wtorek, 7 lutego 2012

Listy do J. - cz. 2

05.02

-18

Hej duża Córko!


Jak to zwykle bywa w dni wolne, Twoja sis tradycyjnie udawała, że śpi intensywnie. Dziś poszła na całość: leżała na baczność, z nosem skierowanym centralnie w stronę sufitu. Klasyk pt: "dziś udaję na trupka" ;-)
Kiedy już się wskrzesiła, poszła tłuc wrogów Kapitana Pazura. Rzecz jasna postępowała zgodnie z przeczytanym wcześniej artykułem w Newsweek'u "Popraw sobie IQ" zalecającym granie w gry z przemocą...
Kiedy Twoja sis dbała przed twoim monitorem o swoją inteligencję, ja "tłukłam" armię aniołków na zamówienie i bransoletki.
Jedna miała tylko być. Też zamówiona, ale jakoś się zamyśliłam i zrobiłam o dwie więcej:


Fajne, c'nie? ;-D
A spróbuj powiedzieć inaczej! :-PP

Niedziela, jak każdy wolny dzień, minęła jakoś tak sama z siebie i tyle :-/

Trzym się ciepło

Mama



06.02

-20

Cześć Żabciu!

Podobno idzie ocieplenie...
Jakoś strasznie wolno i pod górkę :-//

Jako iż dziś poniedziałek, trza się było udać do pracy. A w sumie do dwóch ;-)
W pracy przybyło mi trochę nowości...
Gruz jest już na kompach skrzętnie schowanych między regałami.
Pozostaje mi mieć nadzieję, że jak strop zdecyduje się zintegrować z podłogą, to mnie w tym czasie tam nie będzie ;-)

A teraz mały powrót do czwartku. Dowiedziałam się onego dnia, że organizowana jest grupa panienek małoletnich w szkole języka angielskiego. No i padło pytanie/zaproszenie w kierunku panny Anny.
Ja osobiście nie widziałam przeciwwskazań, ale wypowiedzieć się rzecz jasna musiała sama zainteresowana. Bo wszak to nie ja będę zgłębiać tajniki i meandry mowy Szekspira.
Dwa razy w tygodniu, po godzinie zegarowej.
Problem był tylko jeden - jedna z tych dwóch godzin koliduje z jej kółkiem historycznym...
Przekazałam Ani info i zapytałam co ona na to.
A ona rozsiadła się wygodnie na swoim krzesełku przy biurku, założyła nogę na nogę i wygłosiła kwiecistą mowę w moim kierunku.
Cytuję:
-Trochę mi szkoda tego kółka, ale z historii to ja jestem bardzo dobra, a właściwie świetna, więc spokojnie sama sobie poradzę z nauką. Z angielskiego oczywiście też jestem bardzo dobra, ale chciałabym nauczyć się czegoś więcej niż w szkole, a na lekcji nie mam przecież takich możliwości. Poza tym - jak kiedyś pojadę za granicę, to znajomość angielskiego będzie mi potrzebna.

Yyyyy... Tja.... A ja oczekiwałam prymitywnej odpowiedzi typu "tak" lub "nie"...

Pozostało mi jedynie uświadomienie Waszego rodzica w temacie pozaszkolnego kształcenia przemądrzałej latorośli.
I tu napotkałam opór!
W życiu nie zgadniesz, w jakiej kwestii!!
Otóż Aniusia będzie na zajęcia dostarczać się samodzielnie! Na własnych obutych nożynach.
I to jest problem dla męża mego!!
-JAK TO?? SAMA BĘDZIE CHODZIĆ??? TAK DALEKO??? PRZEZ ULICĘ??
Zatkało mnie!
Normalnie mowę mi odjęło! Nie tego typu schodów się spodziewałam ;-DD
-No nie zupełnie sama. Oprócz niej jeszcze 4 panny z jej klasy będą tworzyć tę grupę. I razem będą szły po lekcjach.
-Ale tak sama???
-Dżizas! Ogarnij się! Przecież nie będę jej wozić 500 metrów od szkoły!!
-Ale ta ulica ruchliwa i ona będzie musiała sam przez nią przechodzić!!
-Pan STOP dzieci przeprowadza. Wyluzuj! Do diabła! Ja w jej wieku jeździłam do szkoły pociągiem, albo autobusem! A jak nic nie jechało to rwałam z buta 3 km i żyję!!
-Ale ona jest jeszcze mała...
-Mała? No może nie jest wyrośnięta, ale za trochę ponad trzy miesiące skończy 11 lat. Całe życie nie będę jej za rączkę prowadzić. MUSI się usamodzielniać.
-JUŻ???
-Tak!!! No bo niby kiedy??
I żeby tak całkiem dotłuc Waszego ojca dodałam:
-A jak się zrobi ciepło, to sama będzie wracać w środy do domu. Mnie się nie będzie chciało odrywać od ogródka, żeby po nią jechać. W poniedziałki bez zmian - pracuję do 15, więc podjadę po gwiazdę ;-)

Tata pogrążył się w wyniośle milczącej i obrażonej traumie ;-)

Jak widzisz, nie tylko my obie nie umiemy się pogodzić z tym, że nasz mały aniołek z loczkami jest już TAKI STARY!!! ;-D
Tak więc od środy, mimo focha rodzica, Twoja sis będzie zgłębiać tajniki i zawiłości języka angielskiego w teoretycznie szerszym, niż szkolnym, zakresie.
Małe zmiany, nieprawdaż? ;-D

Cmok!

