Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przędzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przędzenie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 września 2012

Pierogowe róże i kołyska killer

Tradycyjnie ostrzegam: zdjęć będzie niemało!


Od czego tu by zacząć...
Może od rzeczy oczywistej, czyli od Europejskich Dni Dziedzictwa.
W ramach obchodów, czy jak tam to zwał, dziś w skansenie w Maurzycach był tzw. "dzień otwarty".
Czyli wszystkie kursy, chałupy i atrakcje za free!
Czekałyśmy na ten dzień razem z Anią już od hohohoho, a może i dłużej ;-D
 I się doczekałyśmy!
Okazją do takich dość hucznych obchodów była promocja książki-albumu: "Skansen w Maurzycach".
Oczywiście MAMY JĄ!! ;-DD
 
Jakby inaczej :-)

"Łobiedwie" ostrzyłyśmy sobie ząbale na różnorakie warsztaty, których dziś było od metra!
Ja czekałam przede wszystkim na gręplowanie i tkactwo. Jakoś tak koniecznie musiałam zobaczyć, spróbować i powąchać....
Ania również ekscytowała się gręplowaniem, ale tkactwo traktowała niechętnie i z góry, bo już próbowała i stwierdziła, że to NUDA i UPIERDLIWOŚĆ!!! Ale podniecały ją warsztaty kaligraficzne, bo jak twierdzi:
- To mi się przyda...
Fakt! Anna bazgrze, jak kura pazurem!!
A więc chronologicznie.
Najsamprzód szkoła...
 
A w niej wspomniana kaligrafia.
Pisałyśmy gęsimi piórami!
 
Oj niełatwo było małej opanować lotkę gąski ;-)
Ale dała radę i alfabet pojawił się skrzypiąc i zgrzytając zaostrzonym piórkiem ptaszęcia ;-)



Jej mamuśka, czyli mła, bawiła się przednio, paprząc  tuszem okrutnie własne paluchy:
Te cienkie literki pisane są "gęsiną", a te grubasy to patyk.

Bazgrając tak sobie beztrosko, udzieliłyśmy obie, kolejnych w naszych życiach, wywiadów do radia. Tym razem Radio Łódź ;-)
Ot - celebryckie życie mamy wszystkie trzy w genach!
Tyle, że Chuda przede wszystkim na TV napada ;-D

Kiedy tak sobie pisałam patyczkiem, doznałam nagle olśnienia:
- Przecież ja tak pisałam w podstawówce!! Na plastyce! Patykiem! I piórem!!  A dojczlandzie, przez dwa lata, miałam obowiązkową kaligrafię zwaną tam "Schreiben"!
Wiecie, co z niej miałam?
Jedynkę! :-D.
Ale hola-hola!
Nie śmiać się!
Tam jest odwrotnie - jedynka to nasza szóstka moje miłe Panie!! :-PP
Ania oglądała się do mnie nerwowo i  zerkając na mój papier, mamrotała:
- JAK SZYBKO! I JAK ŁADNIE!!

Oj tam! Wcale nie jest ładnie! Mózg wprawdzie łapie przypomniał, ale szóstki to już za to postawić się nie da :-DD
A patykiem nie pisze się tak łatwo jak "gęsiną" ;-)
Pan od warsztatów kaligraficznych bardzo się zmartwił, że obie mieszkamy dokładnie 104 km od Maurzyc, bo chciał nas koniecznie widzieć na swoich warsztatach plastycznych w Łowiczu...
No cóż.
Taki lajf. Też żałowałam.
Nie pierwszy, jak się okazało, raz.

Po uzyskaniu "certyfikatu" (czyli ślicznych zakładek łowickich), powędrowałyśmy na te inne warsztaty...




Czesanie wełny:




I gręplowanie.
 
Ania stwierdziła, że gręplowanie trochę przypomina  czesanie jej włosów ;-)
Prawie robi różnicę - nie używam grzebieni, którymi utłuczono patrona włókniarzy, czyli św. Błażeja, chociaż Ania czuje się z nim w pewien sposób powiązana, bo matka jej własna, często-gęsto dość brutalnie szarpie jej kudły przy czesaniu warcząc coś na temat ostrych nożyczek pod ręką... ;-D

Następnym punktem programu było przędzenie:
 
I już wiem, że kołowrotek nie dla mnie! O NIE!! 

