuwają nade mną Dobre Duchy i inne takie tam skrzydlate stróże...
Jeden z Dobrych Duchów (a właściwie Dobry Duch płci żeńskiej) wspomniał o mnie i o moich przebojach maszynowych innemu Dobremu Duchowi (płci męskiej).
Męski Duch się jakby wkurzył i zażyczył sobie od Damskiego Ducha kontaktu do ułomnej właścicielki ułomnej maszyny (do mnie, jak coś).
No i ten Dobry Duch z sympatycznym, męskim głosem zadzwonił do mnie i stanowczo oznajmił, że on (ten Dobry Duch) nie zgadza się z moim osądem maszyny. TEJ maszyny. Bo ona ma szyć, a nie robić mi łaskę. Nie do tego została wyprodukowana. Bo to klasa sam w sobie jest!
Nasze poglądy, jak łatwo się domyśleć, były kompatybilne :-D
Opowiedziałam Dobremu Duchowi jak to z maszyną było.
Dobry Duch wysłuchał cierpliwie mojej dość żałosnej historii maszynowej , ale nie spuścił mnie po bandzie, tylko zażyczył sobie bezpośredniej konfrontacji.
Nienienie! Nie na ringu!
Mordobicia nie było!
Po prostu przejął ode mnie trupa z dowodami śmierci (szmatka z przykładowymi wyczynami Miss Mercedes).
Jak przejął?
Normalnie.
Z bagażnika emerytowanej Skody Fabii Run do bagażnika jeździdła w kolorze białym z licznymi, kolorowymi napisami typu: JANOME. ELNA, RADOŚĆ SZYCIA i takie tam...
Dobry Duch zapytał mnie czy chcę pokwitowanie przejęcia sprzętu.
Szczerze mówiąc, nie pomyślałam o tym.
- To dobrze, bo nie mam - oznajmił mi Dobry Duch, czym rozbroił mnie do cna :-D
Możecie uznać mnie za lekkomyślną jednostkę, ale jakoś po raz pierwszy nie obawiałam się o swój drogocenny sprzęt (nie)szyjący.
Za dobrze Dobremu Duchowi z oczu paczało ;-)
Minęło kilka dni...
W tzw. międzyczasie wykończyłam panel nr 2, który psuł maszynę i moje nerwy. W sensie, że lamówkę ręcznie podszyłam:
Sakura. Pikowanie z wolnej dłoni :-D
Trochę zbliżeń:
To miał być prezent wręczony w dniu 21.12. 2018. Się jakby z powodu maszyny czas nieco omsknął i przesunął...
Nic to!
Wracamy do czasów współczesnych, czyli mniej więcej do połowy lutego.
Dobry Duch zadzwonił do mnie z informacją, że maszyna została obadana i wyleczona przez solidną grupę techników i MA SZYĆ!!!
A jakby się znowu znarowiła, to mam jak w dym do niego uderzać. BO ONA MA SZYĆ, A NIE TYLKO WYGLĄDAĆ!
Nawet nie wiecie, jak wielki kamień spadł mi z hukiem potężnym z serca!
Wszak Strima spluwa zapewne gęstą flegmą na moje wspomnienie. Zwłaszcza po niezbyt miłym, acz szczery do bólu poprzednim wpisie...
Tak więc byłam tam spalona do kilku pokoleń w tę i na zad.
Maszyna wróciła do mnie we wtorek.
Usiadłam do niej w sobotę, czym wbiłam w zdumienie mojego małża, który stwierdził, że mam nerwy z żelaza i i podziwia moją cierpliwość.
Wyjaśniłam mu, że po pierwsze nie miałam kiedy wypróbować po raz kolejny zreanimowanego trupa, bo:
- po odbiorze, we wtorek, maszyna była zimna jak wkład w trumnie i zapewne zawilgocona, więc nie chciałam odpalać jej komputerowych flaków zbyt wcześnie
- w środę wróciłam z pracy o 20:00 - tak jakby pełzając bardziej
- w czwartek nieco wcześniej (17:00), ale nie odparowałam po środzie i marzyłam jedynie o wyciągnięciu zwłok na ukochanym fotelu, z kotem na brzuchu
- w piątek sprzątnie hangaru, a w ramach wypoczynku powtórka z kota :-D
Tak więc SOBOTA!
Usiadłam do maszyny, bo wzór już miałam wybrany (PP) i zaczęłam sobie szyć.
