Pokazywanie postów oznaczonych etykietą frywolitki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą frywolitki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 sierpnia 2013

Once upon a time...

Czyli dawno, dawno temu na FB zachwyciłam się szalem...
Robionym przez jedną z uczestniczek Spotkań Robótkowych On Line. Czarny, ażurowy, magiczny...
Napisałam pod zdjęciem całkiem zwyczajny (wg. mnie) komentarz i nagle dostaję wiadomość od twórczyni, że ten piękny szal jest dla mnie!
Znaczy jak chcę, to będzie dla mnie!!

O dżizas! Jakbym miała nie chcieć??

Ale tak za free? Na piękne oczy (w awatarze)??

Zaproponowałam Ewie wymiankę.
I się zgodziła. Wybrała sobie coś frywolnego. W sensie naszyjnik.
Kwestię kolczyków wycisnęłam z niej niejako w gratisie ;-)
Podobało jej się kilka moich twórczości radosnych.
Więc na tej bazie stworzyłam coś nowego i zaczęłam dziobać.

Tyle, że Ewa popełniła pewien duży błąd. Napisała mi ta dobra kobieta, że mam się nie spieszyć z wykonaniem, bo ona i tak dopiero w okolicach jesieni przyobleka się w biżu.
I po co to pisała mi na początku maja?? No po co ja pytam??
Szal dawno u mnie. Spełnia swoją rolę. A ja w lesie byłam i to głębokim!
Tylko kilka powtórzeń wzoru naszyjnika na igle, a szal od dawna mnie otula w chłodne wieczory. I to jak otula!
Jest miękki, ciepły, przytulny i mega duży! Jak pled! Niestety, nie umiem zrobić mu przyzwoitych zdjęć. Jak się naumiem, to na pewno nie omieszkam się pochwalić tym cudeńkiem.
Póki co, mogę jedynie pokazać Wam co zrobiłam Ewie (W KOŃCU!!!) w ramach wdzięczności i wymianki:


Tak jak pisałam wyżej: wzór wymyśliłam sama, ale wcale się nie zdziwię, jak się okaże, że on już istnieje.
Bo frywolitki są tak powtarzalne i łatwe do wymyślenia, że nie sposób stwierdzić, kto pierwszy właśnie TAK posupłał kordonek :D
Mam nadzieję, że Ewa będzie zadowolona. Przynajmniej w jednej setnej, jak ja, z szala od niej.
Jak myślicie? Spodoba jej się??

sobota, 9 czerwca 2012

Szybko, krótko, bezboleśnie

Dziś z braku czasu nie będę się rozpisywać jak szalona, więc będzie krótko i na temat.
Poza tym, że wpadam tu w celu naskrobania kolejnego posta, coś tam cyklicznie dłubałam.
Nie powiem, że sztuka dla sztuki, bo byłby to hipokryzją z mojej strony.
Otóż szykowałam się na jutrzejszy kiermasz na Ursynowie.
Po za rzeczami już Wam znanymi i powtarzanymi przeze mnie jak mantra w buddyzmie, machnęłam trochę zapomnianych już pierdołek.
Część z moich czytelniczek z dłuższym stażem pamięta zapewne króliczki, które szyłam seego czasu w ilościach hurtowych i szalonych.
No więc i one zagoszczą jutro na kiermaszu

                                     



Jako pożeracz książek ciągle cierpię na deficyt zakładek.
Żyją po prostu własnym życiem i "wychodzą" sobie nie kontrolowane gdzie chcą i nie wracają...
Tak więc zakładek nigdy za wiele.
Ta są zwykłe i normalne, żeby nie powiedzieć grzeczne, czyli z zastosowaniem frywolitek:

                                         


I mniej zwyczajne, czyli dla miłośników kotów:




 Miłośniczki biżuterii też coś znajdą dla siebie.
Troszkę kolczyków frywolnych:
      


I cieszące się niesłabnącym zainteresowaniem "druciaki:
Poza tym będą inne rzeczy.
Między innymi COŚ, co pokażę w kolejnym poście, bo jestem z tego CZEGOŚ bardzo zadowolona i zasługuje to COŚ na osobny wpis ;-)
Tak więc: jeśli komuś jutro się będzie nudziło, nie będzie mieć planów niedzielno-rodzinnych, to zapraszam na ul. Wiolinową 2A przed "Cafe Roskosz". Będę tam od godziny 10:00 :-)

No to było jak w tytule ;-)

wtorek, 22 lutego 2011

Takie tam różności

Dziś będzie minimum słów, a więcej zdjęć.

