Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fredek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fredek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 listopada 2019

Mniej więcej tematycznie

No właśnie.
Postanowiłam zreanimować bloga. Mniej więcej tematycznie.
Bo jakbym chciała chronologicznie, to zrobiłyby się niezły galimatias.
Tak więc trochę od tyłu po to, żeby łatwo i przyjemnie dojść do początku.

Pytacie w komentarzach pod poprzednim wpisie co z Ryszardem i jak dwóch pozostałych dżentelmenów reaguje.
Jednym słowem mogę to określić: SPOKO!
Lucek ma kumpla do wygłupów, a Fred ma spokój, bu Lucjan odczepił się od niego.
Wprawdzie Fredzio rzuca fochem i sugeruje pozbycie się rudego, bo za bardzo się panoszy, ale pełne michy go uspokajają.

Dla niezorientowanych czytelników, patrząc od góry zdjęcia:
Lucjan
Fryderyk
Ryszard.
Kocia symbioza... 
Zanim przejdę do moich poczynań robótkowych, może kilka słów o Ryszardzie, bo pewnie jesteście ciekawe co u niego.
Po ponad miesięcznym pobycie rudzielca mogę spokojnie stwierdzić, że jest to kot pomocny. Bardziej niż Lucjan. Lubi sprzątać:




Jest kotem walecznym i nie waha się bronić rodziny przed potworami!
Tu w walce z oczyszczaczem powietrza:



Lubi spać.



I niestety lubi również szyć na maszynie...




Mimo, a może dzięki tej kociej pomocy, skończyłam szyć coś, co mi zalegało w charakterze UFO od sierpnia...
Nic nadzwyczajnego. Zwykły obrusik(?) serweta(?)

Bez kociej osoby prezentuje się tak:

Podobne coś uszyłam już wcześniej, z innych materiałów:




Jak już na początku wpisu wspomniałam, chronologia u mnie leci do tyłu :D
Tak więc czas na uszytki lipcowe.
Ponieważ jechałam do Helu, odczuwałam potrzebę posiadania nowej siaty/torbiszcza. 
Bo ta ubiegłoroczna już mi się opatrzyła i ciut znudziła.
No i młodej młodszej trza było uszyć coś nowego w podobny deseń. A że ona lubi worko-plecaki, to też ma nowy:



Moja sis i jej córka również zostały przeze mnie wyposażone w nową galanterię :-D
Ala w worko-plecak, a sis w kosmetyczkę.


Ale to nie koniec nowinek szyciowych tworzonych specjalnie z powodu wyjazdu do Helu.

Potrzebny mi był taki większy poddupnik, bo wieczorami prowadzimy długie Polek rozmowy, a mój zadek i kręgi słupne lubią mieć wygodnie. Tej wygody i komfortu nie zapewnia mi twarda, drewniana ławka. A że ja wygodnicka na stare lata się zrobiłam, to se wzięłam i uszyłam drugi w życiu quilow, czyli narzutę zgrabnie transformująca w poduchę.
Tak wygląda w zwisie na tle Zatoki Gdańskiej:

A tak w postaci poduchy, czyli transport bezproblemowy:

Poza tym powstały jeszcze dwa piórniki:


W sumie to na dziś wystarczy. Kolejne szyciowe rzeczy też już powstały, ale nie są jeszcze w 100% gotowe, to ciut muszą poczekać na prezentację.
Następny wpis z innym rękodziełem za czas jakiś.
Oczywiście z kotami w tle :-D
Bo wpis bez kota to głupota ;-) (że tak zmienię znane powiedzonko).

Część zdjęć wykorzystanych przeze mnie w tym wpisie jest autorstwa mojej córki.



niedziela, 6 października 2019

Poradnik grzybiarza

Ponad pół roku milczałam. Nie wyniośle, jak coś. Po prostu jakoś tak wyszło.
To dziś czas powrotu na blogowe łono.
Logika nakazywałaby od początku, chronologicznie, ale życie nieco odwraca kolej rzeczy.

Jesień jest. A jesienią uaktywnia się sport narodowy Polaków, czyli grzybobranie!
Nie odstajemy od ogólnej tendencji i na wskroś polscy jesteśmy :-D

I zbieramy w lesie tylko to, co znamy i wiemy, że nas szlag nie trafi po spożyciu.

Tydzień temu pojechałyśmy we trzy (mężu zaniemógł na zdrowiu i z dużym żalem został w domu).
Jak klasyczne grzybiary mamy swoje miejscówki-pewniaki.
I oczywiście mają one swoje nazwy zrozumiałe i oczywiste tylko dla nas: Piekiełko, Taty Miejscówa, Róg Na Pętli, Farma Dinozaurów, Góra Cmentarna, Piaskownica Saksa...
O ile dwie pierwsze lokalizacje mamy o rzut moherowym beretem od domu,  zwłaszcza, że mieszkamy w lesie, o tyle reszta jest dość rozproszona i żeby oblecieć je wszystkie w ciągu jednego popołudnia, potrzebny jest środek lokomocji. Najlepiej samochód.
Tak więc, wybrałyśmy się na szybki oblot po lesie. Samochodem.
Żeby nie było - jeżdżę tylko tam, gdzie można. Resztę drogi przebywamy z buta.
Wracałyśmy do domu raczej późno.
Na tyle było już ciemno, że młoda młodsza, czyli Anna odpaliła latarkę w telefonie i przy jej świetle szukała grzybów...
Taaa... Nałóg silniejszy od rozsądku...
Jedziemy na lajcie i nagle widzę szarawy cień na boku drogi. Dałam po heblach z jednoczesnym okrzykiem: KOT!
Zatrzymałam się, Aś otworzył drzwi, zakiciał, kotek powiedział grzecznie "MIAU" i z zadartym ogonem podszedł do samochodu. Dał się wziąć na ręce i...
I przyjechał z nami do domu.
Bo co miałyśmy zrobić?
Zostawić go na poniewierkę?
Udać, że nie ma sprawy?
No w sumie, czemu nie?
Łatwiej by było.
Bo zamiast cieszyć się grzybkami przy ich czyszczeniu, ruszyłyśmy na poszukiwanie właściciela.
Zwiedziłyśmy wszystkie domy w okolicy. Dzwoniłyśmy do drzwi i prześladowałyśmy mnóstwo osób.
Nikt się nie przyznał do leśnego kociego dziecka...
Dla spokojnego sumienia pojechałyśmy jeszcze do całodobowej kliniki weterynaryjnej łudząc się, że zwierz może ma czipa.
Nie miał.
Tak więc pogodziłyśmy się z myślą, że w lesie znajduje się nie tylko grzyby.
Rude koty też tam rosną