Mamusia

07.02

-14
Ha! Się ociepla!!

Witam ozięble kangurożercę...

Wyobraź sobie, że Twoja spokojna i nikomu nie wadząca matka, o mało co, a oberwałaby dzisiaj mopem od dozorcy!!
I to za co??
Za szczery podziw!!
Wyskakiwałam ja sobie w celu wiadomym za tzw. winkielek.
W trakcie wyskoku mijałam pana dozorcę. Tego duuuużego.
Miał w rękach mopa. I operował nim całkiem sprawnie, chociaż różnica wzrostu między nimi była mocno groteskowa: kij od mopa kończył mu się tak mniej więcej na wysokości bioder.
Stanęłam na moment i z podziwem rzekłam:
-Nooo! Jak to panu zgrabnie idzie! Może by tak się pan po moich podłogach w domu przeleciał?
I co ja uszłyszałam?? Za podziw mój niekłamany??
-Uhhhh!!! Jak ja wezmę tego mopa i machnę, to nie ręczę za siebie!! Pani mnie nie denerwuje! Kurna ile tu błota na buciorach wnoszą!!
-U mnie będzie łatwiej. Mniej nóg... - kusiłam pana.
Nie chciał!
Trudno! Poszłam się grzać w okolicach nosa. I tak z nudów poczytałam karteczki naklejone na płocie. Na jednej z nich stało jak wół: Ukrainka szuka pracy: pomoc przy sprzątaniu.
Wracając, zagaiłam przyjaźnie do pana dozorcy:
-Wie pan co? Nie to, żebym była złośliwa, ale tam na płocie znalazłam ogłoszenie.
I zacytowałam mu.
-Nooooo!! Chętnie!! Zatrudnię ją! Tylko pewnie zwiałaby stąd po dwóch godzinach!
-Aż tyle jej pan daje?? Wymięknie na sam widok ;-D
-A to też może być!

Kolejne ogrzewanie się w okolicach narządu powonienia skończyło się pogróżkami pana woźnego, że mnie nie wypuści... jak będę szła do domu.
Lekceważąco rzekłam, że przez okno czmychnę!
Na co on, że mi bramę zamknie i nie wyjadę!
Na to ja, że wpadnę w histerię!
Podziałało! Wyjechałam normalnie!
Jednak faktycznie faceci boją się babskich łez, jak diabeł święconej wody ;-D

Popołudnie:

Dziadek na wieść o pożarciu przez Ciebie kangura nazwał Cię aborygenką ;-P
Stwierdził również, że jako człek dziki surowizną zapewne się żywić zaczęłaś i w związku z tym na Twój powrót ma zamiar zrobić... TATARA ;-D
Mięsko już się mrozi :-)

Przeczytałam Twojemu ojcu sms'a, jakim mnie dziś wkurzyłaś na maksa.
Pozwolisz, że go zacytuję w całości:
"Odkryłam sklep z rzeczami po 1 ojro, w którym są motki wełny, czy czegoś tam. Jakbym się znała, to bym Ci kupiła"
Tata się uśmiał. Po czym zapadł w milczenie na jakieś 5 minut...
A potem przemówił:
-To weź Aśce powiedz, jaka ma być ta wełna i niech ci kupi.
Zanim zdążyłam zareagować, dodał:
-Albo nie! Niech weźmie aparat i idzie do tego sklepu zdjęcia zrobić! I na maila niech ci wyśle. Powiesz je co i jak i niech ci kupi!

Tak więc już wiesz co masz jutro robić.
WŁÓCZKI FOCIĆ !!! ;-DD

Buziol

Mama włóczkopazerna ;-)

sobota, 4 lutego 2012

Listy do J.

02.02.2012

-17

Hej Myszo Starsza!


Popołudnie i wieczór.

