Pokazywanie postów oznaczonych etykietą druty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą druty. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 listopada 2013

Asystent druciany

Czyli szale druciane. 
Tzn. nie z drutu one powstały, tylko z włóczki BD ALIZE Angora Gold.
Drutami KP nr 5.
Pierwszy po blokowaniu miał długość ok 220 cm i 50 cm szerokości



Drugi odpowiednio: 180 cm i 55  cm.



Oba szale powstały wg tego wzoru
Robiło mi się je dobrze i szybko, bo... No bo miałam pomocnika:

Niech Was nie zmyli anielski wygląd!
To czort wcielony! Kradnie wszystko, co pod paszczę wpadnie. Najchętniej grasuje u Ani, podkrada dzwoneczki z jej kolekcji, a potem gania z nimi po schodach. W środku nocy...
Ponieważ Ania zaczęła zamykać swój pokój, Lucuś przerzucił swe kleptomańskie  zainteresowania na pokój Chudej.
I cóż sobie u mej starszej upodobał?
No jak to co?? 
Przecież to oczywiste: pędzel do pudru! 
Duży, puchaty, pachnący. Wprost stworzony do noszenia w paszczy i turlania nim po podłodze w salonie.

Ale... Jednego tylko nie kradnie - moich włóczek.
Niewidzialne są dla niego chyba! Pierwszy kot który TYLKO asystuje, a nie pomaga!
To trzeba było zapisać ku pamięci potomnych i swojej własnej tyż :-D

piątek, 9 sierpnia 2013

Przytulnie


Jak wiadomo, kiedy są wściekłe, afrykańskie upały, normalni zjadacze chleba, dziergają coś niekoniecznie grzejącego dziergającego. 
Ale, że ja do takich zupełnie zwyczajnych, a co za tym idzie - do normalnych nie należę, więc z nastaniem moich ukochanych afrykańskich podmuchów cieplutkiego powietrza wyciągnęłam na światło letnie włóczkę. Moher z wełną i akrylem.

Chuda popukała się w czoło widząc, jak matka w temperaturze oscylującej w okolicach pękania termometru (bo się skala kończyła) z zawziętością trzaska drutami.
- No co?? Lubię tak! Bo mam wrażenie, że to ciepełko włazi mi w chusty i potem w czasie zimowego koszmaru grzeją mnie podwójnie - sobą i tym słonkiem letnim ;-)

Bo mnie naszło na chustę.
Ale nie taką trójkątną, tylko na taką półkolistą. Z falbanką.
Z włóczki, którą dostałam zimną zimą roku tegoż ;-)

Od razu wiedziałam, że to będzie chusta! Półkolista. Nie inna :-)

No i mam!
                              
I nareszcie nie jest wielkości namiotu!
Dla chudej Aty idealna!

Dlaczego jeszcze warto dziergać latem?
Bo można rzeczoną chustę zblokować pod dowolnie wybraną jabłonią, we własnym ogrodzie, nie blokując sobie stołu w salonie :-D

                                

Dane techniczne pewnie mam podać?
No to jadziem:
Szerokość z falbanką 170 cm.
Wysokości nie mierzyłam, ale tak na oko to pewnie  ma 80 cm.
Włóczka: Moher Special Ebruli (bardzo mięciutki, miły i wydajny).
10 dkg = 550 m.
Zużycie: ok 12 dkg.
Druty z żyłką nr 4 KP.

A jaka jest w noszeniu? Milusia!
I przytulniusia!

                             
                                 

No po prostu bardzo moja :-)))

niedziela, 2 czerwca 2013

Odmóżdżająco-spokojnie

Czym jest odmóżdżenie?
Otóż jest to stan absolutnego wyłączenia synapsów odpowiedzialnych za myślenie.
Czyli stan bliski stanowi REM, czyli inaczej mówiąc - sen paradoksalny.
Gałki oczne się poruszają, ale jakby niezależnie od woli posiadacza tychże.

Stan ten jest bardzo pożądany dla zachowania zdrowia nie tylko fizycznego, ale i psychicznego:
Zgodnie z tzw. "teorią wartownika" (ang. sentinel hypothesis), której autorem jest Amerykanin Fred Snyder, sen REM, w którym aktywność bioelektryczna mózgu przypomina czuwanie i w którym istnieje skłonność do łatwego wybudzenia się umożliwia podczas nocy okresową kontrolę otoczenia, co w niepewnym środowisku ułatwia przeżycie.


No właśnie! 

