niedziela, 28 czerwca 2009

Część druga mojego obnażania się ;-)

Dziś w końcu mogłam przysiąść i zrobić kolejną część "kursu potłuczonej" dla osób o nerwach jak postronki ;-)

Przypominam, że w celu dokładniejszego obejrzenia szczegółów wystarczy kliknąć na fotkę.

A więc zakończyłam ostatnio na połowie pierwszego elementu

Teraz przystępujemy do dalszej pracy.
Możemy oczywiście haftować dalej, zostawiając tę połówkę do wykończenia na inne czasy, ale ja postanowiłam zrobić ten "trójkącik" od razu. W tym celu przeciągnęłam nitkę po lewej stronie pod bloczkiem:

Po czym nitkę wyprowadziłam na prawą stronę :
I dokończyłam trójkącik zgodnie ze schematem. Nitka trochę się zmechaciła, więc znowu wróciłam na lewą stronę i przeciągnęłam ją ponownie pod bloczkiem - tym razem dwa raz: w tę i na zad przebijając jednocześnie nitki bloczka po to, żeby po odcięciu nitki wzór nam się nie wypruł.
To samo zrobiłam z tą wiszącą luzem nitką (to był początek mojego haftowania).
Nową nitkę mocujemy tak, jak zakańczamy starą - czyli przewlekamy przez nitki bloczka tam i z powrotem i "wychodzimy" z nitką na prawą stronę:

Dalej wg schematu mamy bloczki więc przystępujemy do ich wykonania pamiętając, ze ich wysokość to 4 niteczki materiału.
Jako się rzekło: igłę wbijamy dokładnie 4 nitki pod wyprowadzeniem nitki i od razu wyprowadzamy ją (igłę znaczy) na zewnątrz OBOK miejsca, z którego wychodzi nitka




I tak dalej...


Teraz robimy zwrot, bo nitki w bloczkach raz układają się (względem patrzących) pionowo, a raz poziomo:



Ponowny zwrot:

I jeszcze raz:


I pierwsze koty za płoty ;-D
W dalszej części haftowania postanowiłam sobie sprawdzić, czy mi "styknie" wzór z moimi liniami pomocniczymi, więc zaczęłam haftować:

Aż... STYKŁO!! ;-D

No to poleciałam dalej i...
Też stykło!! ;-)

Myślę, że na dziś chyba starczy.
I tradycyjnie na deser i w nagrodę dla moich cierpliwych czytelniczek ciasto truskawkowe z przepisu Arkadii


SMACZNEGO!!

środa, 24 czerwca 2009

Taki fajny, zwykły dzień :-)

Żeby nie było, że tylko marudzę i narzekam, albo umieram ;-)
Dziś był taki miły dzień.
Ale od początku.
Zaczął się lekkim stresem, bo miałam obudzić dziecko starsze o 7:30. Więc dla pewności nastawiłam sobie budzik na 15 minut wcześniej (lubię mieć czas na "rozruch"), komórkę wetknęłam do ładowarki i zaległam. Obudziłam się nagle z dość niemiłym przeświadczeniem, że zaspałam! Złapałam w garść komórkę, a tam ciemnota! Tradycyjnie stary rzęch wyłączył się podczas ładowania. Popełzłam nerwowo na czworaka do najbliższego mi czasomierza i..
Uffffff!! 5 rano! Komórka mimo moich usilnych prób nie dała się włączyć, więc przez mój zaspany mózg przebiegła myśl:
-Baterię wyjmij i włóż! Może podziała!
Podziałało!
Budzik zadzwonił jak należało, ale nie musiałam zwlekać zwłok w celu urządzenia pobudki Rabarbarze, bo sama już wstała i tłukła się po domu niczym święty Marek po piekle.
Stresa miała ;-))
A mianowicie drugie podejście do egzaminu na prawko.
Wczoraj dla pewności skopałam jej dupsko aż jęczała, że nie ma na czym siedzieć (ale nad moim kolanem się nie litowała ;-D).
Poszła w humorze wisielczym żądając ode mnie kasy na powtórny, czyli trzeci egzamin.
Obiecałam, że dam. Co miałam dokładać jej nerwów ;-)
My z Anią miałyśmy na dziś umówione nagranie reklamy fryzur dla dzieci. Drugie podejście, bo pierwsze z powodu wycieczki do zoo nie doszło do skutku.
Z tą jazdą to z kolei ja miałam zgryz i to duży, bo gnębiła mnie myśl:
-Jesssu!! Gdzie ja tam zaparkuję?? Samo centrum, żeby nie powiedzieć EPICENTRUM Warszawy!
No i do tego rano lało jak diabli! Więc spacer w deszczu słabo mnie nęcił.
Ale...
Jakąś godzinkę przed naszym wyjściem ktoś na górze zakręcił kran i jeden problem odpadł.
Jadąc usłyszałam, że dzwoni mi telefon. Domyśliłam się, że to młoda z wieściami o egzaminie.
I stres! Nie mogę odebrać, bo akurat światła się zmieniły, skręcam w lewo, jakiś baran nie wie co ma robić na środku skrzyżowania i się miota w te i na zad! W końcu się opowiedział, a ja wyciągnęłam komórkę i słyszę:
-No zgadnij...
-No zdałaś...
-No... ZDAŁAM!!
-Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!! Łaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!! SUPER!! ALE SIĘ CIESZĘ!! GRATULACJE!! - ogłuszyłam własne dziecko wrzeszcząc i piszcząc w słuchawkę.
Ania na wieść o sukcesie starszej siostry zareagowała ze stoickim spokojem i pragmatycznym podejściem do sprawy:
-Fajnie, że Asia zdała. Będzie mnie teraz wozić, gdzie będę chciała!

