Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 lipca 2012

Piorun z kondomem...


Jakby ktoś miał jeszcze jakieś nadzieje, czy domniemania, że jestem osobą całkowicie normalną, to niniejszym wpisem rozwieję te mrzonki.
Od czego by tu zacząć...
To może tak lajtowo...
Otóż od jakiegoś czasu dziergam sobie...
SPOKOJNIE!! Bez nerwowych drgawek proszę!
Tym razem nie chustę!
Szal ma być. Z założenia. I z moheru z domieszką czegoś tam z czymś tam. Cienizna straszna!


Cieplak niesamowity! I puchatek przytulniaczek! Ogrzewa jak piec hutniczy. Wprost ideał do dziergania w te afrykańskie upały! Tak właśnie sobie uprzyjemniam czas kanikuły ;-)
Normalni ludzie sięgają po bawełny, bambusy, kordonki, a ja uparcie tkwię w okowach szalejących minusów z ciągłymi opadami śniegu!

Czasem odklejam się od drutów i szaleję twórczo-przetwórczo.


To urobek z wczorajszego dnia.
Czyli sok z wiśni, dżem malinowy, galaretka z porzeczek i ketchup porzeczkowy.
Przepis na ten ostatni wrzuciłam do Garkotłuka jak coś ;-)
Co w tym nienormalnego?
Nic w sumie.
Poza tym, że porzeczki zrywałam w pełnym, południowym nasłonecznieniu. Żar się z nieba lał, a ja  niczym ten dzielny stachanowszczyk i przodownik pracy z uporem godnym lepszej sprawy, zlana potem, dysząc jak parowóz w pełnym pędzie rwałam, rwałam i rwałam...
A wystarczyło tylko poczekać z godzinkę i drzewa by dały cień...
Dziś też miałam zamiar dalej obskubywać krzaki porzeczkowe i dodatkowo agrest, ale...

Było bardzo ciepło, ale tak rześko i wilgotność jakby zmalała.
Nie było wściekłego upału...
Idealny .dzień na skubanie krzaków owocowych, można by powiedzieć.
I co zrobiłam?
No oczywiście, że nie zrywałam owoców!!
Po co?? Lepiej poczekać, aż znowu zrobi się wściekły skwar i wtedy ruszyć w sad zielony!
Wzięłam sobie leżak, wywaliłam zwłoki w cieniu, na słońce wystawiając jedynie kawałki odnóży i z zapałem dziergałam....
- Szal? - zapyta ktoś.
Logika by na to wskazywała - upał zelżał,moher niewątpliwie nie grzałby aż tak, jak do tych pór. No i robótki by przybyło...
Ale ja się kocham z logiką jak ogień i woda!
Więc poszłam w kierunku całkowicie odmiennym.
Tzn. zamiast uzbroić się w druty, ja chwyciłam w garść haczyk - znaczy szydełko.
I myli się ten,kto sądzi, że powstały jakieś kolejne bransoletki szydełkowe.
Ależ skąd!
Ambitna taka więcej się poczułam! 
I przekonałam się po raz setny, że my się z szydełkiem zdecydowanie nie lubimy!
Cóż takiego dziergnęłam?
Ano kondom na komórkę:



Nie dość, że krzywy jak uśmiech polityka, to jakby tego było mało - ja nie używam pokrowców na komórkę! 
Mój telefon milczy oburzony takim potraktowaniem ;-)


I co jeszcze ostatnio wyprawiam?Słyszałyście zapewne o kulistych piorunach i mrożących krew w żyłach historiach o tym, co taki okrąglak może wyczynić.
Wpada taka cholera przez okno. lata po mieszkaniu, demoluje  sprzęt elektroniczny, wyciąga z siłą pompy ssącej haki ze ścian, gania za ludźmi i jak ma dobry humor, to wylatuje na zad, nie podpalając chałupy.
No więc ja też tak ostatnio działam...


Na haki w ścianach ;-/


Na jednym takim biedaku, w kuchni, wisiała sobie tablica korkowa. Trza ją było zaktualizować i poodpinać plany lekcji, zajęć, przeterminowane rysunki  itp. 
Tylko wyciągnęłam rękę w kierunku tablicy...
A ona z hukiem zleciała na Fredkowe miski.
Hak wyskoczył ze ściany sam z siebie! Ja go nawet nie ruszyłam!! Bo i po co??
A dziś....
U Chudej w pokoju... Kalendarz wisiał...
Już nie wisi :-/
Leży, bo ja TYLKO podeszłam do ściany, a hak sam zrobił SIUP! Co gorsza z kawałkiem tynku!
Chuda niewątpliwie będzie happy, jak zobaczy to urocze dziursko w ścianie!
I nie wiem, czy tłumaczenie, że matkę ma jako ten piorun kulisty, będzie wystarczającym usprawiedliwieniem!!

niedziela, 29 sierpnia 2010

Kiedyś...

