Do mojego poprzedniego wpisu i Waszych licznych i pomocnych komentarzy obiecuję odnieść się w najbliższych dniach.
Dziś jednak będzie z innej beczki...
Data 31.08 już na zawsze będzie dla mnie końcem nie tylko wakacji...
Mamy w ogrodzie wielkiego kasztanowca.
Jak powszechnie wiadomo, te piękne drzewa od parunastu lat są dewastowane przez szrotówka kasztanowcowiaczka.
Nazwa niewinna, wręcz zabawna, a spustoszenia potworne!
O nasze drzewsko dba głównie mój tata, ale obie z Anią też dzielnie grabimy i palimy jesienią liście i opadłe kasztany.
To najlepszy sposób na ochronę drzewa i na przedłużenie jego życia.
Mamy motywację do tego nie tylko z pobudek czysto ekologicznych, ale również z powodów przesądów i "niewłaściwych" lektur.
Może zacznę od lektury.
Lat temu sto, a może i więcej, przeczytaliśmy książkę pt: "Krew" (Elena Quiroga).
To historia czterech pokoleń ziemiańskiej rodziny. Narratorem jest właśnie kasztanowiec.
Teraz będzie tzw. spoiler, czyli zdradzam koniec książki: drzewo zostaje ścięte, bo przeszkadza.
Padając, przygniata swoim ciężarem ostatniego, małoletniego potomka z rodu. Uwielbiającego zabawy pod kasztanowcem.
Zrobiło to na nas wstrząsające wrażenie i w związku z tym kasztanowiec będzie sobie u nas rósł do końca świata...
A przesąd?
Osoba (prywatna, nie hodowca!), która zakopie w ziemi kasztan i wyrośnie z niego drzewo, umrze po pierwszym jego kwitnieniu...
Moja Mama miała trzech starszych braci.
Była ukochaniem brata środkowego.
Z wzajemnością.
Różnica wieku była między nimi ok. 13 lat (może się mylę, ale niewiele).
Tenże Brat Mamy nie był przesądny, w głupoty nie wierzył.
Znalazł gdzieś kasztanek i wtyknął go pod płotem - niech rośnie!
Kasztanowiec wyrósł po kilkunastu latach na schwał.
Aż pewnej wiosny zakwitł...
A potem zamiast kwiatów miał owocniki.
Tego dnia moją Mamę cały dzień nosiło. Nie umiała znaleźć sobie zajęcia, nie potrafiła usiedzieć w miejscu.
Biegała z kąta w kąt.
W końcu poszła na grzyby do lasu.
Nic nie znalazła.
Poza figurką słonia...
Leżał sobie na mchu i czekał, aż ktoś go podniesie.
Po powrocie do domu dowiedziała się, że...
Nie poznałam mojego Wujka, ukochanego Brata mojej Mamy. Zmarł nagle na wylew kilka lat przed moim urodzeniem.
Od dnia Jego śmierci do naszego domu nie mają prawa wstępu słonie (nawet te z trąbą do góry), a wszystkie kasztany płoną w ognisku. Razem z liśćmi.
Tak na wszelki wypadek...
sobota, 31 sierpnia 2013
czwartek, 29 sierpnia 2013
Pomożecie??
Mam do Was pytanie i prośbę za jednym zamachem.
Otóż: od nowego roku szkolnego mam prowadzić zajęcia pt: "Kółko robótkowe".
Będą one skierowane dla uczennic (bo wątpię, żeby męska część załogi się napaliła) z gimnazjum i liceum.
Plan zajęć mam rozpisać na 32 tygodnie.
Na pierwsze trzy-cztery tygodnie pomysł mam.
Ale co z pozostałymi w liczbie 28????
Tzn. pomysłów mi nie brakuje, ale problem jest w tym, że materiały na zajęcia będą musiały finansować same zainteresowane.
I tu jest pies pogrzebion - to nie może być nic, co generuje wysokie koszty zabawy.
I co ja mam zrobić, biedna mysz??
Poratujcie dobrzy ludzie pomysłami!
Zadam teraz słynne pytanie towarzysza Gierka:
To jak - pomożecie??
(odzew dla niezorientowanych - POMOŻEMY! ;-D )
Otóż: od nowego roku szkolnego mam prowadzić zajęcia pt: "Kółko robótkowe".
Będą one skierowane dla uczennic (bo wątpię, żeby męska część załogi się napaliła) z gimnazjum i liceum.
Plan zajęć mam rozpisać na 32 tygodnie.
Na pierwsze trzy-cztery tygodnie pomysł mam.
Ale co z pozostałymi w liczbie 28????
Tzn. pomysłów mi nie brakuje, ale problem jest w tym, że materiały na zajęcia będą musiały finansować same zainteresowane.
I tu jest pies pogrzebion - to nie może być nic, co generuje wysokie koszty zabawy.
I co ja mam zrobić, biedna mysz??
Poratujcie dobrzy ludzie pomysłami!
Zadam teraz słynne pytanie towarzysza Gierka:
To jak - pomożecie??
(odzew dla niezorientowanych - POMOŻEMY! ;-D )
sobota, 24 sierpnia 2013
Raport - tak po prostu
Raport będzie. Koci. Czyli z życia wzięte.
Tak po prostu.
Osoby niezainteresowane proszę o ominięcie wpisu!
Z litości tych omijających wpisy "życiowe", a radośnie wpisujące się jedynie pod robótkami, imiennie dziś nie będę wymieniać, ale jak mnie wkurzenie maksymalne obejmie, to się hamować nie będę! I polecę po całości!
I to już niedługo. Bo mnie nerw ciska i hipokryzja niektórych wk...ia znaczy - denerwuje dość znacząco.
To tyle tytułem wstępu.
Jak wiadomo moim wiernym czytelnikom, koty mam dwa.
Ten najnowszy spadł mi na głowę niespodzianie i dość dramatycznie.

