Kilka tygodni temu pokazywałam Wam patchwork, a właściwie "patchworczek" uszyty na konkurs.
Taki tam. Nic nadzwyczajnego.
W planach miałam kolejny. Jaki?
A tego to ja nie wiedziałam :-D
Błąkałam się po internetach, szukając pomysłu, niczym smętna owca stada pozbawiona i nic do mnie nie przemawiało.
Aż pewnego dnia, kompletnie zrezygnowana, już miałam odłączyć się od świata zewnętrznego (netowego), kiedy nagle znalazłam COŚ, co aż mnie podrzuciło z zachwytu pod sufit!
- WOW! - zakrzyknęło moje ja.
- To jest to! Tylko jakie toto ma wymiary? I jak to jest uszyte? - mamrotałam z nosem w monitorze.
Nic nie wymyśliłam, ani nie znalazłam konkretnych wytycznych i po prostu usiadłam, rozrysowałam, obliczyłam rozmiar za pomocą palców u rąk i nóg i jakoś poszło.
Podziabałam solidy (bez żalu, chociaż "trumienne" były!), pozszywałam do kupy i wyszło mi takie fajowe coś:
Kolejna durnowieszka/kurzołapka w rozmiarze 45 cm na 135 cm.
Ale to nie koniec historii. O nie! Najpierw był problem z pikowaniem.
Myślałam o sieknięciu tego na skos w nierównych odstępach. Potem ewaluowałam w kierunku skosów, ale różnych w zależności od kwadratu (jak widać, durnowieszka jest podzielna na 3 kwadraty). Miotałam się okrutnie, dopóki dziecko moje młodsze uświadomiło mnie, że przecież jak znalazłam ten patchwork w necie, to zachwyciłam się nim ogólnie i on nie był mocno pikowany. Więc powinnam dostosować się do tego, co na pierwszy rzut oka tak bardzo mi się spodobało.
Jakież to proste! Dobrze, jak ktoś trzeźwym i niezależnym okiem zerknie na tfurczość naszą radosną :-D
Tak też i uczyniłam. Przeleciałam tylko po szwach.
A potem... A potem to zatrzymała mnie lamówka. Nie miałam zielonego pojęcia jaka ona ma być.
Czarna?
Biała?
Biały spłaszczy... Czarny przytłoczy...
- A jak to było w oryginale? Bo jakoś nie kojarzę lamówki. - Pomyślała Ata plagiatorka...
Wlazłam jeszcze raz na zdjęcie tego co mnie tak zachwyciło i...
- Cholera! Tam nie ma lamówki! W ogóle! To jakim cudem te brzegi takie idealnie wykończone są?
No cóż...
Teraz czas na przyznanie się do winy i ślepego zaślepienia...
Otóż...
To, co mnie tak olśniło i zachwyciło, to był... OBRAZ! NAMALOWANY! :-D
Proszszsz, oto oryginał:
Tak więc zupełnie niechcący uszyłam sobie obraz :-D
Pozostaje mi się jedynie cieszyć, że nie znalazłam tego obrazka, bo mogłabym nie wyrobić się w czasie z szyciem na konkurs:
Tak więc.
Uszyłam, mam i bardzo mi się podoba :-)
Lamówka jest "łaciata" - tam, gdzie białe jest biała, tam gdzie czarne, jest czarna.
Robota koszmarna, ale wszystko "stykło" i wygląda przyzwoicie:
I wysyłam (rzutem na taśmę) na konkurs Gosi Pawłowskiej "Hello Sunshine".
Trzymajcie kciuki, pliss!
Ps: zdjęcia gotowca autorstwa mojej starszej córki :-)
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
niedziela, 31 lipca 2016
Inspirujące słoneczko
Do odważnych świat należy. Tak mówią.
No to postanowiłam być odważna i po raz pierwszy w życiu uszyłam coś specjalnie na konkurs.
W sumie to nie miałam zapału ani planu, żeby stawać w szranki z najlepszymi quilterkami w Polsce, ale...
W pewien deszczowy dzień, jakich w te wakacje aura nam nie skąpi, przeglądałam sobie posiadaną prasę typu "tniemy cenne szmaty i zszywamy na zad po pocięciu na pierdylion kawałeczków".
Parcie miałam silne, bo kupiłam sobie w końcu stopkę 1/4" i bezwzględnie musiałam ją wypróbować.