Tjaaa....
Co to ja chciałam?
Aha.
Już wiem.
U fryzjera byłam. Wczoraj.
Lub jak kto woli - wpadłam pod kosiarę.
Czas ku temu był najwyższy, bo włosem zarosłam dość obficie. A poza tym - dziecko starsze twierdziło, że staro wyglądam z tymi kłakami prawie do połowy pleców.
Obiecałam, że pójdę. We wrześniu.
I tu znowu młoda stanowczo zaprotestowała:
-Chyba żartujesz! Przed rozpoczęciem roku masz iść! Zresztą ja też się wybieram, to umówię nas obie.
-Ale w na sobotę, bo w tygodniu to tam nie ma gdzie zaparkować.
-To pojedziemy autobusem.
-Ja?? Lata całe nie jeździłam!
-Zniżkę masz... - kusiła dalej Aś.
-No właściwie... Chyba można by ją wypróbować, czy działa ;-)
Ale ostatecznie stanęło na sobocie, bo wcześniej nie było wolnego terminu.
Może Was dziwi, że na zwykłe obcięcie włosów uparcie chodzę do fryzjerki, do której trzeba się zapisywać z dużym wyprzedzeniem, jakbym nie mogła iśc gdziekolwiek.
Otóż jest to jedyna znana mi fryzjerka, która nie walczy z moimi kłakami. Ona po prostu WIE, jak je ciąć, żeby się kupy trzymały i były równe.
U większości fryzjerek słyszałam:
-O! Jak się fajnie kręcą!
I ciach jakkolwiek, aby się na skrętach wyrównały... A potem jak to wyschło to wyglądałam jak gęś kiepsko oskubana przez niewprawną gosposię.

Tak więc wczoraj nadstawiłyśmy z Rabarbarą nasze głowy do cięcia.
U mnie miało być do połowy szyi. Równo po całości.
U Asi wyrównanie tego, co jej urosło przez dwa miesiące.
Ale...
Hmmmm...
Fryzjerka miała wenę na cięcie...
I jest krócej niż miało być.
To tył, jakby ktoś nie zauważył ;-)




A to dla widzów o mocnych nerwach (nie oglądać przed snem!)

Przód jest dłuższy niż tył, bo tak się lepiej układają i nie wyglądam jak obcięta pod rondel.
Kolorek jeszcze nijaki (czyli srako-myszaty, jak mówi moja sis), bom wypłowiała na słońcu.
Ale dziś to się zmieni.
Jednocześnie zniknie gładź z włosów mych. Bo ja nie mam cierpliwości przez 40 minut wywijać szczotami i prostownicami! To nie na moje nerwy!
Włosy myję, nie suszę, idę spać. I już.

No a teraz Rabarbara. Jak pisałam miała mieć tylko podcięte to, co jej odrosło od czerwca.
Ale z fotel zeszła z zupełnie nowym fryzem.
Lekko załamana.
Na wszelki wypadek nie zacytuję tego, co o sobie powiedziała, chociaż było to śmieszne.
Ale mijało się z prawdą.
Oczywiście argumentów matki nie słuchała, że jest ok, że fajnie, że inaczej nie znaczy gorzej!
No ale na szczęście ma rozsądnych znajomych i już wie, że FAJNIE jest :-)

W sumie obie wolałybyśmy jednak trrrochę dłuższy zarost na głowie.
Ale...

Włosy nie cycki - odrosną. Kiedyś... ;-)

No dobra!
Blog w zasadzie z założenia jest robótkowy, to może by coś z rękodzieła pokazać.
Na początek kolejna zakładka.
Tym razem na zamówienie Asi:

Wzór jest tu

Zrobiłam też misia Zdzisia.
Nie, nie. Nie tego z zabawy u Bromby
Tamten nieodmiennie od tygodnia zatrzymał się na etapie kawałka głowy. Pewnie kiedyś się skończy robić, ale kiedy??
No nie wiem.
Kiedyś... ;-)
Miś Zdziś jest prototypem. Zrobiłam go z jakiejkolwiek włóczki. Za bardzo rozciągliwej, co się dało zauważyć przy wypychaniu:

Kolejny misiek, tym razem Tomek, co będzie mieć u Aśki domek "wisi" sobie nogami na drutach ;-)


No i muszę się Wam pochwalić tym, że moje przetwory (te "kwaśne") dostały nowe mieszkanko!
Ten regał, którym dysponowałam do tej pory mimo swoich słusznych gabarytów okazał się być stanowczo za mały jak na moje potrzeby i z pomocą taty mam nowy "mebel" w spiżarni:

Regał jak widać jeszcze ma trochę wolnego miejsca. Tak więc mogę sobie spokojnie dalej przetwarzać. A słodkie z kwaśnym nie będą się przepychać.
Chociaż już wiem, że te wolne miejsca się zapełnią.
Kiedyś?
Nieee! Całkiem niedługo ;-)

A na zakończenie zapraszam amatorki "kwaśnego" na pikle



A wyznawców słodkiej strony życia na ciasto z gruszkami

wtorek, 17 sierpnia 2010

Kalafior story

Jak dało się zauważyć dzięki poprzedniemu postowi - wróciłam.
I z marszu zabrałam sie dość energicznie do działalności przetwórczej.
Efekty w Garkotłuku sałatka ogórkowa z czosnkiem i Sałatka zimowa II


Skupię się na tej drugiej:

Po pierwsze: proszę autorkę lub którąś z Was dziewczyny o podanie linka do bloga z tym przepisem, bo tradycyjnie wydrukowałam przepis solennie sobie obiecując, że tym razem NA PEWNO nie zapomnę. Akurat!
Tak więc moja prośba: adres pliss!!