Chory, poobijany jak ulęgałka, bez nadziei na przeżycie.
A on, skubaniutki, wziął i przeżył. I żyje! Ciągle!
I to całkiem nieźle.
Jest już kotem wykastrowanym i zaczipowanym.
Czyli jak zauważyła jedna z pań na FB: zamienił jaja na elektroniczny gadżet ;-)
Po dwóch tygodniach miał złagodnieć i przestać spierdzi... eeeee.... znaczy... zwiewać z domu i demolować Fredka-pacyfistę...
Noooo czy ja wiem?
Czy ja wiem, czy wydłubywanie gnoja beżowego z kanałku, z mokrym zadem przeze mnie i Chudą to takie złagodnienie i udomowienie?
Czy obracanie po glebie wielkim Fredem jak worem treningowym, to objaw wysublimowania uczuć, po wycięciu atrybutów męskości??
Czy uwieszanie się kłami i pazurami na warkoczu najmłodszej to objaw delikatności?
Czy obgryzanie rąk i nóg pani najstarszej, to taki koci standard?
No może...
A kradzieże zabawek z pokoju młodej młodszej to też ten objaw łagodności i grzeczności?
Kradnie jej wszystko!! Laleczki z domku dla lalek (takie malutkie), piłeczki, długopisy, gumki, ołówki, kredki...
Rozwala puzzle i na łapach kawałki po domu roznosi!
Maksimum determnacji przy kradzieży wykazał przy rąbnięciu małej jej kota, którego zrobiłam jej swego czasu na drutach.
Kot jet duży - mniej więcej wielkości rzeczonego złodzieja.
Dziś miałam okazję zaobserwować jak to się odbywa.
Otóż kot Lucjusz bierze go w zęby, włazi na niego okrakiem i ciąąąąągnie na dół, turlając się we spół w zepół po schodach, do salonu - tam ma swój skład zabawek wszelakich.
Determinacja godna podziwu! Kot drutowy grubszy niż Lucyferiusz ;-D
No właśnie - Lucek właściwie nie rośnie. Jest dość ciężki, ale kurdupel z niego. Wprawdzie bitny i ambitny, ale jednak konus...
Nie wiem - może to pozostałość po wypadku?
I ma jeszcze jedną wadę(?) - ciągle nas liże! W sensie MYJE nas nieustannie! :-D
Opędzić się od gada i jego szorstkiego jęzora nie można!
Przykład?
A proszę!
Mężu zalega na kanapie przed TV. Stopy gołe...
Lucuś wskakuje i z błyskiem w błękitnych oczętach rzuca się na stopy pana.
Liże i liże... Palec po palcu..
Jednak jak dochodzi do podeszwy, pan eksploduje ze śmiechu i chowa nogi pod siebie z okrzykiem:
- Lucek! Świrze! Przestań! :-DDD
Lucek zeskakuje z kanapy, a pan prostuje nogi z ulgą i nadzieją na wypoczynek.
Nic z tego!
Lucyferiusz jest czujny!
Nogi prosto, stopy gołe -WRACAM DO PRACY!! ;-DD
I zabawa od nowa. :-D
Co jeszcze?
Lucek ma śmieszny zwyczaj - jak się go dotyka, to "mówi" takim grubym sznaps barytonem "mrryyy??"
To prowokuje do ciągłego macania gadziny ;-D
I ten drań chyba to wie, bo robi "mryyy??" i mryga ślepiami niewinnie :-D
Co jeszcze lubi?
Lubi, jak pani najstarsza czesze panią najmłodszą. Szaleje wtedy po umywalce, po spłuczce i pomaga mi w czesaniu! Nie w przenośni - DOSŁOWNIE! Wczepia pazury we włosy małej i razem ze szczotką ciągnie w dół!
Ogólnie jest chętny do pomocy i pracy.
Kocha sprzątać!
Jak ścieram kurze, to z jednej strony ściery jestem ja, a z drugiej mam uwieszonego kota...
I tak sobie razem działamy, walcząc z szarawym nalotem tu i ówdzie...
Odkurzacza nie lubi, aczkolwiek zaczął go wczoraj oswajać i z marsem na czole poklepywać od niechcenia...
Chciałby ze mną spać w nocy. Ale nic z tego!
Kołdra i poducha pańci bezpowrotnie i bezapelacyjnie jest zarezerwowana dla Fryderyka!