- O! To fajne! Uszyję! No może... Kiedyś. Aaaa! To jest super! Ale na Boże Narodzenie... Ha! Mam! Eeee... Chyba jednak nie... - tak sobie inteligentnie rozmawiając sama ze sobą, przeglądałam wnikliwie wspomniane gazetki.
Aż w końcu zahaczyłam okiem o coś, co bardzo lubię, czyli Dresden Plate. Gazeta nazywa się "Quilting" nr 04.2014
- A po co mi to? - zapytałam sama siebie sceptycznie - Już słyszę moje córunie, że znowu dywan na ścianę uszyłam, że durnowieszka, kurzołapka i takie tam...
Przyklapnęłam lekko, ale szybciutko się pozbierałam do kupy i zakrzyknęłam gromko:
- Ha! Na konkurs jak znalazł. Na początek! A niech się dzieje!
Wygarnęłam ukochane szmateczki w kropeczki, szablon do dresdenów, sieknęłam, pozszywałam, wyhaftowałam ręcznie napis znienawidzoną przeze mnie techniką haftu pełnego i mam!
Rozmiar gotowca: 18" na 21" (nie chce mi się na centymetry przeliczać).
Stopka 1/4" sprawdziła się IDEALNIE! 20 sztuk drobnicy dresdenowej zeszło się idealnie i pasują do siebie jak ciałko do trumny!
Tą samą stopką tyle, że już z pozycjonowaniem igły przyszywałam "inspirujące słoneczko" do tła:
Miodzio, nie robota! :-)
To teraz szczegóły i wymagania konkursowe.
Konkurs nosi tytuł "Hello Sunshine", a organizuje go Gosia Pawłowska
To mój debiut konkursowy. Ale w planach na ten sam, mam jeszcze jeden pomysł, w innej kategorii. Póki co, plan tkwi w głowie, a ja mam nadzieję, że uda mi się go zrealizować. Czasu jest coraz mniej, ale może się uda...
Póki co, moje "inspirujące słoneczko" wisi sobie na świeżutko pomalowanej przeze mnie ścianie i każdego ranka budząc się widzę przed sobą bardzo pozytywne hasło: "Be inspired" .
I tego się trzymam :-D
No to postanowiłam być odważna i po raz pierwszy w życiu uszyłam coś specjalnie na konkurs.
W sumie to nie miałam zapału ani planu, żeby stawać w szranki z najlepszymi quilterkami w Polsce, ale...
W pewien deszczowy dzień, jakich w te wakacje aura nam nie skąpi, przeglądałam sobie posiadaną prasę typu "tniemy cenne szmaty i zszywamy na zad po pocięciu na pierdylion kawałeczków".
Parcie miałam silne, bo kupiłam sobie w końcu stopkę 1/4" i bezwzględnie musiałam ją wypróbować.
- O! To fajne! Uszyję! No może... Kiedyś. Aaaa! To jest super! Ale na Boże Narodzenie... Ha! Mam! Eeee... Chyba jednak nie... - tak sobie inteligentnie rozmawiając sama ze sobą, przeglądałam wnikliwie wspomniane gazetki.
Aż w końcu zahaczyłam okiem o coś, co bardzo lubię, czyli Dresden Plate. Gazeta nazywa się "Quilting" nr 04.2014
- A po co mi to? - zapytałam sama siebie sceptycznie - Już słyszę moje córunie, że znowu dywan na ścianę uszyłam, że durnowieszka, kurzołapka i takie tam...
Przyklapnęłam lekko, ale szybciutko się pozbierałam do kupy i zakrzyknęłam gromko:
- Ha! Na konkurs jak znalazł. Na początek! A niech się dzieje!
Wygarnęłam ukochane szmateczki w kropeczki, szablon do dresdenów, sieknęłam, pozszywałam, wyhaftowałam ręcznie napis znienawidzoną przeze mnie techniką haftu pełnego i mam!
Rozmiar gotowca: 18" na 21" (nie chce mi się na centymetry przeliczać).
Stopka 1/4" sprawdziła się IDEALNIE! 20 sztuk drobnicy dresdenowej zeszło się idealnie i pasują do siebie jak ciałko do trumny!
Tą samą stopką tyle, że już z pozycjonowaniem igły przyszywałam "inspirujące słoneczko" do tła:
Miodzio, nie robota! :-)
To teraz szczegóły i wymagania konkursowe.
