Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różności. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 sierpnia 2015

Zaległości bieżące i te co, to inną razą będą

Zaległości mi się zebrało, że hohoho!
Robótkowych i nie tylko.

Dzisiejszy post poświęcę tym rękodzielnym zaszłościom.
I od razu informuję, że to nie wszystkie.
Bo jest ich trochę więcej.
I nie mam na myśli swoich rękoczynów.

Zacznę może chronologicznie.
Otóż, jak wiernym czytelniczkom (i czytelnikom) bloga wiadomo, po raz drugi brałam udział w tajnym projekcie, o którym pisałam o tu.

Nie powiem, żebym bez duszy na ramieniu, Temat zadany nie był łatwy. NYB...
Szycie po łuku do łatwych nie należy, a tam, w tym projekcie, to tylko takie.
Najsaprzód oznajmiłam, że wymiękam, że to nie moja bajka i że nie dam rady.
Ale potem, jak popaczałam na uszytki prowodyrek, to się zachęciłam.
I na próbę uszyłam taki oto blok:

Ponieważ został zaakceptowany przez szanowne i szacowne gremium, odważyłam sie i poleciałam po batikach do narzuty właściwej:



No! Udało się.
Nie taki diabeł straszny.
Metodę EPP jednak lubię z wzajemnością ;-)

Zaległość kolejna.
Anna, moja młodsza córka, była ze mną w Krasnymstawie, o czym już nadmieniłam kilka tygodni temu. 
Naumiała się sutaszu i wire wrappingu.
Pierwsze koczyki już pokazałam w wyżej wymienionym poście, ale to nie były ostatnie.

Tradycyjnie, jak co rok, wyjechałyśmy nad morze.
Zwykle brałam jakieś robótki ze sobą. Plus książki. Anna brała tylko książki,
W tym roku role się odwróciły.
Ja miałam tylko książki, a Anna robótki plus książki.
Efekt jej działań?
Mam nowiutkie, prześliczne kolczyki sutaszowe, w których lansowałam się jeszcze nad morzem:

Piękności! MOJE! OSOBISTE! Z dumą noszę, żeby  nie powiedzieć, że się obnaszam ku zazdrości innych :-D

Ciąg dalszy.

Drugie moje dziecko, Joanna, miała urodziny.
Prezenty dostała, a jakże! Jeden z nich opiszę w kolejnym poście, bo okazał się być dość mocno problemotwórczy.
Dziś skupię się na tych lajtowych, zwyczajnych-niezwyczajnych.
Otóż, jako dodatek do prezentów właściwych, Joanna, jako istota słodkolubna dostała skonstruowane przeze mnie dwa bukiety:



Natomiast młodsza jej siostra zmontowała dla dostojnej, ćwirećwiekowej jubilatki, takie kolczyki:|


W sumie, to i bukiety i kolczyki zasługują na osobny wpis, bo historia ich powstania wcale nie jest taka oczywista...
Warto będzie ją uwiecznić.
Ale to już może inną razą ;-)

niedziela, 21 grudnia 2014

Taki lajf

Jakby tu zacząć?
Może od kotów.
Mam dwa. Chociaż przez chwilę, całkiem niedawno były trzy, ale to inna bajka i na inny wpis.
Jeden to spokojny, zrównoważony, delikatny, kochany, przytulny, mięciutki, pieszczotliwy i łagodny jak anioł. Czyli krótko mówiąc: FRYDERYK WIELKI!

Fredzioryk jest kotem przekochanym. Jak się go weźmie na ręce, to wiadomo, że się kota MA! Ponad sześć kilo futrastego, mruczącego żywca.
Łowny jest jak szatan - tępi krety i myszy jak maszyna.
Dostać się w jego zębiska, to żadna przyjemność:

Drugi kocamber, to znany Wam już z moich wpisów kot stuknięty zderzakiem, czyli Lucjusz z piekła rodem.
Na zdjęciu powyżej, dzięki przeróbce made by Asia udaje dostojnego, podstarzałego milorda.
A tak naprawdę to kocisko z piekła rodem!
Charrrakterrrek ma, że niech ręka boska broni.
Krnąbrny, zaparty i samowolny. Inteligentny jak szatan. Asystuje mi we wszystkich czynnościach domowych. Najbardziej kocha wycierać kurze razem z mamusią (czyli ze mną). Jestem jego niekwestionowanym autorytetem i ostoją w przypadku dramatów pod tytułem: MAMO! Twoje córki na mnie krzyczą!
Krzyczą, bo mają rację i powody.
Lucek to złodziej! Kradnie wszystko, co mu się pod paszczę nawinie.
U Ani najciekawsza jest kolekcja jej dzwonków. Kiedyś kradł jej zabawki, ale dziecię się zestarzało i maskotek już nie ma.
Nawet nie wiecie, jaka to frajda zakraść się po cichutku do pokoju młodej młodszej i rąbnąć jej jeden z dzwonków.
W środku nocy, rzecz jasna!
Wyobraźcie to sobie: ciemna noc. Wszyscy śpią. Cisza absolutna...
I nagle rozlega się radosne: dzyń, dzyń, dzyń! I to takie oddalające się dzyń, dzyń, dzyń...
Za pierwszym razem ciarki mi przeleciały po grzbiecie, bo nie bardzo wiedziałam co to do cholery jest! Wystartowałam z łóżka i zobaczyłam osobistego syjama tajskiego stojącego z głupią miną na dole schodów z jednym z dzwonków w paszczy.
Później już tylko się na moment budziłam, a teraz po prostu zbieram rano dzwonki i oddaję właścicielce.
Kradnie mi nici i kordonki. Muszę się bardzo pilnować i nie zostawiać nawet tyciej szpuleczki na wierzchu, bo Lucyferuisz natentychmiast sobie przywłaszczy.
Moteczki, kordoneczki, dzwoneczki to zwykłe pierdołeczki ;-)
DROBNICA!
Lucjusz potrzebował większego wyzwania.
I się nawinęło.
Asia kupiła sobie narzutę na łóżko. Puchatą, mięciutką i przytulną.
Fred docenił ją od pierwszego pomacania:


Natomiast Lucuś...
To była gratka dla jego złodziejskiej natury.
Kradł, ściągał z łóżka, ale na dół, po schodach jednak nie dał rady - przerosła go (nomen omen) :D


Tak więc, skoro kocisko kradnie, wynosi i demoluje co się pod paszczę mu nawinie, choinka drugi rok z rzędu musi być ubrana w ozdoby idiotoodporne, czyli nietłukące.
Czyli: pierniczki, ciasteczka, cukierki-sople, prześliczne plastikowe bombki, (które, nawiasem mówiąc są tak zrobione, że wyglądają lepiej niż szklane) i czekoladki. 
W tym roku dojdą też tak zwane hendmejdy zrobione przez mła.
Czapeczki z resztek włóczki:



Oraz uszytki z przed chwili:

Może sobie to moje chore, kochane mimo wszystko,  kocie turbo ADHD kraść do woli. Krzywdy sobie nie zrobi, a choinkę znowu dla pewności przywiążemy do haka w ścianie.
Taki lajf ;-)


PS:
Zdjęcia kotów: Joanna 
Czapeczki: tutorial
Gwiazdki: tutorial

środa, 19 listopada 2014

Nagrodzona

Czasem biorę udział w różnych konkursach.
Czasem nawet wygrywam.

I jakoś się tak zebrało trochę tych wygranych ostatnimi czasy. No i oczywiście mus się pochwalić przed  światem.

Zastanawiałam się, jak mam pokazać nagrody.
Czy w porządku chronologicznym wygrania, czy może według chronologii fizycznego posiadania rzeczonych.
Zdecydowałam, że zaprezentuję je zgodnie z datami wygrania, ale w kwestii informacyjnej: ostatni (prezentowani na blogu) są pierwszymi ;-)

A więc.
Zostałam namówiona do wzięcia udziału w konkursie na najbardziej twórczo zakręcony blog, organizowany przez firmę Coricamo.
Nie bardzo miałam na to chęć, bo konkurs był na tak zwane "lajki".
 Nie lubię takich zabaw. Są niemiarodajne i delikatnie mówiąc - trącą w wielu przypadkach oszustwem.
Bo jak wytłumaczyć fakt, że pierwsze miejsce zajmuje blogerka, która ma 26 (dwudziestu sześciu) obserwatorów, 286 odsłon profilu, a lajków zebrała 826? A blogi, które znam od lat, mające ogromny dorobek przepadły bez wieści. Coś to dziwne troszkę i dające do myślenia.
No cóż. Są na tym świecie rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom.
Nie pisałam nic na temat konkursu na blogu, bo doszłam do wniosku, że co ma być, to będzie. Kto chce, to mnie znajdzie i kliknie. I tyle.
Nagroda główna była jedna, a pozostałe to wyróżnienia.
Miałam to niewątpliwe szczęście, że jedno z nich trafiło właśnie do mnie :-)
Za wygrany bon, mogłam zrobić zakupy w sklepie Coricamo.
Pogmerałam w ofercie i znalazłam to, co mi przypadło do gustu i wołało do mnie gromkim głosem: MAMO!!!
Po pierwsze taka zabaweczka:

Czyli krosno do tkania koralikami. Jak widać - już w użyciu :-D
Fajna zabawa, odmóżdżająco-relaksująca - jak to przy koralikach bywa. Działa się ekspresowo i bezboleśnie, a efekty są piorunująco szybkie: po mniej więcej 3 godzinach mamy na przykład nową bransoletkę.
Tzn. taką szerszą, bo robiłam już też wąziutką i ta zajęła mi z wykończeniem 40 minut.
Polecam gadżet!
Aha - wie ktoś, bo co jest to drewienko z literką "B"? Bo u mnie to służy głównie do podkradania przez Lucjusza - kota złodzieja ;-)
Poza krosnem zamówienie kryło w sobie jeszcze takie zabawki:

Idąc od prawej: szablon do robienia kwiatków kanzashi. Niestety nie taki jak chciałam. Wymyśliłam sobie mały pięciocentymetrowy, ale nie było na stanie i zgodziłam się na siedmiocentymetrowy. Może kiedyś uda mi się posiąść ten mniejszy, wymarzony szablon.
Wypróbuję ten większy pewnie w ten weekend i będę się chwalić ;-)
Po lewej stronie, na górze, są igły - to bardzo miły gratis od firmy :-) Na pewno się przydadzą.
A te tajemnicze sznurki i kamyczki, to zamówienie mojej Aniusi. Dziecko mi zakręciło w temacie sutaszu i koniecznie chce się go nauczyć. Z kursu naziemnego niestety wyszły nici, bo nie zebrało się kworum, ale młoda postanowiła ogarnąć sprawę internetem i specjalnie dla niej kupioną gazetą w temacie.
Liczę na kolczyki hand made by Anna ;-)


Kolejna wygrana (też z Coricamo) przypadła mi w udziale dzięki jubileuszowym, dwusetnym Weekendowym Spotkaniom Robótkowym on line na FB.

Jak widać na załączonym obrazku: koraliki Precjoza i duuuużo oczek do pierścionków. Już im wymyśliłam zupełnie inne zastosowanie ;-)

No i ostatnia nagroda. Tzn. ostatnio wygrana. Bo dostałam ją w pierwszej kolejności :-)

MNIAM!!! Piękne kordonki i igły ze sklepu Middi
Niteczki są tak apetyczne, że póki co tylko je oglądam, macam i wącham nie wierząc, że je tak po prostu mam!!
No mam, mam! Serio! Ucieszyłam się, jak nie wiem co, kiedy przeczytałam wiadomość od Klary o wygranej :-))) Do tej pory banan z paszczy mi nie schodzi :-)))

I napiszę Wam w sekrecie, że teraz u Klary są ogromne przeceny i wyprzedaże.
Biegusiem lećcie i kupujcie, bo takich okazji już nie będzie.

