Jak Wam już wiadomo, nowy/stary Łucznik szyje i to całkiem nieźle szyje.
No nie sam!
Mną.
Tyle, że "mną" ma jakby deficyty czasowe i rzadko może robić to co by się robić chciało.
Ale jakoś tak w środę po powrocie z pracy stwierdziłam, że mam nagle nadmiar wolnych chwil i warto by je było jakoś konstruktywnie spożytkować.
Pytanie jak?
No jak?
Szyjąc! :-D
A co?
Coś szybkiego i paczłorkowego.
Pomysł pojawił się niejako samoistnie.
Otóż moje młodsze dziecko podłącza komórkę do ładowania na noc. W łóżku własnym.
Ponieważ kontakt ma po jednej stronie łóżka, a szafkę nocną po drugiej, komórka musi leżeć grzecznie pod kołdrą, bo w innym przypadku, Ania zwyczajnie zaplątałaby się w kabel od ładowarki.
A przy porannym ścieleniu barłogu, komórka dostaje skrzydeł i sfruwa z hukiem na glebę. Sądzę, że pozytywnie na zdrowotność jej to nie wpływa...
Tak więc mus było coś na to zaradzić. I to pilnie.
Poskrobałam się w rozczochraną, wyciągnęłam resztki dżinsów z szycia narzuty, jakąś szmatę w duże ziamaje, pocięłam, zszyłam, przepikowałam i już.
Pod dwóch godzinach Ania dostała poduszkę funkcyjną:
Swoją rolę spełnia - komórka ma przytulne i bezpieczne mieszkanko ;-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą upcycling. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą upcycling. Pokaż wszystkie posty
sobota, 18 października 2014
piątek, 18 kwietnia 2014
Dżinsy rządzą
Dżinsy mną zawładnęły. Totalnie. Ba! One mną rządzą!
A dokładnie spodnie.
To taki fajny materiał na wszystko. Siatko-torbę pokazywałam w poprzednim poście, dziś czas na narzutę, a za trochę na resztę (z resztek).
Mam ławkę. Tak dla przypomnienia, łotuuuuu pisałam o niej.
Lata minęły dwa i lawka przestała być ładna... Oblazła, obłysiła się i ogólnie straciła na wyglądzie.
I co? Miałabym ją znowu malować i skrobać? Inwestować w farby?
MOWY NIE MA!
Tym bardziej, że metalowy stelaż trzyma się bez zarzutu.
No to trza zlikwidować (przynajmniej optycznie) strupy farbiane z desek.
Jak?
Najprostszą z możliwych metod - uszyć narzutę :-D
Mam na aparacie zdjęcia z poszczególnych etapów pracy, ale nie będę Was nimi katować.
Po prostu pokażę Wam efekt końcowy:
Bez testera nie mogło się obejść ;-)
Fred z zadowoleniem przyjął kolejny uszytek pańci i totalnie zrelaksowany próbował zakurzyć na niej papieroska:
Pani nie pozwoliła, zabrała szmatę, machnęła na miejsce docelowe, więc kocamber zmienił miejsce wylegiwania się z trawnika na ławkę:
A tak wyglądają z perspektywy:
Fred sądził, że narzuta jest tylko i wyłącznie dla niego.
Rozczarował się dość mocno, bo przyszła taka jedna młoda młodsza i pogoniła kocinę twierdząc, że skoro ta, co uszyła jest jej mamą, narzuta jest bardziej jej, niż sierściarza:
No cóż... Sądzę, że dojdą jakoś do porozumienia i nie będą sobie wzajemnie rwać kłaków w bitwie o narzutę dżinsową w rozmiarze 180 x 130 cm ;-)
A zresztą... Mam w planach kolejną, podobną. Na drugą ławkę, bo też oblazła.
Póki co - intensywnie zbieram dżinsy ;-))
Wszystkie zdjęcia są autorstwa mojej starszej córki Joanny
A dokładnie spodnie.
To taki fajny materiał na wszystko. Siatko-torbę pokazywałam w poprzednim poście, dziś czas na narzutę, a za trochę na resztę (z resztek).
Mam ławkę. Tak dla przypomnienia, łotuuuuu pisałam o niej.
Lata minęły dwa i lawka przestała być ładna... Oblazła, obłysiła się i ogólnie straciła na wyglądzie.