Edycja: dzięki Marii z Zielonego Kuferka już wiem skąd mam ten przepis!
Zaczerpnęłam go od Agi z Oazy!
Mario - bardzo Ci dziękuję!! :-))


Jak widać na załączonym obrazku do sporządzenia sałatki potrzebny jest między innymi kalafior.
Ogórki i fasolka pochodzą z własnej tzw przydomowej uprawy mego małża.
Obrodziły wyjątkowo obficie i coś z tym musiałam zrobić.
W niedzielę zrobiłam wspomnianą wcześniej sałatkę ogórkową

A tę drugą postanowiłam stworzyć w poniedziałek.
Tak więc rankiem udałam się na zakupy. Pobliski warzywniak jest zamknięty z powodu urlopu, o czym wiedziałam, więc pojechałam do innego.
Planowałam, że zakupy zajmą mi tak ok 15-20 minut.
Taaa....
Wchodzę ja do warzywniaka i widzę, że nie widzę.
Kalafiorów.
Tzn. były w ilości sztuk dwóch.
W stanie nasuwającym przypuszczenie, że za chwilę zaczną żyć własnym życiem i wyruszą w piękny świat...
Zapytałam, czy to jedyne kalafiory jakie aktualnie ma sklep na stanie.
-Tak. Bo dziś na giełdzie były strasznie drogie, to nie brałem.
No cóż. Kupiłam tylko paprykę i poszłam do innego sklepu.
Inny był zamknięty. Bez powodu.
No to do kolejnego.
ten przynajmniej miał powód - urlop do 31.08 - za długo musiałabym czekać ;-)
Trzeci też beztrosko urlopował.
Tak więc nie pozostało mi nic innego, jak wsiąść w samochód i pojechać do drugiej wioski w poszukiwaniu jadalnych kwiatków.

A tam?
Warzywniak nr 1: zamknięty, bo ma urlop.
Warzywniak nr 2: kalafiory są, ale chore na tyfus plamisty odmiany brunatno-zielonej.
Warzywniaki nr 3 i 4: kalafiorów brak w ogóle...
W desperacji przypomniałam sobie, że na bocznej uliczce od kilku lat stoi facet i sprzedaje warzywa z samochodu.
Poszłam.

I eureka!
Są kalafiory! Takie w sam raz! Małe, białe i świeże!
Kolejka też była. Ale nic to!
Trzymając cenne z jakimż trudem zdobyte warzywa mimo woli zaczęłam przysłuchiwać się rozmowom pana sprzedawcy z klientkami.
-Kilo śliwek-robaczywek! W sam raz do pani pasują! Bardzo proszę!
Zatkało mnie.
dziewczyna była młoda, niebrzydka, a tu taki tekst!
Zabrała te śliwki bez słowa i poszła.

Następna klientka:
-Koper poproszę. Taki do ogórków na zimę. Na 4kg.
-A skąd mam wiedzieć ile to ma być?
-To pan mi pokaże.
Aż się bałam, co ten dowcipniś wyciągnie ;-)
Pokazał. Koper na szczęście!
-O! To z tego tak pół.
Pan zapakował.
Pani po namyśle:
-Pan mi dołoży jeszcze z tamtej wiązki. Taką mniejszą połowę.
Zawsze sądziłam, że połowy są równe. A tu proszę - mniejsza i większa. Ewenement taki ;-)
-A co? Nie wystarczy pani tego, co pani ma?
-No nie. Bo patyków nie będę pakować do słoików, tylko same baldachy.
Głos z kolejki gdzieś za mną:
-Pewnie! Łodyg się nie daje do tych na zimę!
Pani zapłaciła i poszła.
A pan sprzedawca zwrócił się do tego głosu za mną:
-Co mi tu pani handel psuje?? Jak się dowiedzą, że patyków się nie używa, to będę musiał siedzieć i odłamywać. I co ja zarobię?
Głos w osobie bardzo stareńkiej, malusieńkiej i siwiusieńkiej pani wzruszył ramionami i burknął:
-A co mnie to obchodzi? Jak pan głupoty klientom wciska, to trudno wytrzymać.

W tym czasie pani stojąca przede mną oznajmiła całej kolejce:
-Coś tu śmierdzi! - spojrzała na mnie wymownie...
Na wszelki wypadek nie odezwałam się, czekając na dalszy rozwój wypadków.
Pan sprzedawca machnął pogardliwie dłonią:
-A! To te kalafiory!
W końcu dałam głos:
-To co? Zepsute pan sprzedaje?
Bogiem a prawdą pachniały normalnie - kalafiorem, bo i niby czym mogły by? Różą??
Pan sprzedawca:
-Nieeee! One takie są. Na polu się ugotowały. Bo wie pani - upał jest, deszcz pada i one się tak gotują, tam na tym polu.
Zanim zdążyłam zareagować, pani staruszka huknęła jak ułan:
-Weź się pan do cholery za handel, a nie pieprzysz tu trzy po trzy, aż się rzygać chce!!