Zacznę od niespodzianek.
Pierwsza - jeszcze cieplutka, sprzed godziny.
Niedawno Frasia pokazała na swoim blogu prześliczne drobiazgi z koralików. Wszystkie są przeurocze, ale mnie najbardziej wpadła w oko taka czerwona zawieszka do komórki.
I napisałam w komentarzu:
Ależ cuda! A ta czerwona zawieszka do komórki normalnie grzechu warta!

No i co???
Nie musiałam grzeszyć!
Frasia mi ją ot tak po prostu przysłała!!
O zawieszkę rozgorzała krótkotrwała, ale zajadła walka między mną a Rabarbarą.
Oddała mi ją, aczkolwiek niechętnie...
Asiu! Dziękuję Ci bardzo! Zawieszka jest prześliczna i tak filigranowa, że aż się nie chce wierzyć, że to ludzką ręką zostało zrobione!

Niespodzianka numer dwa.
Kilka dni temu przyszła do mnie przesyłka od Agajaw
Się bardzo zdumiałam, bo niczego się nie spodziewałam.
Otwieram ja kopertę, a tam kartka z życzeniami i urocza podkładka patchworkowa!

Super jest! Agatko - bardzo Ci dziękuję za niespodziankę i przemiłe życzenia :-)
Podkładka powędruje w poniedziałek ze mną do pracy i będzie się panoszyć razem z moim mega wielkim kubasem na herbatkę :-))

A teraz moje wytfory-potfory.

Zacznijmy może od tego, że na stare lata zachciało mi się czegoś nowego...
Już kilka razy robiłam podchody, ale zawsze coś tam mi w poprzek i na wspak stawało...

Cro-tat, czyli frywolitka szydełkowa. Temat dla mnie obcy, acz mocno pociągający.
A jak coś ciągnie, to się oprzeć temu trudno...

Tak więc zasiadłam przed monitorem i prześledziłam szkółkę, a właściwie żłobek dla nowicjuszy autorstwa Middi
Na pierwszy ogień poszedł kwiatek

Krzywy jak sto pięćdziesiąt!! Ale jest! :-D

No to zachęcona pierwszym krzywulcem rzuciłam się na kwadracik.

Hyhyhy! Ja uprzejmie proszę o nieco cichszy rechot, bo aż do mnie dociera ;-)
Że kwadracik mało kwadracikowy jest, każdy widzi.
Ale ja uprzejmie pytam: a krzywa wieża w Pizie to niby jaka? A wszyscy się nią zachwycają ;-))

A skoro już tak bliżej frywolitek jesteśmy, to teraz ostatnia produkcja broszek.

One są robione z włóczki. Na igle nr 3. Grubas taki, że aż miło! Przynajmniej jedna igła jest bezpieczna - nie złamię jej, nie wygnę. No chyba, że zgubię ;-)
Wzór na broszki jest tu
A igłę można kupić w sklepie u Middi

No a teraz na zakończenie kolejne naszyjniki.


Ten ostatni ma sznur dwukolorowy.
I jakoś tak się złożyło, że wszystkie są w kolorach takich więcej piekielnych ;-)
No to żeby nie było na koniec pokażę Wam sznur-bazę do kolejnych
Taki już spokojniejszy w wymowie jakby ;-)

A na koniec zapraszam do Garkotłuka na Serducha cynamonowe :-)

niedziela, 29 sierpnia 2010

Kiedyś...