A ja idę sobie pomacać zdobyczne kordoneczki i upojona szczęściem po czubeczki włosów, utkam kolejną koralikową bransoletkę ;-)

środa, 3 września 2014

Na rękach

Zaczęło się niewinnie. Ot - wszystko z nudów, proszę wysokiego sądu!
Gmerałam w necie i nadziałam się na pewnej fejsbukowej grupie na fajne szyjogrzeje dziergane na palcach.
Zaintrygowana zaczęłam kopać głębiej w temacie i znalazłam coś, co mnie po prostu zmusiło do działania.
Dzierganie na rękach!
Padłam z zachwytu i postanowiłam, że już! Że teraz! Że na ten tychmiast mus spróbować i działać!

Wygrzebałam z czeluści włoczkodajnego tapczanu trzy kłębki włóczki typu nołnejm 100% akryl w kolorze żadnym, czyli białym i przystąpiłam do działania.

Po pół godzinie miałam gotowca! Poszukałam chętnej modelki i tak toto w komplecie wygląda:


Szaloszyjogrzej przejęła w całości Joanna, chociaż to Anna użyczyła swojej szczupłej szyjki do fotek :-D


Wpadłam w lekki amok dziergania na nadgarstkach i zaopatrzywszy się w kolejne kłębki, a właściwie KŁĘBY dziergnęłam kolejny grzejnik:

Miał być mój, ale znowu Chuda Joanna się rzuciła i tyle z tego było!

Wiedziałam, że tak będzie, więc włóczkę na szyjogrzej dla młodej młodszej trzymałam czujnie w ukryciu.
Jest mięciutki, z połyskiem i drobnymi cekinkami. Normalnie MIODZIO!
Aś padł z zazdrości, ale resztki przyzwoitości się w niej ocknęły i z trudem pohamowała się od rąbnięcia kolejnego "nadgarstkowca" ;-D

Muszę zaopatrzyć się w jakąś kolejną włóczkę. Bo moja biedna szyja ciągle goła! A robótki tego typu sssstraaaaszszsznie mi się podobają: szybko, łatwo i efektownie.
Czyli to, co tygryski lubią najbardziej :-D
Ps: Polecam Wam! To świetna zabawa i błyskawiczny efekt. I do tego nie trzeba umieć robić na drutach!

czwartek, 28 sierpnia 2014

Rzetelnie(?)


Wyjątkowo, kolejna recenzja pojawia się na moim blogu głównym. Kolejne, to już na reklamowanym, trzecim dziecku.
Wydawnictwo "Coricamo" przysłało mi gazetkę "Twórcze Inspiracje" z prośbą o RZETELNĄ recenzję zeszytu nr 5/6.
Lekko się załamałam, bo oglądałam ją kilka dni wcześniej w kiosku i... odłożyłam na półkę.
Bo jakoś kompletnie nic mnie nie podnieciło i nie zachęciło do wyasygnowania złotych polskich 7,80.
Na szczęście mam pod bokiem trzeźwo myślące dziecko młodsze, które oświeciło mnie, że RZETELNA recenzja nie znaczy POZYTYWNA!

Tak więc, zapewne jest to moja pierwsza i ostatnia notka na temat tego  periodyku.
Bo nie sądzę, żeby redakcja oszalała ze szczęścia, jak sieknę po całości numeru.

A więc - zaczynamy od pierwszej propozycji, czyli "Eko-biżuteria".
Bardzo mnie to zaintrygowało, bo jak wiecie, "eko", recycling i upcycling są bliskie mojemu sercu.
Niestety, nie posiadam barwionych pasków osikowych. Ba! Żadnych nie posiadam. Ani cyrkonii stożkowych, tudzież igły do qulillingu :/
Więc lipa, proszę państwa! Odpada. A już miałam nadzieję, że wykorzystam jakiś fajny pomysł na zajęciach kółka robótkowego w mojej szkole z małolatami :(

 Ale niezrażona oglądam gazetkę skrupulatnie dalej.

Quilling 3D. SUPER! Ale znowu tak zwany zong. bo papierków u mnie niet. Wprawdzie mogę zrobić napad na niszczarkę papierów w sekretariacie, ale pocięte będą tylko w jednym rozmiarze. Nie spreparuję szerokich i wąskich :-(
Ot smutek i kolejne rozczarowanie, bo ozdoby na ołówki proponowane przez redakcję "TI" są super!

Kolejny kurs: "Naszyjnik"
To już bardziej dla mnie, bo znając cierpliwość moich "rękodzielnych" dzieci wiem, że to nie dla całokształtu moich uczennic. Niektóre MUSZĄ od razu, po jednych zajęciach, mieć gotową pracę, Rozłożenie działania na dwa-trzy tygodnie, to już brutalne ćwiczenie silnej woli. A one mają tą silną wolę raczej słabą...
I co? Zrobię sobie ten fajny naszyjnik (bo podoba mi się)?
Wprawdzie kolorystyka proponowanego naszyjnika nie moja, ale to nie jest żadnym problemem.
A no nie! Bo nie mam krosna do koralików! Oj szkoda...

Następna propozycja: haft krzyżykowy dwustronny i "Aniołki witrażowe" w roli głównej.
Ominęłam to to, bo haftowanie  typu XXX mam opanowane do bólu i zupełnie mnie już nie ciągnie.
Ba! Nudzi mnie i już!

Dalej: schemat serwetki etnicznej. Technika?  Krzyżyki! A jakże!!! Brrr!

Przeglądam kolejne strony i...

I mam kolejny haft krzyżykowy!!!

Tym razem "kartki okolicznościowe". Nudą i rozpaczą zawiało...  Pełno takowych kartek wszędzie! Nic odkrywczego, żadna nowinka. Wzory raczej oklepane i wtórne: kuperki zajączków pod parasolem i kartelucha o wdzięcznym tytule : "Ślubna girlanda". Szkoda czasu i atłasu (mojego, jak coś!).

Oglądam dalej i klapnęłam z rozpaczy na glebę...
DRUTY!!!
Na litość boską! Mało to gazet z tą tematyką na rynku? MNÓSTWO!
Mimo rozczarowania wtórną tematyką, wgłębiłam się w opis swetra. Model dla początkujących, Faktycznie - rozpisany jest genialnie. Dla nuworyszy drutowych ideał. Ale nie mój fason i co za tym idzie - nie moja bajka...

