sobota, 9 października 2010

Nigdy nie mów nigdy...

Już nie jeden raz przekonałam się na własnej skórze, że nie mogę mówić NIGDY!
Tak było na przykład w przypadku frywolitek:
-Jaaaa??? Ja się tego nie nauczę! NIGDY W ŻYCIU! Nie dam rady! Nigdy!

Decoupage też tak samo traktowałam
-Że niby ja?? Hehehe! Dobre sobie! NIGDY!! Tu mi kaktus!!

I mimo, że ja to dobrze wiem, że nie nigdy nie można mówić nigdy, to jednak z uporem maniaka twierdziłam, że NIGDY nie będę farbować nitek...
Tjaaa...
Trzeba było siedzieć na kuprze w Warszawie, a nie się szwendać po Białymstoku ;-)
Jak zobaczyłam dokładnie tydzień temu na spotkaniu niteczki Krzysi , to wiedziałam, że ja to MUSZĘ przynajmniej spróbować zrobić!

Jedyną znaną mi osobą ( i mam ją że tak powiem pod ręką) , która farbowała niteczki jest Sylwia.
Tak więc nie bacząc na jej stan poważny/błogosławiony/odmienny (niepotrzebne skreślić) dusiłam biedaczkę masą pytań o techniczną stronę farbowania.
Sylwia - człek dobry i ze wszech miar cierpliwy zniosła to dzielnie i zadała mi brzemienne (jako i ona) w skutki pytanie:
-A kiedy będziesz farbować?
Więc zgodnie z prawdą odparłam:
-Jak kupię barwniki :-D
-To może ja wezmę swoje, jak będę do Ciebie jechać?
Nie widziałam przeciwwskazań ;-)

Tak więc spotkałyśmy się w środę i...
No nie! Nie na ten tychmiast się wzięłyśmy za farbowanie ;-D
Najpierw był napad na Pasgalę. Potem sadystka Ata pognała Sylwię "na szmaty" - efekt - kolejne gałganki zapełniły mi pękającą w szwach szafę, a Sylwia kupiła swojej Gabryśce torebkę :-)

Następnie trzeba było trochę poplotkować, porobótkować, posilić się itp itd.

Skutkiem miłych ploteczek i pogadywań jest dokończony przez Sylwię pled dla najmłodszego i oczekiwanego członka rodziny, czyli Szymka. Zapewne będzie u niej na blogu :-)

A ja zrobiłam dla najmłodszej członkini mojej rodziny, czyli Ani szalik.
Od razu napiszę, zanim mnie koleżanka zeszkaluje, że miałam ochotę dość szybko zaprzestać roboty nad ocieplaczem szyjnym. Posunęłam się nawet do tego, że założyłam małej szalik na szyję i podduszając dziecko własne twierdziłam, że już jest ok! I że styknie!
-No nieee!! No co ty!! - zbulwersowała się Sylwia - ty matko leniwa! Dziecku oczy na wierzch wyłażą od tego mierzenia!
Dziecko nic nie mówiło, przyduszone krótkim szaliczkiem, zbyt intensywnie dopasowanym do jej cienkiej szyjki ;-)
Żeby nie było! Zrobiłam uczciwie! I się daje omotać kilka razy. I nawet zwisa kawałkami!

Coś jakoś tak koło późnego popołudnia stwierdziłyśmy, że może by tak w końcu się wziąć za te barwniki i kordonki.
No to się wzięłyśmy.
Tzn Sylwia siedziała i wydawała mi polecenia:
-Weź nalej wodę.
-Ile??
-No mało.
-A jaka ma być? Gorąca kranówa, czy wrzątek z czajnika?
To dopiero był dylemat!! W końcu stanęło na wrzątku.
-Syp barwniki.
-Ile??
-MAŁO! Bo ci wyjdą kolory takie, że nikt na nie patrzeć nie będzie mógł.
-A ile to mało?