Ułatwia przeżycie!
Dla mnie, takim imperatywem przeżyciowym w moim poplątanym i co tu dużo mówić - pracowitym życiu, są robótki wszelakie.
Jedne bardziej, lub mniej wymagające skupienia.
Ostatnio wolę te z mniejszymi wymaganiami ;-)
I zdaje mi się, że takowy gatunek  znalazłam.
Jest to entrelac.

Skupienia toto nie wymaga, robi się w zasadzie samo.
Liczenie tylko przy pierwszym prostokącie, a potem leci samo. 
Można sobie podrzemać przy dzierganiu ;-)
Jest to moja druga próba entrelacowa. 
Pierwsza, którą skończyłam, bo poprzednią sprułam z obrzydzeniem mając już tak coś koło 2/3 całości :-D
Taka mi się wydawała kluskowata, pulchna i do obrzydliwości mięciutka!

Tym razem jednak faza REM była silniejsza i skończyłam :-D


Co mogę napisać więcej?
Że pewnie jeszcze kiedyś poodmóżdżam się chustą zwaną entrelakiem.
Że jest ciepła i miękka.
Że się nią mogę otulić jak kocem :-)
I że mogę być dumna, że udało mi się nie paść trupem z nudów przy robocie :-DD


To teraz zimne dane techniczne: włóczka Drops Delight nr 11, zużycie ok.22 dag. Druty nr 3 KP
Rozmiar gotowca, po zblokowaniu: 2 metry, 80 cm wysokości.

Tak jak wspomniałam wyżej: pewnie jeszcze kiedyś popełnię entrelaca. Ale na pewno nie z Dropsa Delight.
Wolę mniej pstrokacizny na sobie ;-)
I marzą mi się spokojne przejścia kolorystyczne takie bardziej dwutonowe ;-)

Po zakończeniu chusty, okazało się, że zostało mi jakoś tak pół kłębka włóczki.
Ni w hak, ni w smak!
Wyrzucić - grzech śmiertelny.
Nie zużyć - grzech ciężki ;-)

No więc skorzystałam z pomysłu jednej z dziewczyn z FB i dziergnęłam taki ło "naszyjnik"



Też więcej usypiający w robocie ;-)
Ale za to z cyku "w moim domu nic się nie marnuje" ;-D

I w ten oto odmóżdżająco-spokojny sposób powstał komplecik  "czapeczka i berecik".


Aha! Zdjęcia, na których jestem mła we własnej osobie made by Ania :-)

Ps. Kurs na entrelac'a jest tu.

środa, 27 lutego 2013

Utylizuję



Utylizacja, recykling, surowce wtórne...
Się człowiek co i rusz natyka na takie hasełka i mimo woli wsiąkają one w podświadomość...
I się człowiek wziął za utylizację... włóczek zalegających.
Znaczy takich pryszczy, które zostały i czort wie, co z nimi zrobić.
Wyrzucić - żal.
Oddać - nie ma komu.
Zhandlować - głupio, bo używane...
No to człowiek złapał za druty i se zaczął walkę z nadmiarem szczęścia kłębowego.

I se człek dziergnął ciepłe kapetki do biegania po domu.


Nitka potrójna - jak utylizować, to intensywnie i uczciwie!
Cieplutkie, grzeją,  pierne pralką, idealnie dopasowane do stopy mej zgrabnej i szczupłej.
Nie ślizgają się, bo uczciwie latexem wysmarowane.
Robiłam kiedyś już takie (są na blogu z linkiem do wzoru) tyle, że z kwiatkami w formie ozdobników.
Tym razem z ozdób zrezygnowałam, bo Fredek szybko by je ZUTYLIZOWAŁ!

Kolejna utylizacja to poducha.


Motylki (wg mojego foto-kursu) idealnie nadawały się do likwidacji poniewierających się końcówek włóczek.
Jako iż jest w  jedynie słusznym kolorze niebieskim (wg Ani), poduszka szybko znalazła nową właścicielkę ;)

Włóczek do wykorzystania na pierdoły mam jeszcze hohohoho (a może i więcej), więc za czas jakiś pewnie znowu coś pokażę.
Jak się zmobilizuję ;-)

