Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ku pokrzepieniu serc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ku pokrzepieniu serc. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 grudnia 2019

Połamaniec szydełkowy

O ile poprzedni wpis był gównie o Ryśku, to ten sponsoruje Lucjan...

Lucjan.
Jak ogólnie wiadomo, jest kotem naćpanym barbituranem.  Jakby nie ćpał, to by już go na tym łez padole nie było, bo padaczka by go zabiła.
Czasem odpala i śmiga po chałupie jak perszing, a czasem przysiada gdziekolwiek i trzeba uważać, co by go nie zdeptać.
Tego dnia, o którym tu piszę, przysiadł był.
Na schodach.
A ja schodziłam po tychże schodach.
I niestety nie zauważyłam synusia syjamskiego mojego.

O 6:30 to człowiek bardziej w kierunku łóżka ma jeszcze oczy skierowane, niż przytomnie toczące dookoła w poszukiwaniu przeszkód schodowych...

Na trzecim od góry stopniu wlazłam na koci ogon, porzucony dość nonszalancko na całą szerokość schodka.
Ogon, jak się okazało, był przymocowany do kota Lucjana.
Kot wyrwany dość brutalnie z narkotycznego amoku ryknął solidnie i ruszył w górę.
Po drodze wyrwał okrągły pręt podtrzymujący dywan na schodach.
tenże pręt dostał mi się pod prawą stopę i poczułam, że... mój koniec jest bliski!
Zaczęłam zjeżdżać w dół. Nie miałam czego się złapać, bo nasze schody są dość specyficzne - łagodne i wygodne, ale pozbawione balustrady. Z jednej strony ściana, z drugiej próżnia i przepaść.
Moje pozbawione jakiegokolwiek oparcia cielsko, zaczęło oscylować w kierunku upadku definitywnego na łeb, w dół.
W mili ułamku sekundy zrozumiałam, że skręcę kark, złamię kręgosłup, pogruchoczę sobie nogi i ręce.
Wcale mi się to nie spodobało i histerycznie zaczęłam łapać równowagę.
ZA WSZELKĄ CENĘ!!!
NIE SPIER...NIE SPAŚĆ W DÓŁ!!!
Obróciło mnie o 90 stopni, twarzą do ściany.
Taniec świętego Wita, jaki wykonałam na tym jednym stopniu wart był niewątpliwie uwiecznienia, ale niestety nikogo z odpalonym nagrywaniem nie było...
Złapałam względną równowagę prawą nogą, ale lewa na zasadzie przeciwwagi poleciała z impetem do przodu. W ścianę.
Ściana pozostała niewzruszona.
Natomiast ja...
Ja zobaczyłam przed oczami wszystkie konstelacje gwiazd. Nawet jeszcze te nieodkryte...
Jęcząc i stękając zlazłam ze schodów.
Lewą nogę stawiając na pięcie, bo jakoś przód stopy był niekompatybilny z resztą.
Był to czwartek, a w czwartki chodziłam do pracy nieco później, więc rano robiłam zakupy dwie wioski dalej w Kauflandzie.
Tego dnia, niezależnie od porannej przygody, nie mogło być inaczej.
Pojechałam. Samochodem - a jakże!
Boli?
A w nosie!
ROZCHODZĘ!
Kryzys przeżyłam tak mniej więcej w połowie drogi miedzy domem a sklepem. Zawrócić nie miałam jak, więc konsekwentnie dojechałam, gdzie miałam dojechać.
Zwykle wpadam do wcześniej wspomnianego sklepu ok. godz. 7:00 jak huragan, lecę po półkach, łapię co moje i do kasy.
O 7:20 pakuję graty do bagażnika.
Tego dnia do kasy dopełzłam o 7:30...
Potem pojechałam do pracy.
Ponieważ był upał jak piorun, na nogach miałam sandały.
Dzięki temu zarówno ja, jak i osoby współczujące ode mnie z pracy, mogliśmy obserwować jak pięknie mój paluch zmienia barwę z minuty na minutę. A stopa zamienia się w puchaty balonik...
Po ponad 7 godzinach wróciłam do domu i zdjęłam sandały.
Z prawej nogi - spoko. Zdjęłam i już.
A z lewej...
Niby zdjęłam, a on tam ciągle był :-D

Nieco później małż zawlókł nie do końca przekonaną koniecznością udzielenia pierwszej pomocy  żonę na SOR.
Wszak ROZCHODZĘ!

No nie rozchodzę...

Się okazało po raz kolejny, że ja nie uznaję półśrodków. Jak coś robię, albo demoluję, to z sercem i konkretnie.
Paluch se złamałam.
Mało tego - dostałam jeszcze opiernicz od lekarza, że od razu rano nie pojawiłam się na SORze, tylko pojechałam sobie beztrosko do pracy. Sama samochodem.

Paluchów się nie gipsuje, tylko pakuje w ortezy.
Nie posiadałam takowej na stanie, więc pogooglałam i stwierdziłam, że są brzydkie i nie chcę anie w to inwestować, ani tego nosić.
Zasięgnęłam opinii u mojej ulubionej fizjoterapeutki   i dowiedziałam się, że patyk od lodów, bandaż elastyczny i drewniaki spełnią tę samą rolę, co ta paskudna orteza.
Potwierdzam. Zadziałało :-D

Tak właśnie spędzałam upalne dni czerwca na przymusowo przyspieszonych wakacjach.
Ale oczywiście nie bezczynnie!
Co to to nie!
Dziergnęłam ot tak, z nudów, bo fajny wzór krokodyla znad Nila :D


Gadzina jest dość spora - ma ok metra długości.

W międzyczasie machnęłam też liska na zamówienie:




Zaczęłam również miśka:


Wstyd się przyznać, ale skończyłam go tuż przed Dniem Misia, czując presję czasu na karku.
Założenie miałam takie, że miś będzie ze mną chodził po klasach młodszych i zapraszał dzieci na organizowany przeze mnie konkurs z okazji Dnia Misia.
Udało się! Miś spełnił swoje zadanie, a niejako przy okazji, zmienił właściciela :-D


Poza tym powstało kilka kufelków z piwem :-D

Wcześniej, przed przymusowym spacyfikowaniem mnie na ławce w ogrodzie zrobiłam jeszcze inne zabawki:
Wąż z resztek włoczki:



Dżdżownica Madzia, również z końcówek Dolphin Baby:


A chwilę później sowę-breloczek (również na zamówienie)


Najwcześniej powstał Byczek Maurycy, ale nie mogłam go upublicznić, bo był prezentem:

A to chyba jedna z ostatnich (chociaż nie ostatnia) maskotka. A właściwie breloczek. Taki mały dodatek do prezentu:



Jak widać, przymusowe siedzenie w jednym miejscu wcale nie musi być nudne.
Nie powiem, żebym chciała to powtórzyć, ale bycie połamańcem nie jest tak do końca złe.
Tylko trzeba łamać się umiejętnie :-D

Lucjan jest z siebie dumny do dziś. Bo w końcu miał mamusię na wyłączność przez kilka tygodni :-D

niedziela, 6 października 2019

Poradnik grzybiarza

Ponad pół roku milczałam. Nie wyniośle, jak coś. Po prostu jakoś tak wyszło.
To dziś czas powrotu na blogowe łono.
Logika nakazywałaby od początku, chronologicznie, ale życie nieco odwraca kolej rzeczy.