Sylwia to naprawdę cierpliwy człowiek! Ja po takich pytaniach pewnie bym udusiła pożałowania godną adeptkę sztuki farbiarskiej ;-)
Ale ten dobry człek tylko się śmiał z wyrozumiałością ;-)


Tak więc pod czujnym okiem i z pomocą Sylwii powstało na moim stole kuchennym takie cóś:


A następnie nastąpiło mazianie, mizianie i nasączanie kordonków.

Później owinięcie ich w folię spożywczą. Tu pamiętałam o zaleceniu Krzysi:
-Im gorsza, tym lepsza!
I kupiłam folię w Lidlu.

No i trzeba było gdzieś te zafoliowane gluty zaparować.
Normalni ludzie posiadają gary do gotowania na parze, względnie kombiwary.
Ja nie mam. Pewnie dlatego, że nie do końca normalną osobą jestem ;-)
Ale mam sokownik!
Niteczki zostały zapakowane do sokownika, gaz odpalony i nastąpiło parowanie.

Później już samodzielnie odpakowałam te makaroniki i wrzuciłam do zimnej wody.
Uwaga! Uwaga!
Prosze pań! Oto landrynkowe spaghetti by Ata!


A to poniżej, to moja ciekawość. Otóż mam kordonek w kolorze... hmmm... tego... SRACZKI!
Jest mało ciekawy. Więc spróbowałam zrobić z niego coś jadalnego. I PRAWIE wyszło ;-)
Trochę mu się "imidż" poprawił ;-)


A tak wyglądają moje "kluchy" po płukaniach, moczeniach i utrwalaniach i suszeniu
Ten po lewej stronie miał być szaro-różowy - u Krzysi na blogu jest naszyjnik właśnie w tym zestawie kolorystycznym. Z nitek farbowanych przez nią. Więc miałam (o naiwna!) nadzieję, że może coś podobnego mi wyjdzie :-DD
No nie wyszło jak widać :-D
Natomiast jeśli chodzi o ten korodnek,któremu poprawiałam wygląd to wyszło takie coś:

Już wiem, że następną razą (a zapewne następna raza będzie), muszę na niego naciapać więcej farby. I to zdecydowanie więcej ;-)

Tak więc po raz kolejny wiem, że nie wolno mi mówić NIGDY!

Co jeszcze?
W międzyczasie zrobił się taki ło listownik.

O dziwo się podobał, bo nowa właścicielka mnie nie sklęła i nie wyrzuciła przez zamknięte drzwi ;-)
Przypominam również, że moja Pocieszajka powoli dobiega końca. Można się zapisywać jeszcze tylko do środy, do północy. Tak więc osoby niezdecydowane mają jeszcze chwilkę na podjęcie decyzji ;-)
A jako, że dziś sobota, mus mieć ciacho. No to mieć ;-)
Przepis oczywiście w Garkotłuku .

Aha! Obiecane kursy już się przygotowują :-)

niedziela, 3 października 2010

200 km

Jak ogólnie wiadomo, kobieta zmienną jest ;-)
Miałam nie jechać na spotkanie w Białymstoku, ale SIĘ tak jakoś porobiło zgrabnie, że jednak SIĘ stawiłam na Super Zlocie Najfajniejszych Czarownic :-))
Mało tego!|
Udało mi się również namówić na wypad jeszcze jedną blogerkę. A mianowicie Elisse

Wyjechałyśmy bladym świtem.
Ja wiem, że nadgorliwość gorsza od faszyzmu, ale nie umiem zaplanować drogi co do minuty...
Efekt?
O godzinie 9:30 byłyśmy dokładnie 28 km od Białegostoku...
Niezorientowanych informuję, że spotkanie miało się rozpocząć o 11:00...
Bez komentarza ;-))

Tak więc porzuciłyśmy samochód i poszłyśmy trochę połazikować.
Tuż obok szkoły, w której miało się odbyć spotkanie jest kościół. Imponujący. Zastanawiałyśmy się Elizą z którego on może być roku. Stawiamy na lata 20-30 XX wieku.
Białostoczanki - prawdziwe sa nasze przypuszczenia??