I co? Miałabym ją znowu malować i skrobać? Inwestować w farby?
MOWY NIE MA!
Tym bardziej, że metalowy stelaż trzyma się bez zarzutu.
No to trza zlikwidować (przynajmniej optycznie) strupy farbiane z desek.
Jak?
Najprostszą z możliwych metod - uszyć narzutę :-D
Mam na aparacie zdjęcia z poszczególnych etapów pracy, ale nie będę Was nimi katować.
Po prostu pokażę Wam efekt końcowy:
Bez testera nie mogło się obejść ;-)
Fred z zadowoleniem przyjął kolejny uszytek pańci i totalnie zrelaksowany próbował zakurzyć na niej papieroska:
Pani nie pozwoliła, zabrała szmatę, machnęła na miejsce docelowe, więc kocamber zmienił miejsce wylegiwania się z trawnika na ławkę:
A tak wyglądają z perspektywy:
Fred sądził, że narzuta jest tylko i wyłącznie dla niego.
Rozczarował się dość mocno, bo przyszła taka jedna młoda młodsza i pogoniła kocinę twierdząc, że skoro ta, co uszyła jest jej mamą, narzuta jest bardziej jej, niż sierściarza:
No cóż... Sądzę, że dojdą jakoś do porozumienia i nie będą sobie wzajemnie rwać kłaków w bitwie o narzutę dżinsową w rozmiarze 180 x 130 cm ;-)
A zresztą... Mam w planach kolejną, podobną. Na drugą ławkę, bo też oblazła.
Póki co - intensywnie zbieram dżinsy ;-))
Wszystkie zdjęcia są autorstwa mojej starszej córki Joanny
poniedziałek, 24 lutego 2014
Numero tre, czyli upcycling cz. 2
Dawno, dawno temu, czyli tak jakoś miesiąc temu, rozpoczęłam szycie kolejnej (trzeciej) w mojej karierze robótkowej narzuty patchworkowej.
Oj długo to trwało! Przeliczając na roboczogodziny to dokładnie wyszło 39,5 h.
Dlaczego aż tyle?
Czy był arcytrudny?
A gdzie tam! Prosty jak konstrukcja cepa!
Tyle, że upierdliwy, jak stara panna na pustyni.
Ale ogólnie wyszedł całkiem, całkiem.
Zresztą jaki jest, każdy widzi (na fotce poniżej):
Zygzak mu na imię :-D
I jest kolejnym (po macie) upcyklingiem.
Białe to stara poszwa na kołdrę znaleziona na strychu, a kolorowe gałganki, to różne resztki pozostałe po innych szyciach oraz fragmenty starych, niemodnych ciuchów (również strychowe znaleziska).
A na czym polega jego upierdliwość produkcyjna?
Postaram się Wam to przybliżyć na kilku fotkach.
Po pierwsze: najpierw trzeba było wyciąć 266 białych kwadratów.
Potem doszyć do nich kawałki kolorowych szmatek i przyciąć całość do zamierzonego rozmiaru, czyli 10x10 cm:
Potem te kawałki należało przypiąć w jakimś mniej więcej kolorystycznym bałaganie i je ponumerować, żeby się nie pokiełbasiły przy szyciu:
Następnie pozszywać je dwójkami:
A te dwójki w czwórki...
..., a potem w ósemki...
A potem w szesnastki itd, itd...
Aż powstało takie coś, co zostało oddane do wstępnego testowania:
Potem toto było kanapkowane, pikowane i lamówkowane, aż dochodzimy do już pokazywanego efektu, czyli gotowiec do zawieszenia na sznurze i sfocenia w celu chwalenia się, co niniejszym czynię z prawdziwą przyjemnością:
Oj długo to trwało! Przeliczając na roboczogodziny to dokładnie wyszło 39,5 h.
Dlaczego aż tyle?
Czy był arcytrudny?
A gdzie tam! Prosty jak konstrukcja cepa!
Tyle, że upierdliwy, jak stara panna na pustyni.
Ale ogólnie wyszedł całkiem, całkiem.
Zresztą jaki jest, każdy widzi (na fotce poniżej):
Zygzak mu na imię :-D
I jest kolejnym (po macie) upcyklingiem.