Dojechałam na miejsce bez korków i problemów i kolejny cud! Miejsce na parkingu było! I do tego "moje" kopertowe, czyli bezpłatne! Ha!
W salonie, gdzie mieli kręcić reklamówkę zameldowałyśmy się o pół godziny za wcześnie, bo jak zwykle wolałam wyjechać godzinę za wcześnie, niż o 2 minuty za późno. Ja wiem - nadgorliwość gorsza od faszyzmu, ale jakoś nie umiem kurna inaczej...
Poszłyśmy sobie pospacerować. I znowu telefon. Jakiś obcy numer.
-Dzień dobry. Dzwonię z serwisu Nokii. Telefon jest do odbioru.
Nareszcie - chciałam zakrzyknąć, ale się pohamowałam. Bo trzeba Wam wiedzieć, że sprawa wyświetlacza ciągnęła się aż do dzisiejszego dnia. Telefon jak się okazało (dzięki przytomności umysłu mojego taty) mam na gwarancji. Więc nie musiałam wydawać kasy na naprawę. Ale...
Telefonu zastępczego nie dali, bo stwierdzili, że to niewielka naprawa i:
-Jutro pojutrze telefon wróci do pani.
Yhy!! Akurat!! Mała rada dla Was - nie dajcie się zwieść takim zapewnieniom! Wczoraj minęły dwa tygodnie od oddania komórki do naprawy!! A ile razy dzwoniłam do naprawców i się wściekałam to tylko ja wiem! Tłumaczenie zawsze było takie samo:
-Wyświetlacze idą, bo są zamówione.
Szły... Jak ślimak po żużlu!!
Więc kolejne miłe zdarzenie. Nie ostatnie :-)
Nagranie reklamówki trwało tylko pół godziny dłużej niż było w założeniu. Ania w salonie przestała być moją Anią, a zamieniła się w księżniczkę Annę ;-)
Miała robione 3 wyjściowe fryzury. W jednej wróciła do domu dumna i blada.
Reklamówka będzie za ok 2 tygodnie w necie, więc nie omieszkam się pochwalić ;-)
Kiedy dreptałyśmy do samochodu, po raz kolejny odezwała się moja komórka. Tym razem zadzwonił kurier z przesyłką z Drewlandii. Nikogo nie zastał w domu, więc umówiliśmy się na jutro na rano, ale jeszcze ubłagałam pana, że jeśli będzie mógł, to może jeszcze raz podjechać za ok godzinę-dwie. Pan powiedział, że raczej mam na to nie liczyć, bo jedzie w inną stronę, ale rano będzie na pewno. Trudno - jutro wszak już niedługo ;-)
Wracając do domu, wstąpiłam do przychodni zapisać się do lekarza. Jeszcze wczoraj nie było grafiku na lipiec, a dziś już był. Wypełniony do bólu.
Ale...
Ta godzina, którą sobie wymarzyłam była wolna! :-DD
Kolejna banieczka szczęścia pękła nad moją głową ;-)

Jestem w sklepie. Znowu telefon.
-Jestem u pani z przesyłką. Kiedy pani będzie?
-Za pięć minut!! Już jadę!!
Wskakuję do mojej błękitnej strzały, daję po garach dynamicznego silnika 1,2 i po 3 minutach hamuję z wdziękiem pod własną bramą.
Drewienka moje!! Pachnące! Śliczne!! Achhh!!
Późnym popołudniem śmigam po odbiór telefonu.
Jednym słowem pełnia szczęścia!!
A teraz siedzę i czytam sobie przepisy pani Kai (to Pani, z którą zawierałam umowę na filmowanie Ani). To blog kulinarny dla początkujących, ale przepis są fajne i proste! poczytajcie, bo warto :-)

Dlaczego o tym wszystkim napisałam? Bo czuję się bardzo zadowolona z dzisiejszego dnia.
Tak aż po czubeczki palców :-)))

No i nie mogę tego uczucia zadowolenia zatrzymać tylko dla siebie.