Jesień jest. A jesienią uaktywnia się sport narodowy Polaków, czyli grzybobranie!
Nie odstajemy od ogólnej tendencji i na wskroś polscy jesteśmy :-D

I zbieramy w lesie tylko to, co znamy i wiemy, że nas szlag nie trafi po spożyciu.

Tydzień temu pojechałyśmy we trzy (mężu zaniemógł na zdrowiu i z dużym żalem został w domu).
Jak klasyczne grzybiary mamy swoje miejscówki-pewniaki.
I oczywiście mają one swoje nazwy zrozumiałe i oczywiste tylko dla nas: Piekiełko, Taty Miejscówa, Róg Na Pętli, Farma Dinozaurów, Góra Cmentarna, Piaskownica Saksa...
O ile dwie pierwsze lokalizacje mamy o rzut moherowym beretem od domu,  zwłaszcza, że mieszkamy w lesie, o tyle reszta jest dość rozproszona i żeby oblecieć je wszystkie w ciągu jednego popołudnia, potrzebny jest środek lokomocji. Najlepiej samochód.
Tak więc, wybrałyśmy się na szybki oblot po lesie. Samochodem.
Żeby nie było - jeżdżę tylko tam, gdzie można. Resztę drogi przebywamy z buta.
Wracałyśmy do domu raczej późno.
Na tyle było już ciemno, że młoda młodsza, czyli Anna odpaliła latarkę w telefonie i przy jej świetle szukała grzybów...
Taaa... Nałóg silniejszy od rozsądku...
Jedziemy na lajcie i nagle widzę szarawy cień na boku drogi. Dałam po heblach z jednoczesnym okrzykiem: KOT!
Zatrzymałam się, Aś otworzył drzwi, zakiciał, kotek powiedział grzecznie "MIAU" i z zadartym ogonem podszedł do samochodu. Dał się wziąć na ręce i...
I przyjechał z nami do domu.
Bo co miałyśmy zrobić?
Zostawić go na poniewierkę?
Udać, że nie ma sprawy?
No w sumie, czemu nie?
Łatwiej by było.
Bo zamiast cieszyć się grzybkami przy ich czyszczeniu, ruszyłyśmy na poszukiwanie właściciela.
Zwiedziłyśmy wszystkie domy w okolicy. Dzwoniłyśmy do drzwi i prześladowałyśmy mnóstwo osób.
Nikt się nie przyznał do leśnego kociego dziecka...
Dla spokojnego sumienia pojechałyśmy jeszcze do całodobowej kliniki weterynaryjnej łudząc się, że zwierz może ma czipa.
Nie miał.
Tak więc pogodziłyśmy się z myślą, że w lesie znajduje się nie tylko grzyby.
Rude koty też tam rosną

Bidula był tak głodny i spragniony, że paradoksalnie wyrywałam mu miski spod paszczy z obawy, że jedząc i pijąc na zapas po prostu pęknie!
A potem zasnął...

I spał. I spał. I spał.
A potem się obudził i znowu jadł i pił.
Skracając opowieść: w poniedziałek, po wizycie u weta, dostał zielone światło na zamieszkanie w domu.
Nie ukrywam, że obawiałam się reakcji Lucka i Fredka na nowe futro.
Że będzie histeria. Ucieczki po chałupie. Krycie się po kątach, albo wręcz przeciwnie: krwawe walki z fruwającymi kłakami.
Nic z tych rzeczy!
Lucjan zaakceptował młodego od pierwszego wejrzenia. Młody jego też. Bawią się ramię w ramię. Szaleją po domu. I to bardzo!
Dziś niewiele brakowało, a znowu miałabym coś złamanego przez kota! Dwa futra, przemieszczające się po domu w tempie światła wpadły mi pod nogi. Gdyby nie biblioteczka, zaliczyłabym glebę z wielkim hukiem i uszczerbkiem na zdrowiu :D

Aha! Kolejny dowód na to, że regularnie nie piszę. Wcześniej zaczęłam wakacje dzięki Luckowi. Złamał mi palec od nogi. To temat na kolejny wpis :-D

Fredek zarzuca fochem, ale toleruje smarkacza do pewnych granic - dla zachowania twarzy własnej, od czasu do czasu walnie ryżego w twarz. Ot tak - niech małolat wie, kto tu był pierwszy.
A potem zasypia do góry deklem w plamie słonecznej na miękkim dywanie




Młody, czyli ryży zasypia w locie. Tam gdzie stanie i gdzie senność go zmorzy, tam pada.
Zdjęcie na łóżku jest pozowane :-D


Aha! Ten mały rozrabiaka ma ok. pięciu miesięcy.
Imię też ma.
Początkowo miał się nazywać Rydz, ale...
Kiepsko to brzmi w zdrobnieniu ;-)
Tak więc stanęło na Ryszardzie. Zwanym Rudym Ryśkiem :-D

Tak więc pamiętajcie - w lesie zbieramy tylko to, czego jesteśmy pewni, że znamy i że nas szlag nie trafi po spożyciu :D


Zdjęcia by Joanna

sobota, 2 marca 2019

Dobre Duchy

Bardzo proszę czytelników o wnikliwe przeczytanie postu. Zdjęcia są, bo są. Dla przyciągnięcia uwagi.

Pamiętacie mój poprzedni wpis?
Jakby ktoś ominął, to polecam zapoznanie się z nim wnikliwe. Łącznie z komentarzami...

Tak więc...

Maszyna po tamtym wpisie się zjeb..psuła...

Identycznie, jak poprzednio: przepuszczała na dowolnie wybranym ściegu.

DOWOLNIE WYBRANY ŚCIEG to znaczy, że czego bym z szerokiej gamy dostępnych mi wzorów nie wybrała, to nie szyła jak powinna. (to wyjaśnienie do komentarza Strimy, która się burzyła na brak filmików z szycia i precyzyjnego określenia, który to ścieg mi nie działał).

Kolejna naprawa i dooopa znowu z tyłu... :-/

Na szczęście nie jestem AŻ pod taką okropnie złą gwiazdą urodzona.
Czuwają nade mną Dobre Duchy i inne takie tam skrzydlate stróże...

Jeden z Dobrych Duchów (a właściwie Dobry Duch płci żeńskiej) wspomniał o mnie i o moich przebojach maszynowych innemu Dobremu Duchowi (płci męskiej).