Kolejna propozycja: "Plecak sowa". Tu mi zęby zazgrzytały. Zarozumiale stwierdzę, że szyciowo jestem w grupie osób średnioniżej zaawansowana. Ale nie podjęłabym się uszycia tego plecaka. Po pierwsze - nie mam dzieci w wieku zerówkowym, a po drugie: nie porwałabym się na szycie tego typu uszytka opierając się jedynie na zdjęciach kursowych. Nie będę się wgłębiać w dokładniejszy opis, ale to nie to! Moim zdaniem kurs na skróty. Umówmy się: PO ŁEBKACH!

Następna propozycja: "Espadryle". Haftowane łowickim sznytem (KRZYŻYKI!!!) lub szyte ze szmatek z nadrukiem. Ja się na modzie nie znam, ale jakoś nie widzę tego typu ubranek na stopy.

I to tyle, jeśli chodzi o propozycje Coricamo dla rękodzielnych w tym numerze.

Rozczarowałam się ogromnie bieżącą ofertą.

Mam wrażenie, że ten numer był przygotowany "na kolanie", w pośpiechu i na "odwal się".
Przecież można było wcześniej zerknąć w kalendarz i zorientować się, że wrzesień nadciąga. I że może warto by było pomyśleć o nowym roku szkolnym. Jeden plecaczek dla zerówkowicza wiosny nie czyni. Można było umieścić kurs szyciowy dla początkujących typu okładki na zeszyty, łatwe w wykonaniu piórniki... Jeśli już hafty - bardziej oryginalne i mniej rozpropagowane (wstążeczkowe, przestrzenne, norweskie) - krzyżykowe to już raczej standard i przeżytek. Na rynku jest mnóstwo gazet z tematyką haftu krzyżykowego - choćby tego samego wydawnictwa "Igłą malowane".
Szkoda też miejsca na druty. Gazet drutowo-szydelkowych na rynku jest do wypęku.


Nie kupiłam gazetki, jak już wspomniałam. Mam ją, ale nie wykorzystam żadnej propozycji.

Po raz pierwszy, bo dotychczas kupowałam ją raczej regularnie i czekałam na nowe numery.
Przegapiłam tylko jedną, na której mi zależało i żałuję.

Co mogę napisać pozytywnego?

"Twórcze Inspiracje" mają ogromny plus za to, że przy każdym publikowanym na swoich łamach kursie, mają dokładny opis zestawów potrzebnych do wykonania opisanych modeli. Ba! Z kodami ze sklepu Coricamo.
To ogromne ułatwienie.
 Co jeszcze ma plus?
Czytelność kursów fotograficznych. Są zrobione profesjonalnie, dokładnie, z dbałością o szczegóły. Opisy są tylko dodatkiem do zdjęć.

Niebagatelnym pozytywem jest to, że wzory umieszczone w gazetce nie są przedrukiem z czasopism zagranicznych, co jest nagminnym procederem polskich wydawców gazet robótkowych. To w większości wzory i kursy autorskie polskich artystów.

Mam nadzieję, że zeszyt 5/6 był moim pierwszym i ostatnim rozczarowaniem, bo tej pory byłam  zadowolona z tego periodyku.

Jak mam ocenić w skali od zera do dziesięciu?

Ciężko będzie. Bo to nie jest przecież jednorazowe wydanie. Ogólnie gazetkę lubię i cenię, więc będzie może tak:

Za całokształt: 9/10

Za zeszyt 5/6 : 2/10

Miało być rzetelnie, więc chyba jest. Nie odradzam kupna i nie polecam.
 Każdy musi  obejrzeć gazetkę samodzielnie i zdecydować - kupić-nie kupić...
 Bo wszak wiadomo, że jeden lubi ogórki, drugi ogrodnika córki ;)

sobota, 15 lutego 2014

Nie tylko ja...

... w naszym domu param się rękodziełem.
Ania działa w ceramice i kosi nagrody i wyróżnienia.
Asia - wiadomo - fotograf. Jak jej się chce i coś pstryknie i pośle, to też nie jest taka ostatnia ;-)

A mężu? No cóż. Przytłamszony potrójną kobiecością jakoś siedział cicho i się nie ujawniał.
Do przedwczoraj...
Otóż wrócił był jak zwykle bardzo późno do domu i wkroczył do pokoju Ani z taki oto tekstem:
- Aniu! To nagroda ode mnie za zostanie laureatką olimpiady. Przepraszam, że tak późno, ale trochę to trwało. Może ci się spodoba, bo tak trochę tematycznie do przyrody pasuje. Wiewiórkę ci zrobiłem.

I wręczył zdumionej Ani to:

Jak widać, wiewióra jak malowana! Wycięta ze szkła grubości ok. 2 cm.
Dodam: wycięta przez małża mego osobiście. No nie nożem kuchennym, rzecz jasna - wodą pod ciśnieniem 2 tysięcy atmosfer.
Szczęka mi opadła.
Przycisnęłam męża do muru i zażądałam zeznań w temacie.
- Oj tam. Robiłem już kiedyś strusia.
- Strusia... - Szepnęła żona skołowana.
- No. A na święta renifera. Takiego wiesz - z saniami i w ogóle - cały zaprzęg Mikołaja.
- Cały zaprzęg - Powtórzyła bezmyślnie żona w szoku.

Zatkanie żonie nie mija. Wręcz przeciwnie - żona ma męża od prawie 25 lat tego samego i go zupełnie nie zna.
Strach się bać, co jeszcze kryje w zanadrzu!
Ale jeśli są to TAKIE cuda jak wiewióra, to chętnie przyjmę to zaskoczenie na klatę! A co! :-D

sobota, 7 września 2013

Łikedn

Jako iż jest łikend, a ja obiecałam się wywnętrznić i nieco usprawiedliwić, no to pisiam....

Jakoś tak tydzień temu, wystosowałam do Was post pomocowy.
Jak zwykle nie zawiodłam się i pomysłów na kółko robótkowe miałam od pyty.
Nie tylko w komentarzach, ale i na maila.
Nie nadążam z odpisywaniem.

Jesteście kochane jak jeden mąż i jedna żona!

Ale...
Ja to już niedawno pisałam, ale powtórzę raz jeszcze: chcesz rozśmieszyć pana Boga - opowiedz mu o swoich planach...

