Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zielsko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zielsko. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 czerwca 2013

Palący wpis

Na początku mojego wpisu pragnę Was ostrzec przed zjadliwym krzaczorem.
Mam go w ogrodzie od lat... Nie wiem ilu. Musiałbym sięgnąć do archiwum zdjęciowego i na tej podstawie określić czas jego przybycia do naszego ogrodu.
Przyjmijmy, że jest to ok. 15 lat.
Jest wielki, rozłożysty i ekspansywny.
Im bardziej się go tnie, tym mocniej i szybciej przyrasta.
No i czasem też zarasta chwastami.
Przed wczoraj spojrzałam na niego krytycznie i wybiórczo.
Skutek tego był taki, że zobaczyłam kilka pokrzyw wychylających się z niego tu i ówdzie oraz trawska wielkie jak trzciny nad jeziorem, przerastające to wielkie płożące się jałowcowate coś.
Niby niedużo tego było, ale jednak psuło ogólną estetykę srebrnego potwora.
Tak więc wczoraj ruszyłyśmy z Anią na odsiecz potężnemu krzewowi.
Na zdjęciu poniżej widać tylko 1/4 chabazia:

I z tej niby niedużej ilości chwastów, nie wiedzieć kiedy, zrobiła nam się kopiasta taczka badziewia...
Ryłyśmy w nim w pełnym nasłonecznieniu (rośnie od południowej strony). W pewnym momencie zarządziłam przerwę i klapnęłyśmy sobie obie w cieniu, w celu złapania oddechu.
Kiedy tak sobie ramię ramię dyszałyśmy, poczułam, że strasznie mnie pieką ręce.
Tak od nadgarstków wzwyż...
- Dziwne... Patrz Ania, ależ ja mam bąble! Jeden z drugiego wyłazi normalnie! A pali mnie, jakbym w ogniu łapy trzymała!
- Pewnie od pokrzyw.
- Hmmm... Może. Siekały mnie, owszem. Ale AŻ tak??
Po chwili ruszyłyśmy dalej do walki.
Właziłyśmy pod krzewisko, podnosiłyśmy mu gałęzie,  wyrywałyśmy chwasty, aż furczało.
Potem uzbrojone w sekatory, cięłyśmy go brutalnie i bez litości, bo właził w azalię i w świerk conica, skutecznie je zagłuszając.
Ania, po skończonej robocie (a więcej i zawzięciej go chlastała) nie miała ani jednego bąbla na sobie.
Zaznaczam, że obie ubrane byłyśmy tak samo: długie spodnie, krótkie rękawy i rękawice.

Ja ręce miałam spuchnięte i purpurowe.
Tzn. tam, gdzie nie miałam rękawic.
Czyli dłonie ocalały, a reszta jakoś nie...
Ale co śmieszniejsze, na plecach też mnie wybąbliło, mimo bluzki :-D
Wprawdzie mniej niż na rękach, ale jednak.

Jak nazywa się ten potwór?
Zapamiętajcie dobrze: to jałowiec wirginijski.
Piękne bydle, szybko rosnące, w sumie okrywowe. Bez żadnych wymagań glebowych. Im więcej ma słońca, tym lepiej przyrasta.
Ale ma igiełki i bardzo silne olejki eteryczne...


Koszmarnie uczulające...
Do wczoraj zwykle cięłam go i obrabiałam nie tylko w rękawicach, ale też i w długich rękawach. Całkiem przypadkowo. Bo nie wiedziałam, z czym mam do czynienia :-DD
Wczoraj po raz pierwszy robiłam to w krótkim rękawie.
Od wczoraj już wiem, że chcąc cokolwiek przy nim zrobić, muszę być ogacona od stóp do głów :-)
Bo wprawdzie opuchlizna już mi zeszła, ale pieczenie czuję cały czas i nie jest to fajne uczucie ;-)

Ale...
To palące uczucie dotyczyło nie tylko rąk mych zdolnych i szlachetnych.
W umyśle mym też tkwiło coś palącego...
Była to potrzeba!
I konieczność.
Absolutna, PALĄCA konieczność naumienia się UKOŚNIKA :-D
Tak więc zasiadłam dziś ze stanowczym postanowieniem:
- Nie ruszę się z krzesła, dopóki nie opanuję w stopniu dostatecznym nowego ściegu! Choćby mnie siedzenie piekło od siedzenia, nie ruszę się!

