piątek, 20 maja 2016

Tsy lata...

Ceść! To ja - Lucek.

Wiecie co?
Właśnie dziś mijają tsy lata od dnia, w któlym mamusia moja kochana mnie znalazła.

Nie wyglądałem wtedy najlepiej. I podobno nie rokowałem...
Ale się zawziąłem i se żyję.
I dobrze mi z tym życiem.
Wprawdzie na dwór wychodzę na uprzęży, bo podobno mogę sobie krzywdę zrobić bez szelek i smyczy, ale i tak jest fajnie.
Najbardziej lubię tarzać się w piachu, czyli jak mówi mamusia "synuś na plaży"

Tloskę mam zakuzone usy, ale jest MEGA!
Kocham huśtać się na ławce (zdjęcia nie ma, bo ani mamusia, ani Asia nie pstryknęły).
Najfajniej huśta się z Anią i z tatusiem.
Oni mają fantazję, bo te inne kobiety boją się, że spadnę i się skrzywdzę.

Bo według nich naćpaną Luminalem padaczkową pierdołą jestem.

No coś w tym w sumie jest... Nie mam normalnego dla zwykłych ssaków napięcia mięśni, jak spadam, często nie umiem wskoczyć na krzesło. Jak już ta trudna sztuka mi się uda, to popadam w coś, co mamusia nazywa "stupor" i spadam na podłogę jak bezwładna szmata...

Kilka dni temu usiłowałem eksplorować biurko młodej młodszej i kiepsko wymierzyłem...

Talerzyka nie ma. Zupełnie nie ma.
 Ale jest podobno pozytywny efekt: najmłodsza posprzątała swój pokój. Cały! Nie tylko okolice biurka.
Tak więc bywam przydatny.
Można rzec - jestem kotem pracowitym!
Po robocie warto się umyć:

Mimo, że obroża przeszkadza jak cholera!


Podobno zamiast mózgu mam fistaszka (mamusia tak twierdzi) i tenże fistaszek nakazuje mi myć wszystko co się rusza, albo leży bez ruchu:

To, co przypomina tłustą dżdżownicę wywaloną na kopiec kreta, to mój starszy brat Fred w pozycji wyjściowej do "robienia brzuszka", czyli głaskania po podwoziu. A także w oczekiwaniu na moje mycie.

Jakby tak podsumować to moje życie cudem darowane?

ŻYCIE FAJNE JEST!
I FAJNIE JEST ŻYĆ!


Ps: zdjęcia (poza kocią kaleką na samochodowej podłodze) zrobiła mi i Fredkowi moja starsza siostra Asia.

niedziela, 15 maja 2016

Dzień jeden z dwóch

Jak zapewne część z Was wie, na warszawskim Torwarze w dniach 13-14 maja miał miejsce VIII Kongres Kobiet.

Dzięki inicjatywie i staraniom Stowarzyszenia Polskiego Patchworku jedną z imprez towarzyszących była wystawa prac patchworkowych polskich quiliterek.

Niestety, nie dane mi było wziąć udział w całości imprezy, a jedynie w kawałku jednego dnia.

Wiem, że pierwszego dnia, tj. w piątek odbyła się prezentacja naszego SPP na temat patchworków oraz firmy Bernina.


A w sobotę rano (zanim dotarłam), w Strefie Kultury, miała miejsce prelekcja o patchworkach i rękodziele kobiet prowadzona przez Kazimierę Szczukę.

Jako się wyżej rzekło - nie uczestniczyłam w całości KK, skupię się jedynie na dniu, w którym byłam.
Czyli na części soboty.
 Nasze stoisko było, że tak obiektywnie stwierdzę, najbardziej kolorowe ze wszystkich stoisk na KK. Po prostu  żyło dzięki pięknym patchworkom.

Jak widać, chętnych do oglądania nie brakowało.
Ale  nie tylko do oglądania. Było bardzo wiele osób, które żywo interesowały się również techniczną stroną zagadnienia. Czyli jak to, do licha. jest zrobione, że to takie ładne jest!
I na takie pytania byłyśmy przygotowane. A mianowicie, oprócz rzecz jasna gotowych patchworków, miałyśmy , że tak powiem, elementy składowo-pokazowe. Czyli kilka gotowych topów o różnym stopniu skomplikowania szyciowego, typową kanapkę patchworkową, spiętą agrafkami przed pikowaniem, pikowanki z wolnej ręki i patchworki po pikowaniu, przed lamowaniem.
Tak więc można było "unaocznić" i zdecydowanie przybliżyć i co tu dużo mówić - OSWOIĆ proces powstawania naszych prac.