Więc Stwórca  czytając moje dylematy, zapewne ocierał  z oczu łzy śmiechu...

A więc - nie pracuję już w liceum/gimnazjum, tylko w gimnazjum/podstawówka.
Zdecydowanie ciekawsza oferta pracy na mnie spadła i nie miałam nad czym się zastanawiać.
Chociaż mniej godzin, a co za tym idzie - mniej brzęczącej mamony.
Ale za to plany mam lepsze.
I mooooooże perspektywy...
Ale o tym ciiiicho sza!
Zapieprz w zamian za to taki, że taczek nie ma czasu załadować :D
Jak ja to lubię! :-DD
Plany i pomysły takie, że hohohoho!

A kółko stricte robótkowe, póki co poszło się kochać.
Zostało jedynie ewentualnie dekupażowe.
Nie moje, ale ew. byłabym jako suport.

Tak piszę bez składu i ładu, ale jakoś nie bardzo mogę bardziej szczegółowo.
Nie mogę i nie bardzo chcę.

A kiedy zechcę?
Przemyśliwam pewną sprawę...
A mianowicie zamknięcie bloga.
Niech nie będzie publiczny, tylko dla naprawdę wiernych i chętnych do czytania i komentowania.

W ciagu kilku dni przemyślę sprawę i będzie odpowiedni wpisik jak coś.
No chyba, że mi się coś zmieni i całkiem zliwkiduję pisaninę wirtulaną ;)



wtorek, 3 września 2013

Usprawiedliwienie

Zaczął się nowy rok szkolny, a wraz z nim powracają usprawiedliwienia w dzienniczkach uczniowskich.
Więc i ja też nie będę gorsza i skrobnę pewnego rodzaju wytłumaczenie:

Proszę o usprawiedliwienie nieobecności na blogu blogerki Aty.
Absencja spowodowana jest zawirowaniami czasoprzestrzeni wyżej wspomnianej. 
Dlatego też, rzeczona Ata nie ma kompletnie czasu na odpisywanie na Państwa maile oraz komentarze pod ostatnimi wpisami. 
Ponieważ na szczęście raz w tygodniu zdarzają się łikendy, zakręcona Ata OBIECUJE i PRZYRZEKA, że odpisze na wsio  i  się sama będzie tłumaczyć z zawalenia obowiązków blogerskich.
AMENT!!!

sobota, 31 sierpnia 2013

Wpis nie dla przesądnych

Do mojego poprzedniego wpisu i Waszych licznych i pomocnych komentarzy obiecuję odnieść się w najbliższych dniach.
Dziś jednak będzie z innej beczki...
Data 31.08 już na zawsze będzie dla mnie końcem nie tylko wakacji...

Mamy w ogrodzie wielkiego kasztanowca.

Jak powszechnie wiadomo, te piękne drzewa od parunastu lat są dewastowane przez szrotówka kasztanowcowiaczka.
Nazwa niewinna, wręcz zabawna,  a spustoszenia potworne!

O nasze drzewsko dba głównie mój tata, ale obie z Anią też dzielnie grabimy i palimy jesienią liście i opadłe kasztany.
To najlepszy sposób na ochronę drzewa i na przedłużenie jego życia.

Mamy motywację do tego nie tylko z pobudek czysto ekologicznych, ale również z powodów przesądów i "niewłaściwych" lektur.

Może zacznę od lektury.
Lat temu sto, a może i więcej, przeczytaliśmy książkę pt: "Krew" (Elena Quiroga).
To historia czterech pokoleń ziemiańskiej rodziny. Narratorem jest właśnie kasztanowiec.
Teraz będzie tzw. spoiler, czyli zdradzam koniec książki: drzewo zostaje ścięte, bo przeszkadza.
Padając, przygniata swoim ciężarem ostatniego, małoletniego potomka z rodu. Uwielbiającego zabawy pod kasztanowcem.
Zrobiło to na nas wstrząsające wrażenie i w związku z tym kasztanowiec będzie sobie u nas rósł do końca świata...

A przesąd?
Osoba (prywatna, nie hodowca!), która zakopie w ziemi kasztan i wyrośnie z niego drzewo, umrze po pierwszym jego kwitnieniu...

Moja Mama miała trzech starszych braci.
Była ukochaniem brata środkowego.
Z wzajemnością.
Różnica wieku była między nimi ok. 13 lat (może się mylę, ale niewiele).
Tenże Brat Mamy nie był przesądny, w głupoty nie wierzył.
Znalazł gdzieś kasztanek i wtyknął go pod płotem - niech rośnie!
Kasztanowiec wyrósł po kilkunastu latach na schwał.
Aż pewnej wiosny zakwitł...
A potem zamiast kwiatów miał owocniki.

Tego dnia moją Mamę cały dzień nosiło. Nie umiała znaleźć sobie zajęcia, nie potrafiła usiedzieć w miejscu.
Biegała z kąta w kąt.
W końcu poszła na grzyby do lasu.
Nic nie znalazła.
Poza figurką słonia...
Leżał sobie na mchu i czekał, aż ktoś go podniesie.
Po powrocie do domu dowiedziała się, że...

Nie poznałam mojego Wujka, ukochanego Brata mojej Mamy. Zmarł nagle na wylew kilka lat przed moim urodzeniem.

Od dnia Jego śmierci do naszego domu nie mają prawa wstępu słonie (nawet te z trąbą do góry), a wszystkie kasztany płoną w ognisku. Razem z liśćmi.
Tak na wszelki wypadek...

czwartek, 29 sierpnia 2013

Pomożecie??

Mam do Was pytanie i prośbę za jednym zamachem.

Otóż: od nowego roku szkolnego mam prowadzić zajęcia pt: "Kółko robótkowe".
Będą one skierowane dla uczennic (bo wątpię, żeby męska część załogi się napaliła) z gimnazjum i  liceum.
Plan zajęć mam rozpisać na 32 tygodnie.
Na pierwsze trzy-cztery tygodnie pomysł mam.

Ale co z pozostałymi w liczbie 28????