Męski Duch się jakby wkurzył i zażyczył sobie od Damskiego Ducha kontaktu do ułomnej właścicielki ułomnej maszyny (do mnie, jak coś).

No i ten Dobry Duch z sympatycznym, męskim głosem zadzwonił do mnie i stanowczo oznajmił, że on (ten Dobry Duch) nie zgadza się z moim osądem maszyny. TEJ maszyny. Bo ona ma szyć, a nie robić mi łaskę. Nie do tego została wyprodukowana. Bo to klasa sam w sobie jest!

Nasze poglądy, jak łatwo się domyśleć, były kompatybilne :-D

Opowiedziałam Dobremu Duchowi jak to z maszyną było.
Dobry Duch wysłuchał cierpliwie mojej  dość żałosnej historii maszynowej , ale nie spuścił mnie po bandzie, tylko zażyczył sobie bezpośredniej konfrontacji.

Nienienie! Nie na ringu!
Mordobicia nie było!

Po prostu przejął ode mnie trupa z dowodami śmierci (szmatka z przykładowymi wyczynami Miss Mercedes).

Jak przejął?
Normalnie.
Z bagażnika emerytowanej Skody Fabii Run do bagażnika jeździdła w kolorze białym z licznymi, kolorowymi napisami typu: JANOME. ELNA, RADOŚĆ SZYCIA i takie tam...

Dobry Duch zapytał mnie czy chcę pokwitowanie przejęcia sprzętu.
Szczerze mówiąc, nie pomyślałam o tym.
- To dobrze, bo nie mam - oznajmił mi Dobry Duch, czym rozbroił mnie do cna :-D
Możecie uznać mnie za lekkomyślną jednostkę, ale jakoś po raz pierwszy nie obawiałam się o swój drogocenny sprzęt (nie)szyjący.
Za dobrze Dobremu Duchowi z oczu paczało ;-)

Minęło kilka dni...
W tzw. międzyczasie wykończyłam panel nr 2, który psuł maszynę i moje nerwy. W sensie, że lamówkę ręcznie podszyłam:



Sakura. Pikowanie z wolnej dłoni :-D
Trochę zbliżeń:







To miał być prezent wręczony w dniu 21.12. 2018. Się jakby z powodu maszyny czas nieco omsknął i przesunął...
Nic to!
Wracamy do czasów współczesnych, czyli mniej więcej do połowy lutego.
Dobry Duch zadzwonił do mnie z informacją, że maszyna została obadana i wyleczona przez solidną grupę techników i MA SZYĆ!!!
A jakby się znowu znarowiła, to mam jak w dym do niego uderzać. BO ONA MA SZYĆ, A NIE TYLKO WYGLĄDAĆ!

Nawet nie wiecie, jak wielki kamień spadł mi z hukiem potężnym z serca!

Wszak Strima spluwa zapewne gęstą flegmą na moje wspomnienie. Zwłaszcza  po niezbyt miłym, acz szczery do bólu poprzednim wpisie...
Tak więc byłam tam spalona do kilku pokoleń w tę i na zad.

Maszyna wróciła do mnie we wtorek.
Usiadłam do niej w sobotę, czym wbiłam w zdumienie mojego małża, który stwierdził, że mam nerwy z żelaza i i podziwia moją cierpliwość.
Wyjaśniłam mu, że po pierwsze nie miałam kiedy wypróbować po raz kolejny zreanimowanego trupa, bo:
- po odbiorze, we wtorek, maszyna była zimna jak wkład w trumnie i zapewne zawilgocona, więc nie chciałam odpalać jej komputerowych flaków zbyt wcześnie
- w środę wróciłam z pracy o 20:00 - tak jakby pełzając bardziej
- w czwartek nieco wcześniej (17:00), ale nie odparowałam po środzie i marzyłam jedynie o wyciągnięciu zwłok na ukochanym fotelu, z kotem na brzuchu
- w piątek sprzątnie hangaru, a w ramach wypoczynku powtórka z kota :-D
Tak więc SOBOTA!

Usiadłam do maszyny, bo wzór już miałam wybrany (PP) i zaczęłam sobie szyć.
Szybko, łatwo i przyjemnie.
Dopóki nie zaczęłam zszywać do kupy.
Okazało się, że wszystko mi powiewa radośnie i nie styka!
I to jak!
O centymetr!
Szlag mnie trafił, sążnistą k...ą rzuciłam publicznie na FB i porzuciłam szycie w cholerę!

Do niedzieli...

Przespałam się z problemem i stwierdziłam, że strzelać z tego nie zamierzam, więc zszywam jak jest. I mam gdzieś, że się wzięło i nie stykło.

Jak pozszywałam, to dotarła do mnie pewna prawidłowość: środkiem pyknęło idealnie, a leżące vis a vis kawałki IDEALNIE TAK SAMO się rozłażą...

Poskrobałam się w rozczochraną i wbiłam się na stronę, z której miałam wzór.
No i się okazało, że kurde TAK MA BYĆ!
Środek się styka, a góra nie :-D
Boszszsz! Co za ulga!!!!
Umiem szyć! :-D
 A teraz on, rzeczony uszytek, co to się "rozjechał":

Szpulki kolorowych nici :-)
Cóż innego mogłam uszyć wskrzeszoną maszyną?
Tylko coś, co się kojarzy bezpośrednio z szyciem.

A gdzie mi się pozornie rozjechało?
No tu:
Widzicie?
Dół, czyli środek idealnie, a góra...
Szkoda gadać :-D
Ale TAK MA BYĆ! Zgodnie z wytycznymi autora wzoru :-)

Bardzo jestem zadowolona z tej mini durnowieszki naściennej.
Mini, bo w porównaniu z konkretną Sakurą ( 33 cale na 44 cale) to 16 na 16 cala to taka minimalizna :-D
Ale...
Wypróbowałam na niej maszynę i dalej testuję na kolejnym uszytku (wszak znowu weekend szyciowy nastał).

Miss Mercedes szyje. Jak huragan!
Tfu tfu! Na psa urok!
Obym nie przechwaliła!

Wiecie co?

Życie i jego meandry nieustannie mnie zadziwiają.

Żeńskiego Dobrego Ducha poznałam dokładnie sześć lat i jeden miesiąc temu.
Ktoś tego Ducha postawił na mojej drodze.
Ten Dobry Duch spotkał się z innym Dobrym Duchem całkiem niedawno, w zupełnie innej sprawie.
I tylko zbieg okoliczności i rozmowa dwóch Duchów sprawiły, że ten drugi Dobry Duch zaistniał w moim życiu.

Dobre Duchy!
Jestem Waszą dłużniczką. Nie wiem, jak mam Wam dziękować.

