niedziela, 27 lipca 2014

Wyjazd tajny przez poufny

Dawno, dawno temu...
Jakoś tak w okolicach lutego, a może marca, moja młodsza sis zarezerwowała sobie pobyt na Helu.
My miałyśmy nie jechać, jako i w ubiegłym roku.
No bo nie.
No bo niestety czasem tak jest, że nie zawsze może być tak, jak człek marzy...
Ale człek, czyli ja, ciut pokombinował, pomyślał i dał radę i Hel zarezerwował dokładnie w tym samym terminie co siostrzyczka.
Czy to coś niezwykłego?
Ależ nie!
Normalka...
No, może nie do końca, bo zła starsza siostra (mła) nie była uprzejma poinformować młodszej swej siostry (Agata), że jednak w tym roku będziemy w najlepszym i jedynie słusznym składzie w naszym prywatnym raju.

Język za zębami i już!

Ale tajemnica wyjazdu nie kończyła się na Agacie. O nie!

Jeszcze dorzuciłam do kompletu Aniusię moją osobistą!

Tak więc w fazie początkowej wtajemniczeni byli oprócz mnie: Aś (chichocząca i niedowierzająca, że to się może udać), mój tata i mężczyzna Chudej vel Asi, vel Żaby, czyli Piotr, zwany Jeżem oraz pani Jola - u niej wynajmowałyśmy pokoje.

O ile przez kilka miesięcy było nam łatwo omijać temat Helu, o tyle w lipcu było coraz trudniej...
Np. kupno Ani nowego kostiumu kąpielowego...
- A po co mi? Przecież nigdzie nie jedziemy.
- A basen w ogrodzie to pryszcz? W czym się będziesz kąpać?
- No tak...
Po czym konsekwentnie pluskała się w "bydle czym" bo: "kostium w tej żelazowej wodzie ci zżółknie i szkoda go".
Dziecko biedne i zmaltretowane upałem przyswajało głupoty wypowiedzi matki i właziło do basenu w czymkolwiek.
Ba! Nawet sobie chciało sól morską wsypać do wody, żeby mieć surogat Bałtyku!
Zaproponowałam jej (o wredna ja!), że dookoła rozsypię piasek z piaskownicy i będzie mieć plażę, ale nie chciała.

Do tajemnicy mus było dopuścić kolejnych ludzików.
Najsamprzód męża wspomnianej pani Joli:
- Panie Henryku! Ani mru-mru Agacie! To tajne przez poufne! NIESPODZIEWAJKA!!!
- Wiem, wiem! Jola mi mówiła. I nic dalej obie nie wiedzą???
- Nic, a nic!
- O ranyyyy! Hahahaha! Jak to możliwe?!

No i męża własnego.
- Serio??? Tyle czasu i ani słowa?!

Obaj nie wierzyli, że tak długo jesteśmy w stanie utrzymać w tajemnicy dziesięciodniowy wyjazd na Hel.
Ale również pary z pysków nie puścili!

Wyjazd był w poniedziałek, 14.07.
Ania dowiedziała się w sobotę, 12.07.
Jak to się odbyło?
Była sobota, więc tradycyjnie, jak to letnią porą był sobie grill.
Przełknęłam przepyszną karkóweczkę by mój małż i rzekłam:
- Na poniedziałkowy obiad mam pewien plan... - Rodzina przycichła, bo już wiedziała. - Aniu, co byś powiedział- na flądrę z fryteczkami w smażalni u rybaka na Helu?
Młoda młodsza wzruszyła ramionami i rzekła:
- Nic nie powiem. Przecież nie jedziemy na Hel - i łepetyna wklejona w talerz, żeby łez nie było widać...
- Jesteś pewna? - Matka wredna drąży temat.
- Tak. - Chlipnęła Aniusia nad karkóweczką.
Milczymy...
Wszyscy, a te, no... ekhem... kurwiki w oczach nam śmigają jak Rambo na ringu!
Młoda młodsza podnosi głowinę i mamrocze:
- Jedziemy? Na Hel? Naprawdę???
- Tak! W poniedziałek! - matka okrutna wykrzykuje w niebo prawdę skrywaną.
I co?
Eksplozja radości? Histeryczne okrzyki szczęścia? Duszenie matki z dzikiej radości?

Nic z tych rzeczy.

- Ojej... Jak się cieszę...

Wypowiedziane to było ot tak. Bez euforii, bez ekstazy. Bez wrzasków, okrzyków i podskoków.
Co to było?
SZOK!
Minął we wtorek, kiedy to mała tak NAPRAWDĘ UWIERZYŁA, że jest w naszym raju:

Natomiast moja sis konsekwentnie nie była informowana do samego końca.
Jak niespodzianka, to niespodzianka!