O matko... A ja tę panią w wyobraźni widziałam z szydełkiem w ręku, w miękkich bamboszkach, otoczoną wianuszkiem prawnucząt. Snującą cichym i miłym głosikiem opowieści w stylu: jak to kiedyś były inaczej i kulturalniej...

Podziałało!!

Pani z wrażliwym węchem:
-3/4 kg tych żółtych śliwek poproszę.
Pan zważył.
-80 dag jest.
-75 dag ma być!
Pan odłożył jedną śliwkę.
-74 dag.
-75! - pani była nieustępliwa.
Pan wrzucił śliwkę gratis i policzył za 75 dag.
-A te borówki to po ile?
-Po 5 zł. Pani patrzy jakie piękne! Dorodne! Nigdzie takich nie ma!
-Nie chcę! Ludzie od jagód umierają, bo lisy na nie szczają.

O jesssuuu... Gdzie ja jestem?? Niech mnie ktoś uszczypnie, albo obudzi!!

Pani staruszka:
-To po diabła je pani oglądała?
-A bo co? nie mogę?
--Kolejka jest! Ile można stać? Pani płaci za te śliwki i do widzenia!

Pani zapłaciła i poszła bez słowa.

No i nadeszła moja kolej w tej kolejce...
Zanim zdążyłam otworzyć paszczę w celu ustalenia ceny, pan sprzedawca zaczął pierwszy:
-A wie pani jak kalafior śmierdzi, kiedy się go gotuje? Gotowała pani kiedyś kalafiora?
W tym momencie straciłam cierpliwość.
-Sądzi pan, że nigdy tego nie robiłam? Aż tak młodo wyglądam?
Tu pan sprzedawca się zacukał, bo zaprzeczyć chyba się bał, a przytakując zrobiłby z siebie większego balona niż był (chociaż czy to możliwe??)
Więc ja kontynuując:
-Jeśli to miał być komplement, to się panu zupełnie nie udał - kulawy na obie nagi. Ile za te śmierdziele?
-Wie pani co? Jak tak patrzę na panią i pani słucham, to doszedłem do wniosku, że jest pani najlepszą kucharką. Z całą pewnością ! Lepszej nie ma! 7 zł.
-Wie pan co? Jak tak na pana patrzę i pana słucham, to dochodzę do wniosku, że jest pan najgorszym sprzedawcą i najbardziej nieudanym komplemenciarzem jaki kiedykolwiek stanął na mojej drodze!
-O! I bardzo dobrze mu powiedziałaś kochana - staruszka była kontentna ;-)

Wiecie co? Gdyby nie to, że te przeklęte kalafiory były jedynymi w promieniu 10km, to bym chyba nimi w niego cisnęła!!


Jak już jesteśmy przy dziwolągach, to może już do końca w tym duchu pozostańmy.
Oto dziw natury, czyli zakochany ziemniak ;-)


A taki to ogóras wyhodował się na wspomnianej wyżej hodowli małża:
Rozmiarów słusznych. Do wykorzystania w zasadzie jedynie na zdjęciu ;-D

A na koniec, żeby już wrócić do świata bardziej normalnego, zapraszam na ciasto samograj

Smacznego! Idę dalej działać przetwórczo :-)

wtorek, 13 lipca 2010

Kocham komary!

Nie odbiegając zbytnio od ogólnoblogowej tendencji również i ja zabiorę głos w sprawie panoszących się w najlepsze upałów.
Otóż ja je kocham! Uwielbiam!
Doczekałam się w końcu! Szkoda tylko, że tak szybko miną :-(
Jak dla mnie może tak być cały rok! Zamiast choinki z przyjemnością ubiorę palmę ;-)
Moją siostrę z racji podobnych do moich upodobań do tropików jej znajomy nazwał ją jakże celnym określeniem: "albinoski murzyn"
Uważam, że to bardzo udane porównanie i chętnie sama o sobie też tak będę mówiła.
Ja się po prostu urodziłam w niewłaściwej strefie klimatycznej. I zdecydowanie odpowiada mi stan, kiedy to rtęć w termometrze mdleje mi z gorąca, niż kaszle z zimna.
Wolicie takie klimaty?

Czy takie?

Ja nie mam wątpliwości :-)
To tyle, jeśli chodzi o moją spowiedź w temacie meteorologicznym.

Jednak kilka dni temu sądziłam, że upał wypalił mi mózgownicę i coś ze mną nie halo...
Zamiatałam cierpliwie hektar kostki za domem. Słoneczko przyjemnie grzało.
Normalnie czułam jak "bladość ciał zanika", a w jej miejsce pojawia się apetyczny, delikatny miły dla oka brązik...
Nagle słyszę za plecami głosik Ani:
-Mamo?
-Mmmm?
-Czy możesz dmuchnąć żabę?

