sobota, 18 marca 2017

Mam własną pracownię!

Każda z nas, tworzących rękodzieło, marzy sobie o własnej pracowni.
O takim miejscu, w którym spokojnie można sobie dłubać, szyć, kleić, lepić, wycinać, haftować, koralikować i co tam komu jeszcze w duszy gra...
Taki mały pokój, w którym znajdą miejscówkę wszystkie przydasie i w końcu będą leżeć na swoim, przypisanym im miejscu, a nie rozstrzelone po różnych kątach domu, poupychane w łóżkach współplemieńców, wysypujące się z kartonów ustawionych w kilka artystycznych stągwi...
Nic wielkiego - ot taka mała pracownia, z której w każdej chwili można sobie wyjść, zostawić rozgrzebaną robótkę i zamknąć starannie drzwi, żeby koty nie sponiewierały tego, co się aktualnie tworzy.
Ot takie małe marzenie...
Oczywiście są takie szczęściary, które mają takie swoje miejsce na ziemi.
I od paru dni ja również dołączyłam do ich grona!

MAM WŁASNĄ PRACOWNIĘ!
Najpiękniejszą, najmojejszą :-D
Z antyczną maszyną marki Singer!



Wiem, że dywan w pracowni szyciowej to trochę szalony pomysł, ale nie lubię łysych podłóg, no i jakoś musiałam zutylizować ścinki pozostałe po szyciu Roku



Chcecie wejść do mojej pracowni?
Serdecznie zapraszam!  Drzwi są otwarte:



Nie ukrywam, że moja pracownia powstała ze zwykłej zazdrości.
Otóż niedawno Ewa i Małgosia pokazywały u siebie swoje pracownie. Ogromnie mi się spodobały i nie ukrywam, że miałam chęć też sobie taką zrobić.
Chęć przerodziła się w czyn, kiedy natknęłam się na to cudo: http://bit.ly/maszynadoszycia
W każdej pracowni,takiej prawdziwej, maszyna do szycia jest kupiona. Bo resztę umeblowania można zrobić sobie samemu. Według własnych potrzeb.
Z tego założenia wyszłam, inwestując twardą walutę na zakup Singera napędzanego siłą mięśni.

A potem przystąpiłam do konkretnych, fizycznych działań.

Najpierw wytapetowałam ściany papierem dwustronnym.
Potem pocięłam listewkę kupioną w jakimś markecie budowlanym i posklejałam żeby mieć półeczki na materiałeczki.
Stołek też zrobiłam z ingrediencji ogólnodostępnych w wyżej wymienionym sklepie.
Deska do prasowania jest ze szpatułki, jaką lekarz wtyka w paszczę, chcąc zobaczyć stan gardzieli badanego delikwenta. A nóżki z patyków do szaszłyków.
Żelazko (hand made by osobista córka Anna) z modeliny Fimo.
Bele materiałów to po prostu ścinki, które gromadzę niczym chomik (nie w policzkach, tylko w pudłach).

I tak oto mam własną pracownię!

I nacieszyć się nią nie mogę :-)))

Za zdjęcia bardzo dziękuję mojej córce Joannie, która też co nieco naskrobała na swoim osobistym blogu  w temacie maszyny :-)

sobota, 4 marca 2017

Uszyłam sobie rok

Jakoś tak w połowie ferii zimowych zachciało mi się wiosny.
Ot tak. Po prostu.
Bo zmęczyła mnie aura za oknem - wiało, ziębiło, śnieżyło i deszczyło. Szaro rano, w południe, po południu jeszcze gorzej. Normalnie depresja wisiała w zasmogowanym powietrzu.
Ale skąd wziąć wiosnę na zawołanie?
Najprostsza  i najłatwiejsza do wykonania metoda to uszyć sobie - ot co!