Białe to stara poszwa na kołdrę znaleziona na strychu, a kolorowe gałganki, to różne resztki pozostałe po innych szyciach oraz fragmenty starych, niemodnych ciuchów (również strychowe znaleziska).
A na czym polega jego upierdliwość produkcyjna?
Postaram się Wam to przybliżyć na kilku fotkach.
Po pierwsze: najpierw trzeba było wyciąć 266 białych kwadratów.
Potem doszyć do nich kawałki kolorowych szmatek i przyciąć całość do zamierzonego rozmiaru, czyli 10x10 cm:
Potem te kawałki należało przypiąć w jakimś mniej więcej kolorystycznym bałaganie i je ponumerować, żeby się nie pokiełbasiły przy szyciu:
Następnie pozszywać je dwójkami:
A te dwójki w czwórki...
..., a potem w ósemki...
A potem w szesnastki itd, itd...
Aż powstało takie coś, co zostało oddane do wstępnego testowania:
Potem toto było kanapkowane, pikowane i lamówkowane, aż dochodzimy do już pokazywanego efektu, czyli gotowiec do zawieszenia na sznurze i sfocenia w celu chwalenia się, co niniejszym czynię z prawdziwą przyjemnością:
AMENT!
czwartek, 20 lutego 2014
Upcycling - cz. 1
Obiecałam wczoraj kilku osobom, że opiszę mój sposób na okiełznanie szmatek.
Czyli jak zrobiłam matę do patchworku.
Normalni ludzie, to idą do sklepu i kupują gotowca i już.
Normalni inaczej - kombinują.
Ja z tych ostatnich.
Wydawało mi się, że mata do projektowania patchworków, to zwykła fanaberia i kolejny, niepotrzebny arefakt.
Ale...
Jak się złapałam za nieco większe rzeczy, niż poduszki to już nie byłam taka pewna swego.
Przy pierwszych dwóch pledzikach spokojnie poradziłam sobie bez maty (w inny sposób, nieważne jaki).
Natomiast pled nr trzy wymiary miał z założenia zdecydowanie większe. I wzór zupełnie nie jednoznaczny.
Mus go zobaczyć przed zszyciem!
No więc zaczęłam kombinacje alpejskie.
Jakby tu z czegoś, co się ma, stworzyć coś, czego się nie ma, a chce się mieć.
Potoczyłam oczami swemi po posiadanych rzeczach dziwnych, co to normalni ludzie wywalają natychmiast, a ja chomikuję i... BINGO!!!
Otóż weszłam niedawno w posiadanie takiego czegoś, czym się zabezpiecza sprzęt elektroniczny przed podrapaniem wrażliwych części.
Jak by to opisać sensownie? Kondom? No chyba tak. Nie wiem, z czego to jest zrobione, ale jest to bardzo miękkie i sztuczne.
Gabaryt posiadanego przeze mnie kondoma też był całkiem, całkiem - otulał 40 calowy telewizor.
- No dobra! Matę mam. Ale wypadałoby ją jakoś, gdzieś, na czymś powiesić. I to tak, żeby się nie zwijała do środka - sam sznurek nie wystarczy.
I znowu olśnienie! Jak dobrze demolantem być! Jakiś czas temu połamałam mopa Viledy. Znaczy nie kij jako taki, tylko taką plastikową końcówkę - słabo silna była i po 14 latach szlag ją trafił.
Notorycznie zapominałam wystawić kij na wywózkę ze śmieciami i tak się bidak poniewierał...
Nie bez przyczyny, jak się okazało.
Kij + kondom = mata do patchworków! HA!!!
Kondom rozprułam po bokach, górą przeszyłam tunel.
Kij pozbawiłam resztek plastiku i przewlokłam przez niego sznurek.
Ponieważ kondom był szerszy, niż długość kija, nacięłam go z dwóch stron, tak jak to widać na zdjęciu:
Całość maty należało na czymś powiesić.
No na czym najprościej?
No na sprężynach od weków, rzecz jasna:
A mata prezentuje się tak:
Na zdjęciu jest tylko połowa maty, bo TAM NIŻEJ jest fragment mojego patchworku, który pokażę dopiero, jak skończę.
Też upcyklingowy jak coś :-D
Rozmiar maty: 140x200 cm.
Jak na moje potrzeby, póki co, jest ok.
Po co mi ona, skoro dysponuję hektarami podłóg?