Poza pytaniami stricte patchworkowymi, zdarzały się również stwierdzenia:
"Szycie? Eee! To nie dla mnie"
"Umiem robić na szydełku. To wystarczy. Po co znowu czegoś się uczyć"
Jedna z pań, przeglądających patchworkowe gazety, które miałyśmy w ofercie, zapytała z nadzieją w głosie:
"A krzyżyki macie?" No nie. Poza jednym patchworkiem, w którym połowa elementów to były kwadraty haftowane krzyżykami, to więcej nie miałyśmy. Ale nie o to pani chodziło :-D

Nasze stoisko było niejako podwójne, ponieważ w wystawie wzięłyśmy udział wspólnie z firmą Bernina.
Pojęcia nie mam z jakimi pytaniami musieli zmagać się obaj panowie przedstawiciele. Ale zapewne byli posądzani o kontakty z czarną magią, no bo jako to tak? Sama maszyna haftuje? Sama w sumie szyje? Toż to siły nieczyste!

Podczas KK odbyła się licytacja przepięknego patchworku uszytego specjalnie na tą okazję.

To Bargello. Szyło go 9 pań, a dziesiąta pikowała. To był ogrom pracy. Szycie, szycie i jeszcze raz prucie... Efekt jest wspaniały!


Dochód z licytacji został przekazany przez Stowarzyszenie Polskiego Patchworku na cele statutowe Stowarzyszenia Kongres Kobiet.



No a później, to już było pakowanie, likwidowanie i sprzątanie stoiska, bo Kongres Kobiet dobiegł końca.

Cóż mogę powiedzieć na podsumowanie?
Było inspirująco, energetycznie i bardzo budująco.

Warto było być, warto było zaistnieć.

O kolejnych wystawach zorganizowanych przez Stowarzyszenie Polskiego Patchworku postaram się informować na bieżąco.

A dla tych, którzy mają chęć osobiście trzymać rękę na pulsie zapraszam na stronę SPP:
http://polskipatchwork.pl/

Trzeba tam zaglądać regularnie, bo ciągle coś się dzieje :-)
Wystawa na KK była jedną z pierwszych akcji. Teraz czas na kolejne.

Zapraszam!
Wasz Koszałek Opałek.

niedziela, 1 maja 2016

Ale to już było!

Krótko i na temat.
Chociaż wiele z Was zakrzyknie: ALE TO JUŻ BYŁO! (KLIK)

No było, było. Wiem. Czarne na białym.
Ale się odgrażałam, że będzie takie samo, tylko inne ;-)
W sensie, że młoda młodsza zażyczyła sobie serduszko na swoją ścianę.
Zamówiła i ma:

No i jest mi wdzięczna.
Tak bardzo, że dostałam od niej przecudnej urody zawieszkę sutaszową :-)
Ot taka umowa barterowa, czyli towar z towar ;-)
Ale o tym inną razą :-)
Dziś do podziwiania przedstawiam kolejne serce.
I wiecie co?
Tak mnie najszło na te serducha, że mam ochotę uszyć kolejne. Takie samo. Tylko, że w zupełnie innej kolorystyce.
Ciekawe, czy ktoś zgadnie w jakiej :-D

sobota, 23 kwietnia 2016

Hartowanie gimbazy

Dawno, dawno temu...
Za siedmioma górami, za siedmioma lasami...
Ej! No! Zdecydowanie przesadziłam.
Dawno to było, ale zdecydowanie bliżej. We własnym już ogrodzie. W ogrodzie mojej Babci.
Rosły tam lilie. Tak zwane smolinosy. Uwielbiałam je jako dziecko małe.
Jakaż to była frajda, kiedy wtykałam w nie swój nos i udając, że się zaciągam po pępek zapachem, paćkałam sobie pyłkiem całą buzię, nie tylko nos.
A potem zmykałam przed Babcią i Mamą goniące  mnie z gąbką i okrzykami:
- Monisiu! Buzię trzeba umyć! Cała w pyłku jesteś!
Obie Kobiety bardziej udawały, że mnie gonią, a ja udawałam, że uciekam...
Ot, taka tradycja ogrodowa :-D

Minęło wiele lat... Bardzo wiele...
Smolinosy z ogrodu gdzieś zaginęły i nie było ich bardzo długo.
Asia, czyli moje  starsze dziecko zasmakowało paćkania się ich pyłkiem u mojej ciotki. W ogrodzie swoim, jako się rzekło, nie było rzeczonych. Ale w czym rzecz - zdołała popróbować:-)
Maratony gąbkowo-okrzykowe również zaliczyła.