Konkurs nosi tytuł "Hello Sunshine", a organizuje go Gosia Pawłowska
To mój debiut konkursowy. Ale w planach na ten sam, mam jeszcze jeden pomysł, w innej kategorii. Póki co, plan tkwi w głowie, a ja mam nadzieję, że uda mi się go zrealizować. Czasu jest coraz mniej, ale może się uda...
Póki co, moje "inspirujące słoneczko" wisi sobie na świeżutko pomalowanej przeze mnie ścianie i każdego ranka budząc się widzę przed sobą bardzo pozytywne hasło: "Be inspired" .
I tego się trzymam :-D
Zdjęcia gotowca autorstwa mojego prywatnego fotograficznego zawodowca, czyli Joanny :-)
niedziela, 10 lipca 2016
Tęczowy kocyk
Ładny tytuł?
No ładny. Trudno zaprzeczyć.
Taki pozytywny i delikatny...
Ale niestety na tym się kończy.
"Tęczowy kocyk" to nazwa akcji na fejsbuku.
Ponieważ nie wszyscy tolerują portale społecznościowe, a ten w szczególności, za zgodą administratorek grupy postanowiłam napisać post.
"Mini ciuszki dla najmniejszych pacjentów z hospicjum perinatalnego. Wielu z nich umiera na wiele tygodni przed terminem porodu. Wtedy są zbyt mali na ciuszki dla wcześniaka. A przecież każde dzieciątko, nawet to mniejsze od krasnoludka, potrzebuje ubranek." (Fudnacja Gajusz)
Teraz regulamin:
No ładny. Trudno zaprzeczyć.
Taki pozytywny i delikatny...
Ale niestety na tym się kończy.
"Tęczowy kocyk" to nazwa akcji na fejsbuku.
Ponieważ nie wszyscy tolerują portale społecznościowe, a ten w szczególności, za zgodą administratorek grupy postanowiłam napisać post.
"Mini ciuszki dla najmniejszych pacjentów z hospicjum perinatalnego. Wielu z nich umiera na wiele tygodni przed terminem porodu. Wtedy są zbyt mali na ciuszki dla wcześniaka. A przecież każde dzieciątko, nawet to mniejsze od krasnoludka, potrzebuje ubranek." (Fudnacja Gajusz)
Teraz regulamin:
1. Dla kogo tworzymy rożki, kocyki i czapeczki?
Dla aniołków,dla podopiecznych Hospicjum Perinatalnego Gajusz i także szpitali z nimi współpracujących. Dla podopiecznych Fundacji Evangelium Vitae z Wrocławia. Dla pacjentów Ginekologiczno-Położniczego Szpitala Klinicznego w Poznaniu. Dla dzieci urodzonych z wadami letalnymi, takich które umierają już w łonie matki lub niedługo po urodzeniu, hiperwcześniaków ( urodzonych między 12 a 24 tygodniem ciąży), dla maluszków tak małych, że nie można dla nich kupić ubranek a każdy kocyk jest za duży. Pomagamy tym samym rodzicom godnie pożegnać swoje dziecko, okryte kocykiem lub rożkiem a nie szpitalną chustą. Nasze wyroby to także pamiątka dla rodziny.
Co wykonujemy?
- szyte rożki/beciki z bawełny, minky, flanelki, dresówki, jerseyu, weluru- koniecznie z zapięciem, może to być wstążka, nap, rzepa, guzik.
- dziergane kocyki/rożki otulacze, kokony - z bawełny, akrylu, wełny, bambusa, mikrofibry, mieszanek tych włókien, końcowy wyrób powinien być zwarty i trzymać fason i być przede wszystkim miły w dotyku. Wzór albo dość ścisły albo ażurowy ale podszyty np flanelką. Najbardziej uniwersalna wersja kocyka z sznureczkiem łańcuszkowym lub wstążką dzięki której łatwo kocyk zamienić w rożek.
- dziergane lub szyte czapeczki w każdym rozmiarze, raczej zaczynając od około 10-12 cm obwodu ( według tabelki), mniejsze czapeczki będą raczej pamiątką dla rodziców. Mile widziane ozdobne detale, kokardki, kwiatuszki, aplikacje, guziki ozdobne dziecięce
- ubranka szyte lub dziergane, tuniczki, sukienki, pieluszki.