Po pierwsze - nie wyobrażam sobie, żebym nawet te hektary miała wyłączyć z użytkowania na co najmniej tydzień.
Po drugie - mam dwa koty z turbo ADHD, z popsutym wyłącznikiem "off" ;-)
Na wiszącej macie, kawałki szmatek mają większe szanse na przetrwanie w stanie niezdezelowanym, niż w pozycji horyzontalnej.
Chociaż i w takim zwisie patchwork kusił sierściuchy, oj kusił! Zwłaszcza Lucjusza, który teraz jak anioł siedzi mi na kolanach i kontroluje, czy pańcia przypadkiem publicznie go nie szkaluje ;-)
Czyli jak zrobiłam matę do patchworku.
Normalni ludzie, to idą do sklepu i kupują gotowca i już.
Normalni inaczej - kombinują.
Ja z tych ostatnich.
Wydawało mi się, że mata do projektowania patchworków, to zwykła fanaberia i kolejny, niepotrzebny arefakt.
Ale...
Jak się złapałam za nieco większe rzeczy, niż poduszki to już nie byłam taka pewna swego.
Przy pierwszych dwóch pledzikach spokojnie poradziłam sobie bez maty (w inny sposób, nieważne jaki).
Natomiast pled nr trzy wymiary miał z założenia zdecydowanie większe. I wzór zupełnie nie jednoznaczny.
Mus go zobaczyć przed zszyciem!
No więc zaczęłam kombinacje alpejskie.
Jakby tu z czegoś, co się ma, stworzyć coś, czego się nie ma, a chce się mieć.
Potoczyłam oczami swemi po posiadanych rzeczach dziwnych, co to normalni ludzie wywalają natychmiast, a ja chomikuję i... BINGO!!!
Otóż weszłam niedawno w posiadanie takiego czegoś, czym się zabezpiecza sprzęt elektroniczny przed podrapaniem wrażliwych części.
Jak by to opisać sensownie? Kondom? No chyba tak. Nie wiem, z czego to jest zrobione, ale jest to bardzo miękkie i sztuczne.
Gabaryt posiadanego przeze mnie kondoma też był całkiem, całkiem - otulał 40 calowy telewizor.
- No dobra! Matę mam. Ale wypadałoby ją jakoś, gdzieś, na czymś powiesić. I to tak, żeby się nie zwijała do środka - sam sznurek nie wystarczy.
I znowu olśnienie! Jak dobrze demolantem być! Jakiś czas temu połamałam mopa Viledy. Znaczy nie kij jako taki, tylko taką plastikową końcówkę - słabo silna była i po 14 latach szlag ją trafił.
Notorycznie zapominałam wystawić kij na wywózkę ze śmieciami i tak się bidak poniewierał...
Nie bez przyczyny, jak się okazało.
Kij + kondom = mata do patchworków! HA!!!
Kondom rozprułam po bokach, górą przeszyłam tunel.
Kij pozbawiłam resztek plastiku i przewlokłam przez niego sznurek.
Ponieważ kondom był szerszy, niż długość kija, nacięłam go z dwóch stron, tak jak to widać na zdjęciu:
Całość maty należało na czymś powiesić.
No na czym najprościej?
No na sprężynach od weków, rzecz jasna:
A mata prezentuje się tak:
Na zdjęciu jest tylko połowa maty, bo TAM NIŻEJ jest fragment mojego patchworku, który pokażę dopiero, jak skończę.
Też upcyklingowy jak coś :-D
Rozmiar maty: 140x200 cm.
Jak na moje potrzeby, póki co, jest ok.
Po co mi ona, skoro dysponuję hektarami podłóg?
Po pierwsze - nie wyobrażam sobie, żebym nawet te hektary miała wyłączyć z użytkowania na co najmniej tydzień.
Po drugie - mam dwa koty z turbo ADHD, z popsutym wyłącznikiem "off" ;-)
Na wiszącej macie, kawałki szmatek mają większe szanse na przetrwanie w stanie niezdezelowanym, niż w pozycji horyzontalnej.
Chociaż i w takim zwisie patchwork kusił sierściuchy, oj kusił! Zwłaszcza Lucjusza, który teraz jak anioł siedzi mi na kolanach i kontroluje, czy pańcia przypadkiem publicznie go nie szkaluje ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