Szybko, łatwo i przyjemnie.
Dopóki nie zaczęłam zszywać do kupy.
Okazało się, że wszystko mi powiewa radośnie i nie styka!
I to jak!
O centymetr!
Szlag mnie trafił, sążnistą k...ą rzuciłam publicznie na FB i porzuciłam szycie w cholerę!
Do niedzieli...
Przespałam się z problemem i stwierdziłam, że strzelać z tego nie zamierzam, więc zszywam jak jest. I mam gdzieś, że się wzięło i nie stykło.
Jak pozszywałam, to dotarła do mnie pewna prawidłowość: środkiem pyknęło idealnie, a leżące vis a vis kawałki IDEALNIE TAK SAMO się rozłażą...
Poskrobałam się w rozczochraną i wbiłam się na stronę, z której miałam wzór.
No i się okazało, że kurde TAK MA BYĆ!
Środek się styka, a góra nie :-D
Boszszsz! Co za ulga!!!!
Umiem szyć! :-D
A teraz on, rzeczony uszytek, co to się "rozjechał":
Szpulki kolorowych nici :-)
Cóż innego mogłam uszyć wskrzeszoną maszyną?
Tylko coś, co się kojarzy bezpośrednio z szyciem.
A gdzie mi się pozornie rozjechało?
No tu:
Widzicie?
Dół, czyli środek idealnie, a góra...
Szkoda gadać :-D
Ale TAK MA BYĆ! Zgodnie z wytycznymi autora wzoru :-)
Bardzo jestem zadowolona z tej mini durnowieszki naściennej.
Mini, bo w porównaniu z konkretną Sakurą ( 33 cale na 44 cale) to 16 na 16 cala to taka minimalizna :-D
Ale...
Wypróbowałam na niej maszynę i dalej testuję na kolejnym uszytku (wszak znowu weekend szyciowy nastał).
Miss Mercedes szyje. Jak huragan!
Tfu tfu! Na psa urok!
Obym nie przechwaliła!
Wiecie co?
Życie i jego meandry nieustannie mnie zadziwiają.
Żeńskiego Dobrego Ducha poznałam dokładnie sześć lat i jeden miesiąc temu.
Ktoś tego Ducha postawił na mojej drodze.
Ten Dobry Duch spotkał się z innym Dobrym Duchem całkiem niedawno, w zupełnie innej sprawie.
I tylko zbieg okoliczności i rozmowa dwóch Duchów sprawiły, że ten drugi Dobry Duch zaistniał w moim życiu.
Dobre Duchy!
Jestem Waszą dłużniczką. Nie wiem, jak mam Wam dziękować.
Dobry Duchu żeński: nie wiem co mam napisać poza banalnym: dziękuję Ci z całego serca, że o mnie pamiętałaś :-*
Dobry Duchu męski: dziękuję, że zainteresowałeś się sprawą kulawej maszyny jednej z frustrowanych i mocno załamanych użytkowniczek Janome. Dziękuję, że nie wzruszyłeś ramionami, tylko wziąłeś sprawy w swoje ręce. To wraca wiarę w ludzi. I pozwala mieć nadzieję, że nawet ogromne firmy mają na uwadze zadowolenie zwykłych zjadaczy chleba.
Eti - dziękuję :-)
A teraz dane techniczne:
- kolekcja Sakura jest do kupienia u Ewy
- wzór na quilt szpulkowy za free tu
- zdjęcia autorstwa mojego zawodowca, czyli Joanny
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PP. Pokaż wszystkie posty
sobota, 2 marca 2019
niedziela, 3 lutego 2019
Mercedes czy furmanka?
Na początek miło i sympatycznie.
Skończyłam szyć półkę, na podstawie której robiłam tutorial PP
Wisi na ścianie i cieszy me bibliotekarskie oczy :-)
Tytuły na grzbietach, to brzegi fabryczne i tasiemki używane do wiązania JR z nazwami kolekcji oraz nazwiskami projektantów.
Skrzętnie je zbierałam i w sumie nie wiedziałam po co. No to teraz już wiem :-D
Dalej...
Kilka dni temu dostałam kolejny nr gazety "Szyjemy patchwork".
Jest tam między innymi super tutorial na przeplatankę.
Grzechem byłoby nie skorzystać i w ten oto sposób mam dwie nowe poduszki
Jak widać - maszyna wróciła z naprawy.