Yyyyyyhhhhh!!! W pierwszej chwili chciałam odpowiedzieć, że to niemożliwe, ponieważ to samce dmuchają...
Ale puknęłam się w czerep trzonkiem od miotły - przecież z dzieckiem gadam!
-Co mam zrobić??
-No dmuchnąć żabę! O tu! W tyłek! - powiedziała Aniusia cokolwiek niecierpliwie, podsuwając mi pod nos... żabę.
Spokojnie!
Papierową!
Ania przezywa ostatnio fascynację origami i tworzy różne cudaki.
Żaba wymagała solidnego dmuchnięcia. Lub jak kto woli napompowania ;-)
Dzięki sile moich płuc z płastugi zrobiła się całkiem przystojnym płazem.
Niestety, wydmuchana, znaczy nadmuchana przeze mnie żaba zaginęła gdzieś w akcji. Ale dopadłam żurawia.
Jak się nieszczęśnika ciągnie za ogon, to macha skrzydłami. Jakoś mu się nie dziwię - też bym pewnie machała czym popadnie, jakby mnie ktoś za ogon ciągnął (gdybym miała ;-))

Ja natomiast wpadłam w szał przetwórstwa owocowego.
Porzeczki (jak widać kilka fotek wyżej) ładnie dojrzały na krzaczkach.
Później się oskubały i wylądowały w durszlaku
Po to, żeby za kilka chwil zamienić się w konfiturę:

Agrest spotkał ten sam los ;-)
Jutro ciąg dalszy przetwórstwa. Tyle, że będzie sokowo ;-)

No i żeby nie było, że ja tylko przy garach stoję, albbo na miotle latam.
To tzw tfurczośc radosna. Czyli Ata sprawdzała, czy oprócz motylków i niekończącego się pledu dla Ani coś umie dziergnąć na szydełku ;-)
Same oceńcie. Ja tam w szał zachwytu i samouwielbienia nie wpadłam.

I na zakończenie dla moich wiernych czytelniczek i komentatorek zapowiedź czegoś co będzie ;-)
Czyli różyczki frywolne 3D.
Przypomniałam sobie, że wzór na nie mam od jakiś dwóch lat.
A to dzięki postowi Madziuli sprzed kilku dni. No i na ten tychmiast musiałam je zrobić. A w trakcie dziergania pojawił się kolejny pomysł. Ale o tym cicho sza! (póki co ;-))

Wzór na różyczki jest na blogu Bean
Ja mam wydruk z jakiejś innej strony ze wzorkami, ale niestety tradycyjnie nie zapisałam sobie jej adresu.
No to tyle!
Idę na dworek pławić się w ciepełku.
A na zakończenie powiem Wam, że kocham komary! Tylko one na mnie lecą! ;-)

poniedziałek, 14 września 2009

Historia jednego poranka...

Opiszę  Wam mój  dzisiejszy poranek przed pójściem do pracy.
W poniedziałki uczęszczam do arbeitu na 10:00. Wstaję jednak normalnie,
o
6:30, bo lubię mieć czas na rozruch, a poza tym sporo zdążę
zrobić na
niwie kuchenno-gospodarczej.
Mała idzie do szkoły na 8:55, a Aśka na 9:50.
Młoda kazała się obudzić o 7:30. Zamówiła również śniadanie do
łóżka w ilości trzech kanapeczek z wędlinką i pomidorek + herbatka.
A więc najpierw zjadłam śniadanie, wypiłam kawę (piję w pracownie, bo
od razu wypalam małe co nieco ;-))
i polazłam ponownie do kuchni
w celu przygotowania śniadań dla córzydeł (mała je zupki mleczne).