- Kocyki małe pamiątkowe dla rodziców, ozdobne malutkie ( około 20x20, 25x25) dziergane lub szyte, mile widziana aplikacja, ozdobnik, kokardka, guzik.
- memorabilia dla rodziców, kwiatuszki, serduszka, małe maskotki, buciki, kokardki.
2. Jakie wymiary powinien mieć kocyk, czapeczka?
tabelka z rozmiarami jest w plikach grupy ( tabelka rozmiarów) rozmiary są orientacyjne, różnica centymetra czy dwóch nie jest bardzo istotna. Bardzo istotne aby rożek miał zapięcie, na rzepy, napy, zatrzaski, troczki. Czapeczki najlepiej żeby były ściegiem elastycznym , szyte z materiału rozciągliwego np jersey, ściągacz, bawełna z dodatkiem lycry- łatwiej wtedy dopasować rozmiar i założyć.
3. Z jakich materiałów tworzymy?
Przyjaznych dla skóry dziecka, tym delikatniejszych im wcześniej urodzone. Kolorystyka dziecięca, wzorki dziecięce bez takich które mogą być przykre dla rodziców ( czaszki, piraci, aniołki). Miękki dziecięcy akryl, bawełna, bambus, wełna superwash, mikrofibra i inne mieszanki, wełna i mieszanki. Chodzi o to, żeby dzianina była miękka przy tak malutkim kocyku a niekoniecznie bardzo ażurowa. Jeśli dziergamy i wyjdzie nam ażur zawsze można go podszyć, nawet ręcznie flanelką czy polarem.
Materiały tupu flanela, tetra, jersey, bawełna, wełna, mieszanki, mikrofibra, polar. Każdy materiał, który jest miękki w dotyku. Wzory dziecięce, kolory raczej delikatne pastelowe niż ciemne i nasycone. Wzorki typowo dziecięce, bez takich które mogą być przykre dla rodziców ( czaszki, piraci, aniołki, napisy).
4. Czy muszę wyprać kocyk/ rożek przed wysłaniem?
Kocyk, kokon, czapeczkę czy rożek należy wyprać w delikatnym płynie lub wodzie z mydłem, wysuszyć i jeśli to możliwe, wyprasować.
5. Gdzie wysłać gotowe rzeczy?
gotowe wyroby wysyłamy w kopercie lub pudełku z dopiskiem TĘCZOWY KOCYK” na wybrany adres:
Fundacja Gajusz Hospicjum stacjonarne
93-271 Łódź,
ul. Jarosława Dąbrowskiego 87
lub
Fundacja Evangelium Vitae
ul. Rydygiera 22-28
50-249 Wrocław
lub
Ginekologiczno-Położniczy Szpital Kliniczny
Hanna Walkowiak
ul. Polna 33
60-535 Poznań
6. Jakich kolorów najlepiej użyć?
Dziecięce kolory i wzory. Odcienie różu, niebieskiego, żółci, zieleni. Kremowe, beżowe, białe również będą dobre. Materiał w typowo dziecięcy wzorek lub w delikatny deseń.
7. Co najbardziej jest potrzebne?
małe rożki, czyli kwadratowy kocyk z doszytymi tasiemkami lub guzikami. w rozmiarach 25x25 cm. Wzór w plikach grupy.
Jak widać, nie tylko szyte, ale i dziergane kocyki, rożki i czapeczki są bardzo potrzebne.
Tabela rozmiarów:
Ja, jako szyjąca, stworzyłam takie:
Są mniejsze od pilota do telewizora...
Zapotrzebowanie jest niestety duże.
Może któraś z Was ma chęć przyłączyć się do akcji?
Nie trzeba mieć konta na FB.
Wystarczą chęci i umiejętności dziergania na szydełku, na drutach lub szycia.
Tu jest strona internetowa dla osób nie posiadających konta na FB: http://teczowykocyk.pl.tl/
piątek, 20 maja 2016
Tsy lata...
Ceść! To ja - Lucek.
Wiecie co?
Właśnie dziś mijają tsy lata od dnia, w któlym mamusia moja kochana mnie znalazła.
Nie wyglądałem wtedy najlepiej. I podobno nie rokowałem...
Ale się zawziąłem i se żyję.