Mróz za oknem skrzypi z zimna!
Małolata nie odpuszcza i każe się zawieźć na gimnastykę artystyczną.
Brrr!
Ratowałam się przed zamarznięciem gorącą herbatką w Twoim kubeczku.
Zdumiałam się, że cholernik przecieka, bo nie miałam takich donosów z Twojej strony.
Przeciek wyjaśnił się po powrocie do domu...
Należy sprawdzać, czy uszczelka jest na swoim miejscu, czy powiewa luzem. Wówczas problem przemoczonego siedzenia w samochodzie i rękawiczek Twojej młodszej siostry zniknie niejako samoistnie ;-)

Nie mniej jednak, udało mi się polansować ;-)
Miny osób widzących jak popijam sobie z "obiektywu" - BEZCENNE :-DDD

Ponieważ temperatura za oknem spadała ciągle i nieustępliwie, zasugerowałam Twojej młodszej i jakże ukochanej siostrzyczce pozostanie jutro w domku.
Kusiłam jak mogłam: długie spanie, ciepła kołderka, komputer starszej siostry...
I co??
W oczach małolaty przeczytałam wyraźnie:
-Mam matkę kretynkę! Do tego leniwą!
A usta jej rzekły:
-Mamo! Szkoła to obowiązek! A z obowiązków należy się wywiązywać! Poza tym - jutro mam kartkówkę z matmy i CHCĘ pójść!

Mam wątpliwości, czy Ania aby na pewno jest Twoją siostrą...

Buźka!
Mama


03.02.2012

-28


Witaj Słonko!

Postanowiłam, że ta koszmarna ilość styropianu do wypełnienia Twojej pufy ma zniknąć z moich oczu!
Pufa znalazła się dzięki sile mych mięśni na dole.
Pokonałam rzep oraz zamek, i zaczęłam pakować te strasznie ożywione i naelektryzowane kuleczki garściami.
Po kilku przysiadach i wyprostach stwierdziłam, że to typowa praca dla Syzyfa!
Do sądnego dnia nie przesypię 5 kg kuleczek z wora do wora!
Co ja kurna kopciuszek jestem??
Wymyśliłam rondel.
Udałam się do kuchni po naczynie wspomagająco-ładujące.
Chyba nie wspomniałam, że miałam pomocnika?
Asystent Fredek siedział bardzo grzecznie obok i tylko od czasu do czasu poturlał sobie jakąś zabłąkaną kuleczkę...
Oczywiście dopóki ja byłam obok!
Bo jak poszłam, to ten sierściuch wścibski musiał sprawdzić co też ta pani wyprawia i po co chowa te takie fajne zabaweczki do fioletowego wora!
Wkroczyłam do pokoju w momencie, kiedy Fryderyk całym impetem i swoim sześciokilogramowym ciałem lądował na pufie...
Pufa zrobiła wielkie PUFFFFF, a z rozpiętej dziury w górę wyfrunął styropianowy gejzer!
Twoje siedzisko zamieniło się w wulkan z potężną erupcją!
Lawa - tfu! - styropian był wszędzie!
Kot szczęśliwy, cały biały.
Ja mniej, również biała.
Otoczenie nic nie mówiło o swoich uczuciach, ale też było białe...

Południe.

-18


Odbieram małą ze szkoły.
-Mamo. Ja się umówiłam na dziś z Heleną. Idziemy zobaczyć co jest w Hot Chatce.
-Dzisiaj?? Jest minus 18!! Na którą?
-Na 17.
-Mowy nie ma! Toż to już ciemna noc będzie!
-No to na 14.
-No to na którą??
-No nie wiem. Mamy się dogadać co do godziny.
-To się dogadajcie, ale nie sądzę, żeby to był dobry pomysł na spacerki. Nie ta temperatura.
Dogadały się.
O 13:45 Twoja sis wyszła z domu z obietnicą, że najpóźniej o 15:15 będzie w domu.

15:15 - Ani nie ma...
15:17 - Ani ciągle nie ma.
15:20 - Ani w dalszym ciągu brak, ale za to moja wyobraźnie ruszyła z kopyta i zaczęła szaleć: dziecina moja na pewno poślizgnęła się, złamała sobie bliżej nieokreśloną część ciała i leży gdzieś w przydrożnym rowie i nie może nawet do mnie zadzwonić, bo ma połamane to coś!
Postanowiłam być twardą kobietą i odporną matką i nie zadzwonić do niej zbyt prędko!
15:24 - dzwonię!!!
Nie odbiera!!
Kiedy mnie rozłączyło, zobaczyłam fioletową kurteczkę rączo pomykającą z mostku do domu.
Ufff! Wszystko ma całe, bo rwie z kopyta raczej szybko - jak nie ona!

-Mamusiu! Strasznie cię przepraszam! Ja wiem, że się spóźniłam, ale się zagadałam z Heleną i tak sobie chodziłyśmy i spacerowałyśmy pod CZD i jak spojrzałam na zegarek to było 10 po trzeciej, i jeszcze do sklepu musiałam pójść i trochę ludzi było w kolejce i całą drogę biegłam...