Zaczęłam więc gmerać po internetach w poszukiwaniu inspiracji.
Jakichś motylków mi się chciało, kwiatków, biedroneczek beztroskich, kurczaczków, kociątek ukrytych w soczystej zielni traw bujnych... Czyli ogólnie jakiejś odskoczni od szarej rzeczywistości panoszącej się okrutnie  na świecie od paru miesięcy.
Znalazłam motylka z kwiatkiem szyte moją ulubioną metodą PP, więc w zasadzie poczułam coś w rodzaju jakby zadowolenia i miałam zamiar uszyć to internetowe znalezisko.
Nawet już sobie wydrukowałam, ale niespodzianie znalazłam drzewo. Wiosenne. Zagłębiłam się mocniej w temat i...
I motylek poleciał w zapomnienie. Razem  z kwiatkiem ;-)

No bo wolałam mieć cały rok w jednym kawałku.
I mam :-)

Generalnie  kocham lato. Wiosnę w sumie też. Jesieni nie lubię, a zimy nienawidzę!
Ale jak szyłam każdą porę roku, to trochę (ale tylko TROCHĘ!) zmieniłam swoje podejście do tegoż tematu.
Zacznijmy od wiosny:

Człek wyposzczony po zimie, tęskni za świeżą i nieśmiałą zielenią, za delikatnymi kwiatkami. Za czymś, co nie jest białe, zimne i przygnębiające.Wiosną niesamowitą przyjemność sprawia grzebanie w ziemi, wdychanie jej zapachu. Sadzenie i sianie. Coraz dłuższe dni. Słońce zaczyna grzać konkretniej, a nie tylko świecić. Czas poświęcony na szycie jakoś się zaczyna kurczyć, bo ogród ważniejszy. Bo fajniej jest być na dworze, niż w czterech ścianach domu.
 Wiosna jest super. 
Zwłaszcza, że po niej następuje lato:

Czyli zieleń jest już dojrzała, konkretna. Daje wytchnienie oczom, można uwalić się z leżakiem i książką w cieniu drzewa. No i są wakacje! I sezon robienia przetworów trwa w najlepsze :-) Czas szycia sprowadzony do zera bezwzględnego, bo szkoda dnia na siedzenie w murach i ślęczenie przy maszynie.
 Lato jest super.
Tyle, że po nim nieuchronnie nastaje jesień:

Zieleń powoli znika. Zastępują ją obłędne i oko cieszące kolory. Wprawdzie w lesie jest już głucha cisza, bo ptaki odleciały w siną dal, ale są grzyby! A  tygrysy grzybobranie lubią baaaardzo!
I dalej można robić przetwory ;-) Szycie powoli zaczyna wracać do łask...
 Jesień jest super.
Chociaż dni stają się coraz krótsze i zimno wygania z ogrodu do domu.
Po prostu do drzwi puka zima:

Co by nie mówić, też ma swoje dobre strony. Można zwinąć się w kłębek na ukochanym fotelu z książką przed nosem, z pachnącą herbatką i obowiązkową czekoladą lub inną słodkością pogryzaną w czasie lektury.
Ma się czas na szycie. Weekendowe oczywiście, ale jednak znowu jest ten czas :-)
 Zima jest super.
Zwłaszcza, że po niej następuje wiosna

Człek wyposzczony po zimie, tęskni za świeżą i nieśmiałą zielenią, za delikatnymi kwiatkami...

Dobra! Już to mówiłam :-D  I przyznaję bez bicia: każda pora roku ma w sobie to "coś". Takie niepowtarzalne i tylko sobie przypisane.
I fajnie, że trafiłam na ten link, bo mogłam sobie uszyć sobie rok :-)



Za zdjęcia dziękuję mojej starszej córce Joannie :-)

sobota, 11 lutego 2017

Wielkie UFFFF!

No właśnie!
Wielkie ufff!
Czyli w nareszcie skończyłam użerać się z szyciem narzuty.

Oj zdrowia to mnie ona kosztowała, że hoho. Znaczy samo szycie topu było czystą przyjemnością i relaksem, natomiast pikowanie...
Spuśćmy zasłonę milczenia na ten etap pracy ;-)
Najważniejsze, że w końcu jest!
Tak się prezentuje z lotu ptaka (w sensie z drabiny):


A tak w zwisie nasznurkowym:

Zaczęło się niewinnie. Od takiej oto rolki, wyciągniętej przeze mnie na światło dzienne dokładnie 26.12.2016

Nieco później rolka zamieniła się w małe kwadraty:

A następnie w prostokąty:

Potem prostokąty zamieniły się w kwadraty i trzeba je było JAKOŚ porozkładać. Najlepiej bez logicznego porządku.

Po pozszywaniu wszystkiego do kupy po doszyciu borderka należało toto skanapkować:

A potem...
A potem to było pikowanie...
Każdy kolorowy prostokąt dookoła. Niby nic takiego, tylko 108 prostokątów, ale przepychanie słonia przez otwór wielkości pomarańczy wymagał nie tylko determinacji, ale również siły fizycznej.
Porzucałam narzutę dość cyklicznie, przyrzekając sobie, że już mowy nie ma, absolutnie do niej nie wrócę. Niech se leży taki nieskończony ufok i porasta kurzem oraz zapomnieniem!