Jakoś na szczęście szybciutko poszło i jakieś 20 minut później powstał mój pierwszy fragment ukośnika:

Nadmieniam, że jest to tylko kawałek ćwiczebny. Na powiększeniu fotki widać, że jest to ukośnik.
Już wiem, czym to się je, jak się to robi i że jest to proste jak drut w kieszeni :-D

Właśnie zaczęłam robić pierwszą PRAWDZIWĄ bransoletkę. Jak skończę, to się pochwalę :-)

Póki co - pokażę ostatnio udzierganą, metodą zwykłą, czyli oczkami ścisłymi:

Bransoletka jest na rączce u Ani, a wzór  u Weraph :-)

A ja wracam do palącej potrzeby utrwalania umiejętności ukośnikowej :-)

sobota, 19 maja 2012

Cenne śmiecie

Chomikiem byłam, jestem i będę.

Większość z nas ma fioła na punkcie zbieractwa wszelakiego. A to koraliki, a to włóczki, a to serwetki, kordonki i inne, nienazwane artefakty.
Ja poza wyżej wymienionymi i nie, zbieram również śmiecie.
Takie klasyczne: zużyte baterie, zdemolowany sprzęt RTV AGD, makulaturę, złom itp, itd.
Tak sobie? Dla przyjemności rozsadzenia domu w posadach? Zarośnięcia brudem i bajzlem?? Żeby mnie za czas jakiś w TV pokazali jako przykład kolejnej śmieciowej zbieraczki rzeczy wszelakich?
Nieeeee!!
Na kwiatki!
Kiedyś tam, pisałam już na blogu o akcjach zbierania śmieci w różnych dzielnicach Wa-wy, w zamian  za kupony na roślinki.
Dziś też był taki "zbieraczy dzień" w pobliskiej gminie. Wioskę dalej od mojej, czyli jakieś lekkie i maksymalne 10 minut jazdy samochodem wypakowanym szkłem, plastikiem, zużytymi bateriami, fredkowymi puszkami, zepsutymi pierdołami typu suszarki, golarki i zegarki.
Kilka kursów z samochodu do punku odbioru i stałyśmy się z moją wierną asystentką Anią szczęśliwymi posiadaczkami 40 kuponów na zielsko!
40 kuponów = 40 roślinek!!
SZAŁ CIAŁ I UPRZĘŻY normalnie!!
Ale żeby nie było za lajtowo, trza było swoje odstać w kolejce. Tak mniej więcej ok godziny ;-)
Warto było!
Ania w między czasie zaliczyła jakiś konkurs ekologiczny, w którym pani nie dała się jej rozwinąć do końca.
Bo zadała konkretne, acz nie całkiem przemyślane pytanie:
- Powiedz mi, jak oszczędzasz wodę i energię elektryczną?
Później Ania oburzona opowiadała mi jak było:
- No i ja zaczęłam mówić. I pani mi przerwała, zanim skończyłam o oszczędzaniu wody!! A o enrgii nic nie powiedziałam!
Czemu ja się tej pani nie dziwię?? ;-D
Nagroda za elokwencję: ekologiczne kredki z linijką, temperówką i gumką, prześmieszna skakanka z laleczkami w charakterze uchwytów i oczywiście coś, co Annę ucieszyło najbardziej: książka "Od Tatr do Bałtyku" - taki przewodnik po Polsce dla małolatów. A wszystko to spakowane oczywiście w torbę ekologiczną ;-)
Jak już pisałam w  końcu, po godzinie, dopełzłyśmy do lady i do pań wydających roślinki.
I  okazało się, że liczba roślinek przerosła moją możliwość spakowania ich. Miałam przy sobie jeden koszyk i jedną skrzynkę. Przemiła pani pożyczyła mi dość spory kontener na roślinki. Wcześniej wymogła na mnie solenną obietnicę, że go oddam pod karą śmierci i ogólnych, bliżej nie sprecyzowanych tortur.
Obiecałam.
Najpierw jednak do samochodu zatargałam swoje sprzęty obciążone kwiatkami.
A w drugim nawrocie zabrałam ten pożyczony kontener.
No i tu się zaczyna lekki dramatyzm sytuacyjny.
Niosłam to zielsko przed sobą. Kompletnie nie widząc nic przed sobą. Tylko ludzkie głowy z kawałkami górnej części korpusów.
 W sumie, gdybym wiedziała czym to się może skończyć, zastosowałabym metodę a'la Afrykanerki i machnęłabym go sobie na łeb...
Ale gdzie tam! Przedarłam się przez dziki tłum i doszłam do przejścia dla pieszych.
Trzeba Wam wiedzieć, że mam małą skazę i nie umiem chodzić dostojnie i powoli.
Gdzie tam!
Lecę na łeb, na szyję!
Tak też było i dziś.
Przed pasami miałam zamiar wyhamować.
Ale nie dane mi było.
Bo ktoś wpadł na pomysł, żeby tuż przed wejściem na jezdnię postawić betonowy pachołek.
Twardy i  nieustępliwy...
Ktoś wpadł na pomysł, a ja na pachołek...
Lewym kolanem. Z impetem, rozpędem i zapałem.
Wybiło mnie to (lekko mówiąc) z rytmu i ratując się przed upadkiem twarzą w zdobyczne kwiatki, leciałam do przodu ciągnięta przez dość ciężki kontener z zielskiem.
Kątem oka zobaczyłam samochód dojeżdżający do pasów, ale kompletnie NIC nie mogłam zrobić!
Po prostu kwiatki mnie pchały ciągnąc! I tak oto z impetem wpadłam na jezdnię...
Boguu dziękuję i mojemu zapracowanemu po uszy Aniołowi Stróżowi, że dali refleks kierowcy.
Dał po heblach jak należy i dzięki temu nie rąbnęłam mu na maskę kwiatami i swoją osobą.
Swoją drogą - miałby dość osobliwe i oryginalne powitanie na recyklingowej akcji: zamiast chlebem i solą, ja wywaliłabym mu kwiatki przed przednią szybę i jego niewątpliwie przerażone oblicze ;-DD
Żyję, kwiatki uchroniłam, tylko jeden rąbnął na asfalt, ale szybko go zebrałam i zabrałam  z przejścia dla pieszych.
A kolano?
Się zagoi!
A Chuda po wysłuchaniu "krwawej opowieści" z przedsionka śmierci pod kołami samochodu swej matki, pokiwała ze stoickim spokojem głową i powiedziała:
- No widzisz? A ze mnie to się śmiałaś!
Zaraz tam śmiałaś! Toż współczułam ;-)
Nic to!
Kwiatki mam i to jest najważniejsze!
I tak się prezentowały po przywiezieniu ich do domu, jeszcze w bagażniku:
 Jest ich dokładnie 40 sztuk!
30 jest już na miejscu. Reszta czeka na jutro-pojutrze, bo dziś zwiędłam jakoś i wszystkich nie dałam rady wsadzić na miejsca docelowe.
Cieszę się cały czas jak durna!
No bo po zbyłam się śmieci, a w zamian mam całkiem fajnie w ogrodzie.
I to do tego za free!