Z młodym raz spaliśmy (w duecie z Fredziem), ale za bardzo się tłukły o moją poduchę i w sumie nikt się nie wyspał ;-D
Póki co - więcej prób nie będzie!
Młody jest radosny, rezolutny, chętny do pomocy i szybko się uczy. Lubi być głaskany i przytulany (chociaż udaje twardziela).
Kocha się bawić i broić!
A jak narozrabia OKROPNIE, to umie usiąść, wbić w człeka niewinne błękity i POWIEdZIEĆ ludzkim głosem: MRRRYYY? NIEEEE! To się samo tak popsuło...
Młody ma problem ze wzrokiem - znaczy z prawym oczkiem (z tym słabszym).
Ale na pewno nie jest do końca aż tak źle, skoro młodzieniec często-gęsto po suficie biega (to nie przenośnia!).
Tak więc - Lucjusz ma się dobrze, Fryderyk akceptuje gnojstwo (bez entuzjazmu)
Podsumowanie jakieś raportu na koniec?
Fajne i kochane mam kocurki :-)))
Oba dwa!
I nudno by mi bez nich było.
Tak po prostu :-)))
Tak po prostu.
Osoby niezainteresowane proszę o ominięcie wpisu!
Z litości tych omijających wpisy "życiowe", a radośnie wpisujące się jedynie pod robótkami, imiennie dziś nie będę wymieniać, ale jak mnie wkurzenie maksymalne obejmie, to się hamować nie będę! I polecę po całości!
I to już niedługo. Bo mnie nerw ciska i hipokryzja niektórych wk...ia znaczy - denerwuje dość znacząco.
To tyle tytułem wstępu.
Jak wiadomo moim wiernym czytelnikom, koty mam dwa.
Ten najnowszy spadł mi na głowę niespodzianie i dość dramatycznie.

