sobota, 25 lipca 2015

Świadomi praw do szczęścia

Upalny lipcowy dzień dzisiejszy.
Żar się z nieba lał od samego rana. Konkretny. Nawet tak ciepłolubna jak ja jaszczurka, wolała tylko z doskoku przebywać na świeżym lufcie.
A w perspektywie jazda na...
Oj słabo się robiło Acie, jak myślała o wejściu do samochodu bez klimy.
Do tego autko Ata ma trochę popsute...
Mąż wrócił z pracy tuż przed moim wyjściem i rzucił lekko:
- Jedź samochodem ojca. (Ma klimę - samochód taty, rzecz jasna, nie mój tata).
- Chyba zgłupiałeś! Nie ma mowy! Lewe lusterko ma ułomne. Dobrze wiesz. Z własnej woli, bez przymusu? O NIE!
- No to ja cię zawiozę. - Rzucił mój małż, sądząc zapewne, że odpowiem zwyczajowo, że drzewa do lasu wozić nie będę.
A tu psikus! Żona powiedziała TAK! Mężu nie miał wyboru i chcąc nie chcąc, wbił się w strój mało luźny i nieco zgnębiony ruszył po samochód teścia swego.
No to pojechaliśmy. Wcześniej musieliśmy zatankować.
- Ty? A tu jak pokazuje, że się benzyna kończy? - mąż magister inżynier po polibudzie pyta żony magister po UW.
- A skąd mam wiedzieć. U mnie wyje, jak się kończy. A u ciebie?
- No też wyje. A tu nie. Ale jakoś tak mocno na "E" jest strzałka.
- To weź na stację skręć, bo głupio będzie pchać w tym upale, jak samochód z głodu skona.
- Yhy... A gdzie to ma wlew paliwa?
- A ja wiem??? Czekaj, zobaczę. - Skorzystałam z postoju na czerwonym, otworzyłam szybę, wywaliłam się na zewnątrz i zameldowałam:
- Nie widzę. Pewnie z twojej strony.
Tak więc mężu podjechał pod dystrybutor od lewej strony.
Wysiadł i się rozdarł:
- No gdzie ten wlew?! Nie ma! Z twojej strony jest jednak!
- A bo ja wiem? Możliwe. Nie widziałam, bo mi dupa skosem szła do tyłu - mruknęłam obojętnie, zajęta pisaniem smsów.
Mąż bez słowa wycofał i podjechał od właściwej strony.
- Ej! A jak tu się wlew otwiera?
- Pewnie jak w naszych. Weź kluczyki.
Mąż wziął.
I za chwilę wrócił, mamrocząc wściekle.
- Szlag! Ze środka samochodu! Jak bagażnik. Kluczyki mi nie potrzebne.
Upsss...
Szczęśliwie udało się zatankować. A potem mężu ruszył i musiał lekko wycofać.
Wsteczny nie zaskoczył...
Zagwizdało po skrzyni biegów jak się masz Wiktor.
- Wiesz co mężu mój kochany? Wyglądamy, jak byśmy kradzionym samochodem jechali: najpierw chłop podjeżdża nie od tej strony do dystrybutora, potem nie umie otworzyć wlewu paliwa, a no koniec wsteczny go przerasta. Wynośmy się stąd szybko, bo nas zamkną i się spóźnimy :-D

Mąż przyznał mi rację i ruszyliśmy z kopyta.

GPS'a nie posiadamy. Ale trasę zapisałam sobie na kartce szalenie skrupulatnie i dokładnie:
w prawo z głównej, po lewej szklarnie, później mostek, asfalt się kończy, po łuku na rozwidleniu w prawo, obok tablicy sołtysa, a potem między brzozy w lewo.

No i dało się dojechać do miejsca docelowego:

Niektórych dżipies wyprowadził w Puszczę Kampinowską i porzucił od niechcenia. A alternatywny zaproponował wyciągnięcie z impasu w pięć lub w trzydzieści minut.
Jako, iż wygnana na manowce Lenka lubi ryzyko, wybrała wersję skróconą i dotarła na miejsce niespóźniona i z nienagannie leżącym tam gdzie trzeba, kapeluszem:


A tam, na miejscu...

Ołtarz:


I oblubienica:

I już wszystko jasne!
Ślub Ani i Gienia.