Natomiast wrzeciono... Hmmmm... Taaaaa....
Ojjjj... To chyba tygryski lubią najbardziej i chcą się naumieć...
I już wiedzą, że się NAUMIĄ!!
Zdjęcia "wrzecionowego" nie mam, bo popadłam w zachwyt, zrozumienie i zamyślenie... ;-D

Po przędzeniu czas na tkanie.
 
Po raz pierwszy w życiu siedziałam przy prawdziwym krośnie i już wiem, że JA TO KOCHAM!!!
Jakoś tak od razu łyknęłam, kiedy która noga, gdzie łapa i jak to w ogóle się bierze i je!

Ania takoż!
 
Chociaż jak wspomniałam wyżej, nie chciała.
Jednak takie prawdziwe krosna nawet do uparciucha przemówiły ludzkim głosem i kolejny instruktor żałował, że nie jesteśmy z Łowicza :-DD
Mam się ewakuować z miasta stołecznego?? ;-))
Eeee... Chyba jednak zostanę tu, gdzie jestem. ;-D

 A później nasze drogi (znaczy młodszej mej córki i moje) się rozdzieliły.
Ja niechcący odkryłam warsztaty kwiatów z bibułki, a Ania zabawek ekologicznych.

Na początek może egoistycznie, polansuję się ja ;-)
Pani, która pokazywała, jak pokonać bibułkę, była super nauczycielką i gawędziarką.
Pogadywałyśmy sobie luźno i sympatycznie i... I tak jakoś, od niechcenia pod jej okiem, bez pomocy ręcznej, czyli ABSOLUTNIE SAMODZIELNIE przez niecałą godzinkę machnęłam takie ło pierwsze w mym życiorysie róże:

Oj fajne są! Podobują mi się! Bystre oko wychwyci, która była pierwsza ;-)
Te małe to "pierogowe" (wyjaśnienie tytułu, jak coś)
I znowu padło pytanie:
- A gdzie pani mieszka?
- W Warszawie. Dokładnie 104 km  stąd.
- Oj szkoda... Bo ja z Lipiec Reymontowskich jestem. Myślałam, że może gdzieś blizej pani mieszka, bo bym chętnie pani pokazała inne rzeczy i nauczyła panią...
No kurcze!!  Też żałuję!!
Ale chyba jednak zostanę na zawsze Moniką z Warszawy, a nie Jagną z "Chłopów" ;-D

Ania w tym czasie zajęta była  wytwórstwem zabawek z czasów prehistorycznych, dinozaurowych, czyli jej mamusi ;-)
Kto pamięta i kocha te piłeczki odpustowe na gumce??? I proste laleczki??

JA!!! JA!!! JA!!! ;-DDD
 
Ania jest z nich ogromnie dumna i ma zamiar zrobić sobie kolejne, bo w domu jej rodzinnym materiałów do produkcji w bród! ;-D

To teraz fotki zadowolonych rękodzielniczek:
 


I ja, z włosem sponiewieranym przez hulający dziś huragan ;-D
 



Był też pokaz wyplatania z wikliny.
 
I na nim się wkurzyłam... Zresztą nie tylko ja. Przyszła sobie tam taka paniusia i oznajmiła swej córce:
- Phi! To proste: raz przekładasz patyk z przodu, a raz z tyłu. Łatwizna!
I se poszły...
Moje dziecko się wzdrygnęło nerwowo i zapytało mnie:
- Co to było?
- Wszechwiedząca. Najgorszy gatunek osobnika zwanego homo sapiens. Ta akurat była tylko homo, sapiens to dla niej komplement.
Czemu ludzie obok się śmieli? Nie rozumiem... ;-D

