Jakby ktoś miał jeszcze jakieś nadzieje, czy domniemania, że jestem osobą całkowicie normalną, to niniejszym wpisem rozwieję te mrzonki.
Od czego by tu zacząć...
To może tak lajtowo...
Otóż od jakiegoś czasu dziergam sobie...
SPOKOJNIE!! Bez nerwowych drgawek proszę!
Tym razem nie chustę!
Szal ma być. Z założenia. I z moheru z domieszką czegoś tam z czymś tam. Cienizna straszna!

Normalni ludzie sięgają po bawełny, bambusy, kordonki, a ja uparcie tkwię w okowach szalejących minusów z ciągłymi opadami śniegu!
Czasem odklejam się od drutów i szaleję twórczo-przetwórczo.
To urobek z wczorajszego dnia.
Czyli sok z wiśni, dżem malinowy, galaretka z porzeczek i ketchup porzeczkowy.
Przepis na ten ostatni wrzuciłam do Garkotłuka jak coś ;-)
Co w tym nienormalnego?
Nic w sumie.
Poza tym, że porzeczki zrywałam w pełnym, południowym nasłonecznieniu. Żar się z nieba lał, a ja niczym ten dzielny stachanowszczyk i przodownik pracy z uporem godnym lepszej sprawy, zlana potem, dysząc jak parowóz w pełnym pędzie rwałam, rwałam i rwałam...
A wystarczyło tylko poczekać z godzinkę i drzewa by dały cień...
Dziś też miałam zamiar dalej obskubywać krzaki porzeczkowe i dodatkowo agrest, ale...
Było bardzo ciepło, ale tak rześko i wilgotność jakby zmalała.
Nie było wściekłego upału...
Idealny .dzień na skubanie krzaków owocowych, można by powiedzieć.
I co zrobiłam?
No oczywiście, że nie zrywałam owoców!!
Po co?? Lepiej poczekać, aż znowu zrobi się wściekły skwar i wtedy ruszyć w sad zielony!
Wzięłam sobie leżak, wywaliłam zwłoki w cieniu, na słońce wystawiając jedynie kawałki odnóży i z zapałem dziergałam....
- Szal? - zapyta ktoś.
Logika by na to wskazywała - upał zelżał,moher niewątpliwie nie grzałby aż tak, jak do tych pór. No i robótki by przybyło...
Ale ja się kocham z logiką jak ogień i woda!
Więc poszłam w kierunku całkowicie odmiennym.
Tzn. zamiast uzbroić się w druty, ja chwyciłam w garść haczyk - znaczy szydełko.
I myli się ten,kto sądzi, że powstały jakieś kolejne bransoletki szydełkowe.
Ależ skąd!
Ambitna taka więcej się poczułam!
I przekonałam się po raz setny, że my się z szydełkiem zdecydowanie nie lubimy!
Cóż takiego dziergnęłam?
Ano kondom na komórkę:

Nie dość, że krzywy jak uśmiech polityka, to jakby tego było mało - ja nie używam pokrowców na komórkę!
Mój telefon milczy oburzony takim potraktowaniem ;-)
I co jeszcze ostatnio wyprawiam?Słyszałyście zapewne o kulistych piorunach i mrożących krew w żyłach historiach o tym, co taki okrąglak może wyczynić.
Wpada taka cholera przez okno. lata po mieszkaniu, demoluje sprzęt elektroniczny, wyciąga z siłą pompy ssącej haki ze ścian, gania za ludźmi i jak ma dobry humor, to wylatuje na zad, nie podpalając chałupy.
No więc ja też tak ostatnio działam...
Na haki w ścianach ;-/
Na jednym takim biedaku, w kuchni, wisiała sobie tablica korkowa. Trza ją było zaktualizować i poodpinać plany lekcji, zajęć, przeterminowane rysunki itp.
Tylko wyciągnęłam rękę w kierunku tablicy...
A ona z hukiem zleciała na Fredkowe miski.
Hak wyskoczył ze ściany sam z siebie! Ja go nawet nie ruszyłam!! Bo i po co??
A dziś....
U Chudej w pokoju... Kalendarz wisiał...
Już nie wisi :-/
Leży, bo ja TYLKO podeszłam do ściany, a hak sam zrobił SIUP! Co gorsza z kawałkiem tynku!
Chuda niewątpliwie będzie happy, jak zobaczy to urocze dziursko w ścianie!
I nie wiem, czy tłumaczenie, że matkę ma jako ten piorun kulisty, będzie wystarczającym usprawiedliwieniem!!



