Bidula był tak głodny i spragniony, że paradoksalnie wyrywałam mu miski spod paszczy z obawy, że jedząc i pijąc na zapas po prostu pęknie!
A potem zasnął...

I spał. I spał. I spał.
A potem się obudził i znowu jadł i pił.
Skracając opowieść: w poniedziałek, po wizycie u weta, dostał zielone światło na zamieszkanie w domu.
Nie ukrywam, że obawiałam się reakcji Lucka i Fredka na nowe futro.
Że będzie histeria. Ucieczki po chałupie. Krycie się po kątach, albo wręcz przeciwnie: krwawe walki z fruwającymi kłakami.
Nic z tych rzeczy!
Lucjan zaakceptował młodego od pierwszego wejrzenia. Młody jego też. Bawią się ramię w ramię. Szaleją po domu. I to bardzo!
Dziś niewiele brakowało, a znowu miałabym coś złamanego przez kota! Dwa futra, przemieszczające się po domu w tempie światła wpadły mi pod nogi. Gdyby nie biblioteczka, zaliczyłabym glebę z wielkim hukiem i uszczerbkiem na zdrowiu :D

Aha! Kolejny dowód na to, że regularnie nie piszę. Wcześniej zaczęłam wakacje dzięki Luckowi. Złamał mi palec od nogi. To temat na kolejny wpis :-D

Fredek zarzuca fochem, ale toleruje smarkacza do pewnych granic - dla zachowania twarzy własnej, od czasu do czasu walnie ryżego w twarz. Ot tak - niech małolat wie, kto tu był pierwszy.
A potem zasypia do góry deklem w plamie słonecznej na miękkim dywanie




Młody, czyli ryży zasypia w locie. Tam gdzie stanie i gdzie senność go zmorzy, tam pada.
Zdjęcie na łóżku jest pozowane :-D


Aha! Ten mały rozrabiaka ma ok. pięciu miesięcy.
Imię też ma.
Początkowo miał się nazywać Rydz, ale...
Kiepsko to brzmi w zdrobnieniu ;-)
Tak więc stanęło na Ryszardzie. Zwanym Rudym Ryśkiem :-D

Tak więc pamiętajcie - w lesie zbieramy tylko to, czego jesteśmy pewni, że znamy i że nas szlag nie trafi po spożyciu :D


Zdjęcia by Joanna

sobota, 4 sierpnia 2018

Fryderyk Pierwszy Waleczny

Jak wiecie nie od dziś, mam dwa koty: Fryderyka i Lucjana.
Obaj panowie dość cyklicznie przewijają się przez mojego bloga.
Dziś będzie o Fryderyku.
Fred z natury jest kotem łagodnym, spokojnym i cierpliwym. Toleruje różne wyskoki zarówno Lucjana, jak i nasze. Każde, nawet najlżejsze dotknięcie kociambra ludzką dłonią,  kończy się rozgłośnym mruczeniem a la traktor.
Ostatnio znarowiły się u nas w ogrodzie obce koty. W sensie, że nie nasze, tylko sąsiedzkie.
Łażą i wylegują się gdzie chcą. Fredek średnio na nie reaguje.
Pod warunkiem jednak, że nie zbliżają się za bardzo w stronę Lucka.
Lucek jest jego prywatny: to on ma prawo na niego pchiknąć, pysknąć, warknąć, albo przyłożyć mu od niechcenia łapą. Innym WARA!
Gdy tylko któryś z obcych zbliża się do Lucka zbyt blisko, według oceny Fredzia, dostaje stanowczy odpór i zostaje odgoniony warczeniem na bezpieczną  dla Lucka odległość, przywiązanego na smyczy do architektury ogrodowej. Po czym zainteresowanie Fredzia dla obcych spada do zera.
No poza myszami, kretami, padalcami, żabami, ptakami...

Ale czasem w nim wzbiera... Odpala, jak perszing, bo TAK! Bo ma dośc panoszących się obcych na jego niezawisłym terenie.
Wzbiera w nim złość, frustracja, poczucie, że trzeba bronić wszystkich przed wszystkimi. Instynkt stadnego dowódcy bierze górę nad pacyfistyczną naturą spokojnego, futrzastego grubaska.