Tym sposobem Twoja siostra była jedyną jak sądzę osobą, która przy temperaturze -18 wróciła do domu spocona, jak mysz po porodzie...

Zahartowana z niej gościówa! Nic jej nie jest! Ale w sumie już mnie to nie dziwi - skoro nie dobiły jej zamarznięte na kamień, niedosuszone po basenie włosy, to co taki kilometrowy galop mógł jej zrobić?

Później.

-21

Jemy z Anią (nie garbi się!!) obiad i gawędzimy sobie luzacko o szkole, koleżankach i kolegach.
Kto z kim siedzi w ławce, kto się z kim przyjaźni. Ot takie pogawędki.
No właśnie - kto się z kim przyjaźni...
-A wiesz? Mateusz z Jaśkiem całkiem dobrze ze sobą współżyją!
-Co robią???
-No współżyją ze sobą.
-Ekhem... Chyba współpracują?
-No tak. A to nie to samo? Bo przecież oni nie pracują.
-Nie to samo.
A ponieważ wiedziałam, że za chwilę padnie pytanie domagające się wyjaśnienia tych subtelnych różnic w słowach, jak najszybciej popędziłam małolatę do sprzątania jej własnego biurka ;-)

To sprzątanie to jak się domyślasz krwawa kara za spóźnienie - znasz jej stosunek do porządków, bo reprezentujesz dokładnie taki sam :-P

No ale później, w nagrodę za wylizanie wyżej wspomnianego, Twoja sis poszła do sanktuarium pod wezwaniem Joanny ;-)
Zgadnij, w co grała?
Z trudem udaje mi się wyrwać jej klawiaturę (dosłownie!) i samej dorwać się do grania.
A jak już się uda, to siedzi ta mała sowa obok mnie i udziela dobrych rad!
MNIE!! Toż ja w to grałam jak ona na jedzenie mówiła "am-am"!!

Pograłam, jak pognałam ją do spania ;-))

Buzilol!
Mama


04.02

-27

Cześć Chuda!

Ranek i południe.

Pobudka o parszywej jak na sobotę porze.
Wywlokłam młodszą z pieleszy i wywiozłam na Uniwersytet Dzieci.
Czekając na jedyne, posiadane w tej chwili dziecko, skończyłam czytać "Dziewczynkę w zielonym sweterku".
No i zapragnęłam na ten tychmiast posiąść "W kanałach Lwowa"

Tak więc po wykładach pojechałyśmy do Weldbildu.
Czyż muszę dodawać, że już mam tę książkę ? ;-D
Chleba rodzinie od ust nie odjęłam, bo wyobraź sobie - "ślimak" poszedł!!!

W euforii spowodowanej posiadaniem upragnionej książki, wstąpiłam do sklepu zoologicznego i kupiłam wreszcie kocimiętkę...

Uczciwie popsikałam drapak.

I ojca Twego kapcie...

Fredek zakochał się w drapaku... Ale jak to z miłością bywa - delikatny jest w wyznawaniu uczuć i nie drapie go, tylko się mizia i go liże!!
Kapcie ojca omija podejrzliwie.
Pewnie za mało polałam...
Nic to! Jutro też jest dzień ;-D

Dla pewności i sprawdzenia działania psikacza, dodatkowo polałam Twoje kapciochy:

DZIAŁA!!!
Jak widzisz, Fredzio uwielbia nie tylko żywe żaby! ;-D

Pozostając dalej w radosnym nastroju po zakupie nowej pożywki dla oczu i ducha, postanowiłam uszczęśliwić rodzinę wypiekiem.
Tym bardziej, że wczoraj upieczone muffiny kokosowe jakoś drastycznie się rozeszły...
Wybór padł na ciasteczka ze słonecznikiem.
Przystąpiłam do działania.
Prażąc ziarna słonecznego kwiatka, dorobiłam się pięknej, czerwonej "bransoletki" na nadgarstku...
Nic to! Do wesela się zagoi!
Tym bardziej, że ratowałam się sokiem świeżo wyciśniętym z aloesu.

Wyjmując drugą blachę z upieczonymi ciasteczkami postawiłam ją jakoś tak kulawo, że zaczęła się zsuwać....
Co miałam robić??
RATOWAĆ!
Jakkolwiek!
I czymkolwiek!
Więc ratowałam - gołą, nieuzbrojoną ręką.
Blacha była baaaardzo gorąca...
Tjaaa...

Jak tak dalej pójdzie to aloes wyłysieje zanim osiągnie wiek starczy ;-D

Tak więc, żyjemy wszyscy - w lepszym, lub gorszym stanie ;-)
Jest pewna szansa, że przetrwamy do Twojego powrotu we względnym zdrowiu.
Trzymaj kciuki, jak chcesz nas jeszcze zobaczyć żywych i w miarę przytomnych!