Od pewnego czasu wiedziałyśmy o tej wielkiej chwili i oczywiście uknułyśmy kolejny tajny spisek fejsbukowy, tym razem pod tytułem "Ślubny".
Było nas 46 dziewczyn. I znowu każda z nas uszyła jeden, dwa, lub duuużo więcej batikowych kwadratów na bajecznie kolorową narzutę.
A oto kilka spiskowych kobitek obecnych na ślubie:


Od lewej: Lenka, Renata, Marzena i Ula.

Nadejszła wiekopomna chwiła...



Przysięga i wymiana obrączek:




Podpisanie cyrografu:


I klamka zapadła - świadomi praw i obowiązków, wynikających z założenia rodziny (...) jesteście mężem i żoną:



Można się całować, przytulać i w ogólnie takie tam w świetle prawa:


Potem kolejka do ściskania nowożeńców.
Celowo ustawiłyśmy się na szarym końcu, żeby nie zaburzać porządku życzeniowego:

Widzicie ten kufer w rękach męskich?
O ten?

W nim tkwiła niespodzianka dla Ani i Gienia.
A więc najpierw na światło dzienne wydłubane zostały poduszki:


Lóziowa dla Ani, niebieska dla Gienia.

A potem...





No właśnie! Tajny przez poufne projekt dla naszych kochanych nowożeńców.
Jak głosi metryczka na pleckach uszytka: Ani i Gieniowi kolorowego życia Ślicznotki z Nowego Jorku (...) 25 lipca 2015. Celowo nie publikuję całości metryczki, bo nie mam zgody od wszystkich uczestniczek projektu na publikację ich danych.
Dlaczego ślicznotki z NJ? Zapytacie wujka google o NYB, i wszystko będzie jasne :-D

A później nastąpiło pozowanie z quiltem w tle:




A na koniec - Ania mimo ogłupiającego upału otuliła się paczłorem!


Aniu! Gieniu!
Jest w życiu tylko jedno szczęście - kochać i być kochanym.(George Sand)
Ale po co ja to piszę - przecież oboje jesteście tego świadomi :-)

Szczęścia nieustającego, kochani, Wam życzę!

środa, 8 lipca 2015

Krasnystaw, czyli logistyka w praktyce.

W sumie to nie wiem, od czego mam zacząć.
Zresztą, szczerze mówiąc, nie pierwszy raz mi się to zdarza...

Może cofnę się do ostatniego piątku, czyli do 03.07.

Mniej więcej koło godziny ósmej rano, wyruszyłyśmy z młodą młodszą w kierunku wschodnio-lekko-południowym. Celem naszej podróży był Krasnystaw.
Ale nie tak sztuka dla sztuki, w celu przejechania się obwodnicą Lublina.
Śmignęłyśmy na II Festiwal Twórczo Zakręconych.
Taka jedna Aśka B. mnie zmolestowała skutecznie i zgodziłam się poprowadzić kurs frywolitki igłowej.
Dotarłyśmy, zakwaterowałyśmy się i powędrowałyśmy do szkoły (a jakże - niby wakacje, a szkoła mnie prześladuje nieustannie!).
W szkole rozdzieliłyśmy się na podgrupy: ja poszłam uczyć, młoda poszła uczyć się. Czegoś, co się zowie wire wrapping. U pani Olgi. Będzie o tym niżej.

Uczyłam 4 panie.
Zdjęcie ze strony Ariadny

Daj Boże takie uczennice każdemu! Zdolne jak szatany,  w lot chwytały, o czym mówiłam i co pokazywałam!
Po trzech godzinach wyszły bogatsze o dwa kwiatki frywolitkowe, które spokojnie mogą być kolczykami.
Zdjęcie ze strony Ariadny

Dumna z nich jestem! I to bardzo!
Moje Ego wyprostowało zgarbiony nieco kręgosłup i chciało szukać dziecka własnego.
Dziecko jednak samo się znalazło i do tego bogatsze o prześliczną, własnoręcznie zrobioną bransoletkę. Zdjęcia będą w kolejnym poście, bo tak ;-)

Po zajęciach był wyjazd autokarem na kolację regionalną do stadniny Pasja.
Nie będę się wdawać w szczegóły.
Krótko powiem tylko, że sałacianka oraz pierogi: bobowo-mięsne i z kaszą jaglaną, będą mi się śnić po nocach.
MNIAM!!!
Księżycówki nie kosztowałam - za dużo % wirowało w butelkach ;-)

Następnego dnia, przed południem, miałam kolejną grupę pań do nauki frywolitek.
Też dały radę :-))
A Ania zgłębiała tajniki sutaszu u Izy.
Zgłębiła konkretnie i jestem przeszczęśliwą posiadaczką pary najpiękniejszych koczyków pod słońcem!