Bo szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, jeśli się ją dzieli...

No nie? ;-)

wtorek, 23 czerwca 2009

Dziewczynka z... zapalniczką

Jako się rzekło opiszę Wam o co chodziło z zapalniczką w poprzednim poście.
Muszę zacząć od początku...
Pewnie kilka z Was czytało o " wrednej Felicji". Otóż pewnego pięknego, acz dramatycznego dla mnie dnia została ona sprzedana... Odjechała sobie sprzed mojej bramy, porwana przez nowego właściciela, który zapewniał mnie, że:
-Ja kupuję samochód dla żony!! Nic mu się nie stanie!!
No nie wiem... Może troszeczkę mnie uspokoił. Ale tylko kapkę...
Kiedy tylny zderzak Felki znikał za zakrętem na mostku, zalałam się rzewnymi łzami...
Nieważne, że odwalała mi różne numery. Nieważne, że mnie nie lubiła. Ale ja ją KOCHAŁAM!! Kompletnie nieodwzajemnionym uczuciem!
Mąż znalazł mnie za domem siedzącą na trawie w stanie kompletnego rozmemłania i rozmiękczenia.
-Co się stało? - zakrzyknął przestraszony.
-SPRZEDAŁEŚ MOJĄ FELKĘ!! Jak mogłeś???
-Stara już była! Rdza ją żarła na zadzie! Przebieg miała duży!
-I co z tego??? Jeździła przecież!!!
-Rany! Przecież ci mówiłem, że sprzedam ten i kupię ci nowy!!
-Ja chcę Felicję!!
-Przecież już nie produkują! - zakrzyknął mój ślubny.
-NO TO CO??? Kup mi używaną!! Taniej będzie!!
-PRZECIEŻ UŻYWANĄ WŁAŚNIE SPRZEDAŁEM!!!
-No właśnie! Jak mogłeś???? Ja nowym jeździć nie będę! Boję się! Zadrapię, stuknę, mnie pukną i w ogóle!!
I od początku... Więc mój małż machnął ręką na rozmazaną babę, a następnego dnia wpakował w samochód i zwiózł do salonu Skody.
No nie! Nic z tych rzeczy. Nie zakrzyknął: "Kochanie, bierz co chcesz tylko już nie płacz!", tylko poszedł na pewniaka do pana sprzedawcy (diler mi przez klawiszony nie przechodzi, bo z narkotykami mi się kojarzy) i zadysponował konkretny model.
Ponieważ kupowaliśmy samochód w tym samym salonie, w którym pół roku wcześniej nabył swój mój tata (był z nami), pozostawaliśmy wierni marce (trzecia z rzędu Skoda), płaciliśmy gotówką (był jakiś kredyt ileś tam, na ileś tam), dostaliśmy sporo tzw "gratisów" i upustów.
Pan dorzucał lekką ręką to radio, to kołpaki, to elektrycznie ogrzewane lusterka zewnętrzne, regulowane siedzenie kierowcy (konus jestem, więc to dla mnie rzecz cenna). W końcu wyczerpał asortyment gadżetów i na chwilę się zawiesił...
Po chwili zresetował się i rzucił od niechcenia:
-To może klimatyzacja?
Na co ja - do tej pory siedząc cicho i lekko oszołomiona odzyskałam wigor (PO CO, JA PYTAM DZIŚ??)
-O nie! - zawołałam gromko - mowy nie ma!! Ja nie chcę klimy!!
Pan się zacukał, mężowi mowę odjęło...
Pan ocknął się pierwszy:
-Yyyyyy... A co pani sobie życzy?
-ZAPALNICZKĘ - powiedziałam rozmarzonym głosem...
Hyyyyyyyyyyyy!! Bodaj by mi pypeć wtedy na języku wyrósł!!
Z niezrozumiałych do dziś przyczyn (prawie 6 lat minęło) mój mąż nie wyrzekł ani słowa...
Mam zapalniczkę... Nie użyłam jej ani razu...
Skąd ten pomysł mi strzelił do łba? Raz - jeden, jedyny raz nie miałam przy sobie zapalniczki i klęłam jak szewc nie mogąc zapalić przed jazdą będąc gdzieś poza domem.
A z klimą miałam związane niemiłe wspomnienie z samochodu męża - pewnego dnia jechałam z nim jego samochodem w upał nieziemski. Klimatyzacja na 18 (!!) stopni i ani grama więcej! Twierdził, że TAK MA BYĆ, bo inaczej się NIE DA USTAWIĆ!!
Zmarzłam jak nie powiem co w czym i postanowiłam stanowczo: Klimatyzacji w samochodach mówimy stanowcze NIE!!
Teraz jakoś mi ta stanowczość minęła...
Po czasie ;-)