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Curriculum vitae królewny


Dawno, dawno temu żyła sobie królewna.
Jedyne dziecko Królowej i Króla.
Uczyła się bardzo dobrze, zachowywała się idealnie - czyli wymarzone dziecko i następczyni tronu...
Skończyła podstawówkę,  a potem liceum.
I tu zaczęły się  schody.
Królowa wymarzyła sobie królewnę prawniczkę.
Królewna raczej siebie w roli papugi nie widziała, więc się postarała i nie dostała się na prawo.
Królowa była cokolwiek rozczarowana, więc na arenę wkroczył Król i zasugerował królewnie handel zagraniczny.
Królewna nie czuła woli bożej również i do tej dziedziny życia, ale grzecznie się dostała do policealnego studium ekonomicznego ze specjalnością wymarzoną przez Króla ojca.
Nudziła ją ta szkoła okrutnie. Uczyła się oczywiście świetnie, ale czegoś jej brakowało...
Jakiś wyczynów wyższych, popisowych wręcz.
WIZUALNYCH!
Więc wpadła na pomysł i postanowiła, że się weźmie za... dzierganie!
Nic tak nie zwraca uwagi na królewny, jak odpowiedni ciuch.!
Poinformowała Królową:
- Zrobię sobie coś na drutach, tylko mi pokaż, jak się zaczyna.
- ?????????
- Umiem prawe i lewe oczka. Do tej pory robiłam fragmenty szalików falujących - (zwężały się lub rozszerzały niezależnie od woli królewny). Teraz chcę mieć kamizelkę!
- To ja ci zrobię.
- NIE! - I to był pierwszy, strasznie stanowczy bunt królewny.
Królowa nie wierzyła w sukces jedynaczki.
I się zawiodła okrutnie!
W trzy dni powstała kamizelka. Piękna. Turkusowa.
Królewna poszła w niej między ludzi i wzbudziła niekłamany entuzjazm i zazdrość innych królewien.
Zachęcona sukcesem dziergała dalej.
Poza tym zaczęła  szyć sobie kiecki, bluzki, spódnice, spodnie...
I było jej cudownie w nowych ciuchach -szafa pękała w szwach, królewna mogła się stroić i wzbudzać podziw i zazdrość.
Aż pewnego dnia poznała królewna królewicza...
Nie znała, niestety, tej innej królewny, z bajki poniżej - królewny bardziej ogarniętej:


Za górami, za lasami żyła sobie piękna, niezależna, pewna siebie księżniczka. Pewnego razu natrafiła na żabę siedzącą na kamieniu i przyglądającą się brzegom nieskazitelnie czystego stawu w pobliżu jej zamku. Żaba wskoczyła księżniczce na kolana i powiedziała:
- Piękna Pani, byłem przystojnym księciem, aż pewnego razu zła wiedźma rzuciła na mnie urok. Jednakże jeden Twój pocałunek wystarczy abym znów stał się młodym, żwawym księciem, jakim byłem przedtem. Wtedy, moja słodka, weźmiemy ślub i będziemy razem z moją matką gospodarować w tym zamku. Tam będziesz przygotowywać mi posiłki, prać moje ubranie, rodzić mi dzieci, i będziemy żyli długo i szczęśliwie...
Tego wieczoru, przygotowując kolację, przyprawiając ją białym winem i sosem śmietanowo-cebulowym, księżniczka chichocząc cichutko pomyślała:
- Nie sądzę, kurwa, nie sądzę...
... przewracając skwierczące na patelni żabie udka w panierce...


Omamił ją i zamiast go usmażyć, wyszła była za mąż. Wcale nie wróciła. I przestała na wiele lat szyć i dziergać.
Ale ciągle coś dłubała. Jakieś hafciki zawsze miała pod ręką.
I skrypty, bo w końcu poszła sobie na studia takie, jakie zawsze chciała skończyć.

Czas płynął i płynął...
Z królewny zrobiła się królowa.
Robiła różne rzeczy. Bardzo różne.
W końcu odważyła się sięgnąć po druty.
Zaczęła skromnie, nie wierząc we własne siły, od szalików (już niefalujących), mitenek, kapci i chust.
Zapierała się ręcami i nogami przed zrobieniem czegoś PRAWDZIWEGO!
- Nie umiem! Nie pamiętam! Nie dam rady!

Ale jak jej w ręce wpadła Alpaca Flancy w kolorze cieniowanym fioletowym stwierdziła, że znowu spróbuje...
Nabrała w płuca powietrza i rzuciła się głową w przód!
Udało się!
Królowa ma golf!


Ciepły i  przytulny.
W sam raz na tę zimę.
Golfik nie jest "pełen".
Tzn. jest tak zalotnie rozcięty ;-)


Królowa ma w planach kolejne udziergi. Może niekoniecznie golfiaste, ale kto wie... ;-)


sobota, 8 grudnia 2012

Przegląd tygodnia


Na szybko dziś.  Zaległości dalej są, ale żeby ich nie pogłębiać, zmobilizowałam się i 
wrzucam fotki z ostatnich moich dokonań.
Czyli przegląd tygodnia. 
Będzie odwrotnie,czyli najpierw od najnowszego do najstarszego wytworu rąk mych zdolnych.