To nie takie proste, utrzymać tego typu tajemnicę!
Zwłaszcza jak się jedzie tą samą trasą, w to samo miejsce mniej więcej o tej samej godzinie.
Przykazałam Agacie, żeby  wysyłała mi sms z trasy.
Nic w tym nadzwyczajnego, bo taką mamy niepisaną umowę i informujemy się o naszych ruchach w trasie.
Tym razem nie było łatwo...
5:35 (my już w drodze) przychodzi sms: "Ruszam".
- Chuda, nie odpisuj cioci. Wszak jeszcze śpię!
A potem było coraz śmieszniej, bo Agata, jak wynikało z jej wiadomości, była przed nami jakieś 5 minut!
Jak tu jechać, żeby nie dogonić, czy nie daj Boże przegonić???
W pewnym momencie smsy zanikły...
- Kurna! Gdzie ona jest??? Czemu milczy? Przecież już powinna być na miejscu! - Zaczęłam się wiercić za kierownicą.
- Może zapytaj? - Zasugerowały córki.
- Mowy nie ma! Nigdy się nie pytamy!

Nigdy nie mów nigdy...

- Pisz! - Rzekłam po pewnym czasie do Chudej, pełniącej zwyczajowo na trasie rolę mojej automatycznej sekretarki.
- Co?
- Trzy znaki zapytania!
- Poszło.
Za chwilę przychodzi odpowiedź, która nas powaliła na podłogę i wprawiła w stan histerycznego śmiechu.
"Jurata"
Cóż w tym zabawnego?
No bo właśnie w tej samej chwili minęłyśmy tablicę z napisem głoszącym wszem i wobec JURATA!
- O matko! Ona jest tuż przed nami! Ciągle! :-D :-D
Jak jechałam przez resztę półwyspu?
Jak szpieg Szoguna - łypałam na zakrętach, czy aby jakiś samochód przed nami, to nie toyota mojej sis.
Raz zobaczyłam coś kolorystycznie podchodzącego i zrobiło mi się słabo, ale na szczęście to była renówka.
I tak tocząc się koło za kołem, dojechałyśmy do miejsca docelowego.
Agata już tam była. Od pięciu minut.
Wyszła z domu dokładnie w tym momencie, w którym my wjeżdżałyśmy na podwórko.
Skamieniała najnormalniej w świecie!
A ja schowałam się za pod deskę rozdzielczą i wjeżdżałam na czuja, udając, że to absolutnie nie my :-D

Uprzejmie donoszę, że nas nie utłukła i nie udusiła.
Ba! Jak jej mowa wróciła, to powiedziała, że to jest najpiękniejsza niespodzianka, jaka ją w życiu spotkała!

A jak było potem?
Cudownie!



Leżing, plażing, smażing od rana do wieczora.
Niebo bezchmurne, lazurowe i bez jednej smużki.
Chmury zobaczyłyśmy dopiero wracając do domu po 10 dniach.

Młodzież młodsza moczyła się w wodzie do rozpuszczenia.
A jak już je trochę poniosło, to wystarczyło lekkie podtopienie i grzeczniały:







Trzeba potem było się przebrać za parawanem zbudowanym z matki i ręcznika:
                                               



I suszyć włos mokry na wietrze:


Aby suszenie nie było nudne i bezproduktywne, Anna układała mozaiki z kamyków:





Joanna czytała:



A matka się pluskała, korzystając z wolnego materacyka:



Bo takie chwile samotności materacowo-wodnej był rzadkością:









Wyjeżdżałyśmy z Helu ze łzami w oczach - bez przenośni.
Nie tylko z powodu, że pogody jak drut, luzu totalnego i wypoczynku absolutnego, ale również dlatego, że to był nasz ostatni wyjazd na Hel...
Już nigdy nie wrócimy do "naszego" domu z przyjaznymi i serdecznymi gospodarzami.
Dobrze, że mamy wspomnienia, zdjęcia i opaleniznę (ciut już blednącą).

sobota, 12 lipca 2014

Matka kochająca

Kocham moje córki.
Nie dlatego, że tak wypada i tak jest przyjęte niepisaną normą, ale jakoś tak mi siła przyzwyczajenia działa.
Jak dzieje im się krzywda - czy to werbalna, czy też fizyczna, reaguję jak tornado i nie bacząc na efekty uboczne, ścieram wrogów na miazgę bez żalu i pardonu.