Dobry Duchu żeński: nie wiem co mam napisać poza banalnym: dziękuję Ci z całego serca, że o mnie pamiętałaś :-*

Dobry Duchu męski: dziękuję, że zainteresowałeś się sprawą kulawej maszyny jednej z frustrowanych i mocno załamanych użytkowniczek Janome.  Dziękuję, że nie wzruszyłeś ramionami, tylko wziąłeś sprawy w swoje ręce. To wraca wiarę w ludzi. I pozwala mieć nadzieję, że nawet ogromne firmy mają na uwadze zadowolenie zwykłych zjadaczy chleba.

Eti - dziękuję :-)

A teraz dane techniczne:
- kolekcja Sakura jest do kupienia u Ewy
- wzór na quilt szpulkowy za free tu
- zdjęcia autorstwa mojego zawodowca, czyli Joanny


niedziela, 4 listopada 2018

Ten okropny, zły z założenia, fejsbuk...

Facebook...
Zło wcielone. Źródło nikczemności, odarcia z prywatności. Szerzy niemoralność, występek i  niegodziwość.
Grzech i łajdactwo są tam na porządku dziennym.
Taki książę ciemności w zasięgu ręki.
Czyli Sodoma i Gomora naszych czasów.
Każdemu według potrzeb. Każdemu według oczekiwań.

Taaa... 

Nie zapominajmy o jednej, podstawowej sprawie: fejsbuk to przede wszystkim ludzie z krwi i kości. Fejsbuk to my.
To, co chcemy opublikować na naszej tablicy, to nasz wybór. Nikt nam odbezpieczonego pistoletu przy skroni nie trzyma i nie nakazuje: "PISZ CHOLERO, WRZUCAJ FOCIE, BO JAK NIE, TO..."
Jest tam taki czarodziejski myk co się zowie "prywatność". W nim ustawiamy to co chcemy, jak chcemy.
Mamy życzenie informować szerszy ogół, że właśnie zjedliśmy obiadek, że mamy nowy ciuszek, że kwiatek zakwitł, że kotek śpi, że... i że.... oraz że...
Możemy to zrobić. Nie musimy.
Mamy wszak wolną wolę.
Chcemy, żeby nikt nie widział naszych znajomych? W czym problem?
Mamy potrzebę wyjścia w szerszy świat? No to zakładamy fanpejdża (taki jakby blog, ale szybszy w komunikacji).
Spektrum działania na fejsie jest bardzo szerokie i tylko od nas i od naszej decyzji zależy, w którą stronę pójdziemy.

Po co ja to piszę?
Reklama jakaś? Fejs mi zapłacił?
Nie.

Ale ta z gruntu zła platforma komunikacji (wg. niesfejsbukowanych), ma takie cuda jak grupy tematyczne. Dowolne. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę słowo-klucz i mamy, co chcemy. Z różnych stron świata.

Chcesz dziergać na drutach?  Chcesz szyć patchworki? A może marzysz o lotach balonem? Wbijasz na fejsa i masz grupy tematyczne. Dowolne. Co tam komu w duszy gra.

Mnie się loty balonem i inne takie tam skoki ze spadochronem nocami nie śnią, ale jestem członkiem wielu grup.

Ostatnio dołączyłam do tej.



Nie ukrywam, że po raz pierwszy biorę udział a takiej akcji.
Dla Dominika. Na jego dalsze leczenie i rehabilitację.
Za zgodą jego mamy cytuję:

Dominik urodził się w 2008 roku z objawami niedotlenienia i niedożywienia wskutek przedwcześnie postarzałego łożyska. Rozwój psychospołeczny oraz motoryczny od pierwszych tygodni przebiegał nieprawidłowo. W 2010 roku otrzymał opinię o potrzebie wczesnego wspomagania rozwoju z uwagi na opóźniony rozwój mowy (obserwacja w kierunku niedosłuchu) oraz zaburzenia zachowania i od września tego samego roku rozpoczął indywidualny program. W 2011 roku otrzymał orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego z uwagi na całościowe zaburzenia rozwojowe - spektrum autyzmu. Zostało ono wydane ponownie w 2014 roku ze względu na autyzm. W 2016 roku otrzymał orzeczenie o niepełnosprawności.
STOWARZYSZENIE SALUTARIS
UL. RUSKA 39; 50 - 079 WROCŁAW
Bank Pekao SA 96 1240 6768 1111 0010 4374 9596
Tytułem – Dominik Potocki darowizna

Na aukcję, na początek wrzuciłam miśka.

Ponowny cytat (własny, z aukcji):
Dla Dominika.
Mięciutki, przytulny misiaczek. 20 cm pulchnego ciałka do kochania ❤️
Ręcznie robiony (szydełko), bezpieczne oczka, wypełnienie - kulka silikonowa hypoalergiczna. Misiek pierny pralką.
Cena wywoławcza 8 zł. Koniec licytacji 09.11 godzina 21.00
Kw. pokrywa nabywca.


Tak więc, jeśli kogoś przekonałam, jeśli ktoś OKRRROPNIE zaryzykuje i dołączy do fejsbuka, zapraszam do licytacji.
Wystarczy mieć konto i dołączyć do grupy:


Fesjsbuk nie boli. Tworzą go ludzie tacy jak my :-)

sobota, 4 sierpnia 2018

Fryderyk Pierwszy Waleczny

Jak wiecie nie od dziś, mam dwa koty: Fryderyka i Lucjana.
Obaj panowie dość cyklicznie przewijają się przez mojego bloga.
Dziś będzie o Fryderyku.
Fred z natury jest kotem łagodnym, spokojnym i cierpliwym. Toleruje różne wyskoki zarówno Lucjana, jak i nasze. Każde, nawet najlżejsze dotknięcie kociambra ludzką dłonią,  kończy się rozgłośnym mruczeniem a la traktor.
Ostatnio znarowiły się u nas w ogrodzie obce koty. W sensie, że nie nasze, tylko sąsiedzkie.
Łażą i wylegują się gdzie chcą. Fredek średnio na nie reaguje.
Pod warunkiem jednak, że nie zbliżają się za bardzo w stronę Lucka.
Lucek jest jego prywatny: to on ma prawo na niego pchiknąć, pysknąć, warknąć, albo przyłożyć mu od niechcenia łapą. Innym WARA!
Gdy tylko któryś z obcych zbliża się do Lucka zbyt blisko, według oceny Fredzia, dostaje stanowczy odpór i zostaje odgoniony warczeniem na bezpieczną  dla Lucka odległość, przywiązanego na smyczy do architektury ogrodowej. Po czym zainteresowanie Fredzia dla obcych spada do zera.
No poza myszami, kretami, padalcami, żabami, ptakami...

Ale czasem w nim wzbiera... Odpala, jak perszing, bo TAK! Bo ma dośc panoszących się obcych na jego niezawisłym terenie.
Wzbiera w nim złość, frustracja, poczucie, że trzeba bronić wszystkich przed wszystkimi. Instynkt stadnego dowódcy bierze górę nad pacyfistyczną naturą spokojnego, futrzastego grubaska.