Dziś z drutów spadł kolejny szal boa.
                                    
Tym razem inna włóczka, taka jakby bandażowa ;-)
Długość  całkiem, całkiem - 220 cm. Można się nim  zupełnie przyzwoicie omotać, a nie tylko zawiązać węzęł gordyjski na szyi ;-D

Szal tęczowy:
                                
Krótki, tylko 150 cm. Aniusiowy :-)
Taka długość dla mojej chudzinki jest idealna :-)

I szybciutkie w wykonaniu bransoletki:
                             
Jedna się nie doczekała sesji, bo Chude dziecko dostało i nie dało matce szans na focenie:-D
Inną razą. Cała była zieloniutka i zaopatrzona w kocią zawieszkę :-)


To tyle na dziś.
Reszta zajefajnych artefaktów czeka w aparacie w charakterze surowych zdjęć na przypływ mojej kolejnej weny do "obróbki".
A jakie to artefakty?
Świąteczne! No bo jakie by mogły być o tej porze roku ;-)

czwartek, 15 listopada 2012

Szał(L) trwa...

Zaległości miały być...
Ehhh....
No będą, będą! Bo zdjęcia nawet mają, tylko najpierw tak prawie na bieżąco.

Czyli szał(l)owo.
Wessały mnie jak tąba powietrzna i trzymają skutecznie :-D
Nie będzie chronologicznie, tylko jak leci:

Niebieskość ze srebrną nitką:
                                              
Ma ok 165 cm długości.


Następny, lawendowy:
                                           

Ten ma 185 cm.

Szary
                                            
Też 185 cm.

Czarny:
                                          
Imponującej długości 220 cm.

Ale rekordy bije zielony:
                                          
Ten potwór ma 285 cm!!
Chyba go spruję i zrobię jeszcze raz, bo nie wiem, czy znajdzie się chętna żyrafa na taki otulacz :-DD

Czarno-szaro-biały:
                                            
Ten ma 160 cm.



No i na koniec trochę ożywczego kolorku, czyli rudo-brązowo-fioletowy
                                            
Długość standardowa, czyli 180 cm.


Uff! To tyle póki co. Mało tekstu, trochę zdjęć, bo czasu tyle co nic. Sznurówki za mną nie nadążają po prostu! :-D

poniedziałek, 29 października 2012

Nowy szaŁ(L)

Mamy nową porę roku - jesienną zimę, lub zimową jesień. Jak kto woli.
Mnie tam bez różnicy - ani jednej, ani drugiej nie lubię ;-)
Ale skoro już przywaliło śniegiem, trzeba było coś z nim zrobić.
Najprościej byłoby rozpuścić gorącym oddechem, ale AŻ takim nie dysponuję, więc zdecydowałam, że odśnieżanie będzie najlepszym wyściem z tej sytuacji.
Co odśnieżać? Ścieżki, dojazdy i wjazdy do domu?
Eeee tam!
TRAWNIK!!
A przynajmniej jego część niewielką :-D
Czym najprzyjemniej odwalić kupę śniegu?
Szuflą?
Spychaczem?
Gdzie tam!
BAŁWANEM!
                         
Pierwszy w tym sezonie (jesiennym!), to i kochany!

Później dostał prawdziwe, węglowe guziczki i uśmiech. Kapelut doniczkowy, miotłę z kwiecia zmarzniętego i nos z... cuknii :-D
                                  
Marchewka poszła do zupy :-D

Aleee...
Ale bałwan dostał jeszcze coś!
                                   
Szal! 

Nowa technika. Nowy szał. Szybka zabawa. Dwie godziny i 150 cm szczęścia gotowe :-D
                                   


A tak wygląda na ludziu:
                                  
Ludź jest happy i robi kolejne.
I będzie Was zarzucał ;-DD

I ludź się nie zdziwi, jak będziecie ludzia ze wstrętem obrzucać - na przykład kulami śnieżnymi, że o złych słowach nie wspomnę....
                      

Chociaż, skoro wytrzymałyście ekspansję chust, to może i szał/szal przeżyjecie? ;-)

sobota, 27 października 2012

Zażenowna podwójnie...

Są  w moim życiu sytuacje (nader częste), które wprowadzają mnie w konsternację i zażenowanie...
Może nie tyle ludzka głupota to powoduje, ale okoliczności i sytuacja.


