Pokazywanie postów oznaczonych etykietą . Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą . Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 czerwca 2018

Aaaa! Były sobie osły dwa...

Trzeba przyznać, że częstotliwość wpisów na blogu to ja mam iście zabójcze ostatnio!
Jeden na miesiąc, albo i rzadziej...
Nie to, żebym nic nie robiła. No tak się nie da :-D
Tylko jakoś mi pod górkę do pisania. I do robienia zdjęć.
No to dziś trzeba nadrobić. Zwłaszcza, że dziecko moje strasze porobiło zaczepiście piękne zdjęcia temu, co spod szydła mi wyszło.
Powolutku zaczynam lubić szydełko. Ale baaardzo powolutku!
Zanim przystąpię do prezentacji, mały wtręt.
Bajkę o Kubusiu Puchatku zna każdy.
I na pewno każdy wie, że postaci z rzeczonej bajki psychicznie były bardzo nie ten teges...
Krzyś - schizofrenik - gadał z wymyślonymi postaciami i w nie święcie wierzył.
Kubuś - obsesyjne skupienie na miodku.
Królik i jego mania sprzątania - zaburzenia obsesyjno-kompulsywne.
Tygrysek - modelowe ADHD!
Maleństwo - nikogo nie słucha i często kończy się to niebezpiecznymi sytuacjami - ewidentny autyzm.
Mama Kangurzyca - nadopiekuńcza mama z nadmiarem wyobraźni - typowy paranoik.
Sowa - dyslektyk pełnym dziobem!
Prosiaczek - histeryk, tchórz, nerwus. Zaburzenia lękowe jak obszył!
Kłapouchy i jego negatywny stosunek do świata... Toż to ewidentny przykład bardzo głębokiej depresji!

No cóż...

Nigdy nie lubiłam bajki o Stumilowym Lesie. Ale do jednej z postaci miałam zawsze sentyment.
Do której?
Ano do tej:

Ten smętek w oczach...

Te zgarbione plecki i ten ogonek z pozytywnie różową kokardką, byle jak przyczepiony...

Nostalgiczne spojrzenie w siną dal...


No po prostu nie mogłam przejść obojętnie obok tej eskalacji melancholii :-D

Wiedziałam, że u mnie w domu ma szansę  jeśli nie na wyleczenie, to chociaż na wyciszenie deprechy.
I chyba się nie myliłam. Piorunem znalazł kumpla, równie osłowatego jako i on, czyli Lucjusza, kota z piekła rodem:

A potem...
A potem Kłapouchy trafił pod opiekuńcze skrzydełka mojej młodszej córki Anny, czyli często/gęsto upartej jako osiołek, panny wiosen siedemnaście:

Tak więc Kłapouchy znalazł u mnie w domu przynajmniej dwie istoty ( osły!), dzięki którym jego melancholijny paszczor ma szansę uśmiechnąć się od jednego kłapciatego ucha, do drugiego ;-)

Jakiej wielkości jest oślina? 
Nie wiem :-D Spory jest. 
Tu zdjęcie poglądowe z zapalniczką. (Tak, tak! Wiem! Palenie to zuuuooo! Ale ja lubię być zła :-D )


Dane techniczne:
- wzrost - jak na zdjęciu powyżej, czyli około 40 cm. Może więcej. A może mniej :-D
- włóczka - Himalaya Dolphin Baby nr 341 na ciałko (prawie trzy motki), na pyszczek nr 333, wnętrze uszu nr 309, brzuszek 305. 
- grzywka i końcówka ogonka Everyday Bebe 70122 rozczesane rzepem
- szydełko nr 4 ( nie wiem po co się katowałam przy innych zabawkach z tej włóczki szydłem nr 3!)
- wzór darmowy od OliMori

Za przepiękną sesję zdjęciową dziękuję bardzo mojej starszej córce, Joannie :-))))


No więc tego... Szydełko nie jest jednak złem wcielonym... Rozmyślam nad kupnem wzoru od Oli. Na MEGA wielką pszczołę :-D 
Pomyślę... Zobaczymy, co mi z tego myślenia wyjdzie :-D

środa, 30 sierpnia 2017

Australia w Warszawie

Człowiek nigdy nie wie i nie jest w stanie przewidzieć, co go spotka po wyjściu z domu.
Najlepszym przykładem jestem ja osobiście.