Tak też i było w ostatni dzień lipca.
A właściwie późnym i ciemnym wieczorem.
Leżałam już w barłogu, kiedy usłyszałam dzikie i opętańcze kocie wrzaski. Od razu wiedziałam, że jeden z tych ryczących sierściuchów należy do mnie (albo może ja do niego...).
Wyszłam na balkon i huknęłam stanowczo w czarną noc:
- Fryderyku! Proszę do domu! KICI KICI!
Fryderyk posłuchał o dziwo!
Przyszedł, poszedł spać, rano zjadł śniadanko i poszedł na dwór.
Po kilku godzinach wrócił do domu...
Dyndałam sobie w tym czasie na ławce, popijałam kawkę i bujałam się niechcenia.
- MATKO Z CÓRKOM! FREDEK! CO CI SIĘ STAŁO?! - Zakrzyknęłam przerażona.
Kot wlókł się na trzech łapach. Lewą przednią niósł jakby obok...
Fred usiadł, bezgłośnie otworzył usta i wbił we mnie bezbronne spojrzenie ócz swych zielonych.
Zerwałam się z ławki, kota chwyciłam w opiekuńcze ramiona i położyłam w cieniu, obok siebie na ławce.
- Fredziulku! Pokaż łapeczkę.
Pokazał. Z płaczem i jękiem.
- Pośpij. Wet jeszcze nieczynny. A może samo ci przejdzie...
Pospał. Nie przeszło.
No to trzeba było kota zapakować w transporter... Fred entuzjastą jazdy samochodem zdecydowanie nie jest. W przeciwieństwie do Lucka.
Więc wyglądało to tak:
wpycham Freda do transportera, on się zapiera na szeroko rozkładając łapy. Ni cholery się nie zmieści, chyba, że mu barki wyłamię!
Zaczynam go składać. Wrzeszczy, bo go boli. Lekko odpuszczam, ale dalej nie mogę go wepchnąć.
Lucjan korzysta z zamieszania, ładuje się dobrowolnie do transportera i siedzi w środku w pozycji typu: "no mamusiu! cekam! mozemy jus jechać, bo ja kocham jechać!"
- LUCJAN WON! - Huknęła mamusia.
- NIE! - Odparł Lucjan.
Ja pierd...e! Jeden wyje, bo nie chce, drugi mordę drze bo chce!!!
Wydłubuję Lucka jedną ręką, bo drugą trzymam Freda.
NIE DA SIĘ! Lucjan się zaparł.
Puszczam Fredka, wydłubuję  z transportera oburącz Lucka.
Udało się.
Tyle, że w tym czasie Fryderyk zwiał na trzech nogach diabli wiedzą gdzie!
Znajduję Fredka. Składam go do kupy, żeby przeszedł mi przez drzwiczki transportera.
Mordę drze jak upiór. Trochę go wepchnęłam, ale pod brzuchem przemknął mu Lucjan i znowu jest pierwszy w transporterze!
KURRRR...DE!!!
Za trzecim razem byłam bystrzejsza - Lucka przycisnęłam kolanem do gleby, jak tylko wślizgnął się pod Freda. Freda upchnęłam w transporterze, zanim Lucek zdołał mi amputować rzepkę...
Żar się z nieba leje, a ze mnie poty numer chyba tysięczny...
Pojechałam. Akompaniament Fredek zapewnił mi nieziemski. Trzeba przyznać, że rozpiętość głosu ma zarąbistą: od głębokiego basu, do sopranu...
- A któż to tak śpiewa? - Zapytał mnie wet na wejściu.
- Fryderyk. Bynajmniej nie Chopin, bo on raczej nie śpiewał. - Odparłam.
Wet łapę obejrzał i od pierwszego, że tak powiem wejrzenia, bez moich zeznań stwierdził:
- Walczył, prawda?
- Jako lew! - Potwierdziłam.
- No właśnie widzę. Ma zmiażdżone tkanki miękkie. Koty, jak się tłuką, to niekoniecznie gryzą się do krwi. To się rzadko zdarza. Zwykle się łapią paszczami i GNIOTĄ, GNIOTĄ, aż do takiego stanu, jak u niego.
- Szkoda, że kłaki nie fruwały - stwierdziłam smętnie.
- No szkoda, bo nie byłoby wtedy takich efektów, jak u niego.

No cóż...
Fred leczenie rozpoczął dokładnie pierwszego sierpnia. Wczoraj wieczorem jego łapina wyglądała tak:

Czyli duuuużo kociej łapy...
Dziś, w drodze do weta, łapa "pękła". W sensie, że wrzód, który wezbrał pod skórą wylał zawartość na zewnątrz...
Oszczędzę Wam szczegółów.
Ale dzięki temu Fredzio zaczął się lekko opierać na tej łapie i od czasu do czasu przejawia chęć do jedzenia!
Idzie ku lepszemu? Taką mam nadzieję. Łapę mam przemywać i wyciskać zawartość. TO nie jest problem.
Gorsze jest to, że weterynarz też człowiek i ma prawo do wypoczynku...
Od jutra wet będzie hulał nad morzem, a ja została obdarowana przez niego pięcioma dawkami antybiotyku.
W strzykawkach!
Biedny Fred! Nie wie, że może być coś gorszego od podróży samochodem :-D
Chociaż nie pierwszy raz będę robiła zastrzyki.
Kiedyś sama siebie musiałam kłuć, kilka razy koty. Ale przecież nie robię tego codziennie i zawodowo!
Tak więc dla przypomnienia dziś przeszłam szybkie szkolenie z podskórnych iniekcji.
Podobno poszło mi świetnie. I mogę zostać asystentką weta od zastrzyków.
Nie wiem, czy ten entuzjazm podziela również Fredek.
Póki co, śpi spokojnie w mięciutkim legowisku i zdrowieje.