Tjaaa....
Co to ja chciałam?
Aha.
Już wiem.
U fryzjera byłam. Wczoraj.
Lub jak kto woli - wpadłam pod kosiarę.
Czas ku temu był najwyższy, bo włosem zarosłam dość obficie. A poza tym - dziecko starsze twierdziło, że staro wyglądam z tymi kłakami prawie do połowy pleców.
Obiecałam, że pójdę. We wrześniu.
I tu znowu młoda stanowczo zaprotestowała:
-Chyba żartujesz! Przed rozpoczęciem roku masz iść! Zresztą ja też się wybieram, to umówię nas obie.
-Ale w na sobotę, bo w tygodniu to tam nie ma gdzie zaparkować.
-To pojedziemy autobusem.
-Ja?? Lata całe nie jeździłam!
-Zniżkę masz... - kusiła dalej Aś.
-No właściwie... Chyba można by ją wypróbować, czy działa ;-)
Ale ostatecznie stanęło na sobocie, bo wcześniej nie było wolnego terminu.
Może Was dziwi, że na zwykłe obcięcie włosów uparcie chodzę do fryzjerki, do której trzeba się zapisywać z dużym wyprzedzeniem, jakbym nie mogła iśc gdziekolwiek.
Otóż jest to jedyna znana mi fryzjerka, która nie walczy z moimi kłakami. Ona po prostu WIE, jak je ciąć, żeby się kupy trzymały i były równe.
U większości fryzjerek słyszałam:
-O! Jak się fajnie kręcą!
I ciach jakkolwiek, aby się na skrętach wyrównały... A potem jak to wyschło to wyglądałam jak gęś kiepsko oskubana przez niewprawną gosposię.

Tak więc wczoraj nadstawiłyśmy z Rabarbarą nasze głowy do cięcia.
U mnie miało być do połowy szyi. Równo po całości.
U Asi wyrównanie tego, co jej urosło przez dwa miesiące.
Ale...
Hmmmm...
Fryzjerka miała wenę na cięcie...
I jest krócej niż miało być.
To tył, jakby ktoś nie zauważył ;-)




A to dla widzów o mocnych nerwach (nie oglądać przed snem!)

Przód jest dłuższy niż tył, bo tak się lepiej układają i nie wyglądam jak obcięta pod rondel.
Kolorek jeszcze nijaki (czyli srako-myszaty, jak mówi moja sis), bom wypłowiała na słońcu.
Ale dziś to się zmieni.
Jednocześnie zniknie gładź z włosów mych. Bo ja nie mam cierpliwości przez 40 minut wywijać szczotami i prostownicami! To nie na moje nerwy!
Włosy myję, nie suszę, idę spać. I już.

No a teraz Rabarbara. Jak pisałam miała mieć tylko podcięte to, co jej odrosło od czerwca.
Ale z fotel zeszła z zupełnie nowym fryzem.
Lekko załamana.
Na wszelki wypadek nie zacytuję tego, co o sobie powiedziała, chociaż było to śmieszne.
Ale mijało się z prawdą.
Oczywiście argumentów matki nie słuchała, że jest ok, że fajnie, że inaczej nie znaczy gorzej!
No ale na szczęście ma rozsądnych znajomych i już wie, że FAJNIE jest :-)

W sumie obie wolałybyśmy jednak trrrochę dłuższy zarost na głowie.
Ale...

Włosy nie cycki - odrosną. Kiedyś... ;-)

No dobra!
Blog w zasadzie z założenia jest robótkowy, to może by coś z rękodzieła pokazać.
Na początek kolejna zakładka.
Tym razem na zamówienie Asi:

Wzór jest tu

Zrobiłam też misia Zdzisia.
Nie, nie. Nie tego z zabawy u Bromby
Tamten nieodmiennie od tygodnia zatrzymał się na etapie kawałka głowy. Pewnie kiedyś się skończy robić, ale kiedy??
No nie wiem.
Kiedyś... ;-)
Miś Zdziś jest prototypem. Zrobiłam go z jakiejkolwiek włóczki. Za bardzo rozciągliwej, co się dało zauważyć przy wypychaniu:

Kolejny misiek, tym razem Tomek, co będzie mieć u Aśki domek "wisi" sobie nogami na drutach ;-)


No i muszę się Wam pochwalić tym, że moje przetwory (te "kwaśne") dostały nowe mieszkanko!
Ten regał, którym dysponowałam do tej pory mimo swoich słusznych gabarytów okazał się być stanowczo za mały jak na moje potrzeby i z pomocą taty mam nowy "mebel" w spiżarni:

Regał jak widać jeszcze ma trochę wolnego miejsca. Tak więc mogę sobie spokojnie dalej przetwarzać. A słodkie z kwaśnym nie będą się przepychać.
Chociaż już wiem, że te wolne miejsca się zapełnią.
Kiedyś?
Nieee! Całkiem niedługo ;-)

A na zakończenie zapraszam amatorki "kwaśnego" na pikle



A wyznawców słodkiej strony życia na ciasto z gruszkami

wtorek, 24 sierpnia 2010

Przeplatanka - kurs cz. 5

W poprzednim poście pokazałam "przeplataną" serwetkę frywolitkową.
W jednym z komentarzy obiecałam Madziuli,
że pokażę w jaki sposób je zrobić.
Od czego zaczynamy?
Od schematu ;-)

A następnie robimy osobno część pierwszą i drugą.



Kiedy już je mamy, bierzemy rzeczone w sprytne nasze dłonie i zaczynamy przeplatanie:
Czyli: przez jeden z łuczków mniejszej części (pierwszej) przekładamy dwa kółeczka części większej (drugiej).
Należy zwrócić przy tym uwagę, żeby obie prawe strony były na górze, a lewe na dole.
Uprzedzam pytanie która strona jest prawa, a która lewa: ta subiektywnie lepsza i ładniejsza jest stroną prawą.

Jednocześnie informuję, że powyższe stwierdzenie nie jest odzwierciedleniem moich poglądów politycznych ;-)

Revenons à nos moutons !
Kolejne etapy wyglądają identycznie jak pierwszy, czyli kolejne dwa kółeczka przeplatamy przez kolejny łuczek

I tak do końca, aż wszystkie kółeczka przepleciemy przez łuczki:
W ten oto sposób mamy pierwszą część za sobą.

Następnie ponownie sięgamy po schemat i robimy wg niego część trzecią, dołączając w odpowiednim miejscu naszą przeplatankę:


Robimy dalej tak, jak schemat nakazuje.
I koniec :-)
Prawda, że łatwizna?

niedziela, 22 sierpnia 2010

Drobiazgi

Ponieważ ostatnio głównie sprzątam, albo przetwarzam mam mniej czasu na pisanie bloga, jak i również na dzierganie.
Ale to nie oznacza, że się zaniedbuję! O nie!
Pisałam wczoraj o zabawie Zrób sobie misia. Już nie mogę się doczekać godziny 16!! Bo właśnie o tej ma ruszyć zabawa.
Dziewczyny! Jeśli któraś z Was jeszcze się zastanawia, to nie ma nad czym!
Bromba wyraźnie napisała w jednym z komentarzy, że do zrobienia misiaka wystarczy umiejętność robienia łańcuszka i półsłupków.
Nie ukrywam, że na tym bazuję i liczę, że dam radę. Bo ja mam jeszcze trochę oporów przedszydełkowych ;-)
No nic! Może jakoś dam radę!

Jak wspomniałam, nie tylko przetwórstwem człek żyje.
Tak więc kiedy kolejne porcje słoików grzecznie ulegają procesowi pasteryzacji, ja dziergam drobiazgi frywolitkowe.
Taki duperelki za przeproszeniem, nie wymagające skupienia.
Na początek serwetka:

Ogromnie spodobało mi się takie dwuetapowe dzierganie połączone z przeplataniem :-)
W oryginale serwetka nazywa się Snowflacke, ale ponieważ rozmiar ma raczej spodka, mam zamiar używać tego "płatka śniegu" jako podstawki pod kubek pracowy. Bo niestety wakacje już się kończą i czas pomyśleć o powrocie w zakurzony świat woluminów ;-)

Skoro już przy książkach jesteśmy.
Wiadomo - jak się czyta, to co jest potrzebne?
Oprócz książki rzecz jasna ;-)
No co?
No oczywiście!
Zakładka!
Kolor nawet całkiem podobny wyszedł ;-) I zapewniam Was, że jest RÓWNA! Tylko ja się nie kocham z aparatem!
W tym wzorku też oczarowało mnie to wspomniane wyżej przeplatanie :-)

Ale jedna zakładka to mało ;-)

Ta jest bardzo szybka i przyjemna w wykonaniu.