Tak też było i w mijającym tygodniu.
Wtorek to był.
Stoję w blokach startowych przed wyjściem z domu.
Ania jakoś opieszale się zachowuje i w końcu wydusza z siebie problem:
- Mamoooo...
- No??
- Poproszę czapkę...
- CO TY CHCESZ?? - Zdębiałam.
- Czapkę... - Szepnęła warkoczowa ze wstydem.
- Oszalałaś?? Przecież mrozu nie ma! Ciepło! +3 jakoś, czy +1! Zimno ci??
- Nieeee... Tylko mam basen.
- No i?
- No i nie mam czapki!
- Kurna! Kaptur masz!
- Ale ja chcę czapkę!!
- Dżizas! A skąd mam ci wziąć! Opaska może być (gmeram z rozpaczą w szufladach przedsionkowych).
- Nie bardzo...
- Nie bardzo? No trudno. I tak nie ma. A po co ci czapka??? Przecież w mrozy trzaskające nosimy!!
- Wiem, ale każą nam mieć na basen.
- Yyyyyy.... Na basen??? Czapki??? A może czepki??
- Nie! Czapki!
- Nie rozumiem.
- NO bo jak wracamy z basenu, to mamy mokre włosy i to podobno nie jest dobrze.
- Kaptur masz - szepnęłam załamana.
- Ale mają być czapki!!
- Kurrrrdeeee!!! Masz czapkę!! Ślimaka!!! Ale za ciepła na dziś!! Nie dam ci moheru z wełną!! Ugotujesz się!
- Wiem. A innej nie mam? - Ania bardziej stwierdziła, niż zapytała.
- Nie masz!
- A ja muszę mieć. Bo jedynkę dostanę...
- Z czego??  Z WF-u?? Przecież Masz zwolnienie!
- Tak! Ale z zachowania mi punkty odejmą!

Gwoli wyjaśnienia - Ania ma zwolnienie z zajęć WF. Nie na krzywą twarz, tylko z powodów takich czy innych. Nieważne jakich. Na basen chodzi na tzw. "lajcie" na moją prośbę i z poparciem lekarza. Nie jest oceniana.
A zachowanie mają oceniane "punktowo"

-Boszsz!! Z powodu "niemania" czapki??
- Noooo. Bo w regulaminie WF'u jest napisane: czapki na basen obowiązkowe!
- Czepki - poprawiłam odruchowo.
- Czapki!
- Kurrrdeee!! Ania! Czapka na mokrą głowę, to jak kompres! Mokre włosy, opatulone czapą parują, a potem szybko marzną i katar gotowy. W kapturze nie ma okładu - zimniej, ale zdrowiej!!
- Wiem... Ale ma być czapka.
- Zrobię ci! Obiecuję! Za tydzień będziesz mieć czapkę - przejściówkę. Dziś idziesz tylko z kapturem. Jak coś, to powiedz, że nie masz i że zahartowana jesteś!
- To dobrze, bo wszyscy mają czapki, tylko ja nie...

Poczułam się zażenowana. Co najmniej!!
I to podwójnie! Nie dość, że nie ma czapki, to przecież dysponuje matką sprawną (póki co) manualnie.
Poszła. Punktów ujemnych nie dostała.
Widać pamiętają, jak przy -25 warkocze jej zamarzły na gnat i nawet raz nie kichnęła...
Btw: zamarznięte, sztywne jak drewno włosy bardzo fajnie dają się modelować, jakby ktoś nie wiedział i nie praktykował ;-DDD

Obiecałam czapkę we wtorek.
Na wtorek.
Dziś sobota, więc czas się zaczął jakoś kuuurczyć!
Ania, jak już wspominałam, uczęszcza na Uniwersytet Dzieci.
Jak dziecko zgłębia wiedzę, mama se czyta, dzierga lub gawędzi barzo miło z innymi rodzicami.
Dziś nastał czas dziergania!!
Przez dwie godziny druty śmigały mi z prędkością światła.
A w domu kolejną godzinę.
I tak oto powstała czapka na teraz, na szybko, na mądrą głowę.
Mądra głowa się zachwyciła:
- Ooooooo!!! Idealna!!! Trzyma się tam, gdzie powinna. Ale super jest!! Mamuniu!  Kochana jesteś! Jaka śliczna!!! Kocham cię!!
Taaa!
Miłość dziecka jest bezwzględna i absolutna!
Ja wiem, że co nagle, to po diable.
3 godziny to mój rekord czasowy, jeśli chodzi o czapkę. Wyczyn taki sobie, ale skoro spotkał się z aż takim aplauzem, to może jednak pokażę:
                                          

Kolor jedynie słuszny, czyli lazuro-błękit dopasowany do ocząt ;-)

                                          
Modelka była cierpliwa do czasu... Potem dostała głupawki i strzelała miny takie, że miałam ochotę sama ją za przeproszeniem strzelić (całusem w nos :-D)