Pisałam o jej awarii TU
Do naprawy pojechała 07.01. I znowu ślad po niej zaginął... Jedyny kontakt z "firmą" miałam przez... instagrama! A to tylko dlatego, że wrzucając tam zdjęcie kartonu z trupem w środku, oznaczyłam ich hasztagiem.
Naprawdę kuriozalna sytuacja! Mając mojego maila, nr telefonu, zadają mi pytania przez instagram...
Do tego pytania powalające na kolana: czy maszyna była kupiona u nich i czy mogą mi jakoś pomóc...
Po kilku dniach tej jakże budującej korespondencji zostałam zapewniona, że mechanik zajrzy do maszyny i się ze mną skontaktuje.
No cudnie!
Zadzwonił 16.01.
Pan był miły i mówił długo.
Skrócę jego wypowiedź do dwóch kwestii: maszyna nie szyła po pozycjonowaniu igły z powodu... IGIEŁ!
- Bo używa pani niewłaściwych igieł!
- Słucham?! - myślałam, że się przesłyszałam - nie używam igieł z Biedronki tylko markowych. Najczęściej dedykowanych patchworkom, bo to głównie szyję.
- Eeeetam! Odpowiednie igły do tego modelu to są u nas w sprzedaży. Bo producenci to są różni. Wie pani: tokarka się trochę przesunie i igła już nie jest równa i potem maszyna ściegi przepuszcza.
Moja chora wyobraźnia podsunęła mi wizję pana w przybrudzonym drelichu przy tokarce, jak on te igiełki tak toczy i toczy i toczy... Tak jedną po drugiej... I ze zmęczenia i z nudów ręka mu się cokolwiek omsknęła... I ja na te omsknięte igły trafiam...
Ocknęłam się jednak szybko, bo pan nadal opowiadał. O tych igłach... I o wyższości tych kupowanych u nich nad innymi.
Na chwilę zamilkł, w celu nabrania tchu, więc weszłam mu w słowo i zapytałam:
- Czy po za zmianą igły coś pan jeszcze zrobił? Bo igły też zmieniałam. I nici. Ale oczekiwanych efektów nie osiągnęłam.
- Nici! Nici są ważne! Pewnie ma pani złe nici!
- Nie mam złych nici! Mam dobre nici! I igły też! Coś jeszcze chce pan dodać?
- Wyregulowałem naprężenie pasków napędowych. Taki wie pani PASEK! Jak w samochodzie. Bo żeby samochód jechał, to musi być dobrze naciągnięty pasek. Bo jak się rozciągnie to nie pojedzie.
Umarłam...
- Sądzi pan, że to pomoże?
- Oczywiście!
- A na jak długo?
- Tego nie wiem... Ale jakby coś się działo, to poproszę o telefon. Może wtedy coś zaradzimy.
Cudownie...
Maszyna przyjechała 17.01, czyli w czwartek.
Wyjęłam ją z kartonu dzień później i nie przyglądałam się jej zbyt wnikliwie.
Nie miałam czasu, żeby do niej usiąść i sprawdzić jak szyje.
Zrobiłam to dzień później, czyli w sobotę.
Usiadłam i....
I, cholera jasna, mowę mi odebrało!!!
Mam do Was pytanie - czy tak powinna wyglądać maszyna powracająca z autoryzowanego serwisu?!
To wierzch. W środku nie było lepiej:
Wnętrze lepiło się od smaru, zjadliwie czerwone kłaki z nici i materiału, na którym były przeprowadzane próby szycia po "naprawie", były wszędzie!
Nigdy w życiu nie doprowadziłam żadnej ze swoich maszyn do takiego stanu!
To jest po prostu niechlujstwo i lenistwo!
Pojechała czysta, wróciła jak po wojnie.
Zastanawiam się, co zrobię, jak znowu się wykrzaczy. Zmuszona jestem do korzystania z tego serwisu, bo gwarancja na maszynę działa tylko w miejscu jej zakupu.
Nawiasem mówiąc - nie rozumiem tej polityki.
Jak kupię samochód załóżmy 500 km od Warszawy, to na przeglądy i naprawy gwarancyjne będę jeździła do najbliższego punktu ASO, a nie tam, gdzie samochód kupiłam.