Wszystkie prezentowane przeze mnie prace zrobiłam na podstawie wzorów z TEJ strony.


A teraz będę się chwalić!
Jakiś czas temu brałam udział w zabawie u Janeczki
I wiecie co?
Wygrałam! Jako jedna z trzech!
Jak wróciłam z Krynicy, czekała na mnie wielka koperta a w niej:
Szydełkowa szkatułka na skarby

A oprócz niej przepiękny aniołek!

Dziękuję Ci Janeczko raz jeszcze! Sprawiłaś mi ogromną frajdę :-)))
Jestem pełna podziwu dla Twojej dokładności i cierpliwości :-))

Dziewczyny! Jeśli któraś z Was przez przypadek nie zna jeszcze bloga Janeczki, to proponuję jak najszybciej nadrobić to zaniedbanie!
U Janeczki jest tak domowo i ciepło, że się wcale nie chce od niej wychodzić!

A na koniec dla moich wiernych czytelniczek "Senny" drożdżowiec
Przepis oczywiście w Garkotłuku

Smacznego!

poniedziałek, 26 lipca 2010

Siemanarapa!

A więc nadeszło to, o czym pisałam czas jakiś temu.
Czyli nieuniknione...
Opuszczam Was.
Stuknięta nudziara odmeldowuje się ze świata blogowego.
Wcześniej, czy później musiało do tego dojść.
To nieodwołalna decyzja.








Cieszycie się? Pewnie tak...





No to Was zmartwię - JA TU JESZCZE WRÓCĘ!!! :-P


Wybywam w Polskę.
Konkretnie?

Vide zdjęcie nagłówkowe, avatar i ten post ;-)

Dostępu do netu mieć nie będę. Tzn mogłabym mieć, ale nie bardzo chce mi się lecieć dwa kilosy do biblioteki z kawiarenką internetową.
Bo po pierwsze - latać nie umiem, a po drugie - jakoś nie lubię bibliotek ;-D (skrzywienie zawodowe jak nic!)

Się wymoczę w zimnych wodach Bałtyku - krioterapia za free!
Się wygrzeję na gorącym piasku.
Się opalę na skwareczkę.
Się napcham fląderkami do wypęku.
Się polansuję w nowych kolczykach. A co!

Wzór na bezczela ściągnęłam z tej strony
Kapkę przerobiłam na własne kopytko i mam w co się ubrać ;-)

Tak więc moje kochane:

OPATRZYŁAM DRZWI W INSKRYPCJĘ - PRZEDSIĘWZIĘTO EKSPEDYCJĘ!!

Jutro o 5 rano ruszam sprzed własnej bramy, żeby po 462 km zaparkować na samiutkim koniuszku Polski.

Będę jak wrócę :-))

Paaaaa!!!

wtorek, 13 lipca 2010

Kocham komary!

Nie odbiegając zbytnio od ogólnoblogowej tendencji również i ja zabiorę głos w sprawie panoszących się w najlepsze upałów.
Otóż ja je kocham! Uwielbiam!
Doczekałam się w końcu! Szkoda tylko, że tak szybko miną :-(
Jak dla mnie może tak być cały rok! Zamiast choinki z przyjemnością ubiorę palmę ;-)
Moją siostrę z racji podobnych do moich upodobań do tropików jej znajomy nazwał ją jakże celnym określeniem: "albinoski murzyn"
Uważam, że to bardzo udane porównanie i chętnie sama o sobie też tak będę mówiła.
Ja się po prostu urodziłam w niewłaściwej strefie klimatycznej. I zdecydowanie odpowiada mi stan, kiedy to rtęć w termometrze mdleje mi z gorąca, niż kaszle z zimna.
Wolicie takie klimaty?

Czy takie?

Ja nie mam wątpliwości :-)
To tyle, jeśli chodzi o moją spowiedź w temacie meteorologicznym.

Jednak kilka dni temu sądziłam, że upał wypalił mi mózgownicę i coś ze mną nie halo...
Zamiatałam cierpliwie hektar kostki za domem. Słoneczko przyjemnie grzało.
Normalnie czułam jak "bladość ciał zanika", a w jej miejsce pojawia się apetyczny, delikatny miły dla oka brązik...
Nagle słyszę za plecami głosik Ani:
-Mamo?
-Mmmm?
-Czy możesz dmuchnąć żabę?