Listy wysyłam hurtem, bo tak mi wygodniej ;-)

Buźka!!

Mama

Ps: Pass auf Dich! Bis bald mein liebchen!
Sehr schöne Bilder du getan hast!
Mami

środa, 1 lutego 2012

Dawno, dawno temu...

Dawno, dawno temu. Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami był las.
Wieeelki las! A w tym lesie, w samym jego środku była polana. Wieeelka polana!
W centralnym punkcie tej polany stał dom. W domu tym siedziała samotna, piękna i smutna księżniczka.
Siedziała tak bidula i wzdychała:
-Jak ja mam ku.... WSZĘDZIE DALEKO!!

Ja też tak wzdychałam. Bo miałam strasznie daleko i pod górkę do własnej maszyny do szycia...
Głucha i odporna byłam na jej wołania.
Aż w końcu się wkurzyła i podstawiła mi pedał pod nogę, się potknęłam o złośliwuskę i chcąc nie chcąc po prawie rocznej abstynencji szyciowej, zrobiłam jej dobrze i ponownie uruchomiłam gadzinę.
Nie stworzyłam niczego na miarę płaszcza na miarę, ale od czegoś trzeba zacząć ponowne zmagania z mechaniczną igłą.
Otóż powstały dwa chlebaczki:


Ten słonecznikowy już jest u nowej właścicielki. O dziwo nawet się spodobał!

Dałam maszynie odpocząć, bo zbyt duży wysiłek po miesiącach nieróbstwa, mógłby się negatywnie odbić na jej podzespołach i przerzuciłam się na szycie ręczne.

Czy ktoś pamięta jeszcze kotki, które szyłam swego czasu w ilościach bez mała hurtowych?
Jak nie, to przypominam:




I fotka grupowa, czyli ostatni raz razem ;-)


Kotki-zawieszki lekko pachną lawendą.

I tak oto zaprezentowałam mój chwilowy come back do szycia ;-)
Pewnie coś jeszcze popełnię w tej materii, ale nie wiem kiedy. I nie wiem co.
Może kotki, może króliki, a może coś zupełnie innego.
Kto wie...

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Sesja

Jako iż się rzekło, że się coś tam tworzy po spruciu ponczka z zakalcem , to trza pokazać co się udziergało.
Dziergnęło się w sumie już wczoraj, ale ciemno już było więc i zdjęć nie było jak zrobić.
Dziś grzecznie poprosiłam młodszą latorośl o pstryknięcie kilku foteczek.
Mała ostatecznie łaskawie nawet chciała zrobić, ale jak się dowiedziała, że zdjęcia mają być w plenerze, to odmówiła stanowczo!
Starsza nie chciała matce zrobić sesji, bo... ma sesję i się uczy.

Więc matka biedna strzeliła fochem...
To się bachory ogarnęły, opamiętały i obie zaczęły się rwać do pstrykania!

Wybór sfoszonej padł na starszą.
Bądź co bądź - LEON ZAWODOWIEC!


No i człek z niej znany - w dzisiejszym Newsweek'u jest z nią wywiad - w sprawie wiadomej.


Tak więc przejęta jak nie wiem co, stanęłam stremowana przed obiektywem... tyłem ;-D

No więc już wiadomo, co też ja udziobałam.
Chustę i kolejnego ślimaczka!
LAURA! Czy Ty widzisz ten brzeg?? ;-D
Zanudzałam nieszczęsną kobietę pytaniami i w końcu zrobiłam inaczej, chociaż na bazie jej porad :-)
Chusta nie jest duża wbrew pozorom: wysokość ok 87 cm, a rozpiętości ma 150 cm.


Następna fotka musi być poprzedzona wytłumaczeniem...
Otóż jak już wspomniałam, byłam baaardzo przejęta prawdziwą sesją, z prawdziwym fotografem i z tej oszalałej tremy chustę mam na... LEWEJ STRONIE :-DD


No cóż! Jak wyglądają oczka prawe, każdy wie ;-D
Ale ślimak znajduje się tam, gdzie jego miejsce! O!

No i teraz poza szalenie romatic, z różą-broszką o dziwo przypiętą tak jak należy:

A kulisy jej powstania wyglądały tak:
-Weź się nie śmiej co? I patrz tam!
-Gdzie??
-No łokciem pokazuję! Wyprostuj się! NIE UŚMIECHAJ SIĘ!!!
-Czy na wszystkie swoje modelki tak pokrzykujesz??
-Coś ty!! Bardziej!
-I one to wytrzymują??
-No pewnie! Bo wiedzą, że będą miały mega fotki!

Fakt! Nawet ja bez specjalnych dreszczy mogę na siebie patrzeć ;-)

No więc takie to rzeczy powstały od ostatniego wpisu robótkowego.
A teraz tworzą się kolejne...
No co?
No ślimaki! :-DD

piątek, 20 stycznia 2012

Czujna jak...