Tak też i było w ostatni dzień lipca.
A właściwie późnym i ciemnym wieczorem.
Leżałam już w barłogu, kiedy usłyszałam dzikie i opętańcze kocie wrzaski. Od razu wiedziałam, że jeden z tych ryczących sierściuchów należy do mnie (albo może ja do niego...).
Wyszłam na balkon i huknęłam stanowczo w czarną noc:
- Fryderyku! Proszę do domu! KICI KICI!
Fryderyk posłuchał o dziwo!
Przyszedł, poszedł spać, rano zjadł śniadanko i poszedł na dwór.
Po kilku godzinach wrócił do domu...
Dyndałam sobie w tym czasie na ławce, popijałam kawkę i bujałam się niechcenia.
- MATKO Z CÓRKOM! FREDEK! CO CI SIĘ STAŁO?! - Zakrzyknęłam przerażona.
Kot wlókł się na trzech łapach. Lewą przednią niósł jakby obok...
Fred usiadł, bezgłośnie otworzył usta i wbił we mnie bezbronne spojrzenie ócz swych zielonych.
Zerwałam się z ławki, kota chwyciłam w opiekuńcze ramiona i położyłam w cieniu, obok siebie na ławce.
- Fredziulku! Pokaż łapeczkę.
Pokazał. Z płaczem i jękiem.
- Pośpij. Wet jeszcze nieczynny. A może samo ci przejdzie...
Pospał. Nie przeszło.
No to trzeba było kota zapakować w transporter... Fred entuzjastą jazdy samochodem zdecydowanie nie jest. W przeciwieństwie do Lucka.
Więc wyglądało to tak:
wpycham Freda do transportera, on się zapiera na szeroko rozkładając łapy. Ni cholery się nie zmieści, chyba, że mu barki wyłamię!
Zaczynam go składać. Wrzeszczy, bo go boli. Lekko odpuszczam, ale dalej nie mogę go wepchnąć.
Lucjan korzysta z zamieszania, ładuje się dobrowolnie do transportera i siedzi w środku w pozycji typu: "no mamusiu! cekam! mozemy jus jechać, bo ja kocham jechać!"
- LUCJAN WON! - Huknęła mamusia.
- NIE! - Odparł Lucjan.
Ja pierd...e! Jeden wyje, bo nie chce, drugi mordę drze bo chce!!!
Wydłubuję Lucka jedną ręką, bo drugą trzymam Freda.
NIE DA SIĘ! Lucjan się zaparł.
Puszczam Fredka, wydłubuję  z transportera oburącz Lucka.
Udało się.
Tyle, że w tym czasie Fryderyk zwiał na trzech nogach diabli wiedzą gdzie!
Znajduję Fredka. Składam go do kupy, żeby przeszedł mi przez drzwiczki transportera.
Mordę drze jak upiór. Trochę go wepchnęłam, ale pod brzuchem przemknął mu Lucjan i znowu jest pierwszy w transporterze!
KURRRR...DE!!!
Za trzecim razem byłam bystrzejsza - Lucka przycisnęłam kolanem do gleby, jak tylko wślizgnął się pod Freda. Freda upchnęłam w transporterze, zanim Lucek zdołał mi amputować rzepkę...
Żar się z nieba leje, a ze mnie poty numer chyba tysięczny...
Pojechałam. Akompaniament Fredek zapewnił mi nieziemski. Trzeba przyznać, że rozpiętość głosu ma zarąbistą: od głębokiego basu, do sopranu...
- A któż to tak śpiewa? - Zapytał mnie wet na wejściu.
- Fryderyk. Bynajmniej nie Chopin, bo on raczej nie śpiewał. - Odparłam.
Wet łapę obejrzał i od pierwszego, że tak powiem wejrzenia, bez moich zeznań stwierdził:
- Walczył, prawda?
- Jako lew! - Potwierdziłam.
- No właśnie widzę. Ma zmiażdżone tkanki miękkie. Koty, jak się tłuką, to niekoniecznie gryzą się do krwi. To się rzadko zdarza. Zwykle się łapią paszczami i GNIOTĄ, GNIOTĄ, aż do takiego stanu, jak u niego.
- Szkoda, że kłaki nie fruwały - stwierdziłam smętnie.
- No szkoda, bo nie byłoby wtedy takich efektów, jak u niego.

No cóż...
Fred leczenie rozpoczął dokładnie pierwszego sierpnia. Wczoraj wieczorem jego łapina wyglądała tak:

Czyli duuuużo kociej łapy...
Dziś, w drodze do weta, łapa "pękła". W sensie, że wrzód, który wezbrał pod skórą wylał zawartość na zewnątrz...
Oszczędzę Wam szczegółów.
Ale dzięki temu Fredzio zaczął się lekko opierać na tej łapie i od czasu do czasu przejawia chęć do jedzenia!
Idzie ku lepszemu? Taką mam nadzieję. Łapę mam przemywać i wyciskać zawartość. TO nie jest problem.
Gorsze jest to, że weterynarz też człowiek i ma prawo do wypoczynku...
Od jutra wet będzie hulał nad morzem, a ja została obdarowana przez niego pięcioma dawkami antybiotyku.
W strzykawkach!
Biedny Fred! Nie wie, że może być coś gorszego od podróży samochodem :-D
Chociaż nie pierwszy raz będę robiła zastrzyki.
Kiedyś sama siebie musiałam kłuć, kilka razy koty. Ale przecież nie robię tego codziennie i zawodowo!
Tak więc dla przypomnienia dziś przeszłam szybkie szkolenie z podskórnych iniekcji.
Podobno poszło mi świetnie. I mogę zostać asystentką weta od zastrzyków.
Nie wiem, czy ten entuzjazm podziela również Fredek.
Póki co, śpi spokojnie w mięciutkim legowisku i zdrowieje.


Aha! Kota sąsiadów nie widziałam od tamtego ostatniego, lipcowego wieczoru...
Nie to, żebym mu źle życzyła, czy coś. Miły koteł z niego.
Ale swoją drogą, ciekawe, jak on wygląda po starciu z potężną masą rozwścieczonego Fredka ;-)
Sąsiadki nie pytam. Ot tak... Co mam jej tam głowę zawracać ;-)

czwartek, 3 maja 2018

Misz masz

Kwiecień minął bez jednego nawet wpisu... A to się porobiło!
No ale jak tu coś pisać, jak przyroda oszalała ze szczęścia i sieka kolorami i zapachami na odlew?