Zwykły, wczesny wieczór sierpniowy. Wczoraj.

Pojechałam po moje dziecko starsze do pracy.
Czemu? Bo bardzo późno skończyła Radę Pedagogiczną, a potem jeszcze było spotkanie z rodzicami zerówkowiczów. Tak więc do domu zwinęłaby komunikacją miejską w okolicach godziny 22:00.
Matką osobistą i jej "błękitną szczałą" -  zdecydowanie przed 21:00.
Zajechałam pod szkołę tradycyjnie sporo przed czasem.
Czemu taka tradycja moja? No bo ja jestem dziwnym człowiekiem i wolę być co najmniej pół godziny przed czasem, niż pół minuty po czasie. Poza tym mam jeszcze jedno skrzywienie - lubię czekać... Nieważne gdzie i na co. Bylebym miała na czym siedzieć i co czytać :-D. Wszystko jedno co - książka, gazeta, ogłoszenia, internet.

Tak więc wczoraj również nie było inaczej.

Radyjko gra, internecik w komóreczce działa jak ta lala, zacna, tzw. kolejna gównoburza na fejsbuczku dobrze się zapowiada.
Normalnie żyć nie umierać!

Obok mojego samochodu przycumował młodzieniec w wieku cirkaebałt szósta klasa.
Rozmawiał przez telefon.
Rozmawia, to rozmawia. Co mi do tego.

Oflagowałam się we własnym jeździdle w oczekiwaniu na starszą progeniturę i dobrze mi było.

Przez jakieś dwie, no może trzy minuty...

Słyszę pukanie w szybę.

Młody człek skończył rozmowę przez telefon i zapragnął bezpośredniego kontaktu z ludziem.

Uchyliłam okno i zapytałam grzecznie:
- Słucham.
- Przepraszam panią - powiedział naprawdę przepraszającym tonem - czy pani pomaga zwierzętom?
- Yyyyy... Noooo taaaak... Swoim kotom zawsze. A co?
- A bo pod pani samochodem siedzi królik...

No siedział. Bo mu ciepło w kuperek od nagrzanego silnika było :-D
Potem pokicał na trawnik, a my za nim.


Rudy, co lepiej widać na drugim zdjęciu, kiedy to baranek wypiął się na walący go po oczach flesz:


Króliczek był łagodny, puchaty i pulchniutki. Bez problemu dawał się głaskać i drapać za kłapciatymi uszami.
- To twój królik?
- Nie. On kicał po chodniku i ja za nim szedłem z rowerem, bo się bałem, że pod samochód wpadnie. Raz nawet wyszedł na jezdnię i go musiałem zastawiać kołem, bo się bałem, że go coś przejedzie. A on potem poszedł do pani pod samochód.
- O matko... Skąd on się tu wziął?
- Nie wiem. To już drugi królik, którego tu znalazłem.
- No coś ty?!
- No naprawdę.
- I co zrobiłeś?
- Zabrałem do domu. Tego też wezmę.
- A co na to mama?
- Już wie. Dzwoniłem do niej. Idzie tu i się zgodziła.

W czasie naszej rozmowy, grono pasterzy kłapciasto usznego zwierza z dwóch osób (chłopiec i ja) powiększyło się o jego młodszą siostrę, potem o "wydzwonioną"  mamę, a następnie o moją Chudą.

I tak oto, w środku miasta stołecznego Warszawy, stało sobie pięć osób i debatowało nad tym nie CO zrobić z królikiem, tylko JAK go bezpiecznie odtransportować do domu.
Ostatecznie królik został wpakowany do plecaka, który z dumą niosła na brzuchu siostra chłopca.
Dzieci mają zrobić ogłoszenia i rozwiesić po okolicy. Bo może ktoś się nie pozbywa nadmiaru królików, tylko zwyczajnie komuś prysnął.
Ot taki królik na gigancie.
Chociaż przy poprzednim króliczym znalezisku ogłoszenia nie przyniosły oczekiwanego rezultatu.