A tak się prezentują w jednym z moich organów słuchowych:



Pokochałam je miłością bezwzględną i absolutną od pierwszego wejrzenia. Chyba nic w tym dziwnego?

Po południu, nastąpiła pewna odmiana. Otóż matka poszła razem z córką ramię w ramię na kurs.
I to jaki!
Wymarzony do bólu od dawna.
MOTANKI - słowiańskie lalki wotywne.
Czyli coś,  co tygrysy kochają najbardziej - trochę magii, trochę czarów i mnóstwo zakazów i nakazów przy tworzeniu tych czarodziejskich lalek. Tworzy się je bez użycia igły. Są po prostu motane :-D
Zrobiłyśmy swoje pierwsze i nieostatnie laleczki i jesteśmy z nich dumne.

Ta wyższa jest Ani.
Nie nadałyśmy im imion, bo nie wolno. To po prostu lalki albo matrioszki.
Nie mają oczu, bo nie mogą mieć.
Nie porównujemy ich pod względem wyglądu i wykonania, bo nie wolno.
Obie robiłyśmy nasze motanki, motając w nie nasze jakieś tam pragnienia...
Robiąc te lalki trzeba trzymać się pewnych z góry ustalonych reguł i nie wolno od nich odstąpić, bo szlag trafi nasze marzenia.
Wierzyć, nie wierzyć?
Ja tam wolę losu nie kusić ;-)

Po pracowitym dniu, każdy  ma prawo do odpoczynku i rozrywki.
Tak więc i tym razem, chętni pojechali na kolację do innej stadniny. Tym razem nosiła ona intrygującą nazwę Adrenalina.
Konie były. Psy. I koty.
Ale największą zwierzęcą atrakcją był kozioł o wdzięcznym imieniu Książę:

Zdjęcie autorstwa Piwonii

Czyż nie jest wyjątkowym przystojniakiem? :-D

Następny punkt wieczornego programu: Festiwal Wizji.
Pominę milczeniem...

Niedziela. Dzień lenia?
No nie do końca. Pobudka o nieludzkiej godzinie typu siódma z minutami. A potem jazda na wycieczkę.
Borowice. Przepiękny, zabytkowy kościół modrzewiowy, wzniesiony pod koniec XVIII wieku.





W czasie mszy, siedziałyśmy sobie z Anią w cieniu pod lipą, delektując się zapachami lasu, łąk i upałem.
Kiedy tak pogrążałyśmy się w niebycie wakacyjnym, przyszła do nas pewna miła pani Ola (w wieku mniej więcej mojej Chudej) z córeczkami mocno małoletnimi.
Zaczęłyśmy sobie miło pogadywać i tak od słowa do słowa, usłyszałyśmy fantastyczne, acz mrożące krew w żyłach opowieści na temat Borowicy i okolic.
Upiorne domy, przeklęte hektary pól...
Nie wzięte z sufitu, tylko z życia prawdziwego plus książka o tamtym rejonie. Tytułu nie znam, ale mam mieć przekazany. I liczę na to, że gdzieś uda mi się znaleźć ten unikat. Bo baaaardzo chcę!

Po mszy, można było zwiedzać kościół. I to jak!
Nigdy w życiu, nie oglądałam żadnego kościoła w taki sposób.
Wszędzie można było wejść. Wszystkiego można było dotknąć i powąchać.
Jedynie na dzwonnicy nas nie było. Może tylko dlatego, że była na zewnątrz ;-)
Jako ciekawostkę pokażę Wam zdjęcie pocisku z czasów pierwszej wojny, który trafił w jedną z kolumn, przesunął ją i utkwił na wieki, nie czyniąc nic złego całemu budynkowi:

Zdjęcie celowo jest przejaśnione, żeby dobrze było widać wbity w kolumnę pocisk.