Punktualnie o 7:30 wkroczyłam do chlewika młodej ze słowami:
-Room servis! Wake up! Wpół do ósmej!
Wstała, a jakże... Niechętnie powlokła się do drugiego pokoju w celu
sprawdzenia temperatury na dworze.
-O jesssu! Ale cholerne zimno!
Faktycznie +6 nie napawa optymizmem.
Potem wróciła do siebie. Co robiła, nie wiem, bo wywlekałam małą z
wyrka, szykowałam jej ubranie, a potem czesałam i dałam jedzonko.
Aś szwendał się jak zaspany wyrzut sumienia kichając zwyczajowo po
kilkanaście razy pod rząd (że też jej paszczy nie urwie!!).
Autobus miała o 8:27, więc powiedziała już wczoraj, że jedzie ze mną,
jak będę odwoziła Ankę do szkoły.
Miałyśmy wyjść o 8:20.
W międzyczasie kiedy Ania jadła, ja zapakowałam pierdoły do wysłania w
koperty, zaadresowałam, wyjęłam z pralki wcześniej nastawione pranie,
poszłam je powiesić, nastawiłam następne, nakarmiłam królika, koty,
pozmywałam jakieś drobiazgi, zrobiłam małej kanapkę do szkoły,
bo zagroziła
mi śmiercią z wycieńczenia (bo obiad jej nie starcza),
naszykowałam im
jabłka (też element niezbędny dla obu pań w szkołach),
zapakowałam
zmywarkę, przebrałam się za człowieka (znaczy tak mi się wydaje ;-)),
dałam
Ani lekarstwo, zrobiłam listę zakupów...
W między czasie spaliłam ze dwie
fajki ;-).
Zbliża się godzina "zero"... Jak wspomniałam: Aśkę miałam podrzucić
na przystanek w drodze do szkoły z Anią.
Po odstawieniu małej miałam zahaczyć o pocztę, sklep i warzywniak,
wrócić do domu, wrzucić na wyleniałe rzęsy jakieś czarne mazidło i
pojechać do pracy...
Tjaaa...
Tak koło 8:15 Asia ukazała się mym oczom w stroju jak następuje:
góra - T-shirt w którym śpi
dół - nie powiem, w miarę kompletny tyle że bez obuwia - w mojej
spódnicy. Ma mały feler - suwak się zacina... Zwłaszcza jak się szybko
chce go
zapiąć.
-Pomóż - stęknęła.
Nie dało się, za chwil parę zdejmowała spódnicę zgrzytając zębami.
Rajstopy też ściągnęła...
-A te spodnie co ci dałam wczoraj do prania, to jeszcze tam leżą?
-Nie. Właśnie pralkę włączyłam.
-O szlag!
-Idę po samochód.
-Idź!
Nawet długo na nią nie czekałyśmy. Zmieniła spódnicę (na swoją).
I
ponownie włożyła rajstopy!
Ruszam i słyszę:
-No tak! Okularów przeciwsłonecznych nie wzięłam! Będę ślepa cały
dzień! I cierpieć będę! I późno już jest! I rajstopy mam kurna jakieś
do dupy! I rozstępy na kolanie!!
O Chryste! No ma rozstępy! Faktycznie :-D
Dojeżdżamy do przystanku, a tam pusto... Autobusik już wziął i
pojechał w siną dal...
Zostawiłam ciągle marudzące dziecko na przystanku.
Odstawiłam małą do szkoły i szłam do samochodu. Zadzwonił telefon.
Młoda...
-Mamo! Gdzie jesteś?? Kiedy wracasz?
-A co już tęsknisz?
-Nie, ale rajstopy mam dupy, nic nie widzę, bo nie mam okularów i brzuch
mnie boli...
I rozstępy na kolanie (chciałam dodać), ale zmilczałam.
-Na pocztę się wybieram i po zakupy, ale ok, zaraz podjadę po ciebie lebiego.
Podjechałam, zabrałam i ruszyłam do sklepu. A ta mi stęka, że mogę
przecież później, jak ją będę na przystanek odwoziła!
Bezczelna!
Powiedziałam zimno, że spieprzyła mi cały plan poranka, niech nie liczy, że
będą ją wozić w te i na zad, bo ja też muszę iść do pracy i swoje
zamierzenia zrealizować! Zostawiłam nadętą kozę w samochodzie. Kupiłam owoce,
warzywa i poszłam do spożywczaka.
Ale kolejka była stanowczo za długa jak na moje nerwy i zrobiłam jedynie
elegancki zwrot na pięcie i wróciłam do skruszonej córki z
rozstępami...
-Nie zrobiłaś jednak zakupów?
-Nie. Za dużo ludzi. Może jednak cię podwiozę. Ile ci to zajmie?
-10 minut! Najwyżej!
Faktycznie - po 5 minutach była już ready (ledwo warzywka wypakowałam).
Wcześniej zastrzegłam, że jedynie do sklepu ją podwiozę, a na
przystanek poleci sama. I obiecałam, że za tydzień pobudka o 7:15
(ostatecznie
może być i ze śniadankiem do łóżka ;-)).
Potulnie się zgodziła...
Pocieszyłam ją, że za parę godzin będzie się sama śmiała z tych
pożal się Boże przygód. Stwierdziła, ze w zasadzie to już ją to śmieszy,
ale boi się myśleć co będzie dalej, bo dzień się dopiero zaczął.
Złośliwie zauważyłam i że i tydzień też jakby...

Podjeżdżamy pod sklep i mówię do dziecka:
-No to siema, nara, pa!
-Paa?? - robi dziwny skłon, macha łapami jak pingwin i wybałusza oczy
gdzieś przed się.
Oglądam się, żeby zobaczyć co ją tak zszokowało...
Autobus...
Jej... heheheh!! Znikający punkt!
Szybki zwrot, do samochodu, i w długą w pościg za Solarisem :-D
Dopadłam dwa przystanki dalej...
Dziecko jeszcze pod drodze powiedziało:
-Dzięki ci dobra kobieto! Niech cię pan Bóg w dzieciach wynagrodzi!
-Ty cholero! Zaraz kopa w tyłek dam i będziesz kurcgalopkiem zapieprzać
na przystanek - może zdążysz (autobus miałam już za plecami ;-))
Radośnie zarżała i zapowiedziała się na 16:00 na obiadku ;-)
Ehhh te bachory!! ;-)
Wróciłam do spożywczaka (po raz trzeci tegoż poranka!).
Pan właściciel na mój widok wykrzyknął:
-No nareszcie pani do mnie dotarła! Bo byłem ciekaw, czy w końcu jednak
pani wejdzie!