W międzyczasie wyjaśniło się, dlaczego chłopiec pomyślał, że pomagam zwierzakom w opałach:
- Bo pani ma samochód z naklejkami ze zwierzętami...

No fakt - mam tego "trochę". Ale głównie koty :-D Bo tylko jedna naklejka jest misiem, który ma na brzuszku beztroski, informacyjny napis: "Nie spieszę się - jadę do pracy".

Kiedy w końcu wracałyśmy do domu, Asia po chwili milczenia powiedziała:
- Ten królik miał być nasz...

No cóż. Faktycznie może i tak. Bo przez lat 9 mieliśmy królika. I mimo, że zszedł był z tego łez padołu dwa lata temu po 11 latach króliczego życia (Ania dostała go jak zwierz był już dwuletni), to do tej pory łapię się na tym, że jak mam coś jadalnego dla królików, to chcę zanieść do kłapoucha.

Powiedziałam do Chudej:
- Też tak sądzę. Ale jak miałam wyrwać dzieciom z rąk zwierzaka? Głupio trochę by było. Poza tym - skoro to taki królkodajny trawnik, to się rozglądaj, jak będziesz z pracy wychodzić :-D

Tak więc - nie zdziwię się, jak moje dziecko starsze wróci z pracy z królikiem w torebce, bo już wiem, że u niej przed szkołą jest Australia. W Warszawie.



niedziela, 18 czerwca 2017

Mistrzów dwóch

Dawno, dawno temu, dziecko moje starsze, czyli Joanna zażyczyła sobie od mamusi, czyli ode mnie, narzutę na łóżko.
Mamusia podsuwała córeczce bardzo różne wzory, schematy i pomysły.
Niestety - wg. Chudej nic nie było jej godne...
Miały miesiące, pory roku i moja cierpliwość.
W końcu zrezygnowałam z szycia narzuty tak kapryśnej klientce.
- Se kup w Pepco! - warknęłam w końcu zniecierpliwiona.

Temat umarł na czas jakiś. Tak mniej więcej do pierwszych bardzo ciepłych nocy, kiedy to dziecina powróciła do tematu narzuty. Już nie na łóżko, tylko na człowieka. W sensie taki okrywacz wiosenno-letni zamiast kołdry.

- Wypchaj się. - Powiedziała jej życzliwie mamunia. - Niczego ci szyć nie będę, bo za każdym razem jesteś na nie! Co bym ci nie pokazała, to nochem kręcisz.

Ogólnie rzecz biorąc jestem konsekwentna do bólu, I skoro powiedziałam, że nie, to... nie znaczy, że zdania nie zmienię ;-D

Jakoś tak w połowie kwietnia roku tegoż pańskiego znalazłam wzór na narzutę.
W oryginale była to durnowieszka naścienna, ale po zwiększeniu liczby elementów składowych wychodził całkiem zacny otulacz na ludzia.
Doszłam do wniosku, że spełnia wszystkie wygórowane żądania Joanny - nie jest okrrropnie klasyczna, nie ma kwiatków, nie ma powtarzalnych kwadracików i ogólnie lekko wpada w styl "modern".
Nie od razu pokazałam Chudej co będzie miała.
Najpierw podstępnie zapytałam:
- Chuda! Jaki kolor chcesz tej narzuty - miętowy czy szary?
- Szary. - Padła zdecydowana odpowiedź.