I dobrze mi z tym życiem.
Wprawdzie na dwór wychodzę na uprzęży, bo podobno mogę sobie krzywdę zrobić bez szelek i smyczy, ale i tak jest fajnie.
Najbardziej lubię tarzać się w piachu, czyli jak mówi mamusia "synuś na plaży"
Tloskę mam zakuzone usy, ale jest MEGA!
Kocham huśtać się na ławce (zdjęcia nie ma, bo ani mamusia, ani Asia nie pstryknęły).
Najfajniej huśta się z Anią i z tatusiem.
Oni mają fantazję, bo te inne kobiety boją się, że spadnę i się skrzywdzę.
Bo według nich naćpaną Luminalem padaczkową pierdołą jestem.
No coś w tym w sumie jest... Nie mam normalnego dla zwykłych ssaków napięcia mięśni, jak spadam, często nie umiem wskoczyć na krzesło. Jak już ta trudna sztuka mi się uda, to popadam w coś, co mamusia nazywa "stupor" i spadam na podłogę jak bezwładna szmata...
Kilka dni temu usiłowałem eksplorować biurko młodej młodszej i kiepsko wymierzyłem...
Talerzyka nie ma. Zupełnie nie ma.
Ale jest podobno pozytywny efekt: najmłodsza posprzątała swój pokój. Cały! Nie tylko okolice biurka.
Tak więc bywam przydatny.
Można rzec - jestem kotem pracowitym!
Po robocie warto się umyć:
Mimo, że obroża przeszkadza jak cholera!
Podobno zamiast mózgu mam fistaszka (mamusia tak twierdzi) i tenże fistaszek nakazuje mi myć wszystko co się rusza, albo leży bez ruchu:
To, co przypomina tłustą dżdżownicę wywaloną na kopiec kreta, to mój starszy brat Fred w pozycji wyjściowej do "robienia brzuszka", czyli głaskania po podwoziu. A także w oczekiwaniu na moje mycie.
Jakby tak podsumować to moje życie cudem darowane?
ŻYCIE FAJNE JEST!
I FAJNIE JEST ŻYĆ!
Ps: zdjęcia (poza kocią kaleką na samochodowej podłodze) zrobiła mi i Fredkowi moja starsza siostra Asia.
Wiecie co?
Właśnie dziś mijają tsy lata od dnia, w któlym mamusia moja kochana mnie znalazła.
Nie wyglądałem wtedy najlepiej. I podobno nie rokowałem...
Ale się zawziąłem i se żyję.
I dobrze mi z tym życiem.
Wprawdzie na dwór wychodzę na uprzęży, bo podobno mogę sobie krzywdę zrobić bez szelek i smyczy, ale i tak jest fajnie.
Tloskę mam zakuzone usy, ale jest MEGA!
Kocham huśtać się na ławce (zdjęcia nie ma, bo ani mamusia, ani Asia nie pstryknęły).
Najfajniej huśta się z Anią i z tatusiem.
Oni mają fantazję, bo te inne kobiety boją się, że spadnę i się skrzywdzę.
Bo według nich naćpaną Luminalem padaczkową pierdołą jestem.
No coś w tym w sumie jest... Nie mam normalnego dla zwykłych ssaków napięcia mięśni, jak spadam, często nie umiem wskoczyć na krzesło. Jak już ta trudna sztuka mi się uda, to popadam w coś, co mamusia nazywa "stupor" i spadam na podłogę jak bezwładna szmata...
Kilka dni temu usiłowałem eksplorować biurko młodej młodszej i kiepsko wymierzyłem...
Talerzyka nie ma. Zupełnie nie ma.
Ale jest podobno pozytywny efekt: najmłodsza posprzątała swój pokój. Cały! Nie tylko okolice biurka.
Tak więc bywam przydatny.
Można rzec - jestem kotem pracowitym!
Po robocie warto się umyć:
Mimo, że obroża przeszkadza jak cholera!
Podobno zamiast mózgu mam fistaszka (mamusia tak twierdzi) i tenże fistaszek nakazuje mi myć wszystko co się rusza, albo leży bez ruchu:
To, co przypomina tłustą dżdżownicę wywaloną na kopiec kreta, to mój starszy brat Fred w pozycji wyjściowej do "robienia brzuszka", czyli głaskania po podwoziu. A także w oczekiwaniu na moje mycie.