                                           
Ufff!!! Czapka jest!
Zażenowanie mi minęło! Dziecko me nie będzie się czuć goło i głupio wśród zaczapkowanych rówieśników!
I pomyśleć, że za moich czasów obciachem było noszenie czapek w ogóle, nie tylko przy trzaskających mrozach!
O tempora, o regulaminos! ;-D

Wzór na wzór i podobieństwo ubiegłorocznej tyle, że inny wzór ;-D
Dane techniczne? Ekhemmmm...
Druty nr 3. Na żyłce. KP.
Włóczka? Jakiś akryl  100%. 
Wzór?
 Moje ukochane oczka opuszczane :-)

A potem?
A potem to ja się wzięłam i zrobiłam coś fajnego i zupełnie nowego. Ale do tego dojdę, jak uporam się z prezentacją masy zaległości robótkowych :-D

poniedziałek, 22 października 2012

Zakończona, nieskończona

No to dziś też będzie ogniście, ale nie wybuchowo ;-)


Ogień będzie buchał z fotek i mojej "tfórczości" radosnej.

Zacznę może wspomnieniowo i gwoli przypomnienia.
Otóż latem jakoś tak wygrałam candy u Tysi
A co wygrałam, pokazałam oczywiście u siebie. O tutaj!

Ciut poleżało, nabrało mocy prawnej i...
I wlazło na druty, bo znalazłam piękny wzór pt. "Efekt motyla".
Autorstwa bardzo zdolnej i przemiłej Iwonki
Zakochałam się w tym wzorze natychmiast!
I postanowiłam wziąć go sobie w posiadanie (bo można!).
Tyle, że... chytrość mnie zgubiła i zabrakło mi wełny na skończenie :-DDD
Otóż powiększyłam sobie wzór do 18 pierwszych powtórzeń ( w oryginale jest 14) i to mnie pogrążyło  :-D
Chusta niby zakończona, a jakby nie skończona ;-)
 Ale  jakoś mnie to nie dobija. Jestem baaaardzo zadowolona z efektu.
Po zblokowaniu dostałam czegoś w rodzaju amoku i fociłam ją bez ładu i składu przez cały dzień :-D
Oszczędzę Wam oglądania wszystkich 30 zdjęć i pokażę "tylko" 5 + 1.

Tym razem za modelkę służyła mi Ania (bez protestów!)
                                   
Wersja na nietoperka warkoczowego od tylca:
                                                    

A potem efekt duszka chustowego (na wyraźne życzenie żywego manekina)
                                        

Następnie narzuciłam chustę na tzw. "kłujaka" (to taki iglak, kłujący bez litości każdego, kto się o niego otrze)
Pierwsza wersja ze słońcem:
                                        

Druga - później, czyli po południu, bez łaciatych plam słonecznych
                                        


Niedawno tak sobie smętnie myślałam, że w życiu nie będę miała prawdziwego manekina do fotek moich udziergów. No bo ile można wykorzystywać Anię, albo straszyć Was moją fizis??
 Aż tu nagle olśnienie!! Przecież mam!! Rośnie od lat stu w mym własnym ogrodzie!!
Najprawdziwszy manekin!!
I nawet imię ma!!
                                          
To świerk conica!! Wolno rosnący, gęsty i kolumnowy! Ideał modela! Nie buntuje się, nie protestuje, tylko STOI i czeka, aż skończę! :-DD

To teraz dane techniczne:
110 g, 513 m, BFL. Rozmiar:  ok. 140 cm na 85 cm. Druty nr 3 KP na żyłce. Kolory - przepiękne!! Ogniste, żywe i idealnie przechodzące jeden w drugi.
Podziwiam talent Tysi i cieszę się jak nie wiem co, że miałam możliwość robótkowania z takiego cudeńka :-)
A Iwonie dziękuję za wzór chusty, chociaż nie do końca wykorzystałam, ale na pewno kiedyś do niego wrócę i zrobię w całości, jak pan Bóg przykazał :-DDD

niedziela, 14 października 2012

Obniżone podwyższenie...

Wpis kolorystycznie dopasowany do  pory roku.