Tuż przed 11 zameldowałyśmy się w Klubie robótek :-)
Pierwszą osobą którą zobaczyłyśmy była Krzysia
A następnie zostałyśmy lekko poduszone przez Madziulę - mnie się należało duszenie za milczenie.
Natomiast Eliza "oberwała" z powodu radości Madzi :-)
Rozgościłyśmy się na jednym ze stołów przygotowanych do ekspozycji.

A później?
A później nastąpiło ogólne oglądanie i gadanie.

No to teraz czas na fotorelację.
Od razu zaznaczam, że zdjęć mam mało. Gdyby nie Ania, która była ze mną miałabym guzik do pokazania. Dziecko na szczęście mam roztropne i wykazało się przytomnością umysłu, bo widziała, że matce ani w głowie łapanie zbyt częste aparatu ;-)

A więc na pierwszy ogień Krzysia i jej cudo hardangerowe:


A to pudełko zrobione przez nią jej osobistymi, zdolnymi rękami:


A tu również widać Krzysię, moją Anię i.... POMOCY!! KOGO??
Edycja : oprócz Ani i Krzysi są Ania 75, a w głębi Darka
Krzysi i Małgosi bardzo dziękuję za pomoc :-)



I jeszcze jedno. Muszę się Wam "poskarżyć". Otóż Krzysia zagroziła mi uduszeniem, mękami piekielnymi i innymi przyjemnościami, bo ponieważ przez mój kurs frywolitek na igle zbałamuciłam i popsułam jej kilka dobrze zapowiadających się uczennic frywolitki czółenkowej.
Krzysiu! Nawet nie wiesz jak strasznie NIE JEST MI GŁUPIO :-PP

Kolejna z Super Kobiet - czyli Madziula:


Obok niej stoi wspomniana wyżej przeze mnie Krzysia de domo Groźna i pan, który przerobił obraz Matejki "Bitwa pod Grunwaldem" na haft krzyżykowy. Zarazem twórca znanego wszystkim haftującym programu do przeróbki zdjęć na xxx.


Naila - filigranowa, urocza osóbka:



I kilka jej prac:




Zwróćcie proszę uwagę na te piękne serwety frywolitkowe i ich ochroniarza





Od prawej: Yenulka, stoi Melicja, a po lewej siedzi??? POMOCY!!!

Edycja: Po lewej siedzi Marta z pasmanterii w Białymstoku - z relacji Krzysi wiem, że jest to szalenie kompetentna osoba. Krótko mówiąc - właściwy człowiek, na właściwym miejscu :-)
I tu również należą się podziękowania dla Krzysi i Małgosi :-)


Dzięki dziecku memu mam dwie fotki prac Meli:

Powstanie królika ma pewną historię. Mela pisała o niej na swoim blogu, ale przytoczę. Otóż rok temu NIE wygrała takiego królika w mojej zabawie, więc... Wzięła i go sobie sama uszyła :-D
Wpadłam w związku z tym na pewien pomysł: może nie przeprowadzę losowania w mojej Pocieszajce . Bo być może w ten sposób spowoduję, że znowu kilka osób opętanych żądzą posiadania frywolnej rzeczy zechce się nauczyć dłubać na igle. Lub czółenku - Krzysiu - nie krzycz!! ;-D)


A to króliczek zrobiony na drutach również przez Melicję.
Obie z Melą nie pamiętamy kto i gdzie pokazywał jak go zrobić. Więc znowu prośba do Was: kto i gdzie??? Wiem, że to było w tym roku przed Wielkanocą.
Edycja: dzięki Askoz wiem już kto jest autorem króliczka! To Wiki
Asiu! Bardzo Ci dziękuję za pomoc :-))




Aploch , Yenulka, a hen w tel po lewej stronie Jolinka




A teraz mam prośbę do Yen i Aploch - nie utłuczcie mnie bardzo proszę, ale nie mam zdjęć Waszych prac ... Macałam łapami niegodnymi o to:
(zdjęcie z blogu Aploch). Po raz pierwszy w życiu na własne oczy zobaczyłam monokanwę. I dzięki temu wiem już na 1000%, że needel point nie dla mnie.

Yen - nie mam zdjęć również Twoich prac. A może i mam, tylko nie wiem które to są.