Aha! Kota sąsiadów nie widziałam od tamtego ostatniego, lipcowego wieczoru...
Nie to, żebym mu źle życzyła, czy coś. Miły koteł z niego.
Ale swoją drogą, ciekawe, jak on wygląda po starciu z potężną masą rozwścieczonego Fredka ;-)
Sąsiadki nie pytam. Ot tak... Co mam jej tam głowę zawracać ;-)

sobota, 14 października 2017

Zbeszczeszczona narzuta

Mam w domu taką jedną kompletnie zakręconą na punkcie flamingów.
Flamingi wiszą na ścianie, ozdabiają łóżko jako poduchy, są "kejsem" na komórce, opanowały bluzki, swetry, pościel.
Ba! Są nawet spinacze do dokumentów w jedynie słusznym, flamingowym kształcie...
Kto nie wierzy, niech zajrzy na blog mojej starszej, opętanej różowymi ptaszorami córki.
Wieszczę, że w przyszłym roku oczarują ją ananasy, vel kaktusy, vel monstery...

Ad rem...
Mamusia rzeczonej opętanej, czyli mła osobiście jest gadżeciarą patchworkową. Lubi mieć przydasie. Szwendając się po stronach mocno zagranicznych, mamusia znalazła szablony do pikowania.
O te: http://bit.ly/2xutrkg
I mamusia zapałała absolutną żądzą posiadania rzeczonych.
- Chuda! Kup mi plisss!
- A po cholerę?!
- Potrzebę mam wydania kasy!
- Doooobra...
- Ej! Uszyję ci narzutę i wypikuję tymi szablonami. Noooooo?!
- Przecież już mi uszyłaś!
- Na zmianę będziesz miała. Nooooo?!
- Doooobra.

Kupiła. Kasę rzecz jasna zwróciłam dziecku.

Perfidna dość byłam, bo materiały na narzutę w JEDYNIE SŁUSZNE FLAMINGI już miałam, pomysł na uszycie też, ale na pikowanie kompletnie nie. Więc te szablony spadły na mnie po prostu jak manna z niebiesiech :-D

Uszyłam i jest:

Najłatwiejsza rzecz pod słońcem: kwadraty z bawełny flamingowej i trzech, dopasowanych mniej więcej kolorystycznie solidów.
Wyszła fajna, optymistycznie letnia, zimowo cieplutka narzuta na zmarzniętego ludzia.
Skończyłam ją wczoraj. To znaczy zmyłam ślady pisaka, którym odrysowałam wzór szablonów
Zaniosłam właścicielce, która leżała złożona (nomen omen) w chińskie es paskudną i wyjątkowo mocną migreną.
Sądziłam, że narzuta poleży do dnia dzisiejszego na fotelu, czekając na sesję zdjęciową.
Gdzie tam!
Od razu została przejęta i użyta człowiekiem obolałym i kotem śpiącym:

Akceptacja w 200%.
Nie powiem, żebym szczęściem zapłonęła, bo narzuta ZBESZCZESZCZONA przed fotografowaniem... Ale niech tam im będzie, tym dwóm padlinom...

Mimo, że deszczyk sobie beztrosko dziś mżył, wywlokłam drabinę na dwór, wtarabaniłam się na nią wraz z aparatem i pstryknęłam fotę z lotu ptaka.

Bez szału i bez szczegółów wyszła, bo światło było delikatnie mówiąc do doopy :-/

Nagle, znikąd pojawił się mistrz drugiego planu. Pozornie znudzony i zniesmaczony panią starszą na drabinie:

Mistrz, czyli Fryderyk Wielki, poszedł zdecydowanym, męskim krokiem do jednego ze świeżo usypanych kopców kreta, rozkopał go i....
I TYMI BRUDNYMI KOPYTAMI WLAZŁ NA NARZUTĘ!!!

ZBESZCZEŚCIŁ JĄ DRUGI SIERŚCIUCH!
I to jak zbeszcześcił!!!

Ta kocia łajza chyba specjalnie wybrała BIAŁE kwadraty i centralnie po nich się przeleciała, zostawiając przecudnej urody błotniste stempelki w kształcie kocich stóp!

- TY ŁACHUDRO!!! Żebym cię więcej tu nie widziała!  WYNOCHA CHOLERO! WOOOOOON!!! - ryknęłam pełną, nauczycielską, acz wklęsłą piersią.
Ferdek poszedł obrażony, a przypadkowy spacerowicz płci męskiej stanął skamieniały przy ogrodzeniu...
Nie widziałam go wcześniej (tego spacerowicza), więc kontynuując wątek, żeby pana nieco uspokoić, równie głośno wydarłam się znowu:
- Ty brudasie! Ogon ci wyrwę!!! Gołymi rękami!
Zupełnie nie wiem, dlaczego pan wyrwał natychmiast, jakby go złe goniło...
Hmmm... Może niezbyt precyzyjnie się wyraziłam komu ja ten ogon chcę wyrwać?
Nieważne...
Skupiłam się w związku z tym na szczegółach pikowania, nie bacząc na wodę kapiącą odgórnie:


Szablony są śliczne. I do wielokrotnego użytku.
Zabawę miałam naprawdę świetną. Takie kontrolowane pikowanie z wolnej ręki :-)

Ponieważ deszcz zaczął padać bardziej konkretnie, cyknęłam jeszcze tylko jedną fotkę "rozkładowo-ławkową" i czmychnęłam do domu
Dla dociekliwych informacja techniczna: rozmiar 135 cm na 180 cm.
Czyli w sam raz do przykrycia ludzia :-)

Ps: Narzutę wyczyściłam, Fred wrócił do domu. Siedzi obok mnie, mruży oczy i mówi:
- I tak mnie kochasz...