Przeczytałam dziś u jednej ze znajomych na FB taki oto wpis.
OSTRZEŻENIE !!!! - do posiadaczy aut W ostatni Weekend w Piątkowy wieczór zaparkowaliśmy na publicznym parkingu. Jak wyjeżdżaliśmy z parkingu to zauważyłem naklejkę na tylnej szybie. Na szczęście kolega powiedział mi żeby się nie zatrzymywać bo ktoś może czekać aż ja wysiądę z samochodu Po dojechaniu do domu zdjął...em kartkę, która była zwykłym rachunkiem za paliwo. Po jakimś czasie otrzymałem tego maila OSTRZEŻENIE OD POLICJI DOTYCZY KOBIET I MĘŻCZYZN UWAŻAJCIE NA PAPIERY PRZYKLEJONE DO TYLNEJ SZYBY AUTA TO NOWY SPOSÓB NA KRADZIEŻ SAMOCHODU (TO NIE JEST ŻART) O co więc chodzi ??? Parkujesz przodem. Wracasz do samochodu, odpalasz zaczynasz cofać aby wyjechać z miejsca parkingowego, oglądasz się do tyłu i widzisz kartkę na szybie przesłaniającą widok. Zatrzymujesz się i wysiadasz, żeby ją usunąć. Gdy zbliżasz się do tyłu samochodu złodziej wyskakuje znikąd, wsiada do auta i odjeżdża praktycznie cię potrącając. Dodatkowo moje panie założę się że wasze torebki są w samochodzie i odjeżdżają razem z samochodem A więc tracicie samochód, pieniądze, dokumenty z adresem domowym no i pewnie klucze do domu. Tak więc wasz dom i osobowość są zagrożone. Parkując tyłem wyjeżdżasz do przodu nie zerkając na tylną szybę. TO JEST NOWY SPOSÓB ZŁODZIEI Jeśli zobaczycie kartkę na tylnej szybie cofając na parkingu NIE zatrzymujcie się, zdejmijcie ją po powrocie do domu. Prześlijcie tę wiadomość znajomym i rodzinie zwłaszcza kobietom - kobieca torebka zawiera wiele osobistych informacji i dokumentów a nie chcielibyście żeby wpadło to w niepowołane ręce. PROSZĘ Powiadomcie swoich znajomych"
O losie... Ręce mi opadły! Nie dość, że padłam przy stwierdzeniu oglądasz się do tyłu, to jeszcze ta troska policji o szarych obywateli ślącej maile do posiadaczy samochodów...

Abstrahując od bzdetnej treści - rachunek za paliwo jest tak małym świstkiem papieru, że zamiast wysiadania z samochodu wystarczy ruszyć tylną wycieraczką...

Złodzieje samochodów mają zgoła inne metody na rąbnięcie pożądanej bryki.

Ale nie o tym chciałam napisać.
Ten wpis przypomniał mi moją przygodę sprzed ładnych paru lat.

Jeździłam wtedy kaszlakiem.
W sumie zasługuje na osobny wpis, bo jakby nie było - parę lat nim śmigałam.
Samochód ten był niesamowity! Kupiony w sekondhendzie psuł się cyklicznie i namiętnie!

Wysiadła mu na ten przykład skrzynia biegów.
Działała tylko "dwójka" i "czwórka". Mega!
Wiecie, jak się musiałam nakombinować, żeby zaparkować z możliwością wyjazdu przodem??
Czasem się nie dało, więc trza było autko wypychać ręcznie na prostą ;-D
Stanęłam kiedyś właśnie przodem, a wyjechać mus było tyłem. Do przodu ni jak, bo krawężnik wysoki jak licho, no i po chodniuku jakoś nie bardzo wypada jeździć.
Więc cóż miałam robić na wąskiej ulicy??
Posadziłam w on czas nieletnią mocno Joannę za kierownicą i poinstruowałam, że jak powiem "JUŻ", to ma skręcić kierownicą w prawo do oporu.
A sama ustawiłam się przed maską. Zaparłam się nawet nieszczególnie mocno i popchnęłam.
Z boku jak na zawołanie wyrósł mi pan pomagacz.
-Popsuł się? - zagaił miło pchając ze mną.
-Taaa. Trochę.
-No! Maluchy tak mają! To jak już będzie na prostej, to niech pani wsiądzie za kierownicę zamiast córki i ruszy pani z pychu.
-Eeee... Ale po co? Rozrusznik mi działa.
Pan przestał pchać i stanął zszokowany.
-Jak to??? To po co pani go stąd wypycha, skoro może go pani odpalić z kluczyka??
-Bo wsteczny mi nie działa, a inaczej tu się nie da zaparkować!
-????
-Oj! No! Skrzynia biegów się zbiesiła i tylko dwójka z czwórką działają. Da się jeździć.
Pan pokiwał głową i poradził mi szybkie udanie się do mechanika.
Ba! Jakbym tam cyklicznie nie bywała! Za każdym razem z czymś innym...