Czyli do jesieni.
Nie lubię tej pani!
Niesie ze sobą deszcze, mgły, zimno, przymrozki.
Konieczność wkładania na siebie coraz cieplejszych kurtek staje się nudną, wymuszoną codziennością.
Jednym tchnieniem swojego nieświeżego oddechu morduje kwiaty, zamieniając je w brązowo-zgniłe kupki niczego :-/
W pakiecie ma ta pani również kaszle, katary i bolące gardła.  
Wolę jej dwie młodsze siostry: wiosnę i lato.
Ale mimo mojej niechęci, nie mogę odmówić jej pewnego wdzięku i uroku.
Kolory ma ta wredota niewątpliwie piękne!
Rwą oko. Wprawdzie krótko, ale jednak.
To taka ściema i uśpienie naszej czujności przed nadejściem tej najgorszej z czterech siostrzyc: zimy :-/

Zanim jednak ta najstarsza zagości na dobre i da się nam we znaki, należy korzystać z pięknych, o dziwo ciepławych dni i wyjść, póki się chce, z bezpiecznych czterech ścian na pachnący butwiejącymi liśćmi świat.

Tak więc dziś poszłyśmy z Anią w ten świat...
Niedaleko - tylko za własną furtkę, czyli do lasu.
Ot tak - się przewietrzyć i posłuchać kompletnej ciszy...
Ale...
Jako, że obie do lasu lubimy chodzić w celu konkretnym, a nie tylko sztuka dla sztuki, miałyśmy cel: zebrać liście klonu na tradycyjne, rok w rok robione o tej porze roku, "róże".
Znalazłyśmy. Zebrałyśmy.
Zrobiłam. Sama, ale w towarzystwie zaczytanej Ani...

Co czytała?
Lekturę łatwą i przyjemną: "Słownik frazeologiczny"...


Wracając do lasu
Tylko liście, to dla nas mało!!
Jak las to i grzyby!
Gąski!
Kto ich nie zna i nie zbierał, nie wie co traci!
A kto zna i zbiera dobrze wie, o czym mówię :-D
Więc melduję: ni ma gąsek :-//
Tzn. Ania znalazła jedną, wysuszoną, porzuconą przez innego grzybiarza. "Żywych"  niet!
Chyba jeszcze za ciepło. No i ciut za sucho.
Ale na pocieszenie mamy oszałamiającą ilość (szt 7) podgrzybków, 1 kurkę i 1 sitarza :-D

Żeby nie było nam smutno z powodu mało obfitych łowów grzybiarskich, uruchomiłyśmy hormon szczęścia (serotoninę).
Sposobem domowym.
Pysznym.
I skutecznym ;-)
Czyli ciastem kokosowym:

To działa! Spróbujcie same ;-D
 
Kokosowiec miał sesję zdjęciową pod daliami.

Wycięłam je z ogrodu w tak zwany "pień", bo zapowiadały się przymrozki. I przyszły!
Normalnie nie tnę kwiatów z ogrodu, bo wolę jak cieszą oczy w naturze, a nie na stole, ale o TEJ porze roku robię ustępstwa.
Jak co roku ;-)
Żeby oszukać czas i przedłużyć chociaż na chwilę iluzję lata...

Iluzję lata może przedłużyć też coś ciepłego na własny, garbaty grzbiet, w zaczepiście energetycznych kolorkach.

Wprawdzie dość mocno jesiennych, ale jednak...
Ten cosiki nie jest jeszcze skończony, wiele mu nie potrzeba, ale jakoś mi do niego pod górkę i pod wiatr (jesienny).
Więc może jak pokażę fragment, to się zmobilizuję i w końcu toto skończę.
Mam tylko 15 rzędów...
Tylko po co???
Przecież nikt nie odwoła zimy z powodu jednej, ogniście kolorystycznej szmatki...

Ehhh!! Jesień  wpływa na obniżenie serotoniny ( w mózgu) i melatoniny (w skórze).
Ale także na podwyższenie  niskiej samooceny dokonań własnych... ;-D

sobota, 1 września 2012

Chusta dla... :-))

Ponieważ wczoraj był ostatni dzień akcji "Chusta dla...?" , dziś miałam niewątpliwą przyjemność i mogłam już wylosować zwycięzców.

A więc.

Najpierw nagroda niespodzianka dla osoby blogującej.
 Tak, jak pisałam, jest to drobiazg. A właściwie kilka drobiażdżków.
Mam nadzieję, że spodobają się nagrodzonej.









A jest nią...

Na nagrody zbytnio nie liczę, ale w akcji udział wezmę. Nikt nie chce mojej krwi, to chociaż tak pomogę :)) Powodzenia!!

Aniu! Dziękuję za odzew i wzięcie udziału w mojej akcji blogowej :-)



A teraz clou, czyli chusta dla....


Kto wygrał???






