Chciała szary no to ma:

Do uszycia tych kolorowych prostokątów użyłam jedną z dwóch posiadanych, ukochanych pastelowych roleczek jelly roll kupionych u Ewy.
Dołożyłam tylko dwa solidy z konkretnymi kolorami: ciemnozielony i zielony. A to w celu ożywienia tych bardzo delikatnych kolorów.
Długo ją szyłam. Oj dłuuugo...
Od połowy kwietnia do dziś.
Ciągle coś mi wypadało: a to ogród, a to sprzątanie, a to uszkodzona osobiście noga, połamane korzonki własne, a to zwykły leń i lektura ciekawych książek...
Jednakowoż w końcu się udało i wczoraj odtrąbiłam sukces, czyli skończyłam pikowanie!
Dziś tylko doszyłam lamówkę (też z tej samej rolki, wyżej wspomnianej), zasiadłam na leżaku i oddałam się najprzyjemniejszej czynności pod słońcem, czyli podszywaniu lamówki ręcznie z lewej strony:

Uwielbiam to robić! To taka wisienka na torcie patchworkowym :-)

No a potem coś, za czym nie przepadam szczególnie, czyli robienie zdjęć gotowca.
Najpierw rzuciłam uszytkiem na tawułę:

Bez sensu! Pofalowała się i wyglądała nie teges...

No to cisnęłam na trawę, wlazłam na drabinę i robiłam z lotu ptaka:

Też niefajnie. Trapez wyszedł. Bałam się bardziej wychylić z drabiny, bo mogłam gwizdnąć na glebę.
I nie o siebie się bałam, tylko o aparat Chudej. O ile ja się pozrastam, jak się połamię, o tyle jej aparat może nie wykazać się zdolnością do samoregeneracji.

Tak więc zarzuciłam narzutę na ławkę...

Znikąd (znaczy spod ławki) pojawił się Lucjan.
Mistrz drugiego planu nr jeden.

Zabrałam narzutę i powiesiłam ją na sznurkach do suszenia ciuchów.
Kompletny bezsens, bo szargała się po trawniku i wyglądała gorzej niż na krzaku :-/

Wtedy na horyzoncie pojawił się mój małż.
- Ha! - Zakrzyknęłam pod jego adresem. - Z nieba mi spadłeś! Zaraz cię wykorzystam!
- Taaaak...? - Mąż wykazał zainteresowanie wykorzystaniem przez małżonkę.
No cóż...
Zapewne nie O TO mu chodziło, bo żonka wręczyła mu narzutę, ustawiła w krzakach i kazała robić za stojak.
- Trochę wyżej. Ręce szerzej, prawa wyżej. Nie ruszaj się! Bez sensu! Kulasy ci widać! NIŻEJ! O! Teraz jest bardzo ok.
I nacisnęłam spust migawki...
W tym momencie mój kochany mąż zapragnął zaistnieć w wirtualnym świecie i opuścił ręce...
W sumie ja też...
Oto on. Mistrz drugiego planu nr 2:


Tjaaa...

To może pokażę jak wygląda tył. Nie męża, lecz narzuty:

Flanelka w koty. Wybrana osobiście przez Joannę.

A to zdjęcie okładki gazety, z której pochodzi wzór:

Dane techniczne: 145 cm na 190 cm.
Szary materiał - polski, kupiony gdzieś. Nie pamiętam.
Flanela - polska. Kupiona chyba na alledrogo.
Wypełnienie - tam gdzie rolki (link w tekście).
To może na zakończenie jeszcze raz zdjęcie narzuty.
Z mężem niewidocznym, bo się chłopina ogarnął i grzecznie za wieszak przez chwilę porobił:

To mogę z czystym sumieniem oczyścić maszynę, zapakować i schować. Niech ma wakacje!
No chyba, że mi się odmieni i jednak coś ewentualnie znowu stworzę :-)

sobota, 23 kwietnia 2016

Hartowanie gimbazy

Dawno, dawno temu...
Za siedmioma górami, za siedmioma lasami...
Ej! No! Zdecydowanie przesadziłam.
Dawno to było, ale zdecydowanie bliżej. We własnym już ogrodzie. W ogrodzie mojej Babci.
Rosły tam lilie. Tak zwane smolinosy. Uwielbiałam je jako dziecko małe.
Jakaż to była frajda, kiedy wtykałam w nie swój nos i udając, że się zaciągam po pępek zapachem, paćkałam sobie pyłkiem całą buzię, nie tylko nos.
A potem zmykałam przed Babcią i Mamą goniące  mnie z gąbką i okrzykami:
- Monisiu! Buzię trzeba umyć! Cała w pyłku jesteś!
Obie Kobiety bardziej udawały, że mnie gonią, a ja udawałam, że uciekam...
Ot, taka tradycja ogrodowa :-D