I na koniec krwawa kołyska...
Taaa...
W pewnej chałupie była sobie młoda koza (w wieku mojej Chudej) i jej tata.
Jakoś tak z niezrozumiałych dla mnie powodów, bardzo szybko złapaliśmy wspólny język, wątek, czy tam inną nić porozumienia i usłyszałam opowieść mrożącą krew w żyłach...
- Kołyskę znalazłem przypadkiem. To zabytek z pierwszej połowy XIX wieku. Płozy miała zniszczone i wyrobione, a dna nie miała. Płozy się pokleiło i doprawiło, a dno zrobiłem z drzwi starej szafy. Miejsca w mieszkaniu mieliśmy mało, to i kołyska stała u teściów. Się dzieciaka (to tak wspomniana  koza) w ciuszki ładne ubrało, włożyło do kołyski, fotkę cyknęło i znajmomym się mówiło, że dziecko w kołysce wychowane.... Kołyska została u teściów. Po pewnym czasie, teść wybił sobie na niej cztery palce od stopy. Wpadł na nią po ciemku. I musiałem się jej pozbyć. Akurat znajoma urodziła dziecko i chętnie tę kołyskę wzięła... Po kilku tygodniach jej ojciec złamał sobie na niej nogę... Też wpadł na nią po ciemku.
 - O matko!!! Kołyska killer!! Facetów nie lubi! - mimo nieszczęść, jakie sprowadzało huśtane wyrko, nie mogłam powstrzymać się od śmiechu ;-DDD
- No! Stoi sobie w skansenie.
- I nikogo nie krzywdzi?
- Nie!  :-DD
Oto ona, kołyska męski usuwacz:


To skan zdjęcia ze wspomnianej na wstępie publikacji.


Opowieści, którymi obdarzano mnie chętnie i bez przymusu mam więcej.
I jeszcze jeden wywiad do radia. Tym razem na temat podpłomyków i "Smaków dzieciństwa", ale to już raczej Wam oszczędzę, bo post byłby potrójnie, a może i "popiątnie" długi ;-)
Mamy pamiątki, wspomnienia i rozmarzenie...
Rozmarzenie zapachami, smakami, widokami.
Opowieściami snutymi tylko dla nas - to nie zarozumialstwo - to fakt. Jakoś obie tak mamy (albo i trzy, jak jesteśmy razem).
Nie wiem, czemu. Może ludzie czują w nas tzw. "POKRĘTNE DUSZE"  (nie mylić z pokrewnymi).
 Ale dobrze nam z tym :-))

To była sobota.

Jutro niedziela i kolejne "niesiedzenie" w domu...

Może będą fotki. Na pewno będą wspomnienia, ale już baaardzo i do bólu współczesne i nowoczesne.
Może coś napiszę i pokażę.
Może.
O ile nikt nie pacnął nosem w klawiszony z nudów po dzisiejszym wpisie :-)

sobota, 4 sierpnia 2012

Normalnie i zwyczajnie

Jak w tytule.
Bez wodotrysków,  wygłupów i nadmiernej elokwencji.
Czyli stonowany post robótkowy.
Najsamprzód zacznę od zaległości.

Otóż 01.06 wygrałam ja candy u Tysi.

 

Chętnych hohohoho, a może i więcej, ale szczęscie uśmiechnęło się do mnie.
Do zdobycia była... czesanka.

Czemu się zapisałam, chociaż nie umiem prząść?
A bo ja wiem? To znaczy wiem - kolory mnie oszołomiły! I pozbawiły możliwości logicznego rozumowania.
No i los zagrał mi na nosie i powiedział:
- A masz, babo pazerna! I co teraz z tym zrobisz??
Baba oniemiała ze szczęścia. Baba, a właściwie jej wygrana, stała się przedmiotem zazdrości innych bab.

Ale baba Ata miała też lekką zagwozdkę, bo jak wspomniałam, nie umie prząść...
Więc napisała do Tysi z pytaniem, czy w zamian za cokolwiek zgodzi się jej przekształcić czesankę na coś zdatnego do dziergania.
Tysia się zgodziła!
I mam!! Tralalalala!
To MOJE CUDO!!! Singielek - 110 g, 513 metrów :-)))

                                   
 Zdjęcie rąbnęłam z jej blogu - mam nadzieję, że mi wybaczy :-)


Tysia bardzo skromnie poprosiła o chlebaczek w konkretnych kolorach.
Uszyłam, wysłałam i już dotarł.
I zdaje się, że się podoba :-)
O taki jest:
                               
Ale gdzie mu tam do mojej wełenki!!


Justynko - bardzo, bardzo Ci dziękuję!
Jak Ci  już pisałam - już wiem co zrobię z tej wełny. I również zgodnie z obietnicą - będzie oczywiście na blogu :-)
No bo jakby inaczej mogłoby być!
A ja wyciągnęłam wnioski z tej wygranej...
Sądzicie, że nie będę się zapisywać na czesanki?
A guzik!
Będę! Bo mam zamiar się nauczyć prząść! Bo ta wygrana, to był znak Odgórny, że czas na poznanie Nowego! O!!