Jednak czasem...

Mrówki nam się zalęgły. Wprawdzie nie w domu, ale pod kostką brukową. W dwóch miejscach na tyle skutecznie, że kostki się zapadły, bo pracowite te owady wywaliły piach na zewnątrz, a kostki pozbawione oparcia pod spodem, wpadły kilka centymetrów w dół.
W sumie, nikomu to nie przeszkadzało tak naprawdę, ale optycznie mnie to zirytowało.
Tak więc, przystąpiłam w asyście i z pomocą dzieców dwóch, do pracy fizycznej.
Zaopatrzona w łom, młot, piach i dechę zamieniłam się w burzymurka vel brukarza.
W jednym miejscu poszło szybciorem - tylko 3 sponiewierane kostki do podważenia łomem, podsypanie piachem, łupnięcie młotem via decha i kostki na miejscu.
W drugim mniej lajtowo.
Bardziej zapadnięte, w większych ilościach i do tego mrówki wredne w agresywnym stadzie.
Tunele, które poryły pod kostką zdumiały mnie tak niebotycznie, że zawołałam młodą młodszą (starsza na chwilę poszła do domu):
- Ania! Chodź i zobacz jakie te mendy mają tu miasto! Coś niesamowitego!
Mała przyszła, wsunęła nos w mrówcze doły i też się zdumiała.
- Czekaj, ja tu im pogmeram trochę, żeby obniżyć poziom piachu przed wyrównaniem gruntu.
I niewiele myśląc, zaczęłam grzebać łomem w gnieździe mrówek.
- Patrz! Te cholery jeszcze tu podkopały!
Łom zagłębił się pod kostkę.
I w tym momencie Ania wtryniła wścibską łepetynę centralnie pod mój wymach żelastwem...
Usłyszałam tylko:
- Ała! - I zobaczyłam jak moje dziecię pada na kuper trzymając się za głowę.
Zrobiło mi się słabo.
Łom cisnęłam precz, dziecko złapałam pod pachę z okrzykiem:
- JEZSUSMARIAZABIŁAMCIĘ???
- Nie. No spoko!
- BOŻEŚWIĘTY!POKAŻMITO!GDZIECIĘTRAFIŁAM?OMATKOBOSKA!
- Tu. Trochę tylko boli.
- OCHOLERA!ROZCIĘŁAMCISKÓRĘ!!!KREW!!!DODOMUSZYBKOZIMNEPRZYŁOŻYĆ!

Nie bacząc na protesty młodej młodszej zawlokłam ją do domu, na dzień dobry wyciągnęłam tasak (no nie, głowy nie chciałam jej urąbać w ramach niesienia ulgi w bólu), kazałam go przyłożyć do sponiewieranej łepetyny, a sama dygoczącymi łapami wyciągnęłam okład chłodzący z zamrażalnika, zapakowałam go w tzw. kondom ochronny i dałam małolacie do ochłody.
Dziecko było cokolwiek skołowane histerią matki i dzielnie, trzymając okład przy głowie pomaszerowało na górę do starszej siostry pochwalić się ranami odniesionymi na niwie prac ogrodowych.
Leciałam za nią po schodach, dopytując się upierdliwie:
- Boli??? Może się połóż? Albo lepiej nie! Może usiądź? Boli bardzo???
- MAMO!!! Nic mi nie jest! Zawrotów głowy nie mam! Na wymioty mi się nie zbiera! Weź wyluzuj!!! ASIA!!!  - Mała zawołała starszą na odsiecz
- Co ci się stało?
- A nic. Mama mi łomem przywaliła.
- Coooo???
- Weź nie pytaj! O Boże! No tak było! O Boże!!! - padłam na skrzynię w łazience w zwisie absolutnym.
Chuda popatrzyła na nas krytycznie i stwierdziła zimno:
- Ciebie tylko na moment z oka spuścić!
- Jessssu! Nic nie mów! Łomem! Dziecku! W głowę! O BOSZSZSZ!
Chuda popatrzyła na mnie, na rozbawioną  małą, trzymającą okład  i rzekła ze stoickim spokojem:
- W sumie to ty gorzej wyglądasz niż ona. Bez kitu!
- No! - Potwierdziło kontuzjowane dziecię z diabelskim błyskiem w oku.