Yyyyyyhhhhh!!! W pierwszej chwili chciałam odpowiedzieć, że to niemożliwe, ponieważ to samce dmuchają...
Ale puknęłam się w czerep trzonkiem od miotły - przecież z dzieckiem gadam!
-Co mam zrobić??
-No dmuchnąć żabę! O tu! W tyłek! - powiedziała Aniusia cokolwiek niecierpliwie, podsuwając mi pod nos... żabę.
Spokojnie!
Papierową!
Ania przezywa ostatnio fascynację origami i tworzy różne cudaki.
Żaba wymagała solidnego dmuchnięcia. Lub jak kto woli napompowania ;-)
Dzięki sile moich płuc z płastugi zrobiła się całkiem przystojnym płazem.
Niestety, wydmuchana, znaczy nadmuchana przeze mnie żaba zaginęła gdzieś w akcji. Ale dopadłam żurawia.
Jak się nieszczęśnika ciągnie za ogon, to macha skrzydłami. Jakoś mu się nie dziwię - też bym pewnie machała czym popadnie, jakby mnie ktoś za ogon ciągnął (gdybym miała ;-))

Ja natomiast wpadłam w szał przetwórstwa owocowego.
Porzeczki (jak widać kilka fotek wyżej) ładnie dojrzały na krzaczkach.
Później się oskubały i wylądowały w durszlaku
Po to, żeby za kilka chwil zamienić się w konfiturę:

Agrest spotkał ten sam los ;-)
Jutro ciąg dalszy przetwórstwa. Tyle, że będzie sokowo ;-)

No i żeby nie było, że ja tylko przy garach stoję, albbo na miotle latam.
To tzw tfurczośc radosna. Czyli Ata sprawdzała, czy oprócz motylków i niekończącego się pledu dla Ani coś umie dziergnąć na szydełku ;-)
Same oceńcie. Ja tam w szał zachwytu i samouwielbienia nie wpadłam.

I na zakończenie dla moich wiernych czytelniczek i komentatorek zapowiedź czegoś co będzie ;-)
Czyli różyczki frywolne 3D.
Przypomniałam sobie, że wzór na nie mam od jakiś dwóch lat.
A to dzięki postowi Madziuli sprzed kilku dni. No i na ten tychmiast musiałam je zrobić. A w trakcie dziergania pojawił się kolejny pomysł. Ale o tym cicho sza! (póki co ;-))

Wzór na różyczki jest na blogu Bean
Ja mam wydruk z jakiejś innej strony ze wzorkami, ale niestety tradycyjnie nie zapisałam sobie jej adresu.
No to tyle!
Idę na dworek pławić się w ciepełku.
A na zakończenie powiem Wam, że kocham komary! Tylko one na mnie lecą! ;-)

piątek, 11 czerwca 2010

Starość?

Zapewne czytałyście "Opium w rosole" Małgorzaty Musierowicz i pamiętacie Genowefę Lompke vel Sztompke, vel Trombke vel...
To ona recytowała wierszyk panu Lewandowskiemu:
"Stary jesteś, śmierć cię czeka,
Grabarz po twą skórę pośle.
Już niedługo twego zycia.
Mój ty stary, biedny ośle."

Ta dość makabryczna rymowanka przypomniała mi się przedwczoraj, kiedy to udałam się na odkładaną od jakiś trzech lat wizytę do okulisty.
Dlaczego tak długo zwlekałam?
A ja wiem? No jakoś tak wyszło, że mi nie wyszło ;-)
Od ponad roku unikałam jak ognia (odruchowo chyba) haftów typu hardanger. Źle widziałam niteczki, męczyłam się przy ich liczeniu. Zdejmowanie okularów i mrużenie oczu nic mi nie dało,
bo astygmatyzm to wredna jednostka.
Drobne frywolitki z niteczek też nie wzbudzały mojego entuzjazmu twórczego.
Czytanie i pisanie (ręczne) też działało na mnie odpychająco.