Jakby tak podsumować to moje życie cudem darowane?
ŻYCIE FAJNE JEST!
I FAJNIE JEST ŻYĆ!
Ps: zdjęcia (poza kocią kaleką na samochodowej podłodze) zrobiła mi i Fredkowi moja starsza siostra Asia.
niedziela, 15 maja 2016
Dzień jeden z dwóch
Jak zapewne część z Was wie, na warszawskim Torwarze w dniach 13-14 maja miał miejsce VIII Kongres Kobiet.
Dzięki inicjatywie i staraniom Stowarzyszenia Polskiego Patchworku jedną z imprez towarzyszących była wystawa prac patchworkowych polskich quiliterek.
Niestety, nie dane mi było wziąć udział w całości imprezy, a jedynie w kawałku jednego dnia.
Wiem, że pierwszego dnia, tj. w piątek odbyła się prezentacja naszego SPP na temat patchworków oraz firmy Bernina.
A w sobotę rano (zanim dotarłam), w Strefie Kultury, miała miejsce prelekcja o patchworkach i rękodziele kobiet prowadzona przez Kazimierę Szczukę.
Jako się wyżej rzekło - nie uczestniczyłam w całości KK, skupię się jedynie na dniu, w którym byłam.
Czyli na części soboty.
Nasze stoisko było, że tak obiektywnie stwierdzę, najbardziej kolorowe ze wszystkich stoisk na KK. Po prostu żyło dzięki pięknym patchworkom.
Jak widać, chętnych do oglądania nie brakowało.
Ale nie tylko do oglądania. Było bardzo wiele osób, które żywo interesowały się również techniczną stroną zagadnienia. Czyli jak to, do licha. jest zrobione, że to takie ładne jest!
I na takie pytania byłyśmy przygotowane. A mianowicie, oprócz rzecz jasna gotowych patchworków, miałyśmy , że tak powiem, elementy składowo-pokazowe. Czyli kilka gotowych topów o różnym stopniu skomplikowania szyciowego, typową kanapkę patchworkową, spiętą agrafkami przed pikowaniem, pikowanki z wolnej ręki i patchworki po pikowaniu, przed lamowaniem.
Tak więc można było "unaocznić" i zdecydowanie przybliżyć i co tu dużo mówić - OSWOIĆ proces powstawania naszych prac.
Poza pytaniami stricte patchworkowymi, zdarzały się również stwierdzenia:
"Szycie? Eee! To nie dla mnie"
"Umiem robić na szydełku. To wystarczy. Po co znowu czegoś się uczyć"
Jedna z pań, przeglądających patchworkowe gazety, które miałyśmy w ofercie, zapytała z nadzieją w głosie:
"A krzyżyki macie?" No nie. Poza jednym patchworkiem, w którym połowa elementów to były kwadraty haftowane krzyżykami, to więcej nie miałyśmy. Ale nie o to pani chodziło :-D
Nasze stoisko było niejako podwójne, ponieważ w wystawie wzięłyśmy udział wspólnie z firmą Bernina.
Pojęcia nie mam z jakimi pytaniami musieli zmagać się obaj panowie przedstawiciele. Ale zapewne byli posądzani o kontakty z czarną magią, no bo jako to tak? Sama maszyna haftuje? Sama w sumie szyje? Toż to siły nieczyste!
Podczas KK odbyła się licytacja przepięknego patchworku uszytego specjalnie na tą okazję.
To Bargello. Szyło go 9 pań, a dziesiąta pikowała. To był ogrom pracy. Szycie, szycie i jeszcze raz prucie... Efekt jest wspaniały!
Dochód z licytacji został przekazany przez Stowarzyszenie Polskiego Patchworku na cele statutowe Stowarzyszenia Kongres Kobiet.
No a później, to już było pakowanie, likwidowanie i sprzątanie stoiska, bo Kongres Kobiet dobiegł końca.
Cóż mogę powiedzieć na podsumowanie?
Było inspirująco, energetycznie i bardzo budująco.
Warto było być, warto było zaistnieć.
O kolejnych wystawach zorganizowanych przez Stowarzyszenie Polskiego Patchworku postaram się informować na bieżąco.