W onym czasie "modne" były kradzieże na tzw. "kółko". Czyli kierowca samochodu pożądanego był wyprzedzany przez inny pojazd, pasażer tego drugiego z uśmiechem i lekko zatroskaną miną pokazywał na koło niespodziewającego się niczego złego kierowcy (dajmy na to limuzyny), dając mu wyraźnie do zrozumienia, że złapał gumę.
Posiadacz cennego jeździdła zjeżdżał na bok, wysiadał z samochodu zostawiając najczęściej kluczyki w stacyjce, żeby sprawdzić stan kapcia, a w tym samym czasie uprzejmy do tych pór pasażer wskakiwał na jego miejsce i fruuu w siną dal...

Mając głowę nabitą tego typu opowieściami, jechałam ja sobie jako ta dumna posiadaczka Fiata 126p do pracy. Całkiem boczną uliczką. Taką osiedlową.
Na jednej z posesji facet otwierał bramę. Na mój widok zaczął machać odnóżami górnymi i dramatycznie pokazywał na moje tylne koło.
Niewiele myśląc popukałam się w głowę, patrząc na niego wymownie, jednocześnie myśląc sobie "a już! poleciałam oglądać kapcia! znam ja te wasze prymitywne numery! samochodu z free się zachciało!" i tyle mnie oglądał.
I pojechałam sobie dumna z własnej czujności...
Ale dosłownie w tej sekundzie naszła mnie taka refleksja:
-Wszak był u siebie w domu - chyba by się tak nie wystawiał. Na podwórku stało Volvo... Nie sądzę, żeby zdezelowany maluch wzbudził w nim AŻ taką żądzę posiadania...Kolekcjoner strupieszałych karoserii??
Kończąc myślenie parkowałam pod pracą. Wysiadłam. Polazłam zobaczyć, co też tak na migi chciał mi przekazać pan od Volvo....
No co???
No gumę złapałam! I beztrosko śmigałam na feldze kłapiąc sflaczałą oponą i dętką!!

Ekhemmm... Co to ja chciałam w konkluzji napisać...
Nooo może tylko tyle, że posiekałam w tej dramatycznej ucieczce przed "złodziejem" oponę i dętkę.
Tak więc nie każdy machający musi być złodziejem i nie każda kartka na szybie jest zwiastunem końca świata szwoleżerów!
Czyli - bądźmy czujni, ale nie dajmy się zwariować, bo policzki potem dłuuugo pieką ;-D

środa, 18 stycznia 2012

Brzuchonóg na głowie.

No więc...
No wiem, że się nie zaczyna od no i więc.
A więc...
To coś z tej 40- dekowej piłki powstaje sukcesywnie i nieuchronnie. Za czas jakiś niewątpliwie będę się szastać po blogu i w realu ;-)

A póki co...
Pamiętacie jeszcze ten szal?
Pani, która go ma, nieśmiało zapytała mnie, czy mogłabym dorobić do niego czapkę.
O dżizas! Padłam!
Ja i czapka!!
Wprawdzie jedną zrobiłam i nawet ją tu prezentowałam, ale...
Nie ukrywam, że się trochę bałam, ale w myśl góralskiej zasady: "jak się nie psewrócis, to się nie naucys!" postanowiłam wziąć byka za rogi i zmierzyć się z oporną materią czapki ;-)


No i zmierzyłam się!
Ślimak jak żywy :-D
Jak zrobić ślimaka dowiedziałam się tu
To pierwszy brzuchonóg w moim wykonaniu, ale NIE OSTATNI!!
Bo jak sobie go włożyłam, to stwierdziłam, że nawet ja w miarę sensownie wyglądam w takim nakryciu czerepa. I nie zbulwersuję przygodnych ludzi żenująco koszmarnym wyglądem ;-D

A teraz? A teraz wracam do fioletów i spokojnie sobie podziergam, planując rozpoczęcie...
Czego?
No?
Co się rozlało po blogach niczym te czapki ślimakowe?
Tak jest! ENTRELAC! ;-D

Tylko poproszę o jakiś czasowydłużacz, względnie czasowstrzymywacz, bo mimo, że mam ferie, to w nadmiar wolnego czasu nie opływam!
Ma ktoś taki na zbyciu?
W zamian chętnie upiekę kokosanki
Lub kruche ciasteczka pomarańczowe

niedziela, 15 stycznia 2012

Ponczek z zakalcem

Przede wszystkim bardzo Wam dziękuję za trzymanie kciuków, o które prosiłam w poprzednim poście.
Pomogły :-)))

Szkoda, że nie przyszło mi do głowy prosić Was o pozytywne fluidy i kciuki jak zaczęłam robić poncho...
Tak to jest, jak człowiek coś sobie postanowi, to nie bacząc na brzęczenie pod sufitem i zwerbalizowane ostrzeżenia płynące bezpośrednio do uszu ze świata zewnętrznego...