Ale z racji gabarytów dość ciężko było mi się pozbyć tej narzuty sprzed oczu, więc pokornie wracałam do maszyny i dalej pikowałam...

Tym sposobem od skanapkowania do ostatniego wbicia igły w lamówkę minął miesiąc i 4 dni.

Skończyłam dzisiaj! Poczułam ogromną ulgę i co tu dużo mówić - zadowolenie również, bo mimo użerania się z pikowaniem, podoba mi się toto:



Wielkość narzuty: 180 cm na 145 cm, czyli spokojnie można przykryć człowieka :-)

No to jeszcze jedno zdjątko na koniec:


A ja idę myśleć, co by tu znowu uszyć... ;-)

Ps: wszystkie materiały użyte do uszycia topu (oprócz białego) pochodzą ze sklepu http://b-craft.pl/

piątek, 3 lutego 2017

Strata Star tutorial

Najpierw małe wytłumaczenie skąd pomysł na tutorial.
Otóż kiedy szyłam pierwszą Starta Star wiedziałam od razu, że będą następne.
Bo to takie wdzięczne do szycia jest i takie efektowne finalnie.
A skoro już się wzięłam za drugą Warstwową Gwiazdę, to nie widziałam przeciwwskazań, żeby w trakcie pracy pstrykać fotki.
I tak oto powstał drugi w języku polskim (pierwsza była Ewa), ale pierwszy typu "krok po kroku" tutorial szycia Gwiazdy.

O czego zaczynamy?
Od zgromadzenia niezbędnych narzędzi:

Poza tym niegłupim pomysłem będzie posiadanie maszyny do szycia, deski do prasowania oraz żelazka ;)
Jeśli chodzi o materiały - wybór należy do szyjącego. Musimy mieć 4 różne szmatki.
Wybrałam cudne materiałki z kolekcji Tula True Colors projektantki Tuli Pink
Kupiłam je u wspomnianej już wyżej Ewy w Kiltowie.

No dobra!
Mamy już materiały, to teraz czas zrobić użytek z widocznej na zdjęciu, najdłuższej linijki.
Otóż tniemy nasze materiałki z pieśnią na ustach, bez żalu i odważnie.
Na pasy o szerokości 2". Przez szerokość, czyli ok 43"
Musimy mieć po 4 pasy z każdego koloru.


Teraz będzie opis słowny, bo zdjęć tej fazy nie mam.
Bierzemy po jednym pasie z każdego koloru i zszywamy je razem. U mnie jest dokładnie taka sekwencja, jak na zdjęciu powyżej, czyli zieloniutki, ciemnoróżowy, szary i jasnoróżowy.
Musimy mieć po 4 pasy złożone z identycznych kolorystycznie sekwencji.
Pamiętamy, że szew ma szerokość 1/4".
Kiedy już mamy komplet czterech pasów, zaczynamy ciąć:


I tu małe wytłumaczenie.
Do wycinania trójkątów użyłam liniału 12'. 
Ten jasny, szeroki pas widoczny na linijce (przykrywa częściowo różowy materiał) to taśma malarska. Przykleiłam ją, żeby ułatwić sobie ż(sz)ycie. 
Teraz wymiary okropnie matematyczne: musimy uzyskać trójkąt prostokątny o wysokości 6,5 cala.
Jak go już sobie wyznaczymy (na ten przykład wspomnianą taśmą malarską), to nie wahamy się użyć noża i frrruuuu! 
RŻNIEMY!

Następny trójkąt tniemy "do góry nogami":

Teraz czas na małe trójkąty.

Też widać taśmę malarską.
Tyle, że to druga strona liniału (odsyłam do pierwszego zdjęcia - tam widać, jak okleiłam swój sprzęt).
Tym razem wysokość naszego trójkąta prostokątnego wynosi 4 i 1/4 cala.
I tak samo jak przy dużych trójkątach, drugi tniemy "do góry kopytami"

Z jednego pasa wychodzą nam po dwa duże i po jednym małym trójkącie:


Ogólnie musimy mieć po 8 dużych i po 4 małe trójkąty.