No kocham, kocham. Bo nie mam wyjścia :-D

środa, 3 maja 2017

Podziękowania dla Fredzia...

Chyba pod poprzednim wpisem, w komentarzach, pojawiło się pytanie o moje kocury.
Czyli o Lucjana i o Fryderyka.
Nie planowałam zbyt szybko o nich pisać, bo w sumie nie było niczego nadzwyczajnego w ich kocim życiu.
Ot - spanie, jedzenie, spanie, jedzenie...
Zima - zimno, wiosna - zimno, deszczowo - zimno i do luftu - zimno.
Tylko spać można:

Ewentualnie wylegiwać się na plamach słonecznych:


Albo urządzić sobie leżing-plażing-smażing na parapecie:



Pierwszy w tym roku spacer Lucka nie był jakimś szczególnym faktem do odnotowania.
Początek marca, kot w szelkach, spacyfikowany na smyczy  - o czym tu pisać?

Wcześniej, na rozruszanie, kocury dostały na wyraźny wniosek pana, drapak.
Idea fajna. Lucjan oczywiście pomagał w montażu:



I nawet się pobawił:



Dodam, że tą puchatą kulkę urwał w momencie robienia zdjęcia :-D

Fred usiłował wcisnąć się do domku, Nawet mu się udało. Tyle że przy próbie zrobienia nawrotu w środku, skutecznie się zaklinował i z trudem wylazł na wstecznym. Bardzo był nieszczęśliwy, rozczochrany i zniesmaczony... Nie pomogło tłumaczenie, że nie powinien włazić na to dziwne urządzenie, bo obliczone jest dla kotów o wadze do 5 kg. Fred dość znacznie przekracza to minimum...
Ale się nie poddaje i usiłuje, dość dramatycznie, korzystać z nowego sprzętu:

Moje dzieci moje mówią, że on jest tłusty.
Natomiast ja twierdzę, że to nie tłuszcz, tylko masa mięśniowa, ale on jej nie umie napiąć ;-)

Bo dekatyzację doprowadził do perfekcji:

Kiedy w kalendarzu nastanie wiosna i słońce udaje, że grzeje, trzeba koty wyczesać, bo śmiecą kudłami dookoła:

Zaznaczam, że Fred był zadowolony i mruczał - nie charczał, próbując złapać oddech ;-)

Natomiast Lucek grzecznie czekał na swoją kolej, trzymając czesadełko w rączce:

Jak patrzę na to zdjęcie, to mam wrażenie, że to nie do czesania, tylko brzytwa oddana w nieobliczalne łapy...

No dobra...
To teraz do właściwej części wpisu.
O Fredziu będzie.
Kilka dni temu...
Wieczór. Na dworze ciemno, choć oko wykol.
Siedzę sobie spokojnie przy laptopie i się odmóżdżam. Słyszę solidne "ŁUP" na zewnętrznym parapecie. Znaczy Fred wraca do domu.
Wstałam, okno otworzyłam, kota wpuściłam.
- Idź do kuchni, Żarcie masz w misce - powiedziałam do kota, nie patrząc na niego.

Kot nic nie odpowiedział i to powinno było mi dać do myślenia. Nie dało...
Po kilku minutach usłyszałam głuche warczenie Fryderyka dobiegające z korytarza.
- FRED! Zamknij się! Walnij go, a nie lwa udajesz! - huknęłam na sierściucha, sądząc, że usiłuje opędzić się od namolności ekspolzji uczuć Lucka.
Na sekundę ucichło.
Po czym warczenie przybrało na sile.
- FREDEK! Przestań! - ciągle nie miałam ochoty ruszać się od laptopa i miałam nadzieję na werbalne zdyscyplinowanie kotów.
Nic z tego!
Wytrzymałam jakieś pięć minut warczenia. Dłużej się nie dało.
Zerwałam się z krzesła, poleciałam na korytarz i zapytałam:
- No czego tak się drzesz, debilu?!

Odpowiedź niejako sama mi w oczy weszła, chociaż nieruchoma była, bo martwa...

SZCZUR! Młody, mikry, wielkości wypasionej, uprawiającej kulturystykę myszy,  ale jednak SZCZUR!!!
Fred przytargał go z dworu i dlatego nie odezwał się do mnie zwyczajowo po wejściu do domu.

Wydałam z siebie zduszone:
- Ożeszkurnamaćjapierdolełłłłaaaa!
I dałam dyla do pokoju, po drodze wydobywając ze zduszonego gardła okrzyk paniczny:
- RATUNKU!!!
Nie mogłam się drzeć pełną parą, jak to mam w zwyczaju w takich sytuacjach, bo...
Bo głupio mi było...
Otóż Ania bierze udział w wymianie i w on czas siedziały obie - ona i dziewczynka z wymiany - w pokoju i pogadywały sobie w języku Moliera.
Tak więc nie chciałam młodej młodszej narobić międzynarodowego obciachu...
Się nie udało.
Bo wszyscy się zlecieli, wszyscy się śmieli (ze mnie!), a Anna dla pewności, przetłumaczyła Maevie, czemu jej matka dziwne dźwięki wydawała...
Tak więc dzięki Fredziowi jestem sławna poza granicami. I to dalekimi ;/
😼

Zdjęcia: zwis kaloryferowy, kot zdekatyzowany i kot z brzytwą autorstwa Joanny

piątek, 21 października 2016

Biedny mój Fred...

Kot domowy - udomowiony gatunek ssaka  z rodziny kotowatych, o miękkiej sierści, ostrych pazurach, długim ogonie, obdarzonych doskonałym słuchem i wzrokiem.
O refleksie nawet nie wspominam.