Wracając do maszyny: nie mam absolutnie żadnej pewności, że awaria znowu się nie powtórzy (po raz trzeci). Zwłaszcza, że dziś znowu zaczęła jakieś fikoły zapodawać...
Myli się ten, kto sądzi, że po trzeciej naprawie gwarancyjnej skorzystam z przysługującego mi prawa zwrotu lub wymiany maszyny na nową.
A dlaczego?
No to popatrzcie, co mam dwukrotnie napisane w karcie gwarancyjnej:
"Usługa nie podlegająca gwarancji wykonana bezpłatnie"
Sprytnie - w ten sposób maszyna będzie krążyła do zasr...nej śmierci między mną a "naprawcami".
Nieważne, że klient nabity w butelkę - ważne że kasa się zgadza :/
Bardzo żałuję, że sprzedałam swoją poprzednią maszynę - Singera Brillance kupionego w Lidlu. Mimo, że tak te maszyny są obśmiewane przez fachowców i sprzedawców maszyn, ona nigdy mnie nie zawiodła. Szyła jak szatan, nie miała kaprysów. I gdyby nie to, że miała mało miejsca do pikowania nie zamieniłabym jej na inną. Te maszyny nie mają złych opinii. Nigdzie na taką nie trafiłam, a szukałam!
Gdybym wiedziała kupując Janome, że przesiadam się nie na Mercedesa, tylko na furmankę ciągniętą przez wychudzoną chabetę, nie popełniłabym błędu wymiany maszyny.
Na zakończenie to, co zapewne może kogoś zainteresować:
- maszyna marki JANOME model Memory Craft 8200QC
- firma Strima z miejscowości Swadzim.
Skończyłam szyć półkę, na podstawie której robiłam tutorial PP
Wisi na ścianie i cieszy me bibliotekarskie oczy :-)
Tytuły na grzbietach, to brzegi fabryczne i tasiemki używane do wiązania JR z nazwami kolekcji oraz nazwiskami projektantów.
Skrzętnie je zbierałam i w sumie nie wiedziałam po co. No to teraz już wiem :-D
Dalej...
Kilka dni temu dostałam kolejny nr gazety "Szyjemy patchwork".
Jest tam między innymi super tutorial na przeplatankę.
Grzechem byłoby nie skorzystać i w ten oto sposób mam dwie nowe poduszki
Jak widać - maszyna wróciła z naprawy.
Pisałam o jej awarii TU
Do naprawy pojechała 07.01. I znowu ślad po niej zaginął... Jedyny kontakt z "firmą" miałam przez... instagrama! A to tylko dlatego, że wrzucając tam zdjęcie kartonu z trupem w środku, oznaczyłam ich hasztagiem.
Naprawdę kuriozalna sytuacja! Mając mojego maila, nr telefonu, zadają mi pytania przez instagram...
Do tego pytania powalające na kolana: czy maszyna była kupiona u nich i czy mogą mi jakoś pomóc...
Po kilku dniach tej jakże budującej korespondencji zostałam zapewniona, że mechanik zajrzy do maszyny i się ze mną skontaktuje.
No cudnie!
Zadzwonił 16.01.
Pan był miły i mówił długo.
Skrócę jego wypowiedź do dwóch kwestii: maszyna nie szyła po pozycjonowaniu igły z powodu... IGIEŁ!
- Bo używa pani niewłaściwych igieł!
- Słucham?! - myślałam, że się przesłyszałam - nie używam igieł z Biedronki tylko markowych. Najczęściej dedykowanych patchworkom, bo to głównie szyję.
- Eeeetam! Odpowiednie igły do tego modelu to są u nas w sprzedaży. Bo producenci to są różni. Wie pani: tokarka się trochę przesunie i igła już nie jest równa i potem maszyna ściegi przepuszcza.
Moja chora wyobraźnia podsunęła mi wizję pana w przybrudzonym drelichu przy tokarce, jak on te igiełki tak toczy i toczy i toczy... Tak jedną po drugiej... I ze zmęczenia i z nudów ręka mu się cokolwiek omsknęła... I ja na te omsknięte igły trafiam...
Ocknęłam się jednak szybko, bo pan nadal opowiadał. O tych igłach... I o wyższości tych kupowanych u nich nad innymi.
Na chwilę zamilkł, w celu nabrania tchu, więc weszłam mu w słowo i zapytałam:
- Czy po za zmianą igły coś pan jeszcze zrobił? Bo igły też zmieniałam. I nici. Ale oczekiwanych efektów nie osiągnęłam.