Dalszy ciąg wycieczki: Krupe i ruiny zamku wzniesionego pod koniec XV wieku przez Jerzego Krupskiego:


Kolejny punkt programu niedzielnego: Stadnina Ogierów w Białce.

Kocham konie, chociaż się ich boję jak ognia. Podziwiam je pełna zachwytu od zawsze.
W Białce oniemiałam...
Płochliwe araby czystej krwi (w każdym, z wielu  boksów) potrafią zrobić wrażenie nawet na najbardziej odpornym na końskie wdzięki człowieku...

A potem?
A potem to już był powrót do miejsca zakwaterowania.
I przesiadka do własnego samochodu.
220 km i znowu w domu.

Zostały wspomnienia. Kilka zdjęć i naładowane akumulatory :-)))

Chciałam ogromnie podziękować wszystkim organizatorom za ogrom pracy włożonej w przygotowanie tak dużego przedsięwzięcia.
Ogarnięcie całego tego bałaganu wymaga nie tylko niebywałych umiejętności, ale również determinacji.
Logistyka na wysokim poziomie w praktyce - tak właśnie wyglądał II Festiwal Twórczo Zakręconych w Krasnymstawie.

Cóż jeszcze mogę dodać na zakończenie tego wpisu?
Tylko jedno: DO ZOBACZENIA ZA ROK !

PS: jeśli ktoś chce obejrzeć więcej zdjęć, zapraszam do oglądania zdjęć wspomnianej już wcześniej Piwonii.

niedziela, 28 czerwca 2015

Wakacyjna nuda

Pierwszy dzień wakacji.
Wymarzony, wyczekany. Odliczałam do niego od kilku ładnych tygodni.
Zaczęłam odliczanie w najgorętszym okresie szkolnym. Czyli pierdylion sprawozdań, podsumowań, obliczeń i ostatecznych rozliczeń bezwzględnie potrzebnych i wymaganych przepisami.
Wyłanianie laureatów w konkursach całorocznych. Szykowanie spersonalizowanych nagród dla dzieci za osiągnięcia różnorakie. O radach pedagogicznych już nie wspominam.
Jako i o przyziemnym szykowaniu  i sprzątaniu biblioteki na czas wakacyjny.
Potem tylko zakończenie roku (u mnie w szkole 4 razy - dużo dzieci, to i sporo zakończeń).
Jeszcze tylko baaardzo nieoficjalne pożegnanie roku szkolnego 2014/2015 na imprezie zamkniętej dla osób z zewnątrz i już.

Można ogłosić wszem i wobec, że nareszcie są WAKACJE!!!
Obudziłam się wczoraj rano po 10 godzinach (tak, tak - dziesięciu) nieprzerwanego snu,  z przemiłą świadomością, że w końcu nigdzie się nie spieszę, nic nie muszę, wszytko mogę!

Czas jest tylko do mojej dyspozycji. I to, co z nim zrobię, to tylko moja sprawa i mojej pomysłowości.
Niespiesznie zwlokłam się z barłogu, równie niespiesznie zjadłam śniadanie i...
I lipa!
Co tu robić?
Brak pomysłów. Wywlokłam się na dwór, na ławkę.
Siadłam kompletnie skapcaniała i zaczynam kombinować:
- Może zrobię to? Eeee... A może tamto! Eeee... O! Albo to! Eeee... Bez sensu.... Poczytam! Eeeee...
NUUUUDAAAA!

Mąż mi się nawinął pod rękę. szmatę miał i nożyce.
- Co robisz?
- Pomidory będę podwiązywał.
- O! To ja też! - w końcu dostrzegłam jakieś światełko w otchłani nudy.
Po 30 minutach było po zawodach...

Klapnęłam na ławkę. No to co by tu porobić?
NUUUDAAA!
- Jesssu! Jak ja się strasznie nudzę! - Pożaliłam się młodej młodszej.
- NARESZCIE! - powiedziała warkoczowa.
- Co nareszcie? Co nareszcie??? Tak nic nie robić? Oszaleć można! Nie umiem się nudzić! Mnie to boli!
- Niech boli. ODPOCZNIJ W KOŃCU!
- Odpoczywam przy pracy.
- To dziś odpoczywaj nudząc się.
- NIE UMIEM!!!
- Oj tam, oj tam! Naucz się.
Zamknęłam się w sobie. Znikąd ratunku, znikąd zrozumienia...