Czasem kot popada w konflikt z otoczeniem...

Z różnych powodów - a to pani nie daje jeść, kiedy się kotu ciągle jeść  chce tłumacząc, że i tak gruby jest i przeżarty. 
A to spać nie pozwalają na stole kuchennym na ukochanym przez kota obrusie w truskawki.
A to na noc w domu zamykają wbrew woli rzeczonego ssaka z rodziny kotowatych.

No właśnie - nie zawsze się ten artysta daje dowołać na nocleg domowy.
I kończy się to lekkim dramatem.
Rzadko, bo rzadko, ale jednak...

Mowa o Fredziu.

Noc z wtorku na środę spędził z własnej woli na dworze. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz.

Wrócił, jak zwykle skruszony, kiedy mężu wychodził do pracy.
W tym czasie działałam w kuchni. Fred przyszedł dość mocno utykając na lewą zadnią nogę.
- No co? Znowu ścięgno naciągnąłeś, tłuściochu? Gdzieś ty się szlajał? Wołałam wieczorem, ale mnie olałeś, mówiąc kolokwialnie. - Zagadałam do kota.

Kot nic nie powiedział, tylko zasiadł do michy i nadrabiał zaległości z żywieniowe z całej nocy.
Po czym dostojnie pokuśtykał spać.

On spał, a ja pojechałam do pracy.

Wróciłam po jakiś ośmiu godzinach.

Fred przykuśtykał do michy i zażądał jedzenia. 
Dostał.
Zjadł.
Sądziłam, że zażyczy sobie wyjścia na dwór i będę musiała walczyć z oporną i jęczącą materią puchatego futra, bo niepełnosprawnego kocura nie wypuszczę na dwór pod żadnym pozorem.
No bo jak będzie mógł sprawnie prysnąć na przykład przed psami łażącymi luzem po lesie, bo żaden z właścicieli nie ma zwyczaju stosować się do przepisów i na spacer wyprowadzają obszczymury bez smyczy.
Nie ma najmniejszych szans!
A tu, siurpryza - Fred zjadł, oblizał się i... poszedł znowu spać!

- Uuuu! Koleżko! Nieźle cię łapa boli... - pomyślałam.

Nieco później dopadłam Fryderyka i zaczęłam go "obadywać".

Wymacałam całą łapę. 
Nic. Zero reakcji. 
Pomacałam po udku.
Jak wyżej.

- Fred! No co ci jest? - Zapytałam przeciągając dłonią po całej kociej, lewej kończynie. I poczułam jakby lekką wilgoć na ręce. Przyjrzałam się dokładniej i zobaczyłam, że jedna z poduszek na Fredziowej stopie prawie nie istnieje...

- Oj chłopie! Aleś się urządził! Siedzisz w domu. Nie ma bata. A jutro do weta. Na zastrzyki.

Fred nie był zadowolony z perspektywy kłucia puchatych pośladków...

Następnego dnia, zastałam Fredzia w kuchni na taborecie. Leżał sobie zadowolony z życia i czekał, aż karmicielka łaskawie wstanie i nałoży mięsko do miseczki.

- Jak tam Fred? Dobrze się czujesz? - Zagadałam do pazurzastego.

Fred przeciągnął się rozkosznie całym kotem i wtedy zobaczyłam coś, co mnie wbiło w terakotę:
na lewym udzie miał rozcięcie długości mniej więcej 5 cm. Głębokie tak, że mięsień było widać gołym i zaspanym okiem...
Cięcie równiutkie - wręcz idealne. I głębokie jak Rów Mariański.

- O kur.... czaki! - Obudziłam się na ten tychmiast. 
Ogłosiłam alarm w rodzinie pt: "a niech wyje i błaga - na dwór nie puszczać pod żadnym pozorem!"

Po południu pojechałam z futrzakiem do weta.

Golenie, czyszczenie rany, zastrzyki - czyli norma.

No i problem - jak zabezpieczyć ranę przed lizaniem?

Bandaż zdejmie. Łba mu nie urwę, paszczy nie zakleję "kropelką". 
Chociaż to ostatnie nie takie głupie - odchudziłby się może ciut ;-)

- Mamy dwie opcje do wyboru - taka osłona na nogę, albo kołnierz. Kołnierze w przypadku kotów nie sprawdzają się najlepiej. Koty kiepsko na nie reagują. - Powiedział wet.
- To bierzemy osłonę. - Zadecydowałam szybko, nie chcąc narażać Freda na dodatkowy stres.

Osłonka okazała się być takimi, jakby to rzec,  niepełnosprawnymi rajtuzami. Znaczy - jedna nogawka zawiązywana na grzbiecie w dwóch miejscach czterema trokami.

Fryderyk wykonał pierwsze zrzucenie z siebie gaci po godzinie.

Kolejne rozbiórki poszły mu szybciej: 15 minut, 5 minut, 2 minuty, chwila moment.

Tak więc dziś, zameldowałam panu wetowi, że Fredzio zdecydowanie nie ma inklinacji na zostanie chłopcem z baletu i obcisłe, pięćdziesięcio procentowe trykoty nie leżą w spektrum jego zainteresowań.

W nagrodę za swoją niezłomność, pan Fryderyk dostał abażur naszyjny.

Sądziłam, że to ustrojstwo mocuje się do obroży, ale okazało się, że wystarczy zwykła tasiemka związana pod szyją.
Obiecałam przywiązać etui wspomnianą tasiemką  na koci łeb tak, żeby mu oczy nie wypadły.

Udało się!