- Nici! Nici są ważne! Pewnie ma pani złe nici!
- Nie mam złych nici! Mam dobre nici! I igły też! Coś jeszcze chce pan dodać?
- Wyregulowałem naprężenie pasków napędowych. Taki wie pani PASEK! Jak w samochodzie. Bo żeby samochód jechał, to musi być dobrze naciągnięty pasek. Bo jak się rozciągnie to nie pojedzie.
Umarłam...
- Sądzi pan, że to pomoże?
- Oczywiście!
- A na jak długo?
- Tego nie wiem... Ale jakby coś się działo, to poproszę o telefon. Może wtedy coś zaradzimy.
Cudownie...
Maszyna przyjechała 17.01, czyli w czwartek.
Wyjęłam ją z kartonu dzień później i nie przyglądałam się jej zbyt wnikliwie.
Nie miałam czasu, żeby do niej usiąść i sprawdzić jak szyje.
Zrobiłam to dzień później, czyli w sobotę.
Usiadłam i....
I, cholera jasna, mowę mi odebrało!!!
Mam do Was pytanie - czy tak powinna wyglądać maszyna powracająca z autoryzowanego serwisu?!
To wierzch. W środku nie było lepiej:
Wnętrze lepiło się od smaru, zjadliwie czerwone kłaki z nici i materiału, na którym były przeprowadzane próby szycia po "naprawie", były wszędzie!
Nigdy w życiu nie doprowadziłam żadnej ze swoich maszyn do takiego stanu!
To jest po prostu niechlujstwo i lenistwo!
Pojechała czysta, wróciła jak po wojnie.
Zastanawiam się, co zrobię, jak znowu się wykrzaczy. Zmuszona jestem do korzystania z tego serwisu, bo gwarancja na maszynę działa tylko w miejscu jej zakupu.
Nawiasem mówiąc - nie rozumiem tej polityki.
Jak kupię samochód załóżmy 500 km od Warszawy, to na przeglądy i naprawy gwarancyjne będę jeździła do najbliższego punktu ASO, a nie tam, gdzie samochód kupiłam.
Wracając do maszyny: nie mam absolutnie żadnej pewności, że awaria znowu się nie powtórzy (po raz trzeci). Zwłaszcza, że dziś znowu zaczęła jakieś fikoły zapodawać...
Myli się ten, kto sądzi, że po trzeciej naprawie gwarancyjnej skorzystam z przysługującego mi prawa zwrotu lub wymiany maszyny na nową.
A dlaczego?
No to popatrzcie, co mam dwukrotnie napisane w karcie gwarancyjnej:
"Usługa nie podlegająca gwarancji wykonana bezpłatnie"
Sprytnie - w ten sposób maszyna będzie krążyła do zasr...nej śmierci między mną a "naprawcami".
Nieważne, że klient nabity w butelkę - ważne że kasa się zgadza :/
Bardzo żałuję, że sprzedałam swoją poprzednią maszynę - Singera Brillance kupionego w Lidlu. Mimo, że tak te maszyny są obśmiewane przez fachowców i sprzedawców maszyn, ona nigdy mnie nie zawiodła. Szyła jak szatan, nie miała kaprysów. I gdyby nie to, że miała mało miejsca do pikowania nie zamieniłabym jej na inną. Te maszyny nie mają złych opinii. Nigdzie na taką nie trafiłam, a szukałam!
Gdybym wiedziała kupując Janome, że przesiadam się nie na Mercedesa, tylko na furmankę ciągniętą przez wychudzoną chabetę, nie popełniłabym błędu wymiany maszyny.
Na zakończenie to, co zapewne może kogoś zainteresować:
- maszyna marki JANOME model Memory Craft 8200QC
- firma Strima z miejscowości Swadzim.
Etykiety:
a tu pospolitość skrzeczy,
Janome,
maszyna story,
MC8200QC,
patchwork,
PP
niedziela, 29 października 2017
Idzie rak, czyli siła fejsbuka
O facebook'u opinie są skrajne: od zachwytów po totalne zjeżdżanie od góry do dołu.
Osobiście lubię fejsa. To szybka i wygodna platforma do kontaktów ze znajomymi, podglądania ich życia (na tyle, na ile sami na to pozwolą), możliwość dołączenia do interesujących mnie grup tematycznych.