A jak ja miałam wyglądać, skoro oprócz przerażenia tym co zrobiłam, wyobraźnia mi pogalopowała?
Otóż zobaczyłam ja co następuje: krew się leje, konieczność jazdy do szpitala na szycie.
I co bym powiedziała?
Że tłukłam mrówki łomem, a dziecko samo mi się nawinęło? Ale ja to ogólnie matką kochającą dzieci własne  jestem!
Kto w to uwierzy???

poniedziałek, 7 lipca 2014

Podróże kształcą?

Jakby tu zacząć...
Mam dziecię młode, które od września idzie do gimnazjum.
Dziś, o godzinie 13:00 zostały opublikowane listy osób zakwalifikowanych, bądź nie, do wybranego gimnazjum. I od dziś, do jutra do 15:00 należało dostarczyć oryginały dokumentów, potwierdzenie woli, deklarację i inne papierki, coby od września przystąpić do nauki w wybranej szkole.
Tak więc wybrałyśmy się z Anną do jej nowej/przyszłej szkoły.
Autobusem, bo szkoła jest w centrum Wawy i znalezienie miejsca do parkowania w tamtych rejonach wiąże się z koniecznością ruszenia z domu tak kole piątej rano.
Przesady nie lubię - wolę sobie pospać.

Wsiadłyśmy w autobusik i jedziemy. Upał na dworze jak stopińdziesiont, a w niskopodłogowcu chłodeczek delikatny z klimy się sączy.
Ujechałyśmy tak kilka przystanków.
Na jednym z nich wsiadł młody człowiek z rowerem.
Wsiadł, to wsiadł. Nie on jeden.
Dwa przystanki dalej...
Kierowca otwiera kabinę i woła:
- Misiu! Zamknij to okno, bo klima chodzi!
Obejrzałam się odruchowo. Słowa były skierowane do tego rowerzysty.
- Nie zamknę bo mi gorąco!
- Zamknij pan, bo klima chodzi!
- Nie ma klimy! Gorąco mi!
- Jest!
- Nie ma!
- Zamkniesz to okno, do cholery?
- NIE! Nie mam zamiaru, Gorąco mi, i tak se będę jechać! I co mi ch..u zrobisz?
- No k...wa nie jedziemy! I dzwonię na policję! - Kierowca był konsekwentny i wyłączył silnik...
- To dzwoń, złamasie!

Cisza... Nic się nie dzieje...

Nagle jakiś cichy, nieśmiały głosik kobiecy:
- Ale ja mam bilet czasowy... Zaraz mi się skończy...
- A ch...j mnie to wali! - Jednośladowiec był zadowolony z siebie.
- Ale przecież jest klimatyzacja - nieśmiały szept pasażerów popłynął jak wyschnięta strużka błota.
- NIE MA KLIMY! Gorąco jest!

Siedzę i zaczynam się gotować... I z gorąca i ze złości!
Ania szepnęła mi nieśmiało:
- To może się przesiądziemy do następnego autobusu, co?
- SIEDŹ! NIE MAM ZAMIARU! - syknęłam wściekła jak szerszeń.

- Proszę pana! Niech pan zamknie okno! Chcemy jechać. Dziecko mam małe... - Jakaś pani próbowała poruszyć sumienie wytatuowanego mięśniaka z rowerkiem wyczynowym.
- A ch..j mnie to obchodzi! Mnie się nie spieszy!

Coś we mnie strzeliło! Purpurowe plamy przed oczami, furia w mózgu!
Odwróciłam się na siedzeniu i wydarłam paszczę:
- Zamknij to okno, do jasnej cholery!
- Nie zamknę, bo klimy nie ma!
- Klima jest, jak autobus jedzie, ćpunie!

W tym momencie kierowca również poderwał się do czynu i znowu otworzył drzwi od kabiny.

To co się stało później, cokolwiek mnie zszokowało.
Na szczęście tylko na chwilę.

Jednośladowiec wyrwał z kopyta i rzucił się z pięściami na kierowcę.
Ten na szczęscie zdążył się zamknąć w kabinie, bo szanowny użytkownik ZTM zaczął walić pięściami w szybę oddzielającą kierowcę od autobusu, kopać w drzwi, wykrzykując:
- Ch..u! Już nie żyjesz! Zaraz cię zaj...e! Łeb ci rozpie...le! Złama...e poje...y!

Noooooo! Tego mi było trzeba!
Nie, nie, nie!
Nie włączyłam się do rękoczynów!
Po prostu wyjęłam komórkę i zadzwoniłam na 112.

Pani odebrała bardzo szybko i już wysyłała wóz policyjny.
Ale...
Agresor, mimo swoich wrzasków i pogróżek, usłyszał moją rozmowę z policją, spojrzał na mnie i...
ZWIAŁ!
Złapał rower pod pachę i w długą.
Interwencję odwołałam.