-Hehehehe. A co?
-No bo najpierw weszła pani, powiedziała "dzień dobry",
zrobiła w tył zwrot i tyle...
Potem podjeżdża pani z młodą,
robicie dziwne skłony i machanie rękami i tyle was widzę!

Obśmiałam się i opowiedziałam z grubsza dlaczego tak
dziwnie się zachowywałam.

Swoją drogą - takie "wiejskie" sklepiki mają swój klimat
i chętnie się w nich kupuje.

Przeca jak wejdę do hipermarketu i powiem grzecznie "dzień dobry",
to popatrzą na mnie jak na świruskę ;-)

Po powrocie do domu, zrobiłam porządek z tym czymś,
co się u normalnych ludzi rzęsami nazywa i pojechałam.

Na pocztę. Zdążyłam! W pracy byłam 10 minut przed czasem.
A po południu?
Nie miała baba kłopotu, to se kupiła paprykę i śliwki!
W ilościach dość sporych ;-)

Nie powiem - dziewczyny moje obie pomogły mi bardzo.
Aś siekała paprykę do słoików (wespół w zespół ze mną).

Potem drylowała dzielnie śliweczki.
Ania natomiast śliwki podjadała, ale potem nadziewała je goździkami
(ja resztą) i pakowała je do słoików.

Dzięki moim córzydłom wsio się pięknie udało i mogę Wam zaprezentować:
Papryczka z przepisu Peli
W rzeczywistości jest czerwona, ale fotka z fleszem, więc i
kolory coś jakby z kosmosu.
Gdyby któraś z Was chciała zrobić, to podana przez Pelę
proporcja zalewy wystarcza na 3kg papryki.

A to śliweczki, jeszcze przed pasteryzacją:
Przepis z bloga Bei Chyba marnie je upychałyśmy z Anią
w słoikach, bo musiałam dorabiać drugą porcję zalewy.
Smacznego!

czwartek, 20 sierpnia 2009

Przetwornie i potwornie

Zacznę od rzeczy bardzo dla mnie miłych :-)
Dostałam dwa kolejne wyróżnienia od Madziuli i od Yenn
Bardzo Wam dziewczyny dziękuję!
Zgodnie z zasadami powinnam nagrodzić następne blogi, ale pozwolicie, że wyłamię się z tej zasady i nagrodzę wszystkie te osoby, które zostawią komentarz pod tym postem ;-)
Trudno mi jest wybierać spośród tak wielu blogów, na których bywam i zaglądam regularnie, chociaż może nie zawsze zostawiam po sobie ślad w postaci komentarza :-)
Ostatnimi czasy zajęłam się przetwórstwem owocowo-warzywnym.
Dowody znajdują się poniżej:

Borówki amerykańskie odwdzięczają się za moje starania wiosenne i obdarowały mnie dość sporą ilością pysznych owocków.
Byłoby ich więcej, ale często przegrywam wyścigi z sójkami i srokami :-/
To co zostało, przerobiłam na dżemy:

Przepisu nie podaję, bo każda z Was przecież wie, jak się smaży dżemy.

Jeśli chodzi o warzywka, to zacznę od sałatki, którą robiłam po raz pierwszy.
Oczywiście nie wytrzymałam i po troszkę ponad tygodniu otworzyłam słoiczek w celu testowania i nie zawiodłam się! Pycha jest!
A to przepis autorstwa Rybci z babskiego

1kg.buraków czerwonych,
1 kg.kapusty białej,
20 dkg.cebuli.
Buraki obrać,umyć,zetrzeć na tarce na grubych oczkach.Kapustę poszatkować.Cebulę pokroić w półplasterki.
Wszystko razem wymieszać z zalewą:
1/2 szkl.oleju,
1/2 litra wody,
1/2 szkl.octu,
15-20 dkg.cukru,
1 łyżka soli.
Zostawić w misce na 2 godziny.Po tym czasie przełożyć do słoiczków,rozlać płyn który się wytworzył i do każdego słoiczka włożyć kawałeczek listka laurowego,2 ziarenka ziela angielskiego,odrobinę kminku.
Słoiczki pasteryzować ok.20 minut.

Ja oczywiście jako osoba pazerna i zachłanna zrobiłam od razu z podwójnej ilości i nie żałuję ;-D

A teraz druga sałatka, ta już sprawdzona w ubiegłym roku
Ten przepis, jak i poprzedni pochodzi z babskiego, a jest autorstwa Sabi

2kg białej kapusty
2kg ogórków
4 marchewki
4 pietruszki
2 papryki
2 cebule
2 pory
1 szkl. cukru
1szkl. oleju
3/4szkl. octu
2 łyżki soli

Kapustę poszatkować, ogórki pokroić w plastry, pietruszkę i marchew zetrzeć, paprykę pokroić w paski.
Wszystko razem wymieszać z resztą składników i zostawić na 2 godzinki.
Pasteryzować 15-20min.