W tym roku może znowu będą jabłka




I na wiśnie też jest szansa



Wejście do ogrodu wygląda tak:



Natomiast na pożegnanie tak:

W którą stronę by nie patrzeć - pachnie jednakowo oszałamiająco :-)

A jak nie pachnie, to wygląda obłędnie:
I jak tu w takich okolicznościach przyrody siedzie przed kompem i coś pisać?
No nie da się! Zwłaszcza, że Lucjan zażyczył sobie wznowienia leśnych przejażdżek rowerowych

Czasem jednak znajduję chwilkę i coś tam dziergam.
Nielubianym szydełkiem dziergam :D
Na przykład kot zmęczony, najabłonkowy ;-)

Coś na słodko, czyli babeczka i lodzik ;-)





Coś in progres, czyli kiedyś powstanie coś użytecznego. Póki co wygląda jak bezkształtny kręgiel :-D



Maszyna do szycia stoi i się kurzy, bo żal mi tych ciepłych i pięknych dni na siedzenie w murach.

W murach to ja w pracy tkwię. I też mi szczerze mówiąc rozrywki nie brakuje.
- Proszę pani! Ja chcę tę książkę, co moja koleżanka czytała i jej się podobała.
Yyyy... Nie... No tak! Oczywiście!
Szybkie pytanie o koleżankę, bo mogę namierzyć rzeczoną lekturę w karcie analitycznej wspomnianej panienki.
- A jak koleżanka się nazywa?
- Zuzia.
- A na nazwisko jak ma?
- Nie wiem! Przecież ja z nią tylko na świetlicę chodzę!
- A może jakiś fragment tytułu pamiętasz z tej książki?
- TAK! Na wierzchu była różowa!


Przychodzi dziecię z klasy drugiej.
- Poproszę lekturę.
- A tytuł?
- Kasiunia!
Szybkie myślenie: "Karolci już się nie przerabia, Oto jest Kasia za rok. Ryzykuję!"
- A może "Asiunia"?
- Oooo! Noooo!
No....

Ten sam dzień, jakieś 15 minut później. Wchodzi Julian z klasy czwartej. Miłe dziecko i raczej ogarnięte.
- Dzień dobry. Chciałbym wypożyczyć lekturę.
I cisza...
- A jaką? - Zagajam.
- No to co u mnie w klasie mają przerabiać.
Tjaaaa...
- Aha. Julek! Czwartych klas jest u nas pięć, więc nie wiem co konkretnie w twojej ma być.
Julek się zamyślił, skupił intensywnie i po chwili usłyszałam:
- Dywizja koziołków!

Lata wprawy robią swoje. Julian wyszedł z biblioteki trzymając pod pachą "Dynastię Miziołków" ;-)

Oby do wakacji!


Wzór na kota jest tu
Wzór na babeczkę jest tu
Adres wzoru na loda przepadł bezpowrotnie.

sobota, 27 stycznia 2018

Kulinarne wpadki i wypadki...

Wprawdzie nie jest to mój blog o garach i o gotowaniu, ale jakoś tematyka wpisu idealnie pasuje do tego akurat bloga.

No więc.

Przedwczoraj byłam z wizytą przyjaźni u bardzo miłej osoby
Ploteczki, pogaduchy, oglądanie miliarda pięknych szmatek, mizianie kocambra i dalsze Polek rozmowy...
Czas płynął szybko i niepostrzeżenie.
Mus coś zjeść. Koleżanka zarzuciła na obiad karkówkę pieczoną z pieczarkami w sosie.
W stosownym czasie rzeczona świńska część kadłuba powędrowała w naczyniu żaroodpornym do piekarnika na przepisową godzinę, a my ponownie rozpłaszczyłyśmy się zrelaksowane w fotelach, kontynuując rozmowy różne.
Po mniej więcej pół godzinie gościnna pani domu zerwała się z okrzykiem:
- O q...wa! SOS!
No cóż...
Niewiele brakowało, a byłaby karkówka w sosie  bez sosu...

Ponieważ karkówka bardzo mi posmakowała, postanowiłam zapodać ją na obiad mojej rodzinie w dniu dzisiejszym. Tak więc wczoraj poczyniłam stosowne zakupy. Niewiele kupowania było, bo prawie wszystko miałam. Nawet ocet balsamiczny. Oraz karkówkę. Brakowało mi (wg. mnie!) jedynie cebuli.
Stoję ja sobie w kolejce do kasy, paczam z zadowoleniem na taśmę z niewielką ilością produktów i...
I nagle olśnienie!
- O q..wa! PIECZARKI!
Karkówka pieczona z pieczarkami w sosie bez pieczarek brzmi trochę głupio...
Udało się! Pieczarki kupiłam. Karkówkę zapodałam. Rodzinę przekarmiłam.
Nie dali rady końskim porcjom. Dzięki temu mam obiad na dwa dni z czaszki :-D

A teraz moje wczorajsze wyczyny kulinarne.
Schabowe nietypowo miałam trzy sztuki. Osób chętnych teoretycznie cztery.
Ja zrezygnowałam z chabaniny bez żalu, bo wolałam posilić się śledziami mistrza szklarskiego.
 (Nie szukajcie przepisu, bo go zwyczajnie nie ma  sieci. Jak opublikuję, to będzie ;-) )
Tak więc tym samym kotlety były w stosunku jeden do jednego.
Wrzuciłam je do piekarnika razem z frytkami do upieczenia. Zamknęłam piekarnik i poszłam w cholerę szyć.
Po mniej więcej 25 minutach zlazłam na dół w celu ogólnego ogarnięcia kuchni i zapodania rodzinie obiadu.
Idę do piekarnika, a tam...
Frytki jak były blade, tak blade sobie dalej były. Żadnej zmiany.
Tknięta złym przeczuciem wetknęłam rękę do piekarnika, a tam zimno jak w prosektorium!
Piekarnik umarł, zapytacie.
Nieeee...
Działa.
Tylko że jak się włącza termoobieg, to trzeba też drugim pokrętłem włączyć grzałkę...
Sama z siebie nie zadziała.

Rodzinie wygłodzonej usiłowałam wmówić, że to wina frytek wrednych niepiekliwych, że piekarnik się psuje i ogólnie NIE MAM POJĘCIA O CO KAMAN!

Tja...
Z głodu nie padli. Dali radę. Obiad dostali bardzo nieco później niż zwykle. I ŻYJĄ!
I do tego wpisu nie mają pojęcia, dlaczego tak długo czekali na strawę :-D

W sumie nie powinnam tego pisać, bo będę miała przechlapane po całości, ale co tam! Jest ryzyko, jest zabawa ;-)



piątek, 27 października 2017

Antyporadnik zakupowicza

No więc...
W dzisiejszym wpisie uświadomię nieuświadomionych, jak nie należy robić zakupów.