Chory, poobijany jak ulęgałka, bez nadziei na przeżycie.
A on, skubaniutki, wziął i przeżył. I żyje! Ciągle!
I to całkiem nieźle.
Jest już kotem wykastrowanym i zaczipowanym.
Czyli jak zauważyła jedna z pań na FB: zamienił jaja na elektroniczny gadżet ;-)
Po dwóch tygodniach miał złagodnieć i przestać spierdzi... eeeee.... znaczy... zwiewać z domu i demolować Fredka-pacyfistę...
Noooo czy ja wiem?
Czy ja wiem, czy wydłubywanie gnoja beżowego z kanałku, z mokrym zadem przeze mnie i Chudą to takie złagodnienie i udomowienie?
Czy obracanie po glebie wielkim Fredem jak worem treningowym, to objaw wysublimowania uczuć, po wycięciu atrybutów męskości??
Czy uwieszanie się kłami i pazurami na warkoczu najmłodszej to objaw delikatności?
Czy obgryzanie rąk i nóg pani najstarszej, to taki koci standard?
No może...
A kradzieże zabawek z pokoju młodej młodszej to też ten objaw łagodności i grzeczności?
Kradnie jej wszystko!! Laleczki z domku dla lalek (takie malutkie), piłeczki, długopisy, gumki, ołówki, kredki...
Rozwala puzzle i na łapach kawałki po domu roznosi!
Maksimum determnacji przy kradzieży wykazał przy rąbnięciu małej jej kota, którego zrobiłam jej swego czasu na drutach.
Kot jet duży - mniej więcej wielkości rzeczonego złodzieja.
Dziś miałam okazję zaobserwować jak to się odbywa.
Otóż kot Lucjusz bierze go w zęby, włazi na niego okrakiem i ciąąąąągnie na dół, turlając się we spół w zepół po schodach, do salonu - tam ma swój skład zabawek wszelakich.
Determinacja godna podziwu! Kot drutowy grubszy niż Lucyferiusz ;-D
No właśnie - Lucek właściwie nie rośnie. Jest dość ciężki, ale kurdupel z niego. Wprawdzie bitny i ambitny, ale jednak konus...
Nie wiem - może to pozostałość po wypadku?
I ma jeszcze jedną wadę(?) - ciągle nas liże! W sensie MYJE nas nieustannie! :-D
Opędzić się od gada i jego szorstkiego jęzora nie można!
Przykład?
A proszę!
Mężu zalega na kanapie przed TV. Stopy gołe...
Lucuś wskakuje i z błyskiem w błękitnych oczętach rzuca się na stopy pana.
Liże i liże... Palec po palcu..
Jednak jak dochodzi do podeszwy, pan eksploduje ze śmiechu i chowa nogi pod siebie z okrzykiem:
- Lucek! Świrze! Przestań! :-DDD
Lucek zeskakuje z kanapy, a pan prostuje nogi z ulgą i nadzieją na wypoczynek.
Nic z tego!
Lucyferiusz jest czujny!
Nogi prosto, stopy gołe -WRACAM DO PRACY!! ;-DD
I zabawa od nowa. :-D
Co jeszcze?
Lucek ma śmieszny zwyczaj - jak się go dotyka, to "mówi" takim grubym sznaps barytonem "mrryyy??"
To prowokuje do ciągłego macania gadziny ;-D
I ten drań chyba to wie, bo robi "mryyy??" i mryga ślepiami niewinnie :-D
Co jeszcze lubi?
Lubi, jak pani najstarsza czesze panią najmłodszą. Szaleje wtedy po umywalce, po spłuczce i pomaga mi w czesaniu! Nie w przenośni - DOSŁOWNIE! Wczepia pazury we włosy małej i razem ze szczotką ciągnie w dół!
Ogólnie jest chętny do pomocy i pracy.
Kocha sprzątać!
Jak ścieram kurze, to z jednej strony ściery jestem ja, a z drugiej mam uwieszonego kota...
I tak sobie razem działamy, walcząc z szarawym nalotem tu i ówdzie...
Odkurzacza nie lubi, aczkolwiek zaczął go wczoraj oswajać i z marsem na czole poklepywać od niechcenia...
Chciałby ze mną spać w nocy. Ale nic z tego!
Kołdra i poducha pańci bezpowrotnie i bezapelacyjnie jest zarezerwowana dla Fryderyka!

Z młodym raz spaliśmy (w duecie z Fredziem), ale za bardzo się tłukły o moją poduchę i w sumie nikt się nie wyspał ;-D
Póki co - więcej prób nie będzie!
Młody jest radosny, rezolutny, chętny do pomocy i szybko się uczy. Lubi być głaskany i przytulany (chociaż udaje twardziela).
Kocha się bawić i broić!
A jak narozrabia OKROPNIE, to umie usiąść, wbić w człeka niewinne błękity i POWIEdZIEĆ ludzkim głosem: MRRRYYY? NIEEEE! To się samo tak popsuło...
Młody ma problem ze wzrokiem - znaczy z prawym oczkiem (z tym słabszym).
Ale na pewno nie jest do końca aż tak źle, skoro młodzieniec często-gęsto po suficie biega (to nie przenośnia!).
Tak więc - Lucjusz ma się dobrze, Fryderyk akceptuje gnojstwo (bez entuzjazmu)
Podsumowanie jakieś raportu na koniec?
Fajne i kochane mam kocurki :-)))
Oba dwa!
I nudno by mi bez nich było.
Tak po prostu :-)))
czwartek, 15 sierpnia 2013
Wredne prawa fizyki i optyki
Ponieważ jestem kobietą zapracowaną i cały dom spoczywa na mojej głowie...
... nie zawsze mam czas na zabawy...
Ale wczoraj jakoś udało mi się wyrwać z rutyny codzienności i pojechać z moimi córzydłami na Farmę Iluzji.
Na "dzień dobry" powitał nas kran z wodą znikąd... (?).
Wiecie jak to działa?
Nie?
Bo ja wiem.
A kto się chce przekonać, musi pomyśleć, albo samemu się udać i "obwąchać" problem u podstaw :-D
Ja nie powiem! :D
Lewitujące piłeczki nie powinny sprawić nikomu problemu:
A zabawa przy nich jest niesamowita :-D