No właśnie...
Grupy.
Jest taka jedna, najbardziej przeze mnie ulubiona o wdzięcznej nazwie Patchwork po polsku.
Jak człek umie, to pomaga w niej innym, albo pokazuje swoje prace.
Jak człek umie, to pomaga w niej innym, albo pokazuje swoje prace.
Albo jak sam jest w potrzebie, to wrzuca dramatyczny apel pod tytułem: HELPUNKU!!!
No i właśnie ja się znalazłam w sytuacji wymagającej szybkiego helpunku.
Otóż wymyśliłam, że dla pewnej panienki muszę bezwzględnie uszyć poduszkę jako dodatek do prezentu zasadniczego.
Motyw na poduszce miał być bardzo konkretny, a mianowicie RAK. W sensie znak zodiaku.
Szyty metodą PP.
Szukałam po internetach, we własnych zbiorach i NIC!
Zero!
No to machnęłam wpis poszukiwawczy na wyżej wspomnianą grupę i oczywiście nie zawiodłam się :-)
Odzew był natychmiastowy.
Znakami zodiaku zostałam zasypana :-D
Ale tylko jedna osoba sprostała moim wygórowanym wymaganiom.
Grażynka :-)
Dobra ta dusza nie posiadająca skanera, skserowała mi szablony i wysłała je pocztą! Taką zwykłą - naziemną.
Natychmiast po odebraniu jakże dla mnie cennej przesyłki, zasiadłam do szycia i jest!
Raczek jak malowany!
I do tego personalizowany dzięki możliwościom mojej miss Mercedes ;-)
No i zbliżenie na fragment z bardzo wielu kawałeczków:
Grażynko!
Nie wiem, czy podczytujesz mojego bloga. Nie mniej, bardzo, bardzo Ci dziękuję :-*
Prezent się spodobał.
A ja dzięki Tobie miałam fajną zabawę moją ulubioną metodą PP :-)
I to jest właśnie siła fejsbuka!
Zdjęcia oczywiście autorstwa Joanny :-)
środa, 18 października 2017
Zwyczajne jabłuszka
W zasadzie to nie mam pojęcia co mam napisać.
Jakoś wena mnie opuściła, czy coś?
To może zwyczajnie zacznę od pokazania tego, co skończyłam szyć:
Jak każdy widzi: jabłuszka :-)
Wzór na nie znalazłam w tej gazecie:
Urzekły mnie od pierwszego spojrzenia. No po prostu musiałam je mieć!
I do tego uszyte moją ulubioną metodą PP.
Wzór podany na widelcu, materiały brakujące dokupiłam szybciorem i zaczęłam szyć.
W czasie szycia generuje się ssstraszną ilość śmieci!
Co większe kawałki powybierałam skrzętnie, a zupełnie malutkie skraweczki powędrowały do kosza na śmieci. I po chwili stół wyglądał zdecydowanie lepiej!
Tak więc mogłam spokojnie usiąść i powydzierać papierki:
Później kanapkowanie, pikowanie i lamówkowanie.
Jeszcze sesja zdjęciowa:
Zbliżenie na pikowanie w stylu leniwy modern ;-)
I już zwyczajne jabłuszka mogły zawisnąć na ścianie i cieszyć oczy.
Nie są duże: to kwadrat o boku 15,5 cala.
Za piękną, jesienną sesję zdjęciową jabłuszek dziękuję Joannie
To ja idę pomyśleć, co by tu znowu uszyć...
Ps: Wszystkie solidy (oprócz białego) i wypełnienie kupiłam w Kiltowie, u Ewy.
Jakoś wena mnie opuściła, czy coś?
To może zwyczajnie zacznę od pokazania tego, co skończyłam szyć:
Jak każdy widzi: jabłuszka :-)
Wzór na nie znalazłam w tej gazecie:
Urzekły mnie od pierwszego spojrzenia. No po prostu musiałam je mieć!
I do tego uszyte moją ulubioną metodą PP.
Wzór podany na widelcu, materiały brakujące dokupiłam szybciorem i zaczęłam szyć.
W czasie szycia generuje się ssstraszną ilość śmieci!
Co większe kawałki powybierałam skrzętnie, a zupełnie malutkie skraweczki powędrowały do kosza na śmieci. I po chwili stół wyglądał zdecydowanie lepiej!