No więc się w końcu ogarnęłam i poszłam. Z duszą na ramieniu. Bo oprócz tych zmazów, przed oczami zaczęły mi już jakiś czas temu latać takie czarne jakby robaczki przypominające z kształtu hmmmm... plemniki!
No co??? Nie mogę mieć w oczach plemników??
Jedna taka tam posłanka miała kurwiki, to ja se poszłam dalej w ewolucji ;-)

Rozszalała wyobraźnia podsuwała mi wizję szybkiej i nieuniknionej ślepoty. Robaczki w mych oczach zalewały mi pole widzenia zamieniając świat w czarną dziurę (w wyobraźni zaznaczam!).
A ja biedna, oślepiona plemnikami błąkam się po tym łez padole mamrocząc na wzór Maksa z "Sexmisji":
-Ciemność, widzę ciemność, ciemność widzę.
I tak oto bardziej moja chora wyobraźnia zadecydowała o konieczności udania się do mojej pani okulistki.
Powiedziałam rzecz jasna o tych robaczkach.
I co usłyszałam??
-To normalne. Oko się starzeje...
No ładnie!
TO JUŻ??? Ja się tak nie bawię!

Ale faktycznie kobieta jak ryba - psuje się od głowy ;-D

Te plemniki to są męty ciała szklistego. Ależ to brzmi, no nie? ;-D
Na szczęście to nie zaraźliwe ;-)
Mądrze ktoś napisał to ja zacytuję, co się mam w ten upał wysilać ;-)
Ciało szkliste
Ciało szkliste wypełnia centralną część oka pomiędzy soczewką a siatkówką i stanowi 2/3 objętości gałki ocznej. Jest to przezroczysta, galaretowata substancja w 99% składająca się z wody, pozbawiona nerwów oraz naczyń krwionośnych. Rola ciała szklistego polega na utrzymaniu kształtu oka; ciało szkliste bierze też udział w załamywaniu promieni świetlnych oraz amortyzuje wstrząsy i ruchy; odgrywa też ważną rolę w regulacji ciśnienia wewnątrzgałkowego. Z wiekiem następuje zwyrodnienie ciała szklistego, a związane z tym zmiany fizykochemiczne powodują u wielu osób spostrzeganie jaśniejszych lub ciemniejszych tworów, tzw. muszek latających. Także z wiekiem ciało szkliste obkurcza się i może odłączyć się od tylnego bieguna oka. Zwyrodnienie włókienkowe i tworzenie się pustych jam występuje u 34% ludzi pomiędzy 10 a 40 rokiem życia, odłączenie tylne ciała szklistego pojawia się u 6% ludzi po 50 roku życia, natomiast między 60 a 70 rokiem życia aż u 65% pacjentów.


Tych mętów nie można zlikwidować i to nie one były przyczyną mojego złego widzenia.
Po prostu - z wiekiem człek się z krótkowidza zamienia w dalekowidza.
I to stąd był mój "syndrom za krótkich rąk" ;-)
Dostałam okularki do tzw "bliży".
A te które mam, mam dalej używać, ale tylko do prowadzenia samochodu, do chodzenia, i do czegoś, czego nie robię od paru lat - czyli do oglądania telewizorni.
Nie wierzyłam własnym oczom (uzbrojonym w te śmieszne okulistyczne okularki-potworki), że z bliska mogę przeczytać tekst pisany drobnym maczkiem!
Miałam ochotę zabrać te monstrualnie ciężkie okulary z ruchomymi soczewkami i wracać z nimi do domu - bo w końcu po paru latach zobaczyłam świat z bliska ;-D
Ale jednak się opanowałam i pojechałam do optyka. I po długich i trudnych wyborach mam!!
Leciutkie, fajniutkie i zupełnie inne niż te stare.
Chyba sobie trochę pozbieram kasiorki i te "chodzeniowe" pingle też sobie zmienię - znaczy oprawki;-)
Ponieważ normalny kordonek do frywolitek nie zabijał mi oczu, a ja byłam w stanie euforii oczekując na nowe patrzadła dziergnęłam sobie zakładkę:


Jak widać składa się z dwóch połączonych ze sobą części. Po co?
A po to, żeby tę mniejszą zakładać na kartkę zamiast dyndających na zewnątrz skądinąd fajnych, tradycyjnych chwostów:

Wzór jest TU
Zakładka w oryginale jest na dwa czółenka, ale jak widać na załączonym obrazku - igłą też da radę bez kłopotu ;-)
Mówię to ja - frywolna iglara w nowych okularach ;-)

Ps: Klawiszony i monitor też jakby bardziej wyraźne :-D

wtorek, 13 kwietnia 2010

Ktokolwiek widział...