niedziela, 10 kwietnia 2011

Ale to już było...

Na początku dziękuję wszystkim tym, których zaniepokoiło moje zniknięcie.
To szalenie miłe, że niektórym z Was brak było mojej obecności w blogosferze :-)
Absencja spowodowana była ogólnie mówiąc rozlicznymi zajęciami. Od rana do późnego wieczora.
W tak zwanym międzyczasie wzięła i przyszła wiosna do mojego ogrodu, co z niejakim zdziwieniem zaobserwowałam właśnie dziś.
Chociaż w zasadzie to nic dziwnego o tej porze roku ;-)
Szczególnie zdumiał mnie widok szafirków w pełnym rozkwicie!
Napatrzeć się na nie nie mogę! Zwykle kwitły w okolicy moich imienin, a tu proszę! Prawie miesiąc wcześniej!

Hiacynty też już zaczęły się popisywać swoją urodą.

Tylko patrzeć a i tulipany też pokażą na co je stać

Oprócz szafirków tradycyjnie zakwitła też forsycja:
Fajnie wygląda na tle jeszcze łysawego trawnika :-)

Niby to wszystko już było i w poprzednich latach - kwiaty rozkwitają, ptaki wracają do swoich domów, na drzewach pąki zaczynają puchnąć, a jednak za każdym razem cieszy tak samo.

W czasie, kiedy nie wiedziałam gdzie mam przód a gdzie tył, przyszła do mnie wygrana od Anabell
W kopercie kryło się prześliczne pudełeczko...