Jest pyszna! Zrobiłam już dwa rzuty, ale na tym nie koniec ;-)

A teraz nowości (jeszcze nie skosztowane ;-) )
Na początek ogórki:
Ten natomiast przepis zaczerpnęłam z kuferka

1,5 kg ogórków
2-3 marchewki
kilka gałązek kopru

zalewa:
1 szklanka octu 10%
4 szklanki wody
30 dag cukru
3 łyżki miodu
łyżka soli
ziarna ziela angielskiego

Ogórki umyć, nie obierać, pokroić w dość grube plastry. Ułożyć w wyparzonych słoikach. Do każdego wrzucić po kilka plasterków marchwi i gałązce kopru. Do garnka wlać wodę , ocet, dodać ziarna ziela angielskiego, miód, cukier i sól, zagotować. Gorącą zalewą zalać ogórki w słojach. Zakręcić i pasteryzować 10 min. w temp. 85 stopni C.

Z tą temperaturą to bez przesady - na oko jak zwykle działałam. I jeszcze jedna uwaga - następnym razem niewątpliwie nie będę skrobać 3 marchewek (za pomocą Ani) - jedna spokojnie wystarczy. Chociaż królik nie protestował, jak dostał górę apetycznych, chrupiących, pomarańczowych plasterków ;-)

I ostatni jak na razie przepis. Na cukinię:
Skąd mam ten przepis? Pojęcia nie mam! Chyba ze smacznego.pl, ale nie dam sobie za to uciąć niczego.
-->
Sałatka zimowa z cukinii.
Składniki:
3 kg cukinii
1kg cebuli
7-8 marchewek
1 łyżka soli
Zalewa: Półtorej szklanki octu 10%
6 szkl wody
3/4 szkl cukru
liść laurowy
ziele angielskie
gorczyca
Wykonanie: Cukinię obrać i zetrzeć na tarce lub pokroić w niewielkie słupki, cebulę pokroić w piórka. Każde warzywo włożyć do osobnego naczynia , posolić. Po dwóch godzinach odcisnąć, przełożyć do jednego naczynia, dodać marchew startą na grube wiórki, dobrze wymieszać. Zalać warzywa wrzącą zalewą. Pasteryzować 15 -20 minut.

I znowu moja marchwiana uwaga: następnym razem połowa podanej ilości wystarczy w zupełności.

Czcionka się zbuntowała!! :-///

Trudno! Nie będę kombinować, bo mi posta zeżre i nie będzie mi się pewnie chciało pisać wszystkiego od początku.

No a teraz obiecane w tytule potworności.
Pierwsza to biscornu. Miałam nie pokazywać, ale szlag mnie trafia i muszę się gdzieś odpowietrzyć, bo się rozpuknę!
Jak każda z Was wie, biscornu to nic innego jak po wariacku zszyte dwa KWADRATY, uprzednio wyhaftowane.
Przymierzałam się do nich dość długo. W końcu się wzięłam i zebrałam w sobie i...Zamiast dwóch zgrabnych kwadracików wyszły mi dwa PROSTOKĄTY! Wprawdzie kwadrat to prostokąt, ale nie odwrotnie, do cholery! W pierwszym odruchu miałam ochotę machnąć to w diabły i udawać, że nic nie robiłam oprócz przetworów, ale zszyłam to dziadostwo! Wyszła bezkształtna buła, co zresztą widać na fotce poniżej.




Doszłam do wniosku, że to wina kanwy. Haftowałam na kanwie gobelinka. Być może coś z nią jest nie tak jeśli chodzi o regularne kształty.
Nie poddaję się jednak i kupiłam kawałek DMC i chyba wychodzi kwadrat ;-) Efekt już wkrótce zaprezentuję.
Drugi potwór.
Bieżnik. Kupiłam wieki temu gotowy zestaw do liczenia. Teoretycznie komplet: schemat, kanwa, wełna, taśma do wykończenia i igła.
Pierwsza skończyła się wełna...
Dokupiłam, ale zupełnie inny kolor, bo nawet zbliżonego odcienia nie ma :-/
A po wyhaftowaniu okazało się, że taśmy do obszycia starczy, ale na 3 brzegi!



Szlag mnie trafił i cisnęłam badziew do szuflady! Niech leży brzydkie draństwo i czeka, aż mi furie miną!
Na pocieszenie, że nie jestem taka ostatnia upiekłam ciacho ze śliwkami z przepisu Kass
Pycha wyszło! Tylko, że z rozpędu zamiast 5dag wiórków kokosowych do kruszonki sypnęłam 10dag :-D
Ale pomyłki czasem wchodzą na dobre i drugi placek już z premedytacją zrobiłam z "pomyłką" ;-)
No i dziergnęłam sobie tycią serwetkę frywolitkową


Będzie robić za podstawkę - niech się kubek z kawą dowartościują ;-)