Słabo niektórym z Was po tym wyznaniu?
To biegiem do Garkotłuka!
Nowy przepis czeka.
Na placki z cukinii :-)
                                 




Zanim  jednak rozgryzę kolejny stopień wtajemniczenia robótkowego, robię sobie w ramach odmóżdżenia prościutkie biżutki.
Takie tam bransoletki.
                                   


                                   


                                   
 


                                  


I ta sama z fotki wyżej, tylko w innym ujęciu:
                                   

O! Właśnie uświadomiłam sobie, że w uszach dyndają mi równie nieskomplikowane kolczyki, ale nie doczekały się zdjęć.
Trudno - inną razą ;-)


Na Hel pojechało ze mną trochę artefaktów robótkowych. Jeden rozgrzebany wieki temu i ineskończony, dwa inne w planach i zamiarach.


Te w zamiarach wyglądają tak:
- jeden szal "pianka morska" zaczęty, nieskończony (nie mam do niego weny i zapału) - Sylwia pewnie prędzej zacznie (bo ma zamiar) i skończy, niż ja.
- druga robótka - chusta - zaczęta, ale spruta po powrocie, bo mi się wizja zmieniła i już na drutach wykańcza się zupełnie inna (mnie zachwyca!).
 No i ta rozgrzebana sprzed wieków.
SKOŃCZYŁAM!!!
Cóż to jest?
Szalik. A właściwie równik!
Dla Joanny. W roli modelki - ugotowana Ania :-D

                           


Dane techniczne: szerokość 27 cm. długość 280 cm. Tak, tak! Prawie trzy metry! Chuda lubi długie otulacze :-)
                                             
Włoczka: Magic Fine, kolor 541, zużycie 3 motki. 


A technika? Broomstick.
                                  
Bardzo fajnie się dziergało. Tylko dłuuuuugo! Jakby nie było prawie trzy metry :-DD



No to tyle na dziś :-)

sobota, 14 lipca 2012

Gładko idzie przędza?






U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki,
przędą sobie, przędą jedwabne niteczki.



Kto posiedzi, to posiedzi...
Niektórych czas kanikuły wygania w świat...



Kręć się, kręć wrzeciono,
wić się tobie wić!
Ta pamięta lepiej,
czyja dłuższa nić!



Na początku, to jak nić będzie miała 3 cm, to trudno mówić o długości...
Ale pierwsze kroki,  jak wiadomo, są  trudne.
Ja się o tym nie przekonam!!! :-PPP


Poszedł do Królewca młodzieniec z wiciną,
łzami się zalewał, żegnając z dziewczyną.



Nie młodzieniec, tylko kilka bab. I nie do Królewca, tylko wręcz przeciwnie - w drugą stronę...
I do tego, co druga z nich łzami się zalewa, bo jedna taka Kasia wymyśliła naukę przędzenia w czasie zupełnie nie o czasie!!


gładko idzie przędza wesołej dziewczynie,
pamiętała trzy dni o wiernym chłopczynie.



 Nie trzy dni, tylko dwa (do wyboru):

19.07 o godz.17.30, lub 21.07 o godz.11.00.
 Miejsce - ławki lub ogródek kawiarniany w Pasażu Wiecha na tyłach dawnych  Domów Towarowych Centrum, od strony ul. Chmielnej. Ewentualnie proszę o wskazanie fajnego miejsca w Centrum.

 Inny się młodzieniec podsuwa z ubocza
i innemu rada dziewczyna ochocza.


No rada, rada, i do tego ochocza,  bo Ata lubi nowe poznawać i to namacalnie, ale ponieważ takie fidrygały to nie dla niej, to ino informuje zainteresowane Warszawianki o planowanym spotkaniu.

Kręć się, kręć wrzeciono,
prysła wątła nić,
wstydem dziewczę płonie,
wstydź się, dziewczę, wstydź! 


 Dziewczę (że niby ja) wstydzić się nie będzie, bo nic nie uprzędzie ;-P




Ps: zdjęcie rąbnęłam Kasi, a tu jest normalnie napisane, o co chodzi