A w nim...
... cudnej urody bransoletka i kolczyki! Bardzo delikatne i misternie wykonane. Mowę mi odjęło na dłuższą chwilę po wyjęciu ich z pudełka!
Aniu! Dziękuję Ci bardzo za zabawę i za fantastyczny komplecik!
Oczywiście już miał swój debiut ;-)

Ja też działałam na niwie robótkowej.
A co?
No jak co?
Jajca! Naszyjniki! Jajca! Naszyjniki! I jeszcze raz jajca! I jeszcze raz naszyjniki!
Nie robiłam zdjęć, bo nie miałam czasu.
Tylko dzisiejszy wytwór pstryknęłam, bo dopiero w okolicach środy powędruje do nowej właścicielki, więc jeszcze sobie u mnie jest
Robiłam już takie i nawet pokazywałam na blogu.
Ale żeby nie było, że nic nie robiłam i tylko ściemniam, żem taka po uszy zarobiona od świtu do zmierzchu, pokazuję replikę tego co już było.
No to spadam.
Robić jajca ;-D

sobota, 1 maja 2010

Sprawozdanie

Uprzejmie informuję moich wrogów i przeciwników, że mam się dobrze i żyję.
A to, że się nie uzewnętrzniam na własnym blogu nie oznacza, że szlag mnie trafił.
Nic z tych rzeczy :-P
Ogród ostatnio mnie wessał.
Za sprawą kilku czynników zewnętrznych.
Pierwszy: wiosna, panie sierżancie.
Drugi: trzy takie pracowite mrówki blogujące: Elisse, Ivalia, Kankanka (kolejność alfabetyczna).
Jedna ma ogród , że dech w biuście zapiera.
Druga se siedzi i samo jej rośnie ;-)
Trzecia na przekór przestrzennym planom zagospodarowania drze darń, likwiduje śmietnisko i zdobywa surowce wtórne na własnej działce.
To co? Ja mam być gorsiejsza??
NIGDY W ŻYCIU!!!
A więc ostatnimi czasy najczęściej oglądam świat z perspektywy dżdżownicy, czyli zagrzebana w ziemi po zakolczykowane uszy.
Bawiłam się nawet w twórcę.
A mianowicie stworzyłam coś, co można by w przypływie dobrego humoru i lajtowego podejścia do sprawy nazwać małą architekturą ogrodową.
W skrócie ja zowę to cóś kurhanem Kościuszki...

Kurhan, jak widać ma "stelaż" z polnych kamieni obsypanych na oślep ziemią.
I teraz dwie opinie:
Pytam mojego szanownego męża:
-No? I jak to wygląda?
-Eeeee.... No... Jak kupa kamieni!
Wrrrrrrr! Nie to było moim zamysłem!
Po kilku chwilach ze swojego domu wychynął rodzic mój szlachetny i zadał mi pytanko:
-O! A co to będzie?
Więc ja już wkurzona opinią męża warknęłam:
-Co? Nie widzisz?? DUPA I KAMIENI KUPA!!!!
-Aaaaahaaa! Fajnie będzie!
No i za to kocham mojego tatę :-)
Kurhan usypałam nie w celu "sztuka dla sztuki", tylko w celu osłonięcia baniaka z ekologicznym gó...kiem, czyli nawozem z pokrzyw.
Baniak od lat jest mrocznym obiektem pożądania złomiarzy cyklicznie pojawiających się w mojej okolicy.
Dlaczego?
Bo skubany, od dołu do góry jest z miedzi.
Jest u nas od 1945 roku.
Jego historia jest dość ciekawa.
Przed II wojną światową baniaczek pracował ciężko w fabryce Wedla. Tak, tak - tego PRAWDZIWEGO Wedla.
Mieszano w nim czekoladę.
W czasie wojny został ciężko ranny odłamkiem z bomby i po wojnie została przeznaczony na złom.
Mój Dziadek miał odlewnię żelaza i dla potrzeb własnej fabryczki produkującej części do maszyn rolniczych ściągał złom wszelaki.
Baniak jednak mu się nie przydał i tak sobie po prostu był.
Z dziurskiem w połowie wysokości. Przewalany to tu, to tam.
Nikt nie miał ochoty pozbyć się go. Chyba przez świadomość, CO w nim było mieszane ;-) (rodzinką słodkolubną jesteśmy od pokoleń).
W końcu mój tata zrobił "łatę" i jest wykorzystywany na robienie ekologicznego łajna.
Z przerwą na dorastanie młodszego dziecięcia, które to miało tendencję do uczenia naszych kotów pływania, tudzież nurkowania...