Natomiast Anna, poważna gimnazjalistka...
No cóż. Niekoniecznie...

Szukałam smolinosów przez wiele lat, bo ze zrozumiałych powodów miałam do nich niekłamany sentyment.

Chyba, podświadomie, miałam nadzieję, że dzięki nim wróci tamten beztroski czas dzieciństwa, tamto bezpieczeństwo i te Kobiety biegające za mną ze śmiechem po ogrodzie...

W sklepie ogrodniczym stały takie pomarańczowe smolinosy. ale jakieś taki mikre.
Pani sprzedawczyni, na moje pytanie, czy nie bywają wyższe, odpowiedziała ze zdziwieniem, że nie. Że taki ich wzrost i uroda. Że nie ma dużo wyższych. Owszem, są lilie tygrysie, ale ona ich nie ma. A poza tym - to już nie będą smolinosy.

Nie powiem - poczułam się zniesmaczona. 
No bo jak to? Takie konusy? Przecież doskonale pamiętam, że nie musiałam się do nich głęboko schylać, żeby wtrynić w nie nos. A teraz trzeba by się było  nieźle poskładać w chińskie osiem, żeby się upaćkać pyłkiem.

Dopiero po dłuższych przemyśleniach dotarło do mnie, że to nie one są niziutkie, tylko że to JA osobiście WTEDY byłam kurduplem i nie musiałam za bardzo się schylać do "wąchania". 
To mnie się zmieniła perspektywa postrzegania świata i własnego ogrodu.
To co kiedyś było dla mnie końcem świata, teraz ma zaledwie kilkadziesiąt metrów długości.
Trawy morskie wcale nie tworzą dżungli amazońskiej, tylko sięgają maksymalnie do bioder.
Leszczyny nie są potomkami Puszczy Kampinowskiej, lecz zaledwie krzakami ciut ponad 4 metry.
A cały ogród można przemierzyć od początku do końca, "na obkoło" cirka ebałt w pięć do sześciu minut.
Ot - perspektywa się skurczyła ;-)
No i tak też było z liliami.

Ale sentyment do nich mi nie minął.

I bezwzględnie postanowiłam mieć. 
Bo tak!

No i w tym tygodniu się mi trafiły.
O dziwo nie nazywają się smolinosy, tylko lilie azjatyckie.
Kupiłam dwie.
Jedną identyczną (pomarańczową) zapamiętaną z dzieciństwa, a drugą w kolorze jakby różowym (?), amarantowym (?). 
I posadziłam na kwietniku.

Ale nie miałam delikwenta do wąchania.
A przynajmniej tak mi się wydawało do dziś.

Anna...

Ha!

O smolinosach może i słyszała, ale nie kojarzyła z tym, co matka w kwietnik upchnęła.

- Aniu! Widziałaś, jak pięknie kwitną te lilie, co je wsadziłam ostatnio? - Zapytałam niewinnie.
- A nie!
- To idź podziwiaj i powąchaj. WARTO!
-Ok.
Dziecko pogalopowało i na szczęście nie usłyszało, że tata za nią zawołał:
- Uważaj! To są smoli...
- CICHO BĄDŹ! - zasyczała żona - Ona o tym nie wie!
- No co ty? Hehehehe! - odparł spacyfikowany mąż.
Anna wróciła po chwili. Na buzi miała rozczarowanie zamiast pyłku.
- Co ty mówisz. Wcale nie pachną.
- Bo za mało się wgłębiłaś - rzekłam z kamienną twarzą. - Musisz bardziej nos w nie wsadzić.
- Ale wtedy pręciki mnie będą łaskotać!
- Trudno. Zapach wydziela słupek. Warto się poświęcić... Idź jeszcze raz.

Dziecko narzekając poszło grzecznie na zad do kwietnika.
A ja, wredna mać, powiedziałam do małżowiny:
- No paczaj! Prawie piętnaście wiosen ma na karku, a tak się daje w konia robić!
- No! Hehehehe!