Minęło wiele lat... Bardzo wiele...
Smolinosy z ogrodu gdzieś zaginęły i nie było ich bardzo długo.
Asia, czyli moje  starsze dziecko zasmakowało paćkania się ich pyłkiem u mojej ciotki. W ogrodzie swoim, jako się rzekło, nie było rzeczonych. Ale w czym rzecz - zdołała popróbować:-)
Maratony gąbkowo-okrzykowe również zaliczyła.

Natomiast Anna, poważna gimnazjalistka...
No cóż. Niekoniecznie...

Szukałam smolinosów przez wiele lat, bo ze zrozumiałych powodów miałam do nich niekłamany sentyment.

Chyba, podświadomie, miałam nadzieję, że dzięki nim wróci tamten beztroski czas dzieciństwa, tamto bezpieczeństwo i te Kobiety biegające za mną ze śmiechem po ogrodzie...

W sklepie ogrodniczym stały takie pomarańczowe smolinosy. ale jakieś taki mikre.
Pani sprzedawczyni, na moje pytanie, czy nie bywają wyższe, odpowiedziała ze zdziwieniem, że nie. Że taki ich wzrost i uroda. Że nie ma dużo wyższych. Owszem, są lilie tygrysie, ale ona ich nie ma. A poza tym - to już nie będą smolinosy.

Nie powiem - poczułam się zniesmaczona. 
No bo jak to? Takie konusy? Przecież doskonale pamiętam, że nie musiałam się do nich głęboko schylać, żeby wtrynić w nie nos. A teraz trzeba by się było  nieźle poskładać w chińskie osiem, żeby się upaćkać pyłkiem.

Dopiero po dłuższych przemyśleniach dotarło do mnie, że to nie one są niziutkie, tylko że to JA osobiście WTEDY byłam kurduplem i nie musiałam za bardzo się schylać do "wąchania". 
To mnie się zmieniła perspektywa postrzegania świata i własnego ogrodu.
To co kiedyś było dla mnie końcem świata, teraz ma zaledwie kilkadziesiąt metrów długości.
Trawy morskie wcale nie tworzą dżungli amazońskiej, tylko sięgają maksymalnie do bioder.
Leszczyny nie są potomkami Puszczy Kampinowskiej, lecz zaledwie krzakami ciut ponad 4 metry.
A cały ogród można przemierzyć od początku do końca, "na obkoło" cirka ebałt w pięć do sześciu minut.
Ot - perspektywa się skurczyła ;-)
No i tak też było z liliami.

Ale sentyment do nich mi nie minął.

I bezwzględnie postanowiłam mieć. 
Bo tak!

No i w tym tygodniu się mi trafiły.
O dziwo nie nazywają się smolinosy, tylko lilie azjatyckie.
Kupiłam dwie.
Jedną identyczną (pomarańczową) zapamiętaną z dzieciństwa, a drugą w kolorze jakby różowym (?), amarantowym (?). 
I posadziłam na kwietniku.

Ale nie miałam delikwenta do wąchania.
A przynajmniej tak mi się wydawało do dziś.

Anna...

Ha!

O smolinosach może i słyszała, ale nie kojarzyła z tym, co matka w kwietnik upchnęła.