Tu widać łatę na historycznym już baniaczku :-)

Kurhan obsadziłam powojem na życzenie mojego taty.
Jeszcze nie był uprzejmy wykiełkować (powój, nie tata).
A u stóp posadziłam 4 fiołki (zdobyte za baterie na Dniu Ziemi).
No właśnie...
Dzień Ziemi.
Porażka roślinna.
Oddałam tylko baterie. Dostałam 16 roślinek. Ot, takich zwykłych bylinek. Szmelc elektryczny wrócił ze mną do domu, bo za begonie, szafirki i skalnice szkoda mi było zostawiać cennych śmieci. Tym bardziej, że na Dniu Recyklingu w czerwcu lepiej "płacą" ;-)
Oprócz wspomnianych wyżej roślinek mam też skalnicę rozesłaną:

Poza tym spełniłam swoje ogromne marzenie!
kupiłam dwa (póki co!) krzaczki lawendy!!
Będzie więcej rzecz jasna! Bo lawendę ja kochać!! I jej zapach...

Poza tym - zakwitła mi spirea, czy też tawuła (nie odróżniam - ładna jest i tyle).

Aha! Motyle se przyleciały. Szydełkowe takie jakieś...
Zielony, pomarańczowy i żółty docelowo wylądują na czarnym torbiszczu Rabarbary. A reszta? Reszta jest milczeniem...
Jak zrobię co zamierzam, to się będę chwalić do wypęku!
Obecnie szyję kolejne żółwie i kota giganta. Na życzenie mojej Ani. Ale o tym napiszę pod koniec maja. Lub na początku czerwca.
Teraz szaaaa.... :-))
Aha! Pledzik dla rzeczonej wyżej Aniusi się dzierga.
Póki co mam 11 kwadratów. Docelowo ma być... 130 :-DD
Zabawa przy tym szydełkowaniu jest superancka! Releksik od wideł i łopaty jak ta lala!
Na zakończenie zapraszam do Garkotłuka
Pojawiło się kilka nowych przepisów (jakby ktoś przegapił)
Między innymi na szybkie ciacho z jabłcami :-)


Ogólnie zrobiłam dużo więcej niż napisałam, ale nie mam siły na pisanie i focenie.
Podsumowując użyję mało kulturalnego, ale bardzo obrazowego porównania mojej sis:
jestem zje...na jak koń po westernie.
I całkiem mi z tym dobrze i do twarzy :-)))

piątek, 10 lipca 2009

Wyjatkowo źle wychowana jestem!