NUUUUDAAAA!!!

No ale coś przecież trzeba robić! Samo siedzenie i nic nierobienie jest dobijające i męczące.
Ale co tu robić?
- Może zrobię to? Eeee... A może tamto! Eeee... O! Albo to! Eeee... Bez sensu.... Poczytam! Eeeee...

I tak właśnie zmitrężyłam i straciłam bezpowrotnie pierwszy dzień wakacji.

Dzień drugi, czyli dzisiejszy zaczęłam od pobudki. Tym razem spałam nieco krócej - dziewięć godzin ciurkiem.

Wstałam jakby bardziej ogarnięta.

Wyniosłam leżaczek na ogrodowe łono, rozciągnęłam zwłoki z niekłamaną przyjemnością i wzięłam się za szycie ręczne.
Stęskniłam się za heksagonami. One za mną też :-D

Trochę ich poprzyszywałam do papierków, a potem zapragnęłam zobaczyć, jak to to wychodzi.

Nieźle. Docelowo ma być 1200. Jest 200. Ale już jest całkiem, całkiem. I nawet mi się taka pstrokacizna podoba.

Ponieważ skończyły mi się póki co materiałki na narzutę heksagonową, wzięłam się za...

No tak dla odmiany - za szycie ręczne :-D

W planach mam uszycie piłki 3D ze wzoru tego ło tu

Dziś powstały tylko dwa kwiatki, ale przecież wakacje dopiero się zaczęły:



Potem, jak już przeorane  do kości igłą palce odmówiły mi współpracy, przeczytałam książkę. Od deski do deski.
No dobra! Chuda była. Tylko 110 stron, więc nie ma czym się chwalić.

Następnie rozłożyłam się w pozie niedbale zadumanej na ławce, gapiąc się bezmyślnie acz z zadowoleniem na panoszącą się wokół zieleń...
Mężu przechodząc obok z lisim uśmieszkiem zapytał leniwą żonę:
- Co jutro będziesz robić?
- Jutro? NIC! - odpowiedziała żona z błogim uśmieszkiem na twarzy nieskalanej myślą głębszą.
- Hehehehe! Już to widzę! - Powiedział mąż.

No pewnie, że nic! Przecież mam WAKACJE! NARESZCIE! :-D

sobota, 13 czerwca 2015

Milczenie jest... narzutą. Silence is ... a quilt.

Jak zapewne wiecie, od pewnego czasu spotykamy się na comiesięcznych mityngach paczłorkowych.
Nie inaczej było również i w maju.

Mimo, że  samozwańczo podjęłam się roli skryby spotkaniowego, nic o tym naszym ostatnim zlocie nie napisałam.
Wcale nie dlatego, że skleroza mnie zeżarła, czy inne niechciejstwo opanowało.
Co to to nie!
Powód był zgoła inny.

As you probably know, for some time we’ve been meeting monthly with patchwork in mind. It was no different in May. Although, I imperiously undertook the role of our meetings scribe, I didn’t breathe a word about our last gathering. It's not because sclerosis devoured me or any other laziness stroke. Far from that! The reason was quite different.


Otóż złożyłam śluby milczenia.
Ich złamanie groziło mi urwaniem nóg, rąk, oskalpowaniem, amputacją języka, a na koniec zostałabym usmażona na wolnym ogniu. Najlepiej piekielnym.
Inne uczestniczki spisku, a było nas sporo, również obejmował ten sam zakaz.
I również pary z paszczy nie puszczały. A jeśli nawet którejś z dziewczyn wymknął się jakiś "opar pary", to był on delikatny i dla postronnego obserwatora nic nie znaczył.

Well, I submitted a vow of silence. For breaking it I was threatened with tearing off my arms and legs, scalping, cutting off my tongue and frying over a slow fire at the end. Hell fire preferably. Other participants of the plot, and there were quite a few, were also covered with the same „anathema”. They also kept their lips zipped. And even if somebody let the slightest whisper out, it was vague and undecipherable for the outside observers.

Skąd ta jednomyślna i solidarna zmowa milczenia trzydziestu pięciu (35!) kobiet?
Jakie zdarzenie spowodowało taką szaloną dyskrecję?

Cofnijmy się trochę w czasie...