Po chwili dziecko wróciło... Jakże kolorystycznie odmienione. Policzki, nos i broda calusieńkie w pyłku rudo-brązowym :-D
I co najlepsze - wcale nie zdawało sobie z tego sprawy.
- W ogóle nie pachną! Nic nie czułam. Nos wsadziłam w słupek i nic!
- Yyyy... :-DDD Może w pierwszym roku po posadzeniu nie pachną :-DDD Ale przynajmniej wiem, że uczciwie teraz powąchałaś :-DDDD
- No uczciwie! Pręciki mnie łaskotały! Okropność!
- Hahahahahaha! Ale przeżyłaś. Jakoś! Jak zresztą widzę... :-DDD

Na horyzoncie pojawiła się starsza siostra Anny.
Aśka rzuciła okiem na młodszą sis i się zakrztusiła śmiechem:
- Wąchałaś lilie?
- No tak. A co?
- A nic :-DDDD
- No o co wam chodzi?
- O nic. Kompletnie! Idź do taty i powiedz mu, jakie jesteśmy okrrropne i się śmiejemy, że zapachu nie czujesz, chociaż wąchałaś.
Poszła do taty, rozpartego na bujanej ławce.
- No tato! No! Wąchałam przecież!
- Buhahahahahaha! WIEM!!! :-DDD - Tata nie był lepszy od kobiet na ławce statycznej.
- O co wam chodzi??? - młoda młodsza weszła na wyższe rejestry głosowe typu sopran operowy.
- O nic! - Zgodny chór matki, ojca i siostry wbił ją w jeszcze większą frustrację.
- No dobra! Fotkę ci strzelę i zrozumiesz - żal mi się zrobiło mojej progenitury.
- Aaaaaaaaaa!!! Nienawidzę was! TAK MNIE WKRĘCIĆ!!! WIEDZIELIŚCIE!
- Yessss! Yessss! Yesss! - Zakrzyknęła jej matka wredna. - Byłaś jedynym jeleniem nie znającym smolinosów, to musiałam  to wykorzystać :-DDD
- Jak mogłaaaaaś?!

Jak to, jak mogłam? Normalnie. Najpierw kupiłam, potem posadziłam, a później znalazłam żywy organizm do testów.
Krzywda Annie się nie stała, bo wszak same musicie przyznać, że doznania estetyczne miała zarąbiste:

A że litościwą matką czasem bywam, to paszczorka upaćkanego pyłkiem nie upublicznię.
Bo przecież każdy wie, jak się wygląda po wąchaniu smolinosów.
Czyż nie? ;-)
Zastanawiam się tylko nad jedną sprawą - kiedy moja Anna zadzwoni na błękitną linię i doniesie na matkę wredną... I jak ja się będę wtedy tłumaczyć. Że chciałam jej przybliżyć swoje dzieciństwo?
No nie wiem, czy to podziała.
Pozostaje mi mieć nadzieję, że Ania jest mocno impregnowana na pomysły wszelakie matki swej.
Bo lilie to tylko czubeczek góry lodowej mojej inwencji tówrczej. Taki lajtowy w sumie...
A niech się gimbaza hartuje!
O!

sobota, 16 kwietnia 2016

Historia pewnej wystawy...

Zapewne pamiętacie akcję NfD.
Jeśli nie, to zapraszam do czytania w celu odświeżenia pamięci :-)

Narzuta dla Danusi żyje i ma się doskonale.

Ba! Ona robi, proszę Was, karierę zagraniczną!

Wzbudza zachwyt, zainteresowanie i niekłamany podziw u osób, które ją oglądają.

Skąd to wiem?

Od Danusi.

Nie przedłużając, oddaję głos właścicielce tajnej, a właściwie już od dawna odtajnionej narzuty:

Znów kilka słów o NfD, czyli Historia pewnej wystawy
Na początku stycznia 2016 miałam nieoczekiwaną, ale bardzo miłą wizytę dwóch koleżanek z mojej pierwszej w życiu grupy patchworkowej - Köllertaler Quilterinnen, czyli Quilterki z Doliny Potoku Köller w Saarlandzie (dawne Zagłębie Sary) niedaleko Saarbrücken.