A teraz mała ciekawostka.
Yenulkę znam od lat z różnych for. Wczoraj po raz pierwszy miałyśmy okazję uściskać się w realu.
Przy pożegnaniu od słowa, do słowa dogadałyśmy się, że mieszkamy od siebie w odległości rzutu moherowym beretem...
Ręce, szczęka i inne części garderoby mi opadły... To ja byłam święcie przekonana, że Yen mieszka na drugim końcu Warszawy, pod drugiej stronie Wisły. A tu się okazało, że w zasadzie tuż za miedzą!
I po to żeby się tego dowiedzieć, po paru latach znajomości, musiałam pojechać 200 km od domu :-DDD

Elisse pogrążona w dyskusji z Małgosią z Kuferka

Widzicie te kordonki obok Elizy?
Obiecałam jej, że ją nauczę frywolić. I słowa dotrzymałam!
Zdolna z niej bestia! Szybko złapała o co w tym biega i jak się plącze nitki.
Uczyć taką osobę jak Eliza to po prostu czysta przyjemność!!
Małgosia podpatrywała z boku poczynania Elizy i... też złapała bakcyla! Ha! Ależ ze mnie zaraza!! :-DDD
Pani, którą widać we fragmencie na fotce, to koleżanka Krzysi, pani Ela (Małgosiu, dziękuję za podpowiedź :-)) - jedna z tych, którą popsułam swoim kursem ;-)
A to jedynie trzy rzeczy, które Eliza zabrała ze sobą na spotkanie mimo, że pokrzykiwałam na nią, że ma wziąć DUŻO!! Obiecała poprawę i następnym razem przywiezie zdecydowanie więcej swojego rękodzieła.




Na szczęście sampler przyjechał z Elizą! I miałam okazję zobaczyć go w realu i oniemieć z podziwu. Zarówno nad jego wielkością jak i starannością wykonania

Tzn było jeszcze ciasto Elizy, ale jakoś bufetu niestety Ania nie fociła - raczej z niego korzystała ;-)

Wspomniałam wyżej o Jolince
Jestem szczęściarą! Bo nie dość, że mogłam podziwiać naocznie cuda jej autorstwa:

To do tego jeszcze dostałam prześlicznego aniołka!!



Jak już wspomniałam, razem ze mną na spotkanie przybył również mój "ogonek" czyli Ania
Jak widać osamotniona nie była - tu razem z nową koleżanką Kingą. Wprawdzie nieco młodszą, ale różnica wieku nie stała na przeszkodzie w zadzierzgnięciu znajomości ;-)

Ania dostała od Krzysi notesik. Cudeńko! Ania całą drogę oglądała i podziwiała tego prześlicznego filigranka. I chyba nie do końca wierzyła, że jest JEJ NA ZAWSZE ;-D




Kiedy już wracałyśmy do domu, po oddaniu Elizy w stęsknione ramiona jej osobistego Miśka, zapytałam Anię:
-I jak? Nie nudziłaś się?
-Coś ty!!! Było bardzo fajnie! Masz super koleżanki!

No ba! W pełni podzielam zdanie mojej córki!

Dziewczyny! Ogromnie Wam dziękuję za spotkanie. Akumulatory naładowałam tak, że spokojnie wystarczy mi do... następnego spotkania :-))
Wszystkie jesteście wspaniałe!

Dzielnym organizatorkom należą się ogromne brawa i moc uścisków!

Więcej zdjęć będzie niewątpliwie na blogach wymienionych przeze mnie dziewczyn. Więc w ich imieniu zapraszam do oglądania :-)


Po wczorajszym gadaniu, gadaniu, gadaniu i gadaniu dziś zaniemówiłam. Kompletnie :-DD
I wcale mi nie jest z tym źle! WARTO BYŁO!!!