Kiedy mamy już komplecik, przystępujemy do najfajniejszej części zabawy, czyli do układania elementów łamigłówki:

A potem to już tylko zszywanie.
Na pierwszy ogień idą duże trójkąty (jakby to powiedzieć - w tej samej wersji kolorystycznej):

Potem doszywamy do nich konusy:


Następnie scalamy górną, później dolną połowę Strata Star:

A na koniec zszywamy całość do kupy:


I tyle :-) Mamy nasze cudo o wielkości ok. 30 cali (ca. 70 cm) :-)))
Celowo nie pokazuję jak wykończyć, bo to zależy od Was.
Albo robimy klasyczną kanapkę, pikujemy i doszywamy lamówkę.
Albo lecimy na leniucha (jak ja) czyli: pod wierzch podkładamy ocieplinę, srrruuu pod maszynę i jadziem pikowaniem z wolnej ręki.
Następnie na prawą stronę kładziemy to co ma być tyłem/spodem (prawą do prawej!). Przeszywamy dookoła, przewlekamy na prawą i...
I nasz stół jest nam wdzięczny za nowe ubranko ;-)
Mój topik czeka jeszcze na wykończenie. Na pewno się doczeka. I obiecuję zrobić zdjęcia jak to ja się nie wysilam z pleckami przy bieżnikach w kształtach niekoniecznie konkretnych.

Mam nadzieję, że mój tutorial komuś się przyda i chociaż parę osób z niego skorzysta.

Jeśli tak, to proszę o podanie źródła, czyli linku do tego wpisu.

Wiem, że jestem raczej bardzo mocno taką sobie patchworkarą i wykazałam się nie lada tupetem tworząc kurs na blogu, ale może komuś się przyda.

niedziela, 29 stycznia 2017

Strata Star

Jak człek ma nad głową bata i przymus, to odruchowo i obronnie szuka wyjścia z sytuacji.
Nie jestem inna w takiej sytuacji.
Mam do wykończenia narzutę...
Mam jednak wrażenie, że ona pierwsza mnie wykończy, zanim ja jej pikowanie odtrąbię jako skończone.
Przepychanie mamuta przez dziurkę od klucza powoduje ruinę i absolutny strajk mojego kręgosłupa i przydatków.
Jak na nią patrzę, to mimo woli łzy mi się do oczu cisną...
Łzy bólu fizycznego. Bez kitu!

Tak więc postanowiłam uszyć se coś dla relaksu i bez siłowej przepychanki.

Padło na Strata Star.
Nie to, żebym taka w patchworkowym świecie oblatana była.
O nie!
Strata Star zobaczyłam na blogu u Ewy.
I zapłonęłam żądzą posiadania i uszycia.
Uszyłam. A jakże!

Gdyby nie wspomniana wyżej Ewa, nie byłoby tego uszytka.
Popełniłam błąd...
Matematyczny oczywiście :-D
Troszku się zmartwiłam, ale tylko troszku.
Bo to co uszyłam, mogłam beztrosko użyć do uszycia co najmniej  dwóch poduszek. A tych nigdy za wiele ;-)
Na szczęście Ewa zobaczyła naocznie mój twór i poradziła mi, co mam zrobić, żeby uratować zbuka.
Posłuchałam mądrej kobiety i stykło.



No i tu pojawił się problem...
Otóż każdy widzi to, co chce...
Ktoś, po opublikowaniu tej fotki na fejsbuku ,zobaczył... swastykę.
Podobno, każdy widzi to, co chce...
No cóż.
Nie będę dyskutować.
Po prostu pokażę, jak ten uszytej wygląda bez maskującego koszmarny środek:


Nie stykło. Bardzo  nie stykło.
Ale jakoś mnie to nie boli :-D Niedoróbkę zamaskują kwiaty - zawsze je mam. Cięte lub doniczkowe. Niezależnie od pory roku.
Tak więc- mam coś nowego na stole, w salonie.
Podoba mi się.
I mam w nosie to, co ktoś widzi, albo na siłę dostrzega.
A tak btw.: swastyka to wg. sanskrytu oznacza "przynoszący szczęście" (svasti – powodzenie, pomyślność, od su – „dobry” i asti – „jest”, -ka sufiks rzeczownikowy). W  Azji jest powszechnie stosowanym symbolem szczęścia i pomyślności.
No!
Więc niech mi nikt faszyzmu nie zarzuca, bo się ośmieszy!
O!