Tak moje kochane! Trzeba się w końcu przyznać i spojrzeć prawdzie prosto w oczy! Prymitywem bez kindersztuby jestem i już!
A więc teraz nastąpi publiczna wiwisekcja pani Moniki G., czyli moja.
Było to wczoraj.
Pojechałam do sądu. Konkretnie do wydziału Ksiąg Wieczystych, żeby dokonać zmiany we wpisie.
A tak nawiasem: założenie nowej księgi kosztuje 50 zł, a zmiana wpisu 150! Dziwne to jakieś. Księgę mamy założoną przez mojego Dziadka w latach 30-stych ubiegłego wieku i wg moich prywatnych przemyśleń sądzę, że powinniśmy mieć jakieś preferencje, no nie? ;-)
Ale ad rem!
Tłum kłębił się makabryczny!
Wydziałów KW jest tam coś koło 6, do każdego co najmniej 20 osób!
Ponieważ nie miałam pojęcia, jakie druki mam wypełnić, udałam się do informacji.
Wyłuszczyłam miłej starszej pani w okienku mój problem i pani Informacja wręczyła mi koszmarny papier formatu A3 gęsto wypełniony dziwnymi żądaniami przekraczającymi mój rozumek Kubusia Puchatka, poinstruowała gdzie mam kupić drogocenny znaczek, gdzie złożyć podanie i już.
Podreptałam na ogólną salę, zasiadłam do wypełnienia druków z wyglądu przypominających PIT'y, ale bardziej zagmatwane.
Po kilku minutach zorientowałam się mniej więcej gdzie mam wpisać dane moje i taty, a potem inwencja twórcza mnie opuściła do cna.
Więc stwierdziłam, że pewnie te panie przyjmujące wnioski będą zdecydowanie bardziej kumate niż ja i capnąwszy czarodziejski numerek dopuszczający mnie do tajemniczego pokoju nr 7, powędrowałam do kasy (piętro wyżej) po cenny dowód wpłaty, czy jak kto woli - haraczu na rzecz XV wydziału sądu.
Niestety, miałam przy sobie jednie 100 zł, a kasa opłat plastikiem nie przyjmuje. Więc znowu starabaniłam się na dół, do bankomatu po brakującą część gotówki.I znowu w kolejkę na górę - do kasy.
Po uiszczeniu wpłaty spełzłam na dół i oniemiałam - tłum falował i gęstniał z każdą chwilą.
Miejsc siedzących zero (słownie - zero!).
Miałam nr 74, a wyświetlacz w "moim" wydziale beztrosko ogłaszał, że obsługiwany jest nr 61, więc czekania miałam na co najmniej godzinę!
Kurcze! Nie dam rady tyle stać! (dla niezorientowanych czytelniczek - mam artrozę stawów kolanowych i dla ulżeniu kulasom chodzę sobie z trzecią nogą ;-)).
Ale...
Jest tam coś na kształt szatni. Pan rezydujący tam sprzedaje różne druki, kwitariusze i podniecające poradniki typu: "VAT - wszystko co chcesz i musisz wiedzieć".
Ta makulatura zajmuje mu solidny, ogromny stół wielkości jednej trzeciej mojej kuchni. Przed tym stołem stoi coś... Jakby ławka, stolik dla karzełków. Czort wie, co to jest. Zasypane to było papierkami różnego autoramentu i pochodzenia.
Jednym słowem było tam wszystko - oprócz porządku.
Ludzie kłębili się obok tego czegoś, ale wszyscy karnie stali, chociaż był to jedyny sprzęt nadający się do siedzenia.
Niewiele myśląc, z dużą ulgą dla obolałych kulasów przyklapnęłam półgębkiem (no może półdupkiem) na tym śmieciowym przybytku. Ledwo to uczyniłam, usłyszałam nerwowo wypowiedziane zdanko pod moim adresem, przez panią stojącą obok:
-Tu nie można siadać! Ten pan zaraz pani uwagę zwróci - wyszeptała rzucając spłoszone spojrzenie w kierunku rozpartego na krześle faceta za stołem.
-Niech spróbuje - powiedziałam obojętnie.
I za chwilę słyszę:
-Halo! Tu nie wolno siadać!
-Słucham? - zwróciłam się do zarządcy stolika, względnie śmietnika.
-Niech pani wstanie! Tu się nie siada!
-Nie wstanę. Nie mogę stać.
-Nic mnie to nie obchodzi. Tu się nie wolno siadać! Proszę wstać!
-A ma pan zapasowe krzesło? - (miał, stało za nim złożone) - to ja chętnie się przesiądę.
-Nie mam.
-To ja się stąd nie ruszę. Nie ma mowy.
-A ja pani mówię, że ma pani w stać!
-A ja panu powtarzam, że nie wstanę. Jeżeli zwolni się miejsce na ławach, to z przyjemnością się przesiądę. Teraz nie ma mowy.
Facet wyszedł z siebie i stanął (siedząc!) obok:
-Co za kultura! A w domu też pani na stole siada??
-W domu mój stół jest stołem, a nie śmietniskiem. I wie pan co? Tam przy wejściu jest ochrona i policja. Niech ich pan zawoła i każe mnie stąd siłą zabrać, bo dobrowolnie nie wstanę.
Gostek jeszcze coś dziamał, ja już nie reagowałam. Ludzie sobie słuchali i pewnie się dziwili, że dałam mu taki stanowczy, acz obojętnie-zimny odpór.
Po parunastu minutach zwolniło się miejsce "normalne, więc przeniosłam swoje zwłoki.
A po kolejnych wielu, wielu minutach na wyświetlaczu zobaczyłam upragniony numer 74.
Pani w pokoju nr 7 był przemiła i chętnie mi pomogła w wypełnieniu do końca tego dziwadła w kolorze blue. A na koniec zadała mi niewinne z pozoru pytanie:
-Czy to pani jedyny egzemplarz?
-Tak.
-To w takim razie - ten pan z szatni kseruje druki. Proszę do niego pójść, a potem niech już pani wejdzie bez kolejki, to pokwituję pani złożenie wniosku.
-Oszszszsz ty w mordkę misia!! Ale jazda! Hehehehe! - pomyślałam sobie niezmiernie inteligentnie.
Poszłam do ekonoma z szatni i poprosiłam jak gdyby nigdy nic o ksero.
Pan skserował i oddając mi oryginał i kopię powiedział wyciągając rękę:
-Dwa złote.
-Paragon poproszę - odrzekłam mu z miłym uśmiechem.
Huhu! Trzeba było widzieć jego minę! Wydrukował. A jakże! Nie miał wyjścia ;-)
A co ja zrobiłam? Wredna, niewychowana larwa, co to dupę na stoliku rozkłada?
PODARŁAM beztrosko paragonik i... powiększyłam śmietnik na tym spornym stoliku...
Tak więc jak same widzicie - jestem potworem bez kindersztuby, bez ogłady i krzty kultury. I wiecie co? Całkiem mi z tym dobrze!