A na zakończenie mała próbka tego, co można zrobić za pomocą urządzenia o którym pisałam w poprzednim poście:

Kwiatek duży autorstwa Ani, mniejszy mój.
To tylko nasze dwa pierwsze wytworki. Możliwości jakie daje ten zakup poczyniony pod wpływem Miecia są ogromne. Obiecałam na wczorajszym spotkaniu, że w najbliższym czasie pokażę jak się tego ustrojstwa używa. Oraz jak się posługiwać yo-yo makerem.
To w takim razie - na razie ;-)

środa, 29 września 2010

Miecio

Miecio...
Przekleństwo mojego życia...
Szwenda się koło mnie od paru ładnych lat. Usiłuję się go pozbyć, ale jak dotąd bezskutecznie.
Może Wy będziecie miały dla mnie jakąś radę?

Chociaż wątpię...

Miecio to twardy gość! I nieustępliwy.
Zwykle bywa spokojny i łatwo go poskromić. Wystarczy wykazać się hartem ducha.
Ewentualnie pokonać go siłą spokoju ;-)
Czasem jednak Miecio ryczy jak ranny lew i rozrasta się w trudny do okiełznania sposób...
Jest wtedy bardzo groźny. Działa jak taran, nie bacząc na trupy gęsto ścielące się u jego stóp...
Właśnie dziś Miecio znowu zaryczał...
A ja?
A ja nie dałam mu rady.
Tak, tak! Przyznanie się do porażki wcale nie jest ani łatwe ani przyjemne.
Ale mimo zażenowania postanowiłam opowiedzieć Wam moją pożałowania godną historię.
Ku przestrodze...

Pojechałam dziś do hurtowni pasmanteryjnej "Pasgala".
W celu po pierwsze zwiedzenia nowej siedziby tejże, a po drugie miałam za zadanie zakup kordonków dla Krzysi , a dla siebie planowałam zanabycie tasiemek.
Miecio wiedząc, ze jadę, bez słowa wcisnął mi się do samochodu, nie bacząc na moje protesty.
Nie pomogły tłumaczenia, że nie mam miejsca w samochodzie zapchanym do granic wytrzymałości makulaturą.
-Oj tam! - skwitował krótko moje marudzenie - jakoś się skurczę i dam radę.
Faktycznie - tak się zdekatyzował, że nie było go widać.
Obiecał mi też, że będzie grzeczny, język za zębami będzie trzymał i wstydu mi nie narobi.
Uwierzyłam mu...
O naiwna ja!!
Jak mogłam???
W punkcie skupu rzeczywiście był cichutki. Przeczekał cierpliwie, aż wybawię się z tambylczym kotem zwanym przeze mnie Złomkiem.
Pewne zainteresowanie wykazał na widok oryginalnego, żeliwnego stoliczka pod maszynę firmy Singer.
Ale cena go zmroziła i nie kontynuował rozmowy.
Natomiast w hurtowni...
No cóż.
Najpierw grzecznie biegał za mną bez słowa prptestu, bo musiałam się zaznajomić z nowiutką siedzibą mojej ulubionej hurtowni.
Kordonków zamówionych nie było. Tasiemki - owszem.
Ponieważ dośc szybko mi poszło, postanowiłam pochodzić sobie jeszcze i dokładnie poznać rozkład Pasgali.
Przyhamowałam przy jednym z regałów, bo zobaczyłam taki dyngs do robienia sznureczków. Traf chciał, że poprzedniego wieczora rozmawiałyśmy o nim z moją koleżanką Sylwią
(o Sylwii będzie jeszcze w tym wpisie). Zadzwoniłam do niej w celu konsultacji. Okazało się, że to jednak nie to urządzonko.
W tym czasie jak rozmawiałyśmy, oko Miecia spoczęło na innych rzeczach na regale..
-O! A co to? weź no ty zerknij.
-Hmmm.. Takie coś do robienia pomponów w kształcie serca.
-FAJNE - Miecio się rozpromienił
-No owszem - przytaknęłam odruchowo.
-I zobacz - drążył Miecio - dwa rozmiary są - mały i duży. Nie zostawiaj tego tu...
-A po cholerę mi to??
-Wymyślisz coś. Taka kreatywna jesteś - cukrzył mi Miecio
-Zamknij się!
-Noooo... Weeeźźź... Nie daj się prosić...
-O NIE! Nie ze mną te numery Bruner!
-Hans - nie masz szans - zachichotał Miecio odkładając pomponikowce. Ale dla odmiany ściągnął z półki inne opakowanko.
-O! A to co??
-A nie wiem.
-To zobacz - wcisnął mi do łapy to coś.
I w ten sposób dałam się wpuścić Mieciowi w kanał...
Miecio cmokał z zachwytem:
-No zobacz jakie to pomysłowe! Czy ty widzisz jak z tym można cudować??
-Milcz!
-Hohoho! Patrz ile tu możliwości! Jeden pakuneczek a pomysłów, że aż strach się bać!
-Odłóż to natychmiast!
-Kup!
-NIE!
-Nooo... NIe bądź taka... Fajne to jest przecież!
-I co z tego?!
-No nic, ale wiesz... Ania się ucieszy... Ona lubi takie wynalazki. Przypomnij sobie jak jej fajnie idzie szycie yo-yo makerem...
Wiedział dziad, jak mnie podejść...
I mam. Nazywa się to "Hana-Ami" Flower Loom.
Jeszcze nie próbowałyśmy z Anią, bo jest zajęta - pisze książkę na konkurs. Jak coś - to ja nie bardzo wiem o co chodzi.
A Miecio?
Miecio po wyjściu z Pasgali pogonił mnie na "szmaty". I również z jego poręki kupiłam trochę tzw "tłustych ćwiartek" po 1 zł za sztukę.
Między innymi takie:

Teraz Miecio śpi. Zadowolony jak nie wiem co!
Ale przed zaśnięciem zapowiedziałam mu:
-Mieciu! Pamiętaj! Już nigdy Ci się nie dam!
-Tak, tak. Ani razu do następnego razu - ziewnął Miecio rozkosznie.
-Przypomnij sobie co było u Ewy na blogu - szepnął jeszcze zasypiając.

No tak...
Będąc na blogu by_giraffe jakiś czas temu zobaczyłam taką zawieszkę (zdjęcie z blogu by_giraffe)



Miecio oglądał sobie ze mną i aż westchnął:
-Oj mieć takie! Miecio by dał Ani i Asi...
-Na szczęście Ania tego nie widzi!
Ale komentarz napisałam właśnie odruchowo w tym duchu.
A Ewa będąc kobietą pełną zrozumienia zaproponowała mi wymiankę!
Co ja zrobiłam, już wiecie z poprzedniego postu.
Kilka dni temu przyszła przesyłka dla mnie!
A w niej wspomniane 2 zawieszki Hello Kitty - jedna z niebieskim, a druga z zielonym kwiatuszkiem.
I tu wyjaśnienie, czemu im nie zrobiłam zdjęć samodzielnie - bo moje panny je zgarnęły ;-DD
Tzn zawieszki ;-)
Ale...
Ale to nie wszystko.
Razem z kotami przyjechało również serduszko.
Jak widać - pełni rolę zawieszki przy komórce :-))
Ale to nie wszystko!
Proszę państwa oto ona! Anielina we własnej mysiej postaci!


Czyż nie jest piękna??? Ma w sobie mnóstwo gracji i wdzięku! Jest bardzo grzeczna i nie sprawia kłopotów ( w przeciwieństwie do Miecia!)
Ewo - bardzo Ci dziękuję za przemiłą wymiankę. dzięki Tobie jestem szczęśliwą posiadaczką wspaniałych drobiazgów tak cudownie umilających te jesienne szarugi :-))

Teraz, zgodnie z zapowiedzią kilka słów o Sylwii.
Sylwia to nowa blogerka! Polecam Wam jej świeżutkiego bloga.
Teraz jeszcze jest w powijakach, ale koleżanka nam się rozkręca i zapewne niedługo zobaczycie więcej jej prac.
A ma dziewczyna czym się pochwalić!
Powiem tylko, że na widok jej koronek klockowych szczęka mi opada na glebę z hukiem! I mam to niewątpliwe szczęście, że mogę je czasem pomacać w realu! Oczami! Bo łapami nie mam śmiałości ;-D
Decu Sylwii to też mistrzostwo! Właśnie Sylwia zaraziła mnie skutecznie tą techniką.
Frywolitki to też jej domena.
Nawiasem mówiąc to właśnie ona usiłowała nauczyć mnie frywolenia na czółenku. I nawet pewne osiągniecia miała w tej dziedzinie.
Ale ostatecznie jak wiecie oddałam serce igiełkowej odmianie tych koronek.