Tak więc mogłam spokojnie usiąść i powydzierać papierki:
Później kanapkowanie, pikowanie i lamówkowanie.
Jeszcze sesja zdjęciowa:
Zbliżenie na pikowanie w stylu leniwy modern ;-)

I już zwyczajne jabłuszka mogły zawisnąć na ścianie i cieszyć oczy.
Nie są duże: to kwadrat o boku 15,5 cala.
Za piękną, jesienną sesję zdjęciową jabłuszek dziękuję Joannie
To ja idę pomyśleć, co by tu znowu uszyć...
Ps: Wszystkie solidy (oprócz białego) i wypełnienie kupiłam w Kiltowie, u Ewy.
piątek, 11 listopada 2016
(nie)Głodne sikorki
Jak już wspomniałam w poprzednim wpisie, przyroda próżni nie lubi, więc musiałam znowu coś uszyć.
Tym razem, dla odmiany, coś małego i relaksującego po stresach narzutowych.
Wiedziałam dokładnie co to ma być, bo zakochałam się do bólu w pewnym obrazku.
Jak go zobaczyłam na zdjęciu w gazecie, to od razu wiedziałam, że mój ci on będzie!
No i jest:
Szyty moją ukochaną metodą PP. (paper piecing dla niezorientowanych).
PP to paper piecing, czyli mówią całkiem jasno - szycie po papierze.
Najpierw wzór się drukuje lub (jak w moim przypadku) kseruje się, wycina:
Dobiera materiałki i siada się do maszyny:
A po niewielu godzinach można odtrąbić sukces:
Następnie szuka się odpowiedniej, pasującej do całości rameczki:
Później dodaje się detale, czyli w tym przypadku dzioby, oczka i nasionka dla sikorek:
Następnie lekkie pikowanko i można podziwiać zbliżenia:
No i teraz dane techniczne:
- wzór (Tannenmeisen) mam z gazety "Patchwork Magazin" nr 06/2016
- wielkość gotowca: 40 cm na 40 cm
- szyć zaczęłam w sobotę, 5.11 o godzinie 16:50. Po godzinie zrobiłam sobie przerwę do następnego dnia, do ok 11:00. A szyć skończyłam o 13:30. Jak łatwo policzyć uszycie wierzchu zajęło mi około 3 godzin i 40 minut :-D Potem, z doskoku, szybkie kanapkowanie, pikowanie i lamówkowanie.
A dziś sesja zdjęciowa. Nawet okoliczności przyrody jakoś się dopasowały:
Sikorki na obrazku nakarmione, te w realnym świecie też.
No to można iść szyć coś nowego :-D
Tym razem, dla odmiany, coś małego i relaksującego po stresach narzutowych.
Wiedziałam dokładnie co to ma być, bo zakochałam się do bólu w pewnym obrazku.
Jak go zobaczyłam na zdjęciu w gazecie, to od razu wiedziałam, że mój ci on będzie!
No i jest:
Szyty moją ukochaną metodą PP. (paper piecing dla niezorientowanych).
PP to paper piecing, czyli mówią całkiem jasno - szycie po papierze.
Najpierw wzór się drukuje lub (jak w moim przypadku) kseruje się, wycina:
Dobiera materiałki i siada się do maszyny:
Generuje się w czasie szycia kilogramy końcówek nici:
A po niewielu godzinach można odtrąbić sukces:
Następnie szuka się odpowiedniej, pasującej do całości rameczki:
Później dodaje się detale, czyli w tym przypadku dzioby, oczka i nasionka dla sikorek:
Następnie lekkie pikowanko i można podziwiać zbliżenia:
No i teraz dane techniczne:
- wzór (Tannenmeisen) mam z gazety "Patchwork Magazin" nr 06/2016
- wielkość gotowca: 40 cm na 40 cm
- szyć zaczęłam w sobotę, 5.11 o godzinie 16:50. Po godzinie zrobiłam sobie przerwę do następnego dnia, do ok 11:00. A szyć skończyłam o 13:30. Jak łatwo policzyć uszycie wierzchu zajęło mi około 3 godzin i 40 minut :-D Potem, z doskoku, szybkie kanapkowanie, pikowanie i lamówkowanie.
A dziś sesja zdjęciowa. Nawet okoliczności przyrody jakoś się dopasowały:
Sikorki na obrazku nakarmione, te w realnym świecie też.