Na fejsbuku mamy grupę paczłorkujących Polek.
Członków, a właściwie członkiń liczy sporo.
Jedne osoby są bardziej aktywne inne mniej.
Jedne dopiero raczkują, inne doskonalą się w trudnej sztuce zszywania kawałków szmatek w sensowną całość.

Why this unanimity and solidarity conspiracy of silence of thirty-five (35!) women? What caused such a frantic discretion? Let's get back in time ... There is a group of Polish women quilters on facebook and it actually has a lot of members. Some people are more active than others. Some are rookies, others constantly improve their skills in the difficult art of sewing scraps into a meaningful entirety. 

Są też osoby, które patchwork mają w małym palcu.
I to nie tylko od strony praktycznej, ale również teoretycznej. Patchwork jest ich pasją, miłością niekłamaną i czują się w tym temacie jak rybka Nemo w oceanicznych toniach.

Takich dziewczyn jest we wspomnianej grupie patchworkowej sporo.
Ale dziś skupię się tylko na jednej z nich.

There are also persons who got patchwork at the fingertips. Not only practicaly but also theoreticaly.
Patchwork is their passion and unfeigned love and they feel in this sphere like Nemo fish in the ocean depths. Such girls are in that group quite a few. But today I will focus on just one of them. 

Danusia.
Danka była dobrą duszą naszej grupy.
Zawsze znała odpowiedź na najdziwniejsze nawet pytania w temacie patchworkowym, wynajdowała dla nas różne ciekawostki
Dzieliła się wszelkimi informacjami i znalezionymi w czeluściach sieci wiadomościami.
Nikomu nie odmawiała pomocy.
Zawsze można było na nią liczyć.
Dwa lata temu, dzięki jej staraniom kilka dziewczyn z Polski miało możliwość pokazania swoich prac na wystawie "Polski patchwork - tradycyjny, współczesny, nowoczesny" podczas trwania Textil-Art Berlin 2013. To było ogromne wyróżnienie i możliwość zaistnienia na międzynarodowej arenie.
Szczegółowo pisała o tym Ania o tu 


Danusia.
Danka had always been a good soul of our group. She knew the answer to the strangest questions in the subject and picked up for us tasty tidbits. She shared all the information and news found in the depths of network. Never refused her help. We could always count on her. Two years ago, thanks to her efforts, a few girls from  Poland had the opportunity to show their works at the exhibition "Polish patchwork - traditional, contemporary, modern" during the Textil-Art Berlin 2013. It was a great honor and opportunity to come onto the international arena.
Ania wrote about it in details here

Zasługi Danusi dla nas, paczłorkarek, można mnożyć  w nieskończoność.
Dość powiedzieć, że to dusza człowiek z sercem na dłoni.

Niestety, nasza fejsbukowa sielanka z Danką w roli głównej trwała tylko do końca stycznia tego roku.
Na skutek zawirowań podłego losu, Danusia podjęła decyzję o usunięciu swojego konta na FB.

Oj brak nam Danusi, bardzo brak!
Nie raz, nie dwa wspominałyśmy o niej tęsknie.

I tak oto z tej tęsknoty, na kwietniowym spotkaniu warszawianek paczłorkujących została przegłosowana uchwała, która przeszła przez kobiecy sejm jednogłośnie i bez przepychanek partyjnych: "Szyjemy narzutę dla Danki!"
Niech politycy z prawa, z lewa i ze środka uczą się  od nas jednomyślności w podejmowaniu decyzji.
I tempa w ich wdrażaniu w życie.

Danusia’s merits for us, quilters, can be multiplied indefinitely. Enough to say that she wore her heart on her sleeve for us. Unfortunately, our facebook idyll with Danka in the leading role lasted only until the end of January this year. As a result of the wretched fate turmoil, Danusia had decided to close her account on FB. Oi, we miss Danusia very much! Not once, not twice we recollected her wistfully. And as a result of this desire, at the April meeting of quilting varsovians a resolution was voted and accepted by the women parliament unanimously and without parties wrangling: "We will sew a quilt for Danka! " Let the politicians of the right, the left and from the center take an example of our unanimity in decision-making. And the pace of their implementation. 