Ale to jeszcze nie był koniec!
O nie!

Furiat postanowił przywalić kierowcy przez uchyloną szybę. I wyskoczył centralnie na jezdnię.
Akurat jechał TIR...
W ostatniej chwili odbił na środkowy pas, dał po heblach i się zatrzymał.
Kretynek, rowerzysta miał więcej szczęścia niż rozumu, bo jakimś cudem zmieścił się miedzy TIRem a autobusem i nic mu się nie stało.
Jeszcze pyszczył i się odgrażał, ale instynkt samozachowawczy zadziałał - zobaczył, że z kabiny TIRa wychodzi co najmniej wkurzony kierowca i nie wyglądał jak spokojna owieczka...

Rowerzysta prysnął, odgrażając się, rzecz jasna.

Do gimnazjum dotarłyśmy bez dalszych przygód.

Po powrocie do domu, opowiedziałam Chudej tą żenującą historię.
Dziecię zareagowało we właściwy sobie sposób:
- Tyle lat jeżdżę komunikacją miejską i tylko raz się zdarzyło, że pan kierowca trasę pomylił! A ty od wielkiego dzwonu w autobus wsiadasz, ale oczywiście nie możesz normalnie jechać i musisz na 112 dzwonić! Życie jest niesprawiedliwe!
- A możesz mi córko powiedzieć, dlaczego do cholery, tylko ja  zareagowałam? Przecież autobus był pełen ludzi!!!
- Nie wiesz?
- Nie wiem i dlatego pytam! Bo to jest dla mnie nie do pojęcia!
- Bo się bali...
- Czego, do diabła???
- Że oberwą...
- Kurna! Od kogo?
- Od tego "miśka".
- Żartujesz...
- Nie, mamo.
- Żaba! Przecież to tchórz! Sama zobacz - dzwonię na 112, a on spiernicza! Czego się bać, do diabła! TACY JAK ON, TO TCHÓRZE SĄ!

Chuda tylko pokiwała głową nad matką-bojowniczką.

A ja czuję niesmak.
Raz, że pełen autobus ludzi dał się sterroryzować jednemu, prawdopodobnie naćpanemu, wytatuowanemu jednośladowcowi.
Dwa,  że tylko jedna stara baba nie miała oporów i zareagowała.

Widać miałam pecha i trafiłam na bandę równie  tchórzliwych pasażerów, jako i ten agresywny typek :/

sobota, 5 lipca 2014

Lucek


Foto by Anna (nie Joanna!)
Lucek.
Takie małe syjamskie nic. Znalezione, nie kradzione.
Uratowane i wychowane.
O przebojach z tym ancymonem pisałam dość często, a podsumowanie było kilka tygodni temu

Od tego czasu trochę się zmieniło...

Lucuś miał dziwne chwile zapomnienia i dość cyklicznie znajdowałam kocinę w stanie zaślinienia i niestety zasikania...
Dobre w tym było tylko to, że te "przygody" zdarzały mu się tylko w jednym miejscu. Na mojej kanapie robótkowej, przykrytej narzutą.
Jak to Chuda stwierdziła:
- Dzięki Luckowi mamy najczyściejszą narzutę na świecie.

Taaaa...
Żarty żartami, ale te zasikania i zaplucia zaczęły się powtarzać coraz częściej. I okropne miauczenie po fakcie. Takie mrożące krew  żyłach.  Zaczęłam mieć pewne podejrzenia, ale je odsuwałam i nie dopuszczałam do siebie.

Aż pewnego dnia zobaczyłam czym te mokre przygody są poprzedzone.

Lucuś drzemał obok mnie na krześle. W pewnym momencie wstał i tak jakby chciał się przeciągnąć.
Tak to wyglądało początkowo...
Ale dalsza faza niestety nie była już typowa dla kociego zachowania.
Głowa Lucka zaczęła żyć własnym nieposkromionym życiem - coś wbrew jego woli przyciągnęło ją do aż do grzbietu. Jednocześnie ta kocia bida zaczęła trzepać łepetyną na prawo i lewo. W oczach przerażenie.
Chciał od tego uciec, cofając się na krześle. Zanim się poderwałam na ratunek (działo się to okropnie szybko), Lucek spadł z krzesła na podłogę, po drodze uderzając się w głowę o kant stołu.
Padłam razem z nim pod stół i w sumie było już po - spieniona ślina wokół pyszczka i całe jej wstęgi do podłogi. Rozpacz w kocich oczach "RATUJ MNIE!" i ten straszny głos, który z siebie wydał...
Złapałam to biedactwo zaplute, przytuliłam do siebie i poczułam jak strasznie jest rozdygotany i jak okropnie mocno bije mu serducho. Jakby chciało uciec z tej owłosionej klaty z piersiami.