No to można iść szyć coś nowego :-D
środa, 18 marca 2015
Swedish Bloom
Czyli mówiąc po naszemu - szwedzki kwiat.
Jakiś czas temu, szwendając się po wirtualnym świecie, natknęłam się na narzutę o tej własnie nazwie.
Poczułam niepohamowaną chęć posiadania takiego uszytka.
Bezwzględnie!
Najlepiej na wczoraj!
Przetrzepałam dość skrupulatnie zasoby internetowe i wzoru nie znalazłam.
Ale za to dowiedziałam się, że szablony są w książce "Patchwork please!".
Nie pozostało mi nic innego, jak zwyczajnie kupić sobie książkę i siadać do szycia.
Niestety, mój zapał nieco ostygł, gdy zobaczyłam cenę tej publikacji.
Taka więcej zaporowa ta cena...
Ale jednak los się do mnie uśmiechnął i udało mi się ją znaleźć, zupełnie przypadkowo, w całkiem rozsądnej i przystępnej jak dla mnie cenie.
Kiedy książka do mnie dotarła nie pozostało mi nic innego jak usiąść i uszyć to, co mnie tak mocno oczarowało.
No i uszyłam:
Jak się szyło?
Świetnie! Lubię metodę PP, więc może dlatego sprawiało mi to dużą przyjemność.
Każdy kwiat składa się z czterech elementów, które szyje się osobno:
Następnie te pojedyncze łączy się w pary:
Dokładnie 7 metrów.
A później to już można wynieść gotowca na dwór i robić mu zdjęcia.
Nawet do tyłu :-D
Wiecie co? W sumie to nawet jestem zadowolona z tego uszytka.
W samouwielbienie nie wpadam, ale odczuwam coś w rodzaju zadowolenia.
Chyba mogę?
Jakiś czas temu, szwendając się po wirtualnym świecie, natknęłam się na narzutę o tej własnie nazwie.
Poczułam niepohamowaną chęć posiadania takiego uszytka.
Bezwzględnie!
Najlepiej na wczoraj!
Przetrzepałam dość skrupulatnie zasoby internetowe i wzoru nie znalazłam.
Ale za to dowiedziałam się, że szablony są w książce "Patchwork please!".
Nie pozostało mi nic innego, jak zwyczajnie kupić sobie książkę i siadać do szycia.
Niestety, mój zapał nieco ostygł, gdy zobaczyłam cenę tej publikacji.
Taka więcej zaporowa ta cena...
Ale jednak los się do mnie uśmiechnął i udało mi się ją znaleźć, zupełnie przypadkowo, w całkiem rozsądnej i przystępnej jak dla mnie cenie.
Kiedy książka do mnie dotarła nie pozostało mi nic innego jak usiąść i uszyć to, co mnie tak mocno oczarowało.
No i uszyłam:
Jak się szyło?
Świetnie! Lubię metodę PP, więc może dlatego sprawiało mi to dużą przyjemność.
Każdy kwiat składa się z czterech elementów, które szyje się osobno:
Następnie te pojedyncze łączy się w pary:
A pary się paruje i powstają kwiatki.
Następnie szyje się liście (dwuelementowe), doszywa się do kwiatka i już:
Później się pikuje:
A jak się wszystko ładnie popikuje, to się szykuje lamówkę:
Dokładnie 7 metrów.
A później to już można wynieść gotowca na dwór i robić mu zdjęcia.
Nawet do tyłu :-D
Ten efekt odkryłam przypadkowo poprawiając narzutę na sznurku no i koniecznie musiałam to uwiecznić.
Prawdopodobnie flanela, którą użyłam na plecki, spowodowała takie fajne rozmycie.
W pozycji horyzontalnej też pstryknęłam, a co sobie będę żałować ;-))
Wielkość czy to w zwisie czy w spoczynku: 130 cm na 170 cm, czyli rozmiar raczej przeciętny.
Na zakończenie jeszcze jedno zdjęcie mojego najnowszego tworu.
Wiecie co? W sumie to nawet jestem zadowolona z tego uszytka.
W samouwielbienie nie wpadam, ale odczuwam coś w rodzaju zadowolenia.
Chyba mogę?
Subskrybuj:
Posty (Atom)



