sobota, 20 czerwca 2009

Czasami człowiek musi - inaczej się udusi...

Zazwyczaj jestem raczej spokojnym człowiekiem.
Zazwyczaj...
Raczej...
Czasami jednak wpadam w furię i nie bacząc na okoliczności "lecę po całości".
Było to jakoś tak w połowie 2006 roku. Opisywanego dnia spotkałam się z koleżanką. Umówiłyśmy się w Promenadzie w naszej ulubionej Coffe Heaven. Koleżanka jest osobą niepalącą - w przeciwieństwie do mnie.
Więc mimo, że w Coffe można było wtedy palić, powstrzymałam chęć ćmuchania. Bo chociaż jestem nałogowcem, to przy osobach niepalących, a zwłaszcza w pomieszczeniach zamkniętych nie palę. No i do tego koleżanka była ze swoją trzymiesięczną córeczką.
Tak mniej więcej po ok. 3 godzinach plotkowania stwierdziłyśmy, że trzeba by się rozstać i sprawdzić, co robią pozostałe części naszych rodzin.
Odprowadziłam Renatę na parking, pomachałam na odjezdnym i pomaszerowałam do swojego samochodu. Na inny parking. Piętrowy. Wjechałam windą na odpowiedni poziom i podreptałam długim korytarzem w kierunku wyjścia.
Wspomniany korytarz kończy się ciężkimi, metalowymi drzwiami. Żeby je otworzyć, trzeba użyć sporo siły i wykazać się refleksem przy wychodzeniu na parking. Jakakolwiek opieszałość może się skończyć mało miłym pchnięciem w... zadek.
Tak więc kiedy już otworzyłam te ciężkie wrota, tradycyjnie wyskoczyłam na parking, żeby nie oberwać w kuper.
No i se skoczyłam...
Centralnie w objęcia panów dresów ABS-ów - czy jak to się teraz mówi "członków społeczności lokalnej w strojach regionalnych".
Było ich czterech. Znaczy stojących, bo piąty sterany życiem zalegał na podłodze, z główką (pozbawioną szyi) wdzięcznie wspartą o bok kosza na śmiecie.
Między tymi spionizowanymi krążyła flaszencja. Sądząc po kolorze - woda, ale ta więcej ognista.
Niezrażona, acz lekko skonfundowana powiedziałam do zgromadzonych w kółku (bynajmniej nie różańcowym):
-Przepraszam.
-Ależ nie ma za co! - usłyszałam.
Nie powiem - pełna kultura.
No to pomaszerowałam do mojego autka oddalonego parę metrów od tankujących.
Przy samochodzie poczułam ssssstraszne ssanie! Na fajkę, rzecz jasna. A trzeba Wam wiedzieć, że w samochodzie nie palę. Bo nie i już. Chociaż mam zapalniczkę samochodową, ale to już temat na innego posta ;-).
Więc niewiele myśląc wyciągnęłam paczuszkę z apetyczną zawartością, odpaliłam i....
Mmmmmmmmm! Jak mi dobrze! Wsparłam się o samochód. Ach! Aż oczy przymknęłam z lubością...
Panowie z flaszeczką darli paszczory (znaczy konwersowali), aż huk szedł. Ale co mi tam - oni zajęci sobą, a ja sobą.
Zaciągnęłam się po raz drugi, ciągle nie otwierając oczu...
-Tu nie wolno palić! - w moją błogość wdarł się nagle jakiś skrzekliwy głosik.
Uchyliłam niechętnie jedno oko. Nikogo nie było.
-No mówię! Tu nie wolno palić!!
Skrzek dobiegał jakby z niższych okolic, więc tam skierowałam spojrzenie niechętnego oka.
Przede mną stał, a właściwie siedział na skuterku Pan Ochroniarz. Wzrostu siedzącego psa (spotęgowanego dodatkowo przez rozpłaszczenie zadka na siodełku), urody podłej.
-Hę? - zapytałam mało przyjaźnie otwierając drugie oko.
-Nie wolno palić! - zakrzyknął człek na służbie.
-Taaaa??? - zdziwiłam się uprzejmie - A dlaczego? Przecież tu nie ma zakazu.
-Ale nie wolno! Zgasić to zaraz! A jak nie - tu pan się rozpłynął we własnej wizji - MANDAT BĘDZIE!!
-Co? - zapytałam lekko wkurzona.
-No mówię! MANDAT!!
-Moment - rzuciłam ugodowo (oczywiście zaciągając się dymkiem po pępek) - jak to nie wolno? Przecież tu nie ma zakazu palenia.
-Może i nie ma, ale JA nie pozwalam! - tu Pan Ochroniarz z dumą uniósł swe wątłe ciałko z siodełka.
NOOOOOOOOOO!!! Tego mi trzeba było!! Zagotowałam się! Zawrzałam i wybuchłam:
-Coooooooo??? Mandat??? Po pierwsze: jak się rozmawia z kobietą, to dobre wychowanie wymaga, żeby dźwignąć zadek i wstać, po drugie tu nie ma zakazu, więc wolno palić, po trzecie: tu są popielniczki, więc wolno palić, po czwarte: mandat to może dawać policja, ewentualnie straż miejska, a nie ochrona obiektu. A po piąte: najłatwiej i najbezpieczniej przypieprzyć się do samotnej kobiety o palenie papierosa, a nie do tych tam dresów abeesów całkiem jawnie chlających wódę mimo, że jest to zakazane ustawą!!
Im bliżej było końca mojej "przemowy", tym coraz bardziej podnosiłam głos. Ostatnią kwestię raczej wywrzeszczałam, niż powiedziałam.
Echo moich słów jeszcze grzmiało po opustoszałym parkingu, kiedy naszła mnie nieco spóźniona refleksja...
-Upssssssss... Tamci chyba usłyszeli...
Cisza na parkingu... Taka totalna... I nagle rozległy się oklaski... Od strony tych tankujących.
Obejrzałam się w ich stronę i zobaczyłam, że taki największy z nich unosi do góry flachę i woła w moim kierunku:
-Brawo laska! Ku...! Ale mu przypierd...!!!
Niewiele myśląc uniosłam do góry rękę z fajką i odkrzyknęłam radośnie:
-Dzięki chłopaki!!
Z promiennym uśmiechem odwróciłam się ponownie do na Pana Ochroniarza... Ale mój wzrok trafił w próżnię. Nie było go! Stlenił się. Wyparował. Śmignął na swoim jednośladzie gdzie go oczy poniosły. Może jeszcze do tej pory ucieka myśląc, żem kumpelą tamtych?
Wypaliłam fajeczkę do końca, peta wywaliłam do POPIELNICZKI PARKINGOWEJ (!!!) i pojechałam do domu.
I tak sobie pomyślałam, że pewnie gdybym nie była aż na takim "głodzie", to potulnie bym zgasiła papierosa i nie wdawała się w głupie utarczki słowne.
Ale...
Na wyposzczona nikotynowo byłam ;-)