ELBLĄG!
Cieszę się ogromnie, że to właśnie tam powędruje chusta, bo tylko jeden raz zdarzyło się podwójne oddanie krwi na Agnieszkę przez tę samą osobę :-)
Widać, nawet los to wyczuł i odpowiednio pomieszał moją łapką w pociętych papierkach  ;-))


Anię i Elbląg (Agnieszkę i jej męża) poproszę o adresy naziemne na mojego zwykłego maila:
nika_002@tlen.pl


Bardzo dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w akcji. Dobrze jest wiedzieć, że są na świecie ludzie, którym nie jest obojętny los drugiego człowieka :-)

UPDATE!!!
Zapomniałam! I biję się w co popadnie!
Do nagrody głównej jest druga nagroda główna!
Przepiękny naszyjnik zrobiony przez Kobietę o wielkim sercu, czyli Sylwię!

środa, 15 sierpnia 2012

Maliny, zgrubienia i zmarszczki...

No cóż...
Żeby na początek nie zrazić potencjalnych czytelniczek, wrzucam na wabia coś na ząb, czyli sorbet malinowy.
                               
 Łasuchami jesteśmy wszystkie i nie ma co chować głowy w piasek!
Słodkie każdy lubi!
A sorbet charakteryzuje się tym, że jest lekki i ma zero kalorii ;-D. Toż to tylko przemielone owoce ze znikomą ilością cukru!
Tej wersji się będę trzymać i już!
A jak ktoś się nie boi, że mu kaloria w nocy ciuchy w szafie pozaszywa to proponuję polać sorbecik polewą czekoladową, która dodatkowo wzbogaca smak i aromat malinek :-)


Szczegóły wykonania w Garkotłuku.




Było lajtowo i słodko, to teraz znowu będzie groźnie, czyli Ata drutom nie odpuszcza!
I dopadła fajny wzór. Wydawał jej się łatwy i się nie pomyliła tylko, że błędów  w nim było od groma i ciut ciut! Ale Ata dzielną facetką jest i dała radę!
Ba! Nawet erratę se na prywatne potrzeby strzeliła, bo ma zamiar jeszcze jedną taką chuścinę popełnić.

Jakie to były błędy?
A różne: połowa wzoru wysłana w kosmos, w innym miejscu przestawione oczka, względnie z pogardą ominięte.
Ata jak wspomniałam twarda jest i mimo przeciwności wzoru, machnęła chustę w przerwach plażowania, łażenia i ogólnego byczenia się podczas drugiego w tym roku pobytu na Helu.
I dziś zagoniła małolatę młodszą do focenia.
Dżizas!! To mały potwór jest!!
"Stań tak, śmak, owak!!"
 Nie wierzycie??
No to proszę! O to co musiałam znosić, żeby wyżebrać trzy fotki!
- Weź stań jakoś prosto! Nogi se złącz, bo głupio wyglądasz.
Złączyłam...
                           
- Dobra. Może być - orzekła mała
- To teraz od przodu. Przekręć się!
No nie powiem! Niezłe życzenie z ust jednej z  potencjalnych dziedziczek ;-D
Przekręciłam się i usłyszałam:
- Weź się uśmiechnij, bo jak się śmiejesz, to ci się zmarszczki wygładzają!
Pfffff!!!!
ZMARSZCZKI!!! BEZCZELNA SMARKULA!!
                              
Uśmiechnęłam się do zdjęcia, ale poza kadrem powiedziałam:
- W łeb cię palnę!! Zobaczysz!!


-No wiesz!! To ja się tu poświęcam i zdjęcia ci robię, a ty mnie chcesz po łbie walić??
- Należy ci się!!
- Nie marudź! NIETOPERKA teraz rób, bo nie było, a to standard. I UŚMIECHAJ SIĘ!!!
                               
Boszszsz!!


Dwa następne sama se machnęłam.
Też standardowe, czyli na krzaku tawuły:
                                 
I zbliżenie lekkie na szczegóły.
                                
Chusta jak widać jest liściasta, ale ta nieznośna piątoklasistka twierdzi, że to są prostokąciki ze zgrubieniem!
 Pypcia ma na oczętach swych błękitnych!
Prostokąciki! Też coś!!
LIŚCIASTA, a nie prostkącikowa ze zgrubieniami  chusta nie jest duża.
Ma 170 cm na 83 cm (po lekkim blokowaniu)
Włóczka Drops Delight, kolor nr 15. Zużycie 3 motki, czyli 15 dag.
Wzór bardzo mi się podoba i mam zamiar zrobić jeszcze jedną taką samą, ale już zgoła innej kolorystyce.
Tylko muszę pogonić małą do pomocy przy zwijaniu motka. Oj nie lubi ona tego!
 Ale to będzie moja mała zemsta za te zmarszczki i zgrubienia ;-)