...ktokolwiek wie proszony jest o kontakt. Ze mną.

Zgubić można różne rzeczy: rękawiczki, parasolkę, głowę, serce, Ba! Nawet samochód (o czym już pisałam drzewiej ;-)!

Ja dziś zgubiłam...








rajstopy...



Tak, tak!
Można! Zapewniam Was.
No nie, nie spadły mi z wrażenia na widok jakiegoś młodego, jurnego przystojniaka - sama je ściągnęłam.
W celu przebrania się w "strój sportowy i buty na zmianę" (cytat z kartki zwyczajowo wręczanej pacjentom w "mojej" przychodni rehabilitacyjnej).
Ale może po kolei.
Pojechałam grzecznie po pracy. Wzięłam kluczyk do szafki i poszłam się przebrać.
Pyk-myk i byłam w stroju innym. Bluzeczka, spódniczka i RAJSTOPY grzeczniutko złożone powędrowały do szafeczki.
Atunia szafeczkę zamknęła, udała się do tzw ustronnego miejsca w celu udawania, że poprawia se urodę, WRÓCIŁA do szafeczki, zabrała książkę, komórkę i inne pierdoły i poszła grzecznie się rehabilitować.
Po wyjściu z fizykoterapii poczułam, że robi mi się jakoś chłodno i po wyzwoleniu z magnetronika ponownie udałam się do szatni, założyłam kurtkę na grzbiet i poszłam do samochodu po bluzę.
Wróciłam do szatni, odwiesiłam kurtkę do szafki i podreptałam na ciąg dalszy pieszczot.
Po co ja to tak dokładnie opisuję?
Ano po to, żebyście wiedziały, że ja po tej szatni kursowałam w tę i na zad.
Po zakończeniu macanek poszłam do szatni (ZNOWU!) - tym razem ubrać się w cywilne łaszki.
Wyjmuję je z szafki, a tam jest wsio - oprócz rajstop...
Przegrzebałam szafkę, dla pewności obejrzałam podłogę (dużo czasu mi to nie zajęło, bo ten wolny skrawek bez szafek ma wielkość chusteczki do nosa), zajrzałam do kosza na śmiecie sądząc, że się zamyśliłam i wywaliłam z rozpędu.
Amba Fatima - było i ni ma!
Bogu dziękować, że zawsze mam zapasowe rajstopy w torebce! Bo albo musiałabym wracać w spodniach dresowych, a na nogach obutych w eleganckie pantofelki (brązowe) miałabym urokliwe skądinąd koronkowe skarpeteczki (białe!!)!
Albo z gołym zadkiem, co przy dzisiejszej chłodnej raczej aurze nie skończyłoby się dobrze...
Sądzę, że dolne przyodzienie zsunęło mi się z kupki ciuchów przy pakowaniu ich do szafki.
Nie zauważyłam tego, a one zbyt cicho do mnie wołały z poziomu podłogi ;-)
Ale przecież latałam dziś po tej szatni jak kot z pęcherzem! Musiałabym je wcześniej czy później zauważyć. Kiedyś znalazłam właśnie tam baranka od kolczyków, który ktoś zgubił - rajstopy jakby większe, no nie? ;-)
Więc jeden wniosek mi się nasuwa - ktoś se je przygarnął. I dobrze! Niech mu, a właściwie jej służą ;-)
Tyle, że one nie najnowsze były. Ino czyste ;-D
Aha! I nie z górnej półki - nawet nie środkowej :-DD


A teraz mały bodziec dla jeszcze niezdecydowanych co do rozpoczęcia dłubania frywolnego ;-)

Podoba się bodziec? ;-)





A na zakończenie pierwszy obrazek ze staniczkowej zabawy:



Jutro lub pojutrze wysyłam do Anety :-)