- Aniu! Widziałaś, jak pięknie kwitną te lilie, co je wsadziłam ostatnio? - Zapytałam niewinnie.
- A nie!
- To idź podziwiaj i powąchaj. WARTO!
-Ok.
Dziecko pogalopowało i na szczęście nie usłyszało, że tata za nią zawołał:
- Uważaj! To są smoli...
- CICHO BĄDŹ! - zasyczała żona - Ona o tym nie wie!
- No co ty? Hehehehe! - odparł spacyfikowany mąż.
Anna wróciła po chwili. Na buzi miała rozczarowanie zamiast pyłku.
- Co ty mówisz. Wcale nie pachną.
- Bo za mało się wgłębiłaś - rzekłam z kamienną twarzą. - Musisz bardziej nos w nie wsadzić.
- Ale wtedy pręciki mnie będą łaskotać!
- Trudno. Zapach wydziela słupek. Warto się poświęcić... Idź jeszcze raz.

Dziecko narzekając poszło grzecznie na zad do kwietnika.
A ja, wredna mać, powiedziałam do małżowiny:
- No paczaj! Prawie piętnaście wiosen ma na karku, a tak się daje w konia robić!
- No! Hehehehe!

Po chwili dziecko wróciło... Jakże kolorystycznie odmienione. Policzki, nos i broda calusieńkie w pyłku rudo-brązowym :-D
I co najlepsze - wcale nie zdawało sobie z tego sprawy.
- W ogóle nie pachną! Nic nie czułam. Nos wsadziłam w słupek i nic!
- Yyyy... :-DDD Może w pierwszym roku po posadzeniu nie pachną :-DDD Ale przynajmniej wiem, że uczciwie teraz powąchałaś :-DDDD
- No uczciwie! Pręciki mnie łaskotały! Okropność!
- Hahahahahaha! Ale przeżyłaś. Jakoś! Jak zresztą widzę... :-DDD

Na horyzoncie pojawiła się starsza siostra Anny.
Aśka rzuciła okiem na młodszą sis i się zakrztusiła śmiechem:
- Wąchałaś lilie?
- No tak. A co?
- A nic :-DDDD
- No o co wam chodzi?
- O nic. Kompletnie! Idź do taty i powiedz mu, jakie jesteśmy okrrropne i się śmiejemy, że zapachu nie czujesz, chociaż wąchałaś.
Poszła do taty, rozpartego na bujanej ławce.
- No tato! No! Wąchałam przecież!
- Buhahahahahaha! WIEM!!! :-DDD - Tata nie był lepszy od kobiet na ławce statycznej.
- O co wam chodzi??? - młoda młodsza weszła na wyższe rejestry głosowe typu sopran operowy.
- O nic! - Zgodny chór matki, ojca i siostry wbił ją w jeszcze większą frustrację.
- No dobra! Fotkę ci strzelę i zrozumiesz - żal mi się zrobiło mojej progenitury.
- Aaaaaaaaaa!!! Nienawidzę was! TAK MNIE WKRĘCIĆ!!! WIEDZIELIŚCIE!
- Yessss! Yessss! Yesss! - Zakrzyknęła jej matka wredna. - Byłaś jedynym jeleniem nie znającym smolinosów, to musiałam  to wykorzystać :-DDD
- Jak mogłaaaaaś?!

Jak to, jak mogłam? Normalnie. Najpierw kupiłam, potem posadziłam, a później znalazłam żywy organizm do testów.
Krzywda Annie się nie stała, bo wszak same musicie przyznać, że doznania estetyczne miała zarąbiste:

A że litościwą matką czasem bywam, to paszczorka upaćkanego pyłkiem nie upublicznię.
Bo przecież każdy wie, jak się wygląda po wąchaniu smolinosów.
Czyż nie? ;-)
Zastanawiam się tylko nad jedną sprawą - kiedy moja Anna zadzwoni na błękitną linię i doniesie na matkę wredną... I jak ja się będę wtedy tłumaczyć. Że chciałam jej przybliżyć swoje dzieciństwo?
No nie wiem, czy to podziała.
Pozostaje mi mieć nadzieję, że Ania jest mocno impregnowana na pomysły wszelakie matki swej.
Bo lilie to tylko czubeczek góry lodowej mojej inwencji tówrczej. Taki lajtowy w sumie...
A niech się gimbaza hartuje!
O!