Grupa istnieje od 1999 roku i ja byłam do niej zaproszona chyba już na trzecie spotkanie przez moją ówczesną instruktorkę. 
Przez ponad 5 lat brałam w życiu tej grupy dość czynny udział: spotykałyśmy się raz na miesiąc - 8 do 15 szyjących patchwork pań w różnym wieku i o różnych umiejętnościach - w domu parafialnym kościoła ewangelickiego w okolicznej wsi Heusweiler. Organizowałyśmy wspólne wyjazdy na imprezy patchworkowe - wystawy, targi, festiwale - w okolicy, ale także np. do Luksemburga (150 km) czy do Alzacji (205 km). 
Organizowałyśmy też wystawy naszej grupy, co dwa lata - gdzie się dało, ale najczęściej w dużej sali naszego domu parafialnego. W 2003 roku miałyśmy wystawę grupową w ramach dorocznych Dni Patchworku Niemieckiej Gildii Patchworku, a dwa lata później wzięłyśmy udział w ogromnej wystawie wielu grup saarlandzkich w byłej kaplicy pałacowej w Saarbrücken (później sala teatralna i wystawowa), zorganizowanej z okazji "20 wystaw na 20-lecie Gildii". 
Potem prowadziłam własną grupę, ale to już jest inna historia...

Dziś grupa Köllertaler Quilterinnen liczy 8-10 osób, nadal spotyka się w tym samym domu parafialnym, i nadal, co dwa lata, organizuje wystawę "ostatnich prac", ale teraz w pięknym wnętrzu starego domu bauera (nasza wiejska chata jest całkiem inna), w którym kiedyś mieszkał okrutny zegarmistrz, a dziś jest Muzeum Zegarów. Do wzięcia udziału w takiej właśnie wystawie zaprosiły mnie wyżej wspomniane koleżanki. U mnie w domu... 

Ale przedtem zobaczyły na ścianie "NfD" i zamarły z zachwytu!

Żeby się za dużo nie rozwodzić na temat organizacji tej wystawy powiem tylko, że oprócz moich znanych z Krakowa Interpretacji (nie miałam nic nowego ciekawego, ale Saarland jeszcze tych mini patchworków nie widział) zaoferowałam się "jak zwykle" zrobić jednolite etykiety eksponatów, z nagłówkiem grupy. 
I wziąć udział w budowie wystawy, jej prowadzeniu - rozmowy z gośćmi - i oczywiście w likwidacji wystawy i "zatarciu śladów". 
A kilka dni później...

To grupa zadecydowała, żeby mnie zapytać - po opowieściach koleżanek - czy mogłabym pokazać NfD na tej wystawie!!! I o niej opowiadać zainteresowanym. 
Pewnie, że mogłam!!! Bardzo chętnie!!! 
Przecież NfD już była pokazana w Internecie w konkursie blogów. I miała być pokazana na Kongresie Kobiet.

 Stąd wiedziałam, że mam na to wasze - moje kochane polskie artystki - pozwolenie.

 Więc przygotowałam - oprócz "jednolitej" etykiety z nagłówkiem "Polski Patchwork" (były takie dwie, druga na moich Interpretacjach) - także dwujęzyczną tabelę odzwierciedlającą położenie bloków: z tytułami i nazwiskami autorek. Tak, aby zwiedzający mogli sobie sami poczytać, o co chodzi...

Ale nie chcieli czytać! Przez cały dzień trwania wystawy gadałam - 7 godzin! Z dwoma przerwami na kawę i pyszne ciasta własnej roboty, ale żadnej filiżanki nie dopiłam do końca, ponieważ ciągle nowi goście chcieli usłyszeć historię tej narzuty. 

I to nie tylko sąsiedzi czy mieszkańcy okolicznych wsi (Niedziela Palmowa zapraszała do rodzinnych wycieczek) - także wiele quilterek z całego Saarlandu i Palatynatu (sąsiedni land) oraz z zagranicznej miedzy - quilterki z Francji i Luksemburga - przyjechało, aby obejrzeć najnowsze prace jednej z najstarszych grup, dawno niewidziane koleżanki i całkiem nowy narybek!

NfD zaćmiła trochę, także sposobem pokazania, inne eksponaty - kilka wspaniałych, dużych patchworków (niektóre pikowane ręcznie), wiele pięknych mniejszych prac, śliczne drobiazgi na stole z upominkami do kupienia i... odnowione na wesoło fotel i leżak. 

Nikt nie miał jednak o to pretensji - wręcz przeciwnie, członkinie grupy prosiły mnie o przekazanie wam wszystkich ochów i achów, oraz o przekazanie zaproszenia do pokazania innych polskich prac na następnej wystawie za dwa lata!!! Ponieważ chciałyby nawiązać kontakt z jakąś grupą polskich quilterek i ewentualnie pokazać im swoje prace.