Cóż jeszcze mogę dodać o Sylwii?
Ona też ma Miecia :-DD


Tak więc reasumując: wszyscy (?) mają Miecia - mam i ja!


A na zakończenie proponuję w ten ohydny, rozdeszczony dzień muffiny z jabłkami

Orygnalny przepis znalazłam na blogu Peli

czwartek, 23 września 2010

Fajnie mimo jesieni...

W lecie najdziwniejsze jest to, że trwa tak krótko...
Ledwo się człowiek wyplątał z ocieplanych gaci, grubych kurtek i szalików i przerzucił na letnie podfruwajki, a już znowu kalendarz i aura za oknem oznajmiają bezlitośnie "Pierwszy dzień jesieni" :-///
I co z tego, że jest kolorowo? Przecież już niedługo o 16:00 będzie ciemno jak u murzyna w ślepej kiszce, drzewa wyłysieją, trawa i kwiaty pozostaną tylko we wspomnieniach i na fotkach:









Winogrona mimo, że ładne niestety nadają się do jedzenia - są kwaśne jak ocet siedmiu złodziei!
Kosy mają używanie ;-)

Ale mimo tego, że nadeszła pora roku, której zdecydowanie nie lubię (a przynajmniej jej ostatniej fazy - tej listopadowo-grudniowej) ogólnie mogę stwierdzić, że fajnie jest ;-)

W tym tygodniu miałam wolne...
Z powodu przeziębienia się.
Tradycyjnie, jak co roku o tej porze w pracy mam lodówkę (kolejny powód tęsknoty za upałami!!)
Ale jakoś się tym specjalnie nie zmartwiłam.

Tym bardziej, że "w nagrodę" za zakatarzenie i zakasłanie w poniedziałek dostałam paczkę od Marty!
Pisałam o naszej wymiance w poprzednim poście
Paka była solidnych rozmiarów!
Po otwarciu moim uszczęśliwionym, acz załzawionym z lekka od kataru oczętom ukazał się taki oto widok:

Same słodkości! I czekolada do picia (MNIAM!!) i chustecznik - Marta - jakbyś wyczuła ;-DD, no i kartka własnoręcznie haftowana złotą (!) nitką.

No a później...
A później wyjęłam clou programu! Czyli PODUCHĘ!!
SUPER!!! Najpiękniejsza poducha Marty jest MOJA!!!
A na niej... No same powiedzcie - przecież to prawie Main Coon!! :-DD

Marta! Bardzo Ci dziękuję za wymiankę! Sprawiłaś mi ogromną przyjemność i radość. Dzięki Tobie czuję się po prostu SZCZĘŚCIARĄ!!
Duża buźka dla Ciebie! I koniecznie podziękuj ode mnie mężowi ;-)

Skoro jesteśmy w temacie wymianek.
Kolejna jest, że tak powiem w toku.
Ale wiem, że Ewa już ma to, co ja dla niej przygotowałam, więc myślę, że mogę Wam pokazać.
Oczywiście nie będzie zaskoczenia dla większości z Was, ponieważ na materiał wymienny został wytypowany... królik :-D


Ten dla odmiany lawendę zaniósł do nowego domu nie w węzełku, ale... w sowie.

Pomysł na sówki poddała Madziula
Korzystając z darowanego mi czasu uszyłam ich kilka sztuk.
Oto one: nadziane sowy:

Oczka robiłam za pomocą sprytnego urządzonka o nazwie Yo-yo Maker.
Pisała o nim Jola

Poza tym...
No cóż... Nieuchronność zmian pór roku uświadamia mi, że niedługo czas będzie pomyśleć o prezentach.
A póki co, pomyślałam o nich niejako od drugiej strony, czyli o opakowaniu ;-D
Uszyłam tylko trzy woreczki, ale zaraz lecę dalej działać, bo mnie wciągnęły).