Żarówka w zęby i oryginalna lampka gotowa :-D

Kocamber żyje, aczkolwiek jest szalenie nieszczęśliwy, bo się w drzwiach nie wyrabia i klinuje się na futrynie.
Ale przynajmniej nie liże tego, czego lizać mu nie wolno.

Od razu informuję: Fred z głodu nie padnie. Zdejmuję mu tę tubę jak ma jeść, siedzę nad nim, jak kat nad dobrą duszą i jak kończy konsumpcję, zakładam mu plasticzaną ozdobę na zad. Znaczy na szyję, nie na zad ;-)

Koci koszmar?
Pewnie tak.

Ale biedny Fredek nie wie, co go czeka w niedzielę... To dopiero będzie horror!

Otóż "nieludzki" doktor wyjeżdża i to JA osobiście, temi ręcami, oprócz czyszczenia rany (robię to 3 razy dziennie, jak coś) będę musiała zaaplikować mu zastrzyk.
W dupsko. 

Biedny mój Fred... ;-) 



sobota, 15 października 2016

Kocia zemsta in progress?

Korzystają z tego, że wczorajszy dzień miałam wolny (dzięki transakcji wiązanej z dyrekcją mojej szkoły) spędziłam go nad wyraz twórczo.
A mianowicie - SPRZĄTAŁAM!
Cały dzień. Nareszcie miałam mnóstwo czasu na dopieszczanie, odkurzanie, porządkowanie, pranie i tym podobne przyjemności.
Kiedy skończyłam, potoczyłam zadowolonym wzrokiem wokół siebie i...
I oko me zahamowało na kotach...
- Uuuu! Brudasy! Jutro was wykąpię, borciuchy! - obiecałam sierściarzom.
Tak więc, kupiłam dziś szampon w zoologu, bo podobno ludzkie, nawet te, których używamy, czyli bez silikonu, nie nadają się dla kotów.
Napuszczając wody do wanny przypomniałam sobie stary dowcip:

Turyści w górach idą obok chaty górala. Góral pierze kota w balii.
- Baco! Kota się nie pierze!
- Pieze sie, pieze!
Turyści wzruszyli ramionami i poszli dalej. Wracając po kilku godzinach widzą, że baca siedzi bardzo smutny, a przed nim leży martwy kot.
- No widzicie, baco. Mówiliśmy - kota się nie pierze!
- Pieze sie, pieze. Ino sie nie wyzymo...

- Pieze sie, pieze. Ino sie nie wyzymo - powiedziałam, kiedy złapałam pod pachę niczego nie spodziewającego się Lucjusza.

Wsadziłam kocamberka do wanny i gadając różne takie tam typu:
- Będziesz czyściutki, pachnący, świeżutki. Kolorek odzyskasz i ogólnie będziesz bardzo koci. SIEDŹ CHOLERO! NIE PRÓBUJ UCIEC! I TAK JESTEM SILNIEJSZA! SIEDZISZ, BO JA TAK CHCĘ! CZY KOT ROZUMIE???

Kot może i rozumiał, ale miał inne zdanie w tym temacie.
Walczył po cichu.
Można by rzec z zaciśniętymi zębami, bez słowa skargi.Wił się jak piskorz, łap miał więcej niż zwykle, a pazury wyrastały mu nawet z uszu.
Mimo to, wygrywałam.
Do czasu...
A dokładnie do momentu, w którym musiałam spłukać pianę.
Prysznicem.
Tu już była ostra walka! I to nie w przenośni.
Lucjan postanowił, że jednak wyjdzie z wanny.
Wywinął się twarzą w moją stronę, machnął łapą, idealnie wcelował w rękę i szarpnął. Odruchowo puściłam spienionego potwora. Na to czekał!
Przed nosem śmignął mi chudy szczur, a drogę jego ucieczki znaczył wodnisty szlak.
Pogratulowałam sobie w myślach, że czujnie zamknęłam drzwi od łazienki, bo nie wiem, gdzie bym podtopionego uciekiniera łapała.
Wzięłam to ociekające pianą i wodą kocisko spod drzwi, wsadziłam znowu do wanny i kontynuowałam spłukiwanie.
Lucuś jeszcze powalczył chwilę i nagle po prostu zrezygnował.
Położył się i czekał aż skończę.
Mogłam spokojnie przekładać go z jednego boku na drugi, podnieść do góry i spłukać podwozie. Domyć łapy i ogon.
A potem wyjęłam wodnika Szuwarka, lekko odcisnęłam z wody kocie futro mówiąc pocieszająco:
- Lucuś - pamiętam - nie wyzymać!
Wytarłam jednym ręcznikiem, owinęłam w drugi i poszliśmy na kanapę odetchnąć.
Po drodze ocierałam zbroczoną krwią rękę.
Lucyferiusz poleżał na kolanach przez dwie-trzy minuty, wysunął karykaturalnie chude łapy z ręcznika, otrzepał się, zeskoczył na podłogę, westchnął ciężko i zaczął układać sobie sponiewierane futerko.

Tak więc mogłam zająć się drugim brudasem, czyli Fredziem
Fred spał jak pan Bóg przykazał u Chudej na kaloryferze.
Rozciągnięty jak harmonia z błogim wyrazem twarzy.
- Wiesz Fred? - Zagaiłam do kota - Czytałam, że dobrze jest kąpać koty, jak są rozespane, bo słabiej reagują i są spokojniejsze.

No cóż. Ten kto to wymyślił, była chyba tylko teoretykiem, albo nie znał Fredzia.

Fred nie walczył bez słowa. Fred w zasadzie w ogóle nie walczył...

On miał baaaardzo dużo do powiedzenia!