Już nie miałam wątpliwości.
To padaczka pourazowa.

U kotów rzadko występuje samoistnie. Najczęściej jest następstwem jakiejś innej, bezobjawowej choroby, którą można stwierdzić dopiero po badaniach krwi.
Lub po urazie... Wtedy jest samoistna.

Tak więc Luc oddał honorowo, acz baaaardzo niechętnie dwie próbówki swojej posoki (i tu runął mit o jego hrabiowskich korzeniach - krew była gęsta i purpurowa - zero błękitu! :-D ).
Wieczorem wyniki potwierdziły - kot jest zdrowy jak górnik przodkowy.

Tak więc Lucjusz ma padaczkę samoistną - pourazową.

Gdyby był psem, leczenie byłoby łatwiejsze - zastrzyk w dupsko raz w miesiącu i luzik.
Z kotem nie ma lekko - dwa razy dziennie Luminal. Restrykcyjnie, do końca kociego życia. Jedno pomięcie dawki równa się atakom i to takim powtarzalnym co kilka-kilkanaście minut. A w efekcie zgon, bo serducho nie wytrzyma.
Od tygodnia Lucek jest na prochach. Ataki już się nie powtórzyły.
Czy Luminal go spowolnił? Uśpił cokolwiek?
A gdzie tam! Szaleje jak szalał, biega po ogrodzie jak młode źrebiątko, cieszy się życiem, słońcem i swobodą. Poluje na muchy, leje się z Fredziem, pasie się na trawie jak koza, pomaga nam w pracach ogrodowych.
No i żyje :)
Ba! Luminal zżera ani mrugnie! Bo pańcia ma patent ;) I podanie kotu tabletki nie kończy się jak w tym dowcipie:
JAK PODAĆ KOTU TABLETKĘ 

1. Weź kota na ręce, otocz go lewym ramieniem tak, jak się trzyma niemowlę. Umieść palec wskazujący i kciuk prawej ręki po obu stronach pyszczka i naciśnij, lekko trzymając tabletkę w pozostałych palcach prawej ręki. Gdy kot otworzy pysk, wpuść tabletkę, pozwól mu zamknąć pysk i przełknąć.

2. Podnieś tabletki z podłogi i wyciągnij kota spod tapczanu. Ponownie otocz kota lewym ramieniem i powtórz cały proces jeszcze raz. 

3. Wyciągnij kota z sypialni i wyrzuć rozmemłaną tabletkę. 

4. Wyjmij nową tabletkę z opakowania. Otocz kota lewym ramieniem, jednocześnie trzymając lewą ręką wierzgające tylne łapy. Rozewrzyj pysk kota i palcem wskazującym prawej ręki wepchnij tabletkę tak głęboko, jak się da. Przytrzymaj kotu zamknięty pysk i policz do dziesięciu. 

5. Wyciągnij tabletkę z akwarium, a kota z garderoby. Zawołaj do pomocy żonę. 

6. Przyduś kota do podłogi, klinując go kolanami, a jednocześnie trzymając wierzgające przednie i tylne łapy. Nie zwracaj uwagi na niskie, warczące odgłosy, wydawane w tym czasie przez kota. Niech żona przytrzyma jego głowę, jednocześnie wpychając mu drewnianą linijkę między zęby. Następnie wsuń tabletkę między rozwarte żeby i intensywnie pogłaszcz kota po gardle, co skłoni go do przełknięcia. 

7. Rozpakuj następną tabletkę. Ściągnij kota z karniszy. Zanotuj sobie, żeby kupić nowe firanki. Pozbieraj kawałki porcelany z potłuczonej wazy, możesz je sobie posklejać później. 

8. Owiń kota w ręcznik kąpielowy, a następnie niech żona położy się na kocie tak, aby spod jej pachy wystawała tylko jego głowa. Umieść tabletkę w środku plastikowej rurki do napojów. Przy pomocy ołówka otwórz kotu pysk i wcisnąwszy rurkę między rozwarte zęby, mocno wydmuchnij tabletkę do środka. 

9. Sprawdź na opakowaniu, czy tabletki nie są szkodliwe dla ludzi. Wypij jedną butelkę piwa, żeby pozbyć się nieprzyjemnego smaku w ustach. Zabandażuj żonie ramię, a następnie przy pomocy wody z mydłem usuń plamy krwi z dywanu.