A teraz tak całkiem zmieniając temat: po wielu latach zakwitła mi stareńka pienna róża. Wiem, że nie jest imponująca, ale jestem z niej bardzo dumna, bo raz, że wygrzebałam ją z okropnej piaszczystej i jałowej ziemi myśląc że już z niej chyba niczego nie wykrzeszę, a dwa - to róża którą dawno, dawno temu sadziła moja Babcia i pamiętam ją z mojego dzieciństwa :-)

Hmmmm! Właśnie na fotce dojrzałam bezczelną nawłoć! Jutro już jej nie będzie!


A dziś skończyłam robić mojej Ani pudełko na frotki do włosów. Po powiększeniu fotki widać, że pudełeczko jest zrobione techniką (mniej więcej) 3D.
No i po raz pierwszy zrobiłam tło wg AgiB ;-)

poniedziałek, 18 maja 2009

Chwalę się ;-)

Dziś będę się chwaliła. Po pierwsze - w sobotę skończyłam haftować bieżnik perminowy. Leży sobie na ławie i się prezentuje.
Po drugie - za taki zwykły naszyjnik frywolitkowy

dostałam przepiękną chustę jedwabną ręcznie malowaną. Zdjęcie nie oddaje nawet jednej setnej jej urody i zwiewności...
Dalej: wczoraj dostałam zamówioną wcześniej gazetkę hardangerową.


Już ją używam ;-). Miałam wprawdzie zamiar dorobić bieżnikowi siostrę bliźniaczkę (serwetkę), ale ssstrasznie spodobała mi się jedna z serwetek i nie mogłam się oprzeć pokusie.
Aha! Gdyby któraś z Pań miała ochotę na tę gazetkę, to proszę dać mi znać na gg lub na maila.

Korzystając z obustronnego zapalenia uszu dziecka młodszego, wzięłyśmy się obie za pieczenie. Na blogu Doroty znalazłam przepis na ciasto jogurtowe. Motywacją do tegoż właśnie ciasta był fakt, że w lodówce stał sobie jogurt poziomkowy, który za kilka dni osiągnął by wiek przeterminowany.
Upiekłyśmy takie coś:
Gabaryty ma słuszne! Sądzę, że pułk wojska spokojnie by się wyżywił ;-)
W smaku też jest ok!

Jeśli chodzi o zielsko, to trochę zakwitło w międzyczasie
Kalina:
I fragment jednej z kiści tejże:

Rododendrony w tym roku zostały zaatakowane przez fytoftorozę. Marne szanse, żeby je ocalić. Jeden tylko kwitnie:
W realu to on ma kwiaty bardzo ciemne - bordowo-fioletowe (znowu wyszło na jaw, jaka to ja zdolna do focenia).

No i na zakończenie tej fotochwalby petunie, które dostałam na Dniu Ziemi za zużyte baterie:
Ufff! No tom się nachwaliła, że aż wstyd! Idę hardangerzyć ;-D

środa, 8 kwietnia 2009

Trochę tego i owego

Tak jak pisałam, byłyśmy w niedzielę na festynie na Bródnie. Było głośno, cieplutko i dość wietrznie. Festyn był zorganizowany przez motocyklistów. Ale nie tak sobie sztuka dla sztuki - był to finał akcji MOTOSERCE.
Tu można poczytać więcej na ten temat
Oczywiście nie obeszło się bez prezentacji hałaśliwych maszyn ;-)

Trafił się też pewien "marzyciel" ;-D

Dziecko młodsze dzięki swojej cioci weszło w posiadanie garści baloników (dobrze, że jej nie uniosły :-D )
Ostatni "wyskok" mojego młodszego aniołka:
Podsunęła starszej siostrze pod nos, dłoń zwiniętą w piąstkę z kciukiem w środku i mówi:
-Otwórz Pepsi!
-Co??
-Otwórz Pepsi!
Asia wydłubała jej kciuk z łapki i usłyszała:

-JESTEŚ SEXI!!! Na wszelki wypadek nie pytałam, czy wie co to znaczy ;-D.