Było to jakieś trzy, może cztery tygodnie temu.
Świt blady. Bardzo blady, czyli jakby przed szóstą rano.
Sturlałam się na dół, po spionizowaniu dziecka młodszego i siebie. Bardzo bez zapału, rzecz jasna. Zwłaszcza, że był to najgorszy dzień tygodnia, czyli poniedziałek.
W kuchni był już mój małż, zdecydowanie bardziej ożywiony niż żona własna. Pałaszował śniadanko i płonął chęcią rozmowy.
- Pojedziesz do Lidla?
- Kiedyś na pewno... - burknęła grzecznie żona
- A dziś? - Zgłębiał temat małż.
- NIE! - warknęła słabo ożywiona do życia żona, szykująca strawę do palcówek oświatowych sobie i najmłodszej progeniturze.
- Szkoda... - Rozczarowanie męża zawisło dość zawieście i wymownie w powietrzu
- Bo co? - żona dobra w sumie jest i dialog usiłowała podtrzymać, chociaż powieki same jej opadały na okładane wędliną i warzywem wszelakim buły orkiszowe.
- Bo wiesz, jakbyś była, to byś kupiła..............
- Ok. Kupię. Ale nie dziś, bo się nie wyrobię. - Odparła żona średnio obudzona w poniedziałkowy poranek.
Małżowina się ucieszyła, zapewniła, że zakup absolutnie nie musi być akurat tegoż dnia, byle by był.
Spoko!
No i się tak jakoś porobiło, że żona małża jednak dała radę i wylądowała w Lidlu.
A jadąc do rzeczonego rozmyślała przez całą drogę:
- Co ja do cholery obiecałam kupić??? Za boga ojca nie pamiętam!
W myślach przelatywała ta żona, czyli ja, po półkach i regałach i nic... Najmniejszego przebłysku pamięci...
- Dobra! Zadzwonię i się dowiem.

Zadzwoniłam. Się nie dowiedziałam, bo mężu nie odebrał.

- Trudno! Taki lajf. Popaczam co jest w promocji i pewnie mnie olśni. - Pocieszyłam się beztrosko.

- Hmmmmm... Kiełbasa żywiecka! To może być TO! Biorę.
- O! Masło! To chyba jest bardziej niż żywiecka. Jassssny gwint! Co ja obiecałam kupić?! Ni huhu nie pamiętam! Pomroczność jasna!

Łaziłam po sklepie dość długo, licząc na to, że nagle spłynie na mnie olśnienie...
Nie słynęło...
Polazłam do kasy w poczuciu niespełnienia, zapłaciłam, powlokłam wózek do samochodu, spakowałam graty do bagażnika i wtedy oddzwonił mój ślubny.
- Dzwoniłaś. - Bardziej stwierdził, niż zapytał.
- No! Bo wiesz? Jednak dałam radę i dotarłam do Lidla. I za diabła nie pamiętam, co chciałeś. Wzięłam żywiecką i masło, bo w promocji były.

W telefonie zapadła  głucha cisza. Jakże wymowna...
- Ekhem... Tego... Trafiłam? Chyba nie? To co to ja miałam kupić?

- Wkłady do zniczy...

Kurtyna!

sobota, 14 października 2017

Zbeszczeszczona narzuta

Mam w domu taką jedną kompletnie zakręconą na punkcie flamingów.
Flamingi wiszą na ścianie, ozdabiają łóżko jako poduchy, są "kejsem" na komórce, opanowały bluzki, swetry, pościel.
Ba! Są nawet spinacze do dokumentów w jedynie słusznym, flamingowym kształcie...
Kto nie wierzy, niech zajrzy na blog mojej starszej, opętanej różowymi ptaszorami córki.
Wieszczę, że w przyszłym roku oczarują ją ananasy, vel kaktusy, vel monstery...

Ad rem...
Mamusia rzeczonej opętanej, czyli mła osobiście jest gadżeciarą patchworkową. Lubi mieć przydasie. Szwendając się po stronach mocno zagranicznych, mamusia znalazła szablony do pikowania.
O te: http://bit.ly/2xutrkg
I mamusia zapałała absolutną żądzą posiadania rzeczonych.
- Chuda! Kup mi plisss!
- A po cholerę?!
- Potrzebę mam wydania kasy!
- Doooobra...
- Ej! Uszyję ci narzutę i wypikuję tymi szablonami. Noooooo?!
- Przecież już mi uszyłaś!
- Na zmianę będziesz miała. Nooooo?!
- Doooobra.

Kupiła. Kasę rzecz jasna zwróciłam dziecku.

Perfidna dość byłam, bo materiały na narzutę w JEDYNIE SŁUSZNE FLAMINGI już miałam, pomysł na uszycie też, ale na pikowanie kompletnie nie. Więc te szablony spadły na mnie po prostu jak manna z niebiesiech :-D

Uszyłam i jest:

Najłatwiejsza rzecz pod słońcem: kwadraty z bawełny flamingowej i trzech, dopasowanych mniej więcej kolorystycznie solidów.
Wyszła fajna, optymistycznie letnia, zimowo cieplutka narzuta na zmarzniętego ludzia.
Skończyłam ją wczoraj. To znaczy zmyłam ślady pisaka, którym odrysowałam wzór szablonów
Zaniosłam właścicielce, która leżała złożona (nomen omen) w chińskie es paskudną i wyjątkowo mocną migreną.
Sądziłam, że narzuta poleży do dnia dzisiejszego na fotelu, czekając na sesję zdjęciową.
Gdzie tam!
Od razu została przejęta i użyta człowiekiem obolałym i kotem śpiącym:

Akceptacja w 200%.
Nie powiem, żebym szczęściem zapłonęła, bo narzuta ZBESZCZESZCZONA przed fotografowaniem... Ale niech tam im będzie, tym dwóm padlinom...

Mimo, że deszczyk sobie beztrosko dziś mżył, wywlokłam drabinę na dwór, wtarabaniłam się na nią wraz z aparatem i pstryknęłam fotę z lotu ptaka.

Bez szału i bez szczegółów wyszła, bo światło było delikatnie mówiąc do doopy :-/

Nagle, znikąd pojawił się mistrz drugiego planu. Pozornie znudzony i zniesmaczony panią starszą na drabinie:

Mistrz, czyli Fryderyk Wielki, poszedł zdecydowanym, męskim krokiem do jednego ze świeżo usypanych kopców kreta, rozkopał go i....
I TYMI BRUDNYMI KOPYTAMI WLAZŁ NA NARZUTĘ!!!

ZBESZCZEŚCIŁ JĄ DRUGI SIERŚCIUCH!
I to jak zbeszcześcił!!!

Ta kocia łajza chyba specjalnie wybrała BIAŁE kwadraty i centralnie po nich się przeleciała, zostawiając przecudnej urody błotniste stempelki w kształcie kocich stóp!