Szczerze poruszona, zobowiązałam się poszukać takich kontaktów i mam nadzieję, że ta relacja z wystawy pomoże mi je znaleźć. Zainteresowanych proszę o kontakt mailowy na adres danka@kruszewska.de.

A teraz zobaczcie same, jak pięknie prezentuje sie wasza / nasza "Narzuta für Danka" na ścianie Muzeum Zegarów Uhrmachershaus w Püttlingen.




To teraz zdjęcia, o których wspomniała Danka.

Na początek Einladung, czyli zaproszenie:

Traudl Weyand - Müller                        Erika Steimer

Patchworkausstellung
am Sonntag, dem 20.3.2016
von 11.00 bis 18.00 Uhr
in
 „Uhrmachers Haus“  in Köllerbach
Engelfanger Str. 3

Sonntags um 17.00 Uhr wird unser Gemeinschaftsquilt verlost.

Der Erlös wird für einen caritativen Zweck gespendet.


Lose erhalten Sie während der Ausstellung und vorab bei allen Köllertaler Quilterinnen
In Zusammenarbeit mit dem Kulturbüro der Stadt Püttlingen     

Zwróćcie uwagę na ten quilt z zaproszenia. Będzie jeszcze o nim mowa.


To właśnie w tym budynku (Muzeum Zegarów) odbyła się wspomniana wyżej wystawa:

Baner  rzecz jasna jest uszyty. No bo jakby mogło być inaczej ;-)
Pikowany na longarmie przez Brigit Schuller - zdobywczynię wielu nagród w amerykańskich konkursach. A prywatnie, to sąsiadka Danusi :-)


NfD zawisła w sali głównej, na poczesnym miejscu i do tego z kilku punktowym oświetleniem.

Obok niej wisi quilt, który był główną nagrodą w tomboli (o tym będzie niżej)

NfD miała oczywiście etykietę umieszczoną dokładnie na wysokości oczu zwiedzających:

Jak widać, na potrzeby wystawy nasza gra słów NfD (nur fur Danka), została zastąpiona bezpieczną nazwą Decke. "Oglądacze" mogliby nie do końca zrozumieć intencję naszej nazwy...
Chociaż w sumie narzuta dla Danki i nur fur Danka mają idetyczny skrót ;-)

Teraz widoki ogólne:








I ciąg dalszy:


Odrobina detali:


Wspominałam wyżej o tomboli.
Otóż w trakcie wystaw, o których pisała Danusia, można stać się posiadaczem narzuty specjalnie uszytej na cele loterii. Wystarczy kupić los i czekać na uśmiech od losu ;-)
Narzuta została uszyta z tkanin Kaffe Fassetta ufundowanych przez zaprzyjaźniony sklep patchworkowy po poprzedniej wystawie:

W tym roku dochód ze sprzedaży przeznaczony był na dofinansowanie tamtejszej szkoły specjalnej.
I uwaga! Padł rekord! Dziewczyny uzyskały ze sprzedaży losów ponad 1000 euro!
NfD miała w tym swój udział, ponieważ z miesiąca na miesiąc jest co raz sławniejsza i co raz więcej osób o niej słyszy i każdy ma ochotę ją zobaczyć na żywo.

Oczywiście były również drobniejsze i jakże urocze fanty do wygrania:


A tak wyglądało losowanie i sala po wystawie:

Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że dziewczyny same, temi ręcami najpierw zdejmowały zegary, żeby mieć miejsce na wieszanie prac ( w tym pomógł jakiś zabłąkany mąż jednej z organizatorek), a potem również same sprzątały (bez wspomnianego męża)!
Musiały idealnie rozplanować gdzie i co ma wisieć, ponieważ nie wolno im było wbić ani jednego gwoździa ponad to, co zastały w ścianach. Ot  zabytek - swoje prawa ma...


To tyle, co miałam napisać o dalszych losach NfD. Jak widać w dalszym ciągu wzbudza emocje, zachwyca i robi potężne wrażenie na oglądających.
Fajnie jest wiedzieć, że to co wspólnie stworzyłyśmy, ma się dobrze i żyje sobie co raz bardziej światowym życiem :-)
Co by nie mówić - jest swoistym ewenementem i sądzę, że to nie będzie ostatni tekst na temat NfD :-)


Ps:
Przy opisywaniu zdjęć opierałam się na tekstach z  maili od Danusi.