Pomysłodawczynią tego przedsięwzięcia była Jolcia , która w lutym rzuciła taki pomysł.Wprawdzie fizycznie nieobecna na spotkaniu, ale jej duch unosił się nad nami i sączył w nas (ten duch) ustami Ani wizję wspólnego szycia.
Roboczy temat narzuty: domki.
Każda z nas miała uszyć jeden kwadrat.
Musiałyśmy mieć ze sobą stały kontakt i dlatego na FB powstała tajna grupa o wdzięcznej nazwie Narzuta für Danka.
W skrócie NfD.

The rain maker of this project was Jolcia , who in February came with the idea. And although she was not physically present at the meeting, but her spirit hovered over us and seeped into our ears through Ania’s mouth, a vision of the common sewing. The working theme for the quilt was: cottages. Each of us had to sew one square. We had to stay in constant contact with one another and aptly a secret group named  A Quilt für Danka was formed on FB. In short NFD.

Podczas obrad, z gronem powiększonym do 35 osób z całej Polski zainteresowanych wspólnym szyciem, temat nieco ewaluował i zamiast domków każda z nas miała uszyć kwadrat z czymś charakterystycznym dla swojego miejsca zamieszkania.
Czyli pełna dowolność i inicjatywa w rękach każdej z nas.
To znaczy nie był to taki nieposkromiony hurraoptymizm!
Pewne zasady musiały zostać określone - choćby tak z pozoru banalne jak wielkość kwadratu, czy grubość ociepliny użytej do pikowania.

Natomiast już bez żadnych odgórnych zaleceń i ograniczeń każda z nas wszywała w kwadrat dobre myśli i choćby kawałeczek serca. Dla Danusi.

Kwadraty szyłyśmy indywidualnie.

During the assembly, which grew already to 35 people from all over Poland interested in a common sewing, the theme evolved a bit and instead of cottages, we agreed that everyone will sew a block with something characteristic from one’s place of residence. Full freedom and initiative stayed the hands of each and everyone. I didn’t, however, mean a total untamable freedom! Some rules had to be determined - even something as seemingly trivial as the size of the block or the thickness of wadding used. However, without any guidelines or restrictions, everyone stitched into own block a bunch of good thoughts and a piece of heart. For Danusia.

Blocks were sewn individually.

I tak prezentują się po kolei:

Here they come

Mazury/ Lake District Masuria- Jo Ho



Kapcie domowe, warszawskie, rozmiar 38/Warsaw slippers, size 38 - Ula



Słonecznik/ Sunflower  - Lenka


Zachód słońca / Sunset - Abulinka


Polskie wybrzeże od Gdańska do Świnoujścia / Polish coastline from Świnoujście to Gdańsk - Marzena



Domek / Cottage - Terenia:



Plac Grunwaldzki w Szczecinie / Grunwald Square in SzczecinJolcia


Blok, w którym mieszkam nocą / The block of flats I live in, nightime - Jo Ho


Krajobraz z kwiatami / Landscape with Flowers Ania:


Domek z drzewkiem / House with a Tree - Ula:


Park / ParkAnia

Zamek / Castle  - Renata:

Łoś, który przychodzi pod dom / Moose, which comes to the house  - Ania:



Domy na Ursynowie/ Blocks of flats in Ursynów - Tereska:



Dmuchawce / Dandelions  - Marzena:


Kamienne krzaki / Stone Bushes  - Marzena:


Ratusz w Zamościu / City Hall in Zamość  - Joanna:



Niechaj narodowie... / Let the nations...  - Marzena:



Domek z tarasem i ogródkiem / Cottage with terrace and garden  - Hania:



Krajobraz z okolic Saalbrucken / The Landscape from Saalbrucken - Basia:



Chatka Baby-Jagi / Baba Yaga hut Kasia:



Brama / Gate - Basia:



Ogród / Garden - Bożena:

Podróżniczka Danka / Danka the Traveller  - Katarzyna:


Wiejska chata z makami i chabrami przy płocie / Country cottage with poppies and cornflowers at the fence  - Wiesia:


Don Kichot i Sancho Pansa / Don Quixote and Sancho Panza- Beata (Galeria Koral Art)


Mury toruńskiej starówki z ceramicznymi rzeźbami lokalnych artystów / The walls of the Old Town in Toruń and ceramic sculptures by local artists - Marzena:


Ser Koryciński Swojski z Podlasia / Homemade cheese from Korycin in Podlasie  - Ula:


Krajobraz, łąka / Landscape, meadow  - Ania:

Żubr / Bison  - Grażyna:



"Warszawa prosto" / Warsaw – straight on  - Jo Ho:


Lasek brzozowy / Birch grove - Grażyna:


Bloki o zachodzie słońca / Blocks of flats at sunset  - Ania:





Maja na łące koło Danki domu / Maja the dog on the meadow near Danka’s house  - Ania



Chata z palmami / Huts with palm trees  - Joanna:


Kamieniczki na Starym Mieście / The tenement houses in the Old Town - Renata:




Warszawa, Zamek Królewski / Royal Castle in Warsaw  - Lenka:



Domy na Ursynowie, Warszawa / Houses in Ursynów, Warsaw  - Terenia:



Pierwszy polski samochód osobowy "Warszawa" / First Polish passenger car „Warszawa” - Beata:



Pole z wierzbami / Field of Willows  Ania:



Drzewa/ Trees  Marzena:



Lniany Żyrardów / Żyradów of Linen  - Anna:

Kawa włoska wypita na Podlasiu w kubku skandynawskim / Italian coffee drank from the Scandinavian mug in Podlasie  - Ula:


Las w Międzylesiu / Forest in Międzylesie  - Monika


Dżdżownice na podlaskim chodniku / Earthworms on the sidewalk, Podlasie  Ula:


Szczyt Giewont w Tatrach / Giewont Peak in Tatra Mountains - Małgosia:



Śledzik, ogórek kiszony, do tego seta i woda sodowa / Herring, pickled cucumber, schnapps and soda water  Ania:


Zamek książąt Pomorskich w Szczecinie / Castle of the Pomeranian Dukes in Szczecin -Jolcia:

Chata z Torunia / Cottage in Toruń - Halina


Berlin / Berlin  Jolcia:


Syrenka Warszawska / Warsaw’s Coats of Arms - Mermaid Marysia:



Plaża / Beach Jo Ho:


Drzewa / Trees  - Halina:


Barbakan w Warszawie / Barbican in Warsaw  - Jolanta:



Krzywy domek w Sopocie / Crooked House in Sopot - Halina:


Mlecze na Podlasiu / Dandelions in Podlasie  - Ula:


Maszyna model "Narzuta fur Danka 2015" wielofunkcyjna i wieloosobowa / The sewing machine model "Quilt fur Danka 2015" multi-purpose and multi-player  - Ania:


A wielkie zszywanie i dopasowywanie nastąpiło 28 maja na spotkaniu u Ani.

Stitching and matching the pieces took place on May 28th at a meeting at Ania’s 



Zbiorowe myślenie pt: jakby to, kurna ładnie spasować...

Collective brain storm, heck, how to match those pieces...




Szycie maszynowe grupowe:

Machine sewing in groups...



Szycie ręczne indywidualne...

 Individual hand stitching...








I w podgrupach:

and in subgroups...


Prasowanie...

Ironing...




Nie obeszło się oczywiście bez fotki grupowej - obie pod tytułem: "Latające Anie dwie"


Group photo – „Two Flying Annes”



Ciąg dalszy  zszywania i PIKOWANIA (!) narzuty odbył się zdecydowanie w bardziej kameralnym gronie: Ania, Wiesia i przyjaciółka Ani - pani Marzena:

Sewing and quilting (!) continued in a smaller group: Ania, Wiesia and a friend of Ania - Mrs. Marzena




Udało się! Skończone!

We made it! Finished!




(Zdjęcie autorstwa sąsiada Ani - zawodowego fotografa)

Photo taken by the professional photographer (Ania’s neighbour)


Ściąga, kto co szył jest wyżej ;-)

List of the quilteres is  above ;-)


Tak narzuta prezentuje się w naturalnym środowisku:

This is how it looks in the natural environment:



A tak na wypadła przymiarka na łóżku:

Bed trial:



Teraz tylko pakowanie i wysyłka do miejsca docelowego.

Now just packing and shipping to its destination.




I aż do dziś - ani mru mru! :-DDD

And until today not a whisper!

Tak więc jak widać w tekście powyżej - milczenie nie jest złotem.

As you could notice in the above text – silence is not gold.


Milczenie jest narzutą!

Silence is a quilt!

Tłumaczenie na angielski: Lenka.

English translation: Lenka.