Tzn. pomysłów mi nie brakuje, ale problem jest w tym, że materiały na zajęcia będą musiały finansować same zainteresowane.
I tu jest pies pogrzebion - to nie może być nic, co generuje wysokie koszty zabawy.
I co ja mam zrobić, biedna mysz??
Poratujcie dobrzy ludzie pomysłami!

Zadam teraz słynne pytanie towarzysza Gierka:
To jak - pomożecie??

(odzew dla niezorientowanych - POMOŻEMY! ;-D )

sobota, 3 sierpnia 2013

Once upon a time...

Czyli dawno, dawno temu na FB zachwyciłam się szalem...
Robionym przez jedną z uczestniczek Spotkań Robótkowych On Line. Czarny, ażurowy, magiczny...
Napisałam pod zdjęciem całkiem zwyczajny (wg. mnie) komentarz i nagle dostaję wiadomość od twórczyni, że ten piękny szal jest dla mnie!
Znaczy jak chcę, to będzie dla mnie!!

O dżizas! Jakbym miała nie chcieć??

Ale tak za free? Na piękne oczy (w awatarze)??

Zaproponowałam Ewie wymiankę.
I się zgodziła. Wybrała sobie coś frywolnego. W sensie naszyjnik.
Kwestię kolczyków wycisnęłam z niej niejako w gratisie ;-)
Podobało jej się kilka moich twórczości radosnych.
Więc na tej bazie stworzyłam coś nowego i zaczęłam dziobać.

Tyle, że Ewa popełniła pewien duży błąd. Napisała mi ta dobra kobieta, że mam się nie spieszyć z wykonaniem, bo ona i tak dopiero w okolicach jesieni przyobleka się w biżu.
I po co to pisała mi na początku maja?? No po co ja pytam??
Szal dawno u mnie. Spełnia swoją rolę. A ja w lesie byłam i to głębokim!
Tylko kilka powtórzeń wzoru naszyjnika na igle, a szal od dawna mnie otula w chłodne wieczory. I to jak otula!
Jest miękki, ciepły, przytulny i mega duży! Jak pled! Niestety, nie umiem zrobić mu przyzwoitych zdjęć. Jak się naumiem, to na pewno nie omieszkam się pochwalić tym cudeńkiem.
Póki co, mogę jedynie pokazać Wam co zrobiłam Ewie (W KOŃCU!!!) w ramach wdzięczności i wymianki:


Tak jak pisałam wyżej: wzór wymyśliłam sama, ale wcale się nie zdziwię, jak się okaże, że on już istnieje.
Bo frywolitki są tak powtarzalne i łatwe do wymyślenia, że nie sposób stwierdzić, kto pierwszy właśnie TAK posupłał kordonek :D
Mam nadzieję, że Ewa będzie zadowolona. Przynajmniej w jednej setnej, jak ja, z szala od niej.
Jak myślicie? Spodoba jej się??

środa, 31 lipca 2013

Nowy zwierzak...

Ania ma kota... 
Na punkcie koni.
Ciągle je rysuje, maluje, tworzy na zajęciach ceramicznych.
Czyta o koniach, co tylko jej wpadnie w ręce.
Chyba mało kto wie tyle o rasach, o hodowaniu, o ujeżdżaniu itp...
Kupuje sobie książki o końskiej tematyce - zarówno beletrystykę jak i bardziej poważne dzieła w tej tematyce.
Pewnego dnia, na półce z książkami pojawiła się nowa pozycja pt: "Chcę  mieć własnego konia" w mojej głowie zawył alarm!
- Serio??
- No!
- A gdzie go chcesz trzymać??
- Mamy duży ogród. A zimą może mieszkać pod wiatą.
- Mowy nie ma! Możesz go sobie zainstalować w swoim pokoju!

I tak oto brak stajni i zrozumienia ze strony matki własnej, stanął na przeszkodzie mojemu dziecku w realizacji "końskiego" marzenia.

Ale jednak za szybko odetchnęłam z ulgą...
Bo Ania jednak ma konia.
I trzyma go u siebie w pokoju!

Czasem wychodzą sobie na świeże powietrze:
                           

Razem siedzą przy komputerze:

                             

A czasem wspólnie zażywają sjesty w chłodzie salonu:
                            



Na takiego konia to ja się zgadzam absolutnie bez protestów :-D


Chyba wiecie, kto go robił?
A jak nie, to odsyłam Was do poprzedniego wpisu :-)

Marzenko!
Bardzo dziękuję raz jeszcze w imieniu uszczęśliwionej Ani. Oskar jest debeściak! :-DD

czwartek, 25 lipca 2013

Reklama i lokowanie produktu

Kiedyś pisałam, że na moim blogu reklam i ogłoszeń parafialnych nie będzie.
I tego trzymam się do dziś.
Nie podniecają mnie krany, spłuczki, zlewozmywaki, leki na potencję, ubezpieczenia i inne tego typu propozycje.
Wprawdzie mogłabym zbić na tego typu reklamach nieziemski majątek - smycze, kubki, ołówki, długopisy, magnesy oraz wdzięczność reklamodawcy.
Ale ja jakoś nie mam żyłki do robienia interesów życia ;-)

Natomiast jeśli chodzi o reklamę nowego bloga, znanej mi osoby, to nie widzę przeciwwskazań :-)

Dziś będzie reklama i zachęta dla Was, moje wierne czytelniczki, żebyście odwiedziły całkiem świeżutki blog Marzeny.

Panią Marzenę poznałam kilka lat temu w sklepie z materiałami. Wiedziałam, że rękodzieło nie jest jej obce. Wiedziałam, że umie szyć.
Wspominała również o szydełkowaniu.
Ale nigdy nie widziałam jej prac.
Aż do dziś, kiedy to nieśmiało przyznała mi się w mailu do tego, że założyła bloga.
Poszłam i oniemiałam!

Takie szydełkowce to mistrzostwo absolutne:




Kobity! Tam takich cudeniek jest dużo więcej!
Zdjęcia rąbnęłam z bloga pani Marzeny, bez jej wiedzy, a co za tym idzie - również bez jej zgody.
Mam nadzieję, że nie będzie mieć o to do mnie pretensji.