- TY ŁACHUDRO!!! Żebym cię więcej tu nie widziała!  WYNOCHA CHOLERO! WOOOOOON!!! - ryknęłam pełną, nauczycielską, acz wklęsłą piersią.
Ferdek poszedł obrażony, a przypadkowy spacerowicz płci męskiej stanął skamieniały przy ogrodzeniu...
Nie widziałam go wcześniej (tego spacerowicza), więc kontynuując wątek, żeby pana nieco uspokoić, równie głośno wydarłam się znowu:
- Ty brudasie! Ogon ci wyrwę!!! Gołymi rękami!
Zupełnie nie wiem, dlaczego pan wyrwał natychmiast, jakby go złe goniło...
Hmmm... Może niezbyt precyzyjnie się wyraziłam komu ja ten ogon chcę wyrwać?
Nieważne...
Skupiłam się w związku z tym na szczegółach pikowania, nie bacząc na wodę kapiącą odgórnie:


Szablony są śliczne. I do wielokrotnego użytku.
Zabawę miałam naprawdę świetną. Takie kontrolowane pikowanie z wolnej ręki :-)

Ponieważ deszcz zaczął padać bardziej konkretnie, cyknęłam jeszcze tylko jedną fotkę "rozkładowo-ławkową" i czmychnęłam do domu
Dla dociekliwych informacja techniczna: rozmiar 135 cm na 180 cm.
Czyli w sam raz do przykrycia ludzia :-)

Ps: Narzutę wyczyściłam, Fred wrócił do domu. Siedzi obok mnie, mruży oczy i mówi:
- I tak mnie kochasz...

No kocham, kocham. Bo nie mam wyjścia :-D

środa, 30 sierpnia 2017

Australia w Warszawie

Człowiek nigdy nie wie i nie jest w stanie przewidzieć, co go spotka po wyjściu z domu.
Najlepszym przykładem jestem ja osobiście.

Zwykły, wczesny wieczór sierpniowy. Wczoraj.

Pojechałam po moje dziecko starsze do pracy.
Czemu? Bo bardzo późno skończyła Radę Pedagogiczną, a potem jeszcze było spotkanie z rodzicami zerówkowiczów. Tak więc do domu zwinęłaby komunikacją miejską w okolicach godziny 22:00.
Matką osobistą i jej "błękitną szczałą" -  zdecydowanie przed 21:00.
Zajechałam pod szkołę tradycyjnie sporo przed czasem.
Czemu taka tradycja moja? No bo ja jestem dziwnym człowiekiem i wolę być co najmniej pół godziny przed czasem, niż pół minuty po czasie. Poza tym mam jeszcze jedno skrzywienie - lubię czekać... Nieważne gdzie i na co. Bylebym miała na czym siedzieć i co czytać :-D. Wszystko jedno co - książka, gazeta, ogłoszenia, internet.

Tak więc wczoraj również nie było inaczej.

Radyjko gra, internecik w komóreczce działa jak ta lala, zacna, tzw. kolejna gównoburza na fejsbuczku dobrze się zapowiada.
Normalnie żyć nie umierać!

Obok mojego samochodu przycumował młodzieniec w wieku cirkaebałt szósta klasa.
Rozmawiał przez telefon.
Rozmawia, to rozmawia. Co mi do tego.

Oflagowałam się we własnym jeździdle w oczekiwaniu na starszą progeniturę i dobrze mi było.

Przez jakieś dwie, no może trzy minuty...

Słyszę pukanie w szybę.

Młody człek skończył rozmowę przez telefon i zapragnął bezpośredniego kontaktu z ludziem.

Uchyliłam okno i zapytałam grzecznie:
- Słucham.
- Przepraszam panią - powiedział naprawdę przepraszającym tonem - czy pani pomaga zwierzętom?
- Yyyyy... Noooo taaaak... Swoim kotom zawsze. A co?
- A bo pod pani samochodem siedzi królik...

No siedział. Bo mu ciepło w kuperek od nagrzanego silnika było :-D
Potem pokicał na trawnik, a my za nim.


Rudy, co lepiej widać na drugim zdjęciu, kiedy to baranek wypiął się na walący go po oczach flesz:


Króliczek był łagodny, puchaty i pulchniutki. Bez problemu dawał się głaskać i drapać za kłapciatymi uszami.
- To twój królik?
- Nie. On kicał po chodniku i ja za nim szedłem z rowerem, bo się bałem, że pod samochód wpadnie. Raz nawet wyszedł na jezdnię i go musiałem zastawiać kołem, bo się bałem, że go coś przejedzie. A on potem poszedł do pani pod samochód.
- O matko... Skąd on się tu wziął?
- Nie wiem. To już drugi królik, którego tu znalazłem.
- No coś ty?!
- No naprawdę.
- I co zrobiłeś?
- Zabrałem do domu. Tego też wezmę.
- A co na to mama?
- Już wie. Dzwoniłem do niej. Idzie tu i się zgodziła.

W czasie naszej rozmowy, grono pasterzy kłapciasto usznego zwierza z dwóch osób (chłopiec i ja) powiększyło się o jego młodszą siostrę, potem o "wydzwonioną"  mamę, a następnie o moją Chudą.

I tak oto, w środku miasta stołecznego Warszawy, stało sobie pięć osób i debatowało nad tym nie CO zrobić z królikiem, tylko JAK go bezpiecznie odtransportować do domu.
Ostatecznie królik został wpakowany do plecaka, który z dumą niosła na brzuchu siostra chłopca.
Dzieci mają zrobić ogłoszenia i rozwiesić po okolicy. Bo może ktoś się nie pozbywa nadmiaru królików, tylko zwyczajnie komuś prysnął.
Ot taki królik na gigancie.
Chociaż przy poprzednim króliczym znalezisku ogłoszenia nie przyniosły oczekiwanego rezultatu.

W międzyczasie wyjaśniło się, dlaczego chłopiec pomyślał, że pomagam zwierzakom w opałach:
- Bo pani ma samochód z naklejkami ze zwierzętami...

No fakt - mam tego "trochę". Ale głównie koty :-D Bo tylko jedna naklejka jest misiem, który ma na brzuszku beztroski, informacyjny napis: "Nie spieszę się - jadę do pracy".

Kiedy w końcu wracałyśmy do domu, Asia po chwili milczenia powiedziała:
- Ten królik miał być nasz...

No cóż. Faktycznie może i tak. Bo przez lat 9 mieliśmy królika. I mimo, że zszedł był z tego łez padołu dwa lata temu po 11 latach króliczego życia (Ania dostała go jak zwierz był już dwuletni), to do tej pory łapię się na tym, że jak mam coś jadalnego dla królików, to chcę zanieść do kłapoucha.

Powiedziałam do Chudej:
- Też tak sądzę. Ale jak miałam wyrwać dzieciom z rąk zwierzaka? Głupio trochę by było. Poza tym - skoro to taki królkodajny trawnik, to się rozglądaj, jak będziesz z pracy wychodzić :-D

Tak więc - nie zdziwię się, jak moje dziecko starsze wróci z pracy z królikiem w torebce, bo już wiem, że u niej przed szkołą jest Australia. W Warszawie.