Gorzej jest z krzywym domkiem...
Weszłyśmy tam lekko i beztrosko - oj co tam! Podłoga pod górkę? No i co z tego!
Co to dla nas!
Po niecałej minucie wyturlałyśmy się na zewnątrz, bo nam mózgi i błędniki oszalały!
Ania zmieniła barwę na sino-białą, Chuda była bliska zejścia, a ja miałam kręćka w głowie jak po dobrej imprezce!
Ale my zawzięte jesteśmy i wróciłyśmy po chwili!
Bo złość nas ogarnęła, że taki zwykły koślawiec nas chciał pokonać!
Ale w tym domu nie jest normalnie...
Tzn. meble niby są, ale jakoś tak pochyło, chociaż prosto/krzywo stoją:

Nawet stół do bilarda jest!
.jpg)
Kto zgadnie, w którą stronę toczy się bila na zdjęciu?
No?
Na logikę?
Do Ani, czy od Ani? :-P
Otóż OD Ani! Pod górkę!
Dlaczego?
Odsyłam do pierwszego zdjęcia ;-D
Kto ma krzywicę? Ania, Asia, czy schodki?

A czemu Asia ścianę podpiera? I czy ta ściana prosta jest, czy wręcz przeciwnie?? :-D
I czy my "wsystkie cy" som ksssyyywe??? :-D
Zgłupieć można do cna!
Dla równowagi psychiczno-zdrowotnej poszyłyśmy na Zieloną Ścieżkę Zdrowia.
Oj nie było łatwo!
Ale dałyśmy radę. Nooo... Prawie ;-)
Przeszłam po równoważni na sprężynach:
Chuda też:
Ania... No cóż... Nie zrobi się z naukowca sportowca! ;-)
Inna równoważnia - taka bardziej ruchoma - to dla mnie bułka z masełkiem ;-)
Natomiast zabaw w kuli wodnej odmówiłam!



Jako i skoków na trampolinie:

Oraz zjazdów na czymś dziwnym:
Po szaleństwach człeki głodnieją.
Więc poszły coś zjeść.
Nic wymyślnego.
Ot, zwykłe głowizny serwowano:

.jpg)

Jak tak sobie popaczałam na łebki moich córeczek kochanych, to zastanowiłam się przez chwilę, czy nie głupim pomysłem byłoby zostawienie głów na farmie, a zabranie do domu samych kadłubów...
Ciszej by było, mniej pyskato...
No ale się nie dało!
Chociaż powstała jeszcze jedna opcja, czyli dwie w jednej:

Czy to Ania?
Czy Asia?
A może Asioań, albo Anioaś?
W każdym razie ich teoria o zamianie i podmianie szpitalnej po urodzeniu legła z hukiem w gruzach, bo naocznie się przekonały, że są do siebie baaardzo podobne.
I do osoby podającej się za ich matkę też :-D
Musiały to jakoś odreagować:
Co jeszcze?
Chuda zapragnęła być Syrenką...
No i jest. Ale taką niedorobioną!
Sugerowałam jej, żeby zdjęła bluzkę i biustonosz. Nie chciała!
Nawet argument: niech ludzie zobaczą, jak wyglądają z przodu najsłynniejsze plecy fejsbuka nie podziałał na nią ;-)
Nieśmiała jakaś, czy coś???
Nieważne!
Ważne, że miałyśmy wczoraj super dzień!
Wszystkiego nie dałam rady opisać, ani zilustrować.
Np. tunelu zapomnienia. Ot, po prostu: był tak sugestywny, że zapomniałyśmy zrobić w nim zdjęć ;-D
To był prawdziwy, wakacyjny luz. Od rana do wieczora :-)
I do tego z okropnie nielubianą przeze mnie wredną fizyką i optyką i ich prawami.
Jakoś dałam radę ;-DDD
wtorek, 13 sierpnia 2013
Plecie się w komplecie
Wciągnęła mnie ta zabawa, niczym chodzenie po bagnie ;-)
Najsamprzód machnęłam kolczyki.
Ale było im okropnie smuuuutno!
Więc dostały do towarzystwa bransoletkę:
I tak się właśnie w uplecionym komplecie prezentują.
Wzór oryginalny (ze strony, którą linkowałam w poprzednim poście) został przeze mnie zmieniony i zmodyfikowany.
Kolory w realu to opalizujący bursztyn.
Następne wyplATAnki w planach :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