Najpierw jęczał po kociemu. Potem zaczął poszczekiwać psią manierą. Ale przy płukaniu przeszedł sam siebie!
To był krzyk skrzywdzonego dziecka. Darł paszczę tak strasznie, że po pierwsze serce mi pękało, a po drugie bałam się, że jakikolwiek zabłąkany spacerowicz może te wrzaski usłyszeć i wezwać policję, będąc przekonanym, że "w tym domu pod lasem, to się nad dzieckiem znęcają!"
I kto mi uwierzy, że ja tylko kota prałam?

Powycierałam to wrzeszczące 7 kg kota, owinęłam szczelnie w ręcznik i ponownie usiadłam na kanapie.
Fred sapał jak lokomotywa, potem zipał resztkami sił, aż w końcu lekko przysnął.
I tak siedzieliśmy sobie ok. 20 minut.
Aż przyszedł Lucek.
Lucuś podobno szalał pod drzwiami od łazienki, jak słyszał ryki swojego Wielkiego Brata. A że nie mógł ich sforsować, pogalopował do pokoju i biegał po oparciu od kanapy, usiłując dostać się do łazienki przez ścianę :-D
Przeoczył moment wynoszenia wrzaskuna z miejsca kaźni i odkrył go dopiero, jak Fred już drzemał otulony w ręcznik.
Ucieszył się ogromnie na widok wystającego z ręcznika fragmentu Fryderyka, wskoczył na kanapę i podbiegł do kumpla.
A co zrobił Fred?
W ułamek sekundy wyplątał łapę z ręcznika i znokautował młodego prawym sierpowym tak, że zdziwiłam się, że Lucjuszowi głowa z płucami nie odpadła!
Po czym wyswobodził się z ręcznika, zeskoczył na podłogę, otrzepał  ostentacyjnie z resztek wody  tylne kopytka i oburzonym, męskim krokiem wyszedł z pokoju...

Lucek też gdzieś poszedł. Zapewne szlochać w ciemnym kącie...

A ja posprzątałam łazienkę, nastawiłam pranie i poszłam szyć zamówioną narzutę patchworkową.

Szycie przerwałam na chwilę, żeby obejrzeć prognozę pogody. I wtedy koty zmaterializowały się obok mnie. Znikąd.
Fred skorzystał z prawa starszeństwa oraz przewagi wagowej i wskoczył mi na kolana. Ułożył się twarzą w twarz, zmrużył oczy i zaczął mruczeć jak traktor.
Lucek nieśmiało usiadł obok i lekko się przytulił.
I tak głaskałam na dwie ręce całkiem puszyste i mięciutkie koty.

I się zastanawiałam - czy one mi wybaczyły, czy może chcą uśpić moją czujność i we dwóch kombinują zemstę.
Nie wiem. Nie będę wnikać.
Na wszelki wypadek przez następne pół roku będę bardzo pilnować, żeby spać przy zamkniętych drzwiach, a przed pójściem do łóżka przeprowadzę rewizję pokoju pod kątem obecności kotów.
Bo może postanowiły udawać miłość bezbrzeżną, a pod osłoną nocy podgryzą mi tętnicę? :-D






piątek, 20 maja 2016

Tsy lata...

Ceść! To ja - Lucek.

Wiecie co?
Właśnie dziś mijają tsy lata od dnia, w któlym mamusia moja kochana mnie znalazła.

Nie wyglądałem wtedy najlepiej. I podobno nie rokowałem...
Ale się zawziąłem i se żyję.
I dobrze mi z tym życiem.
Wprawdzie na dwór wychodzę na uprzęży, bo podobno mogę sobie krzywdę zrobić bez szelek i smyczy, ale i tak jest fajnie.
Najbardziej lubię tarzać się w piachu, czyli jak mówi mamusia "synuś na plaży"

Tloskę mam zakuzone usy, ale jest MEGA!
Kocham huśtać się na ławce (zdjęcia nie ma, bo ani mamusia, ani Asia nie pstryknęły).
Najfajniej huśta się z Anią i z tatusiem.
Oni mają fantazję, bo te inne kobiety boją się, że spadnę i się skrzywdzę.

Bo według nich naćpaną Luminalem padaczkową pierdołą jestem.

No coś w tym w sumie jest... Nie mam normalnego dla zwykłych ssaków napięcia mięśni, jak spadam, często nie umiem wskoczyć na krzesło. Jak już ta trudna sztuka mi się uda, to popadam w coś, co mamusia nazywa "stupor" i spadam na podłogę jak bezwładna szmata...

Kilka dni temu usiłowałem eksplorować biurko młodej młodszej i kiepsko wymierzyłem...

Talerzyka nie ma. Zupełnie nie ma.
 Ale jest podobno pozytywny efekt: najmłodsza posprzątała swój pokój. Cały! Nie tylko okolice biurka.
Tak więc bywam przydatny.
Można rzec - jestem kotem pracowitym!
Po robocie warto się umyć:

Mimo, że obroża przeszkadza jak cholera!


Podobno zamiast mózgu mam fistaszka (mamusia tak twierdzi) i tenże fistaszek nakazuje mi myć wszystko co się rusza, albo leży bez ruchu:

To, co przypomina tłustą dżdżownicę wywaloną na kopiec kreta, to mój starszy brat Fred w pozycji wyjściowej do "robienia brzuszka", czyli głaskania po podwoziu. A także w oczekiwaniu na moje mycie.

Jakby tak podsumować to moje życie cudem darowane?

ŻYCIE FAJNE JEST!
I FAJNIE JEST ŻYĆ!


Ps: zdjęcia (poza kocią kaleką na samochodowej podłodze) zrobiła mi i Fredkowi moja starsza siostra Asia.