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Trzy panie G ;-)

W komentarzach pod poprzednim postem napisałam, że pomyślę o wrzuceniu fotek takich bardziej wyraźnych niż ta w avatarze. Pogmerałam trochę sobie w albumie osobistym i dziecka starszego na Naszej Klasie (najszybciej i pod ręką ;-) ) i wygrzebałam takie ło fotki:
Najmłodsza, czyli panna Anna:
Tu uczesana i ubrana na bal:


A tu tradycyjnie i zwyczajowo w charakterze czupiradełka:

Tu Aś zwany Rabarbarą jako intrygująca femm fatalle


I poza zwykła (standardowa), czyli leniwa ;-)


A ta tu to Ata ;-)
We fragmencie...



I w całości (zarośnięta kapkę byłam - proszę o wybaczenie ;-)


No i trochę tycich robótek:
Dla Ani robię zakładkę na plastikowej kanwie. Chyba już widać, że to będzie żyrafa?

Jakiś czas temu zaczęłam robić (do kompletu z bieżnikiem) serwetkę perminową hardager.


Jeśli chodzi o serwetkę, którą obiecałam haftować publicznie - mam chwilowy zastój. Ale jak już "wyjdę na równą" (mam nadzieję, że jeszcze w tym miesiącu ;-) ), to będzie oczywiście ciąg dalszy :-)