Od razu uprzedzam pytanie o materiały: kupowałam je u Ani w Szmatce Łatce
I uprzedzam lojalnie i uczciwie: wejście do sklepu Ani odbywa się na Waszą osobistą odpowiedzialność!
"Szmatki", które Ania ma u siebie w sklepie są... no sama nie wiem jak to ująć!
A idźcie i podziwiajcie! ;-D
Tylko proszę nie mieć do mnie pretensji o opustoszały po takiej wizycie portfel! Ja z tym nie mam nic wspólnego jak coś!!

No i będąc dalej na fali zadowolenia ogólnego podziałałam trochę na niwie kuchennej.
Zapraszam do Garkotłuka
Pojawiło się tam kilka nowych przepisów.
Między innymi na sezamowe ciasteczka szczęścia

No to kończę i idę dalej coś kombinować, skoro tak mi dobrze idzie ;-)

A Wam zostawiam do posłuchania jesienną piosenkę :-)

niedziela, 19 września 2010

Reklama

Dziś będzie krótko. A przynajmniej taką mam nadzieję.
O reklamie będzie.
Od pewnego czasu dostaję na maila oferty od różnych sklepów prowadzących sprzedaż zarówno internetową jak i "naziemną".
Wygląda to tak mniej więcej:
"Pani blog blablabla... Pani popularność blablabla..." Czyli smarowanie mojego ego słodziutkim miodzikiem.
Po czym następuje konkret:
"Pani napisze posta na temat naszego sklepu, umieści link do niego i na stałe baner na bocznym pasku, a my się odwdzięczymy..."
I tu następuje lista dowodów wdzięczności:
-smycze
-ołówki
-kredki
-długopisy
-kubki
-podkładki pod myszy
-itp...
Otóż chciałam poinformować , że:
-na tego typu maile nie odpisuję
-wyżej wymienione artefakty posiadam w ilościach hurtowych
-reklama sklepów nazwijmy je "obcych" nie znajdzie się na moim blogu.

Na moim pasku bocznym są trzy sklepy, które reklamuję.
Ale należą do dziewczyn BLOGUJĄCYCH!
Nie prosiły o podlinkowanie swoich sklepów. Zrobiłam to, bo je znam, lubię i cenię.

Co innego, gdyby zwróciła się do mnie firma, czy sklep z gadżetami robótkowymi - te przygarnęłabym pod swe opiekuńcze skrzydła na ten tychmiast ;-)

A teraz "konsekwentnie inaczej" będzie reklama ;-)
Od wielu lat mam koleżankę. Poznałam ją na forum robótkowym.
Przepięknie maluje jedwabie, robi cudowne koronki klockowe, prace w technice pergaminowej spod jej palców wychodzą takie, że dech w płucach zapiera...
Ma talentów tyle, że aż dziw bierze, że to się mieści w tak drobnej osóbce jaką jest Ataboh :-)
Tylko ma jedną wadę: jest nieśmiała i nie ma bloga.
To ostatnie wynika także z innego powodu - brak czasu, ponieważ prowadzi gospodarstwo agroturystyczne

Beatko! Nie zamorduj mnie, ale ta reklama należała Ci się ode mnie już od stu lat z okładem!

No i pozostajemy w duchu reklamy...
Zapewne większość z Was już wie o II wielkim spotkaniu podlasko-mazurskim.
Jak ktoś nie słyszał, to biegiem do Krzysi!
U niej na blogu wszystko jest wytłumaczone :-)


A na koniec też w pewnym sensie reklama blogowa.
Jakiś czas temu zobaczyłam na blogu Marty uszyte [przez nią poduszki z kotami. Oniemiałam z zachwytu! A Marta, dobra dusza zaproponowała mi wymiankę :-)
Wiem, że przesyłka już do niej dotarła, więc mogę spokojnie pokazać to, co przygotowałam dla Marty:


Marta nazwała królika Rysiek ;-)

Kocia poducha jeszcze jest w drodze, ale jak już dojdzie zaraz się pochwalę wszem i wobec :-))

No! Chyba po raz pierwszy udało mi się nie rozpisać ponad miarę!