Tak więc idźcie i cieszcie oczy, moje drogie, jako i ja czynię :-))
I ośmielmy panią Marzenkę do dalszych poczynań robótkowych :-))



wtorek, 26 marca 2013

Rozpuknie mnie zaraz!!!

Maszyna wróciła.
Entuzjazm miałam potężny, czemu wyraz dałam w poprzednim (wczorajszym) wpisie.

Powodowana dziką euforią, umyłam, mimo wściekłego zimna, okna.
Bo jakby to było, żeby powiesić nowe zasłonki na brudnych szybach w tle?
No obciach i pozimowy syf  z malarią!

Zasłonki podłożyłam, spięłam szpilkami już wczoraj.
I oczami duszy mej widziałam je wiszące sobie w salonie.
Takie śliczne. Jaśniutkie. Kwieciste. Wiośniane. Nowiutkie.
Takie inne, niż te co były...
Taaaa...
Już był w ogródku, już witał się z gąską...

Maszyna przyjechała mężem. NAPRAWIONA i naoliwiona.
To nasmarowanie zastosowano aż do przesady, bo olej maszynowy kapał mi na palce...
Pierwszy stres przeżyłam przy ustawianiu długości ściegu. Chciałam ok 2 mm, a ta menda dziobała upierdliwie 1 mm!!! Przy desperackim ustawieniu ściegu na 4 mm, zaczęła szyć jak chciałam - czyli wspomniane 2 mm.
Zaczęłam szyć. Nieśmiało i powolutku. Poszło!
Tak koło 5 cm!
I igła śmigła! Znaczy się wygięła w chińskie es!
Zmieniłam na nową.
Poszło.
Zasłonka uszyta.
Wzięłam drugą. Po mniej więcej metrze igła się złamała!
Ot tak. Na prostej drodze, na cienkim szwie.
Wymieniłam, aczkolwiek gul mi już skoczył i ciśnienie zaczęło niebezpiecznie oscylować w okolicach tego książkowego (zwyczajowo mam 90/60).
Szyję dalej.
Doszłam do połowy i...
Zazgrzytało, pierdyknęło, igła się złamała, a maszyna zablokowała się prawie tak samo, jak poprzednio.
PRAWIE! Bo dokładniej. Na amen!
Teraz ni diabła nie da się podnieść igielnicy. Ani jej opuścić!!
Dostałam szału!
I nie tylko - dostałam też tzw. słowotoku...
Mówiłam dużo! Bardzo dużo!
Czy mam ominąć przy cytowaniu brzydkie słowa?
No to KURWA NIC NIE MÓWIŁAM!!!
Nerw gnał mnie po domu niczym tornado.
Wszystko, co żyło, czujnie skryło się w zakamarkach.
Ruda furia, pozbawiona ukochanej zabawki, sieje zniszczenie, więc lepiej zejśc jej z drogi ;-)
Ania skryła się w pokoju starszej siostry, mężu okopał się w kuchni przed telewizorem, Aś była nieobecna (wróciła, jak mi ciut przeszło), Fredek skrył się w zwojach koca na łóżku Ani...
Niestety, mój tata nie wyczuł sytuacji i się nawinął pod rękę...
Zwiał, ale tornado i tak go omiotnęło swoim śmiercionośnym tchnieniem...

Kiedy już lekko się zmęczyłam bieganiem po domu góra-dół-góra-dół, tupiąc i klnąc jak wozak, oklapłam nieco i zawiadomiłam męża, że znowu czeka go integracja z naprawcami.
Mężu raczej się nie zdziwił, bo szeptem się nie wywnętrzałam ;-)
Tata pokiwał głową ze zrozumieniem i pocieszył mnie bardzo skutecznie jednym zdaniem :-)
Nie zacytuję, bo za bardzo MOJE to zdanko jest i niesamowicie grzeje mnie i moje sponiewierane ego :-)))

Ciut ochłonęłam. Aczkolwiek dalej jest mi źle i smutno, że z powodu po raz kolejny zrypanego mechanizmu kosza + igielnicy moje plany szyciowe ( i te w głowie, i te narysowane na papierze, i te już wycięte z materiałów) muszą sobie poleżakować...
Szlag mnie trafia i chyba mnie rozpuknie na strzępy!

Jeśli ktoś z Was planuje zakup maszyny do szycia, to niech to na litość boską nie będzie "Łucznik" Zofia 2015!!!
Niech moja o niej opinia  i moje z nią doświadczenie będzie przestrogą dla naiwnych sądzących, że "Łucznik" to to samo co Łucznik!!!
AMEN!

sobota, 23 marca 2013

Szkoda sznurka?


Co może zrobić człowiek, któremu życie się komplikuje i rzuca mu kłody pod nogi? 

Walczyć?
Płakać?

Czego się nie dotknie, to się wali z wielkim hukiem.
Jak by się nie odwrócił, to dupa i tak zawsze w tym samym miejscu...
Nic, tylko się zabić!

Ponieważ ostatnio głównie demolowałam , powzięłam decyzję o powieszeniu się.
Ot tak - definitywnie!

- Po cholerę to to żyje? - Zadałam pytanie a'la Gałczyński, patrząc z niechęcią w lustro.
Przygotowałam sobie konkretny sznur...

No dobra - sznurek! ;-)
I...
Jakoś tak go dużo było...
Na moją chudą szyję wystarczyłoby na kilkaset solidnych omotań, a nie na jedną, uczciwą pętlę...
Żal nie wykorzystać nadmiaru...
Westchnęłam ciężko, odkładając samounicestwienie na czas nieco późniejszy, wzięłam w garść kółko ze styropianu i owinęłam je cokolwiek bezmyślnie i bez planu.
Jak już je otuliłam parcianym sznurkiem,  to pomyślałam, że może by je jakoś przyozdobić?
Przyozdobiłam. A jakże:

- Będzie wieniec, a właściwie wianek na moje ostatnie miejsce zamieszkania.   A na nagrobku zamiast epitafium: "Tu leży ta, co miała pierwszeństwo przejazdu", rodzina mi naskrobie: "Tu leży ta, co oszczędna była i sznurek do cna wykorzystała"... - Pomyślałam ponuro.