W ogrodzie wiosna. Jeszcze nie w pełnym rozkwicie, ale jej odważne próby już widać. Pąki na wiśniach tylko, tylko i pękną z hukiem.
Bez jeszcze daleki do rozkwitnięcia, ale forsycja już na dniach będzie żółciutka od góry do dołu.
ale forsycja już na dniach będzie żółciutka od góry do dołu.


Póki co kwitną jednie prymulki
No i przyleciały ptaki. Jeden siedział sobie na jabłonce i dał się sfocić ;-)

A robótkowo? Wyprodukowałam trochę prościutkich kolczyków

No i.... Wyciągnęłam na światło dzienne serwetę hardangerową. Zaczęłam ją robić w marcu ubiegłego roku. Początkowo szło szybciutko, ale jak doszłam do obrabiania przęsełek, to mnie przystopowało. Nuuuudaaaa!!!
Może, jak będzie leżała na wierzchu, to się szybciej skończy robić? ;-)

sobota, 28 marca 2009



Wiosna... Chyba... ;-) Krokusiki w końcu się rozwinęły. A nawet latał sobie motylek cytrynek, ale nie miał ochoty na fotkę.



Przedpołudnie spędziłam szalejąc po domu ze ścierami, Ajaxami i innymi chemiami. Jakoś to słońce nastroiło mnie do pogonienia zalegających beztrosko warstw kurzu. Poza tym musiałam jakoś odreagować nieciekawą sytuację w pracy...
Korzystając z pięknej pogody postanowiłam wysuszyć pranie na dworze.
Kiedy powiesiłam swoje graty pomyślałam, że chyba nie od rzeczy będzie powiesić również pranie mojego taty. Tym bardziej, że nie było go w domu, a słońce pewnie by nie chciało poczekać aż wróci ;-). Więc wyciągnęłam upraną przez rodzica stertę gratów i wyniosłam pod sznurki. Wieszając żartowałam z moim bratem ciotecznym, że może tata nie będzie zły, że tak się porządziłam jego ciuchami ;-D.
-No coś ty! Na pewno się ucieszy!
Minął jakiś czas.
Powrót taty ;-)
Postaliśmy sobie we trójkę (trudno liczyć moje młodsze dziecko, bo ganiała z piłką - nie stała).
Mój rodzic po pewnym czasie powiedział:
-Dobra! Ja idę do domu, bo głodny jestem. A poza tym muszę powiesić pranie.
I spojrzał na sznurki...
-No tak!!! A gdzie ja mam powiesić swoje rzeczy, jak mi sąsiedzi wszystko zajęli??? Tylko na moment człowiek z domu wyjdzie, to od razu go wygryzą!!
Mój brat zaczął machać nerwowo swoim zwyczajem rękami i wykrzyknął:
-MIAŁAŚ!! RACJĘ!! CO!! ZA!! WDZIĘCZNOŚĆ!! ŁADNE!! PODZIĘKOWANIE!!
Tata bystrzej zerknął na suszące się pranie i zakrzyknął:
-O rany! To moje rzeczy!! Dzięki!!
I bądź tu człowieku uczynnym... ;-D

A co na niwie robótkowej?
No cóż... Ja wiem, że obiecywałam solennie i publicznie, że nie zacznę niczego nowego, dopóki nie skończę mojego DYLEMATU ...
Ale jak "wpadłam" na tę serwetkę, to nie mogłam się pohamować i w trymiga dziabnęłam materiał i przystąpiłam do hafcenia.

No bo ja ją zobaczyłam oczami duszy mej w koszyku ze święconką...
Nazwałam ją "Dyspensa", bo hardangerując ją rozgrzeszyłam się myślą: "Hafciara jestem, a w koszyczku mam jakiś koszmarny, kupny żakard!"

A na zakończenie:
Wszystkich wątpiących spieszę pocieszyć:
wiosna już jest :-).


Mało tego - dziś w Rmfie mówili, że na początku maja ma być ok 30 stopni - na plusie! I tej wersji się trzymajmy!!