A dla tych, którzy mają chęć osobiście trzymać rękę na pulsie zapraszam na stronę SPP:
http://polskipatchwork.pl/
Trzeba tam zaglądać regularnie, bo ciągle coś się dzieje :-)
Wystawa na KK była jedną z pierwszych akcji. Teraz czas na kolejne.
Zapraszam!
Wasz Koszałek Opałek.
Dzięki inicjatywie i staraniom Stowarzyszenia Polskiego Patchworku jedną z imprez towarzyszących była wystawa prac patchworkowych polskich quiliterek.
Niestety, nie dane mi było wziąć udział w całości imprezy, a jedynie w kawałku jednego dnia.
Wiem, że pierwszego dnia, tj. w piątek odbyła się prezentacja naszego SPP na temat patchworków oraz firmy Bernina.
A w sobotę rano (zanim dotarłam), w Strefie Kultury, miała miejsce prelekcja o patchworkach i rękodziele kobiet prowadzona przez Kazimierę Szczukę.
Jako się wyżej rzekło - nie uczestniczyłam w całości KK, skupię się jedynie na dniu, w którym byłam.
Czyli na części soboty.
Nasze stoisko było, że tak obiektywnie stwierdzę, najbardziej kolorowe ze wszystkich stoisk na KK. Po prostu żyło dzięki pięknym patchworkom.
Jak widać, chętnych do oglądania nie brakowało.
Ale nie tylko do oglądania. Było bardzo wiele osób, które żywo interesowały się również techniczną stroną zagadnienia. Czyli jak to, do licha. jest zrobione, że to takie ładne jest!
I na takie pytania byłyśmy przygotowane. A mianowicie, oprócz rzecz jasna gotowych patchworków, miałyśmy , że tak powiem, elementy składowo-pokazowe. Czyli kilka gotowych topów o różnym stopniu skomplikowania szyciowego, typową kanapkę patchworkową, spiętą agrafkami przed pikowaniem, pikowanki z wolnej ręki i patchworki po pikowaniu, przed lamowaniem.
Tak więc można było "unaocznić" i zdecydowanie przybliżyć i co tu dużo mówić - OSWOIĆ proces powstawania naszych prac.
Poza pytaniami stricte patchworkowymi, zdarzały się również stwierdzenia:
"Szycie? Eee! To nie dla mnie"
"Umiem robić na szydełku. To wystarczy. Po co znowu czegoś się uczyć"
Jedna z pań, przeglądających patchworkowe gazety, które miałyśmy w ofercie, zapytała z nadzieją w głosie:
"A krzyżyki macie?" No nie. Poza jednym patchworkiem, w którym połowa elementów to były kwadraty haftowane krzyżykami, to więcej nie miałyśmy. Ale nie o to pani chodziło :-D
Nasze stoisko było niejako podwójne, ponieważ w wystawie wzięłyśmy udział wspólnie z firmą Bernina.
Pojęcia nie mam z jakimi pytaniami musieli zmagać się obaj panowie przedstawiciele. Ale zapewne byli posądzani o kontakty z czarną magią, no bo jako to tak? Sama maszyna haftuje? Sama w sumie szyje? Toż to siły nieczyste!
Podczas KK odbyła się licytacja przepięknego patchworku uszytego specjalnie na tą okazję.
To Bargello. Szyło go 9 pań, a dziesiąta pikowała. To był ogrom pracy. Szycie, szycie i jeszcze raz prucie... Efekt jest wspaniały!
Dochód z licytacji został przekazany przez Stowarzyszenie Polskiego Patchworku na cele statutowe Stowarzyszenia Kongres Kobiet.
No a później, to już było pakowanie, likwidowanie i sprzątanie stoiska, bo Kongres Kobiet dobiegł końca.
Cóż mogę powiedzieć na podsumowanie?
Było inspirująco, energetycznie i bardzo budująco.
Warto było być, warto było zaistnieć.
O kolejnych wystawach zorganizowanych przez Stowarzyszenie Polskiego Patchworku postaram się informować na bieżąco.
A dla tych, którzy mają chęć osobiście trzymać rękę na pulsie zapraszam na stronę SPP:
http://polskipatchwork.pl/
Trzeba tam zaglądać regularnie, bo ciągle coś się dzieje :-)
Wystawa na KK była jedną z pierwszych akcji. Teraz czas na kolejne.
Zapraszam!
Wasz Koszałek Opałek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