Oszczędna sznurka miała jeszcze w cholerę i trochę.
I kota też ma.
I chęć utylizacji i odzysku się w niej odezwała...
No to pierdyknęła pojemnik na walające się wszędzie artykuły piśmienne.

Z puszki po kocim żarciu ;-)
I z resztek koronek.
Kwiatki też sama wyplotła.
Oszczędna wykorzystała sznurek prawie do cna.
Więc nie miała się na czym obwiesić.

To kupiła nowy i znowu machnęła wianek - sporo większy! I taki więcej w kolory idący:


- Lepiej na "kołderce" marmurowej będzie się prezentował. - Pomyślała.

A potem Oszczędnej oszczędna natura się odezwała i kazała wykorzystać do bólu ten pierwszy sznurek.
I wizja na nią spłynęła!
- Sieć! Taka jakby sieć rybacka splątana sztormem! Rybki w sieci? Nieeee! Inne morskie wynalazki!!

- Ania! Potrzebuję muszelek na gwałt! Weź mi daj, dobra kobieto, te z Helu!
- Z Helu? nie mam.
 - Jak nie, jak tak! Zbierałyśmy! Wprawdzie mało, ale mi wystarczy.
 - Nie mam! Mało było i pogubiły się.
 - Szkoda... A taką super wizję miałam...
 - A te z Jastarni mogą być?



Tjaaaa...
Mogły być!



A Oszczędna następnym razem dokładniej będzie precyzować swoje potrzeby i wizje.
Bo sumie to jednak się rozmyśliła z tym wieszaniem się ;-)
Szkoda sznurka na chudą szyję, skoro można go tak twórczo zutylizować ;-))
Szkoda? Czy tylko Oszczędna tak mniema? :-D

sobota, 22 grudnia 2012

Rzutem na taśmę!

Czyli koniec zaległości!

Tak w duchu świątecznym :-) I na szybko, bo czas przygotowań goni bez kompromisów!
Bombki zrobiłam.




 

 
 

 
Dużo ich było. Nie wszystkie doczekały się zdjęć.
 Tu fotka grupowa tych z powyższych zdjęć

Za to żadna nie zawiśnie u mnie w domu.
Nie mam ani jednej!
Ot - szewc bez butów chodzi ;-)
Bardzo mnie to cieszy, bo to znaczy, że się PODOBAJĄ i ludziki chcą je mieć u siebie :-))))


Poza tym - aniołki-zawieszki koralikowe:

A więc wyrobiłam się przed Wigilią z rozliczania długów!
Ha!


wtorek, 18 grudnia 2012

Mała Szkoła - Wielkie Serca

Chude moje dziecko studiuje. Nic nadzwyczajnego w sumie. Jak się jest przyzwoitymi genami obciążonym człekiem, to się tak zwykle kończy ;-)
Uczelnia dzieciny starszej od jedenastu lat prowadzi akcję "Mała Szkoła".
Ma ona na celu pomoc małym szkołom z rejonów wiejskich, zapomnianych przez Boga i ludzi...
Szkołom...
Szkoła to budynek. Mury i tyle.
 Żeby żyła, potrzebne są dzieciaki.
A dzieci potrzebują nie tylko murów. One potrzebują nas - dorosłych. Do pomocy, do wsparcia. Do dopieszczenia.
Zwłaszcza teraz, kiedy wszędzie i wszystko aż kipi i wrze od zapowiedzi świątecznych. 
A rodzice, chociaż by chcieli, nie zawsze mogą wystąpić w roli św. Mikołajów...
Ale od czego Pomocnicy Świętego Mikołaja??
Się wzięli, zorganizowali po raz kolejny iiiii...
Tak właśnie wygląda magazyn tego szczodrego i ukochanego przez wszystkich pana w czerwonym stroju:

                                  

To był początek...
Potem nastąpiło panedmonium!

                                                

 HEKTARY PLUSZAKÓW!!!

Elfy miały co robić!

 Czesały rozczochrane czupiradła.:
                                                



Naprawiały te cokolwiek zniechęcone do życia ;-)
                                                


Ba! Nawet długopisom nie przepuściły i sprawdzały, czy są sprawne, żeby w dziecięce rączki żaden bubel nie trafił!
                                


 Inne elfice skrupulatnie dzieliły dobro słodkie :-)
                                               

Po pewnym czasie, sytuacja zdała się być opanowaną...

                                

 Nastał czas pakowania i podpisywania paczek.
                                

 Tylko w jakim środku transportu to upchnąć??
Toż to dylemat!!
                                 


Dało się!
W dwóch środkach ;-))

I się ruszyło w drogę...

                                   

 A potem sytuacja odwrotna do dotychczasowej, czyli: rozpakowujemy!!!
                                   


 A potem....

A potem się namnożyło Mikołajów, że hohohoho!!!

                                   


Na szczęście przyszedł ten właściwy, pogonił konkurencję i sam się wziął za robotę:
                                                 

A dalej?


Dalej to już "tylko" zdjęcia, bo jakoś mi się oczy pocą i nie wiem co mam napisać :)
                                                   


                                                    


                                                    


                                                    

                                    

 I to już prawie koniec...
Ostatnie zdjęcie...
Jest tam nawet autorka zdjęć ;-)
                                    

Dzieci szczęśliwe. Szkoła doposażona, bo oprócz zabawek, środków typu długopisy, kredki, flamastry, farby itp. do B. pojechało w sumie WSZYSTKO!!
Nie jestem w stanie wymienić całości potrzeb szkoły. Ale było tego 5-6 stron formatu A4...

***********************************************************************************

„Człowiek jest wielki nie przez to, co posiada, lecz przez to, kim jest i nie przez to, co ma, lecz przez to, czym dzieli się z innymi.”

 Ten cytat Jana Pawła II rąbnęłam Chudej z jej statusu na FB.

Prawie trzy tygodnie temu umieściłam na blogu prośbę o wsparcie i pomoc. 
A dziś pragnę podziękować tym, którym się CHCIAŁO!
Kolejność alfabetyczna:
 Aneladgam
Ashritt
Nuta

Kochana moja trójco!
To była Mała Szkoła, ale Wasze serca są Wielkie!!