10. Przynieś kota z altanki sąsiada. Rozpakuj następną tabletkę. Przygotuj następną butelkę piwa. Umieść kota w drzwiczkach kredensu tak, żeby przez szczelinę wystawała mu tylko głowa. Rozewrzyj mu pysk łyżeczką od herbaty i za pomocą gumki recepturki strzel tabletką między rozwarte zęby. 

11. Przynieś śrubokręt i przykręć wyrwane zawiasy z drzwiczek. Wypij piwo. Wydobądź butelkę wódki. Nalej do kieliszka, wypij. Przyłóż zimny kompres policzka i sprawdź, kiedy ostatnio byłeś szczepiony na tężec. Przemyj policzek wódką w celu zdezynfekowania rany i wypij kolejny kieliszek, aby ukoić ból. Podartą koszulę możesz już wyrzucić.

12. Zadzwoń po straż pożarną, żeby ściągnęli tego pieprzonego kota z drzewa. Przeproś sąsiada, który wjechał samochodem w płot, usiłując ominąć kota przebiegającego przez ulicę. Wyjmij z opakowania kolejną tabletkę. 

13. Skrępuj drania za pomocą sznurka od bielizny, związując razem przednie i tylne łapy, a następnie przywiąż go do nogi od stołu. Weź grube, skórzane rękawice ogrodnicze. Wciśnij kotu tabletkę, popychając dużym kawałkiem polędwicy. Przytrzymaj głowę kota pionowo i wlej mu dwie szklanki wody wprost do gardła, żeby spłukać tabletkę. 

14. Wypij pozostałą wódkę - możesz wprost z butelki. Pozwól żonie zawieźć się na pogotowie. Siedź spokojnie, żeby doktor mógł zszyć ci ramię i wyjąć resztki tabletki z oka. Po drodze do domu wstąp do sklepu meblowego i kup nowy stół. 

15. Sprawdź, czy w pobliskim sklepie zoologicznym nie mają chomików. 

JAK PODAĆ TABLETKĘ PSU

1. Zawiń tabletkę w plasterek szynki i zawołaj psa.

wtorek, 24 czerwca 2014

Jaka matka, taka natka?

Dziecko moje młodsze. Niby ciche, spokojne, uczuciowe itp...

Wczoraj starsza jej siostra miała obronę pracy licencjackiej.
Data wiadoma była od dawna.
Ania wypytała mnie na okoliczność pisania samej pracy, obrony i zdawania za jednym zamachem egzaminu z całości studiów.
Sprawę przemyślała i stwierdziła, że to absurd z tą pracą i dodatkowym egzaminem.
Skoro Asia już wcześniej, na egzaminach semestralnych udowodniła, że umie, to po kiego diabła jeszcze raz to samo sprawdzać.
No ale z pokorą przyjęła na klatę, że tak jest i  już. I że sis w Dzień Ojca ma Dzień Sądu, co to przez Dzikie Pola idzie... Tym bardziej, że młoda starsza jak to ma w zwyczaju, lekko schizowała. Z naciskiem, że LEKKO!!! Nie to, co przed maturą :-D

Aś, jak należało się spodziewać, zdała śpiewająco (dwie piąteczki!)

Umówiłyśmy się, że w powrotnej drodze z pracy podejmę ją i pojedziemy razem po małolatę.

Młoda młodsza wsiadła do samochodu, rzuciła ogólne "cześć" i tyle...

Asia opowiadała, jak to na egzaminie było, o co i kto ją pytał. Jak odpowiadała, jak się mimo wszystko denerwowała itd.
A Ania nic. Nawet jednym słówkiem nie zapytała jak starszej siostrze poszedł egzamin. No po prostu cisza absolutna!
W końcu ja nie wytrzymałam i zapytałam:
- Ania! Przecież wiesz, że Asia dziś licencjat broniła?
- No wiem.
- To czemu o nic nie pytasz?!
- Bo jak słucham tej rozmowy, to wnioskuję, że zupełnie dobrze jej poszło, to co mam pytać?
Wymiękłam...
- No wypadałoby choćby wykazac się cieniem zainteresowania...
- Aha. No dobra. Asia! Jak ci poszło?!
Aś miała zaciśnięte szczęki i zdołała tylko wydusić:
- Dobszszsz. Zzzziiiękuję!
- No przecież wiedziałam! - rzekła młoda zblazowanym tonem znudzonej starej ciotki.
- A o stopnie Asi nie zapytasz? Przecież tam się oceny dostaje takie same jak w szkole.
- Asiu! A jakie stopnie dostałaś?
- Dwie piątki.
- Fajnie.
- I tylko tyle??? - wykrzyknęłam wzburzona - dwie piątki na obronie i lakoniczne 'fajnie'???
- No ale mnie to nie dziwi. Przecież NAUCZONA była, to co innego mogła dostać?