Od początku.
Najpierw znalazłam wzór. Na poncho. Z dużym golfem, przytulne i proste w wykonaniu. No idealne dla takiej drucianej lebiegi jaką jestem.
Pozostało tylko poszukać i wybrać sobie wełnę.
Wybrałam, kupiłam.
Przyszło sobie do mnie to wełniane szczęście w ilości 40 dag 02.01. Od razu wrzuciłam na druty i hajda do przodu!
Robiłam prawie codziennie po kilka-kilkanaście minut. Z każdym rzędem popadałam w głęboki zachwyt: nad kolorami, nad ciepłem, miękkością i co by nie mówić szybkim przybywaniem ponczka.
Cyklicznie również zarzucałam tak mniej więcej na siebie to co już widziałam oczami duszy wykończone na sobie i budzące podziw i zazdrość najbliższego otoczenia...

Tjaaa...
Już był w ogródku, już witał się z gąską...

Moja dzielna asystentka Ania dość sceptycznie przyglądała się radosnej dzierganinie swojej matki.
Od czasu do czasu rzucała tylko uwagę w stylu:
-Wiesz? Jakoś tego nie widzę...
-Tzn?
-No jakoś nie umiem sobie wyobrazić, jak to będzie wyglądało już zszyte.
-Oj no patrz! Tu się zszyje, tu będzie golf, a tu będę wystawać rękami. Rozumiesz?
-Nie!
-Nieważne! Jak skończę, to ogarniesz!
Dziecko jedynie z niedowierzaniem lekko kręciło głową i powtarzało:
-Ja tego nie widzę...
Ja widziałam. Do wczorajszego późnego popołudnia...
Dumna i blada zakończyłam, spięłam w miejscu gdzie miało być zszyte i poleciałam krygować się przed lustrem.
Już po drodze czułam, że coś jest nie tak...
Ba! bardzo nie tak!!
Bo z przodu powinnam mieć "dziób" (znaczy ponczo - nie to że mi coś na paszczy wyrosło). Na ramieniu przewidywany był jeden szew. Oraz z tyłu dziób analogiczny do tego z przodu.

A jak miałam?
Noooo dziwnie...
Stanęłam przed lustrem i zobaczyłam Dytko na słomianych nogach!!
Z przodu to ja nie miałam dzioba, tylko raczej mega dziobisko pętające mi się w okolicach kolan!
Na lewym ramieniu ponczek sięgał ledwo do łokcia. Dla równowagi na prawym zakrywał mnie jakieś 15 cm poza dłoń!
Tył stanowił szokujący kontrast z przodem: kawałek za łopatki proste coś jakby fragment wąskiego szalika...
No to machnęłam to wąskie do przodu.
Dziób przedni zamienił się w tren, a klatka z piersiami została zakryta skromnym ochłapem fragmentu robótki. Z naciskiem na SKROMNYM!!
A ręce: no w tej konfiguracji zniknęła mi lewa, a odnalazła się cudownym sposobem prawa!

-Taaa... Jakbym coś takiego na siebie założyła i pokazała się publicznie, to faktycznie wzbudziłabym niewąską sensację! Populacja ludzka niewątpliwie przerzedziła by się w szybkim tempie padając ze śmiechu!
Nie chcąc mieć na sumieniu niewinnych istnień, zdjęłam to dziwne coś z siebie.
I postanowiłam inaczej to spiąć.

No i powstały kolejne odmiany poncha:
Pierwsza: z niewiadomych przyczyn wyrosły mi skrzydła u ramion!
Chociaż chwilę stałam i czekałam, aureolka się nie pojawiła.

Więc nastąpiła następna przemiana ponczka z zakalcem:
Tym razem zobaczyłam w lustrze pelerynkę a la Superman!
Ha! To już coś! Ale ciągle NIE TO!!
Ostatnie przepięcie i spięcie...
I cóż mamy??
Batman forever!!
NEVER!

Zdjęłam. Cisnęłam precz z mocnym postanowieniem:
-Spruję cię!!!

Jak sobie coś postanowię, to musi tak być i już!
Tak więc nie ma ponczka z zakalcem!
Jest za to wielka, wełniana piłka ważąca 40 dag ;-DD
Ania zmierzyła - kłębisko ma 50 cm obwodu :-D
Ale już niedługo!
Szkoda przecież, żeby taka fajna wełna leżała bezużytecznie, no nie? ;-)