Fakt. Zimna logika mojej małej córeczki powaliła mnie swoją sensownością na glebę.
- Widzisz Chuda - pokiwałam smętnie głową  czas jakiś później- Ania to jedyna osoba, która tak absolutnie i bezapelacyjnie w ciebie wierzy. Bez zająknięcia, bez tekstu 'weź daj znać, jak ci poszło'. Ona po prostu WIE, że nie może być inaczej. Idziesz, zdajesz i masz bdb. Przecież to takie oczywiste!

Dziś.
Zanim przejdę do meritum, maleńkie wprowadzenie.
Klasa, do której chodzi(ła) moja Ania miała wyjatkowego pecha w kwestii polonistów.
W czwartej klasie mieli panią, która robiła z nimi NIC! Lektury może ze dwie przerobili, w sposób czysto teoretyczny i bez głębszego omówienia, gramatyka leżała i kwiczała, wypracowania i inne formy wypowiedzi pisemnej dziewiczo nietknięte...

W klasie piątej nastał pan polonista.
Biedak miał ciężką orkę na ugorze. Ponad dwadzieścia łebków nieskalanych od roku jakimkolwiek obowiązkiem piśmiennym.
Był szalenie wymagający, ale jednocześnie dawał z siebie ponad maksimum. Przerobił z nimi w ciagu jednego roku szkolnego materiał klasy czwartej i piątej. Zadawał sporo, ale bez przesady. Wtłoczył w łepetyny masę wiedzy, masę energii i pasji.
 Dzieciaki go uwielbiały.
Wszystkie, bez wyjątku. I te dobre i te słabiutkie.
Wszystko, co się ruszało CZYTAŁO ponad program. Pokochali język polski i CZYTANIE!

Klasa szósta.
Szok! Pana nie ma! Odszedł. Jakoś mu się nie dziwię  - wygrał konkurs na dyrektora jednej z wypasionych szkół społecznych...
Przyszła pani jaśnie hrabina zdetronizowana z gównazjum/liceum.
Oj nie było fajnie! Obrażała dzieci od pierwszego dnia.
Potrafiła powiedzieć słabszemu uczniowi: "z tą swoją pożal się Boże inteligencją, to ty się nawet do kopania rowów nie nadajesz".
Do uczniów siedzących w ostatnich ławkach: "wy to lamusy jesteście!"
Pięknie, prawda?
Eufemistycznie stwierdzę, że dzieci raczej za nią nie przepadały...

Tak więc wracam do dnia dzisiejszego.
Ponieważ jutro i pojutrze pracuję do późnego popołudnia, musiałam dziś zamówić kwiatki na zakończenie roku szkolnego. Bez szaleństw: dla trzech pań, koszyczki z fiołkami afrykańskimi.
Jeden koszyczek dla wychowawczyni i dwa dla pań od przyrody, za pomoc w przygotowaniu do olimpiady.
Obawiałam się, że jak dotrę do kwiaciarni w czwartek, to będę mogła jedynie zmienić wodę w wazonach, bo o jakimkolwiek wyborze nie będzie mowy.

Tak więc zamówienie złożyłam, o czym doniosłam Ani.
- Trzy koszyczki zamówione. Będą takie same, bo przed końcem roku szkolnego kwiatki zdrożały i nie ma co szaleć.
- Spoko!
- Zamówiłam trzy koszyczki, tak jak ustaliłyśmy, ok?
- Ok.
- A może chcesz jeszcze komuś dać?
- Nieeee. Raczej nie mam komu.
- A pani od polskiego na ten przykład? - Zapytałam ze złośliwością w głosie.
- A wiesz co? Chętnie! - I tu złośliwy chichocik.
- No? Jakieś szczegóły? - Zachęciłam długowłosą.
- Wiesz co? Dałabym jej kwiatki z takim tekstem: w podziękowaniu za codzienne show, które dawała nam pani parkując swoim samochodem!

Ha! Jaka matka, taka natka! Nie pojechałaby jej zniesmaczeniem i wyrzutami, tylko strzeliłaby w inny czuły punkt!
Moja krew! :-D

No dobra, ale czy  mam być dumna, czy się bać?