środa, 6 kwietnia 2016

Czarne na białym

Wiosna.
Czas, w którym przyroda budzi się do życia. Nieśmiało pękają pąki na drzewach i krzewach. Zakwitają pierwsze kwiaty. Słońce, jeśli świeci, to  świeci zdecydowanie i konkretnie. Ptaki wracają z emigracji i urządzają swoimi radosnymi trelami pobudki (Bogu ducha winnym ludziom) wściekle bladym świtem.
Wiosna to podobno również czas miłości.
Pewnie przez te ptaszki i inne zwierzątka, co to się łączą w pary i mnożą w tych romantycznych okolicznościach przyrody.
Idąc za ogólną tendencją postanowiłam uszyć coś takiego bardziej uduchowionego i wpasowującego się w aktualne tendencje klimatyczno-sezonowe.
Zwłaszcza, że znalazłam ten wzór.
Początkowo miało toto być kolorowe na wzór oryginału. Czyli takie mocno wiośniane, ale jak przyszło co do czego, czyli do wybierania szmatek, to jakoś tak w rękach pozostawały mi tylko takie czarne...
No cóż.
Przecież miłość bywa nie tylko taka w skowronkach, z kolorowymi motylkami tu i ówdzie.
Wszak bywa i tak bardziej smętna i niespełniona.
Ba! Tragiczna ona bywa, ta miłość.
Wystarczy wspomnieć Tristana i Izoldę oraz tych tam dwoje z Werony.

Tak więc rozgrzeszyłam się i przystąpiłam do cięcia oraz szycia.
Dość zdecydowanie zmniejszyłam wielkość kwadratów składających się na całokształt szyciowiska, bo jakoś nie miałam ochoty stworzyć potwora prawie dwa na dwa metry!
Nawet udało mi się osiągnąć to co zamierzałam i summa summarum mam tak zwany "łolhenging", czyli durnowieszkę naścienną o wymiarach 62 na 57 cm.




Se piknęłam, proszę Was, lotem naćpanej pczoły i całkiem całkiem się prezentuje.
Zarówno z prawej, jak i z lewej strony:


Co to ja pisałam kilka linijek wyżej? Że "mam łolhenging"?
Otóż już nie mam!
Zanim wyszedł spod maszyny, już miał właścicielkę: moje starsze córzydło, które dość mocno krytykowało sposób pikowania (pierwotny, zaznaczam, nie finalny!) i w ramach zrozumienia ze strony matki szyjącej, dostała w łapę prujkę i pruła  dzielnie szew po szwie. Dodam, że nić była monofilowa, więc łatwo jej nie było. O nie! :-D
Sama w sumie sobie winna była, bo wypikowałam tak jak ona chciała i wyszło tak, że... w ogóle nie wyszło. Skruszona wielce, obiecała, że nigdy więcej się wtrancać nie będzie, bo lajkonikiem w kwestii pikowania jest.

Tak więc błędy i wypaczenia mojego dziecka zmieniłam w swój sukces, a makatka typu "Gott mit uns" zawisła na ścianie w pokoju u Chudej:

No i ma takie czarne na białym ;-)

Aha! Młoda młodsza też chce mieć. Tyle, że w kolorystyce nieco bardziej pasującej do jej ścian, czyli szaro-żółtej.
Pomyślę i może uszyję ;)

sobota, 2 kwietnia 2016

Cel uświęca środki

Kłamać to ja za bardzo nie umiem.
Tak jestem skonstruowana i się nie zmienię. Nawet nie będę próbować.
Nawet jak próbuję, to i tak po mnie widać, że coś knuję, bo podobno oczy mi się śmieją.


Ale czasem mijam się z prawdą. W sumie, można by powiedzieć, że  mijam się szerokim łukiem.

Tak też było i wczoraj :-D
Wcale nie mam planów (przynajmniej na razie) porzucać bloga. 
Po prostu skorzystałam z okazji prima aprilisowej i postanowiłam ciut zażartować.
A że to nie była prawda? No cóż - licentia poetica, moi kochani, czyli pierwszego kwietnia wszystkie chwyty dozwolone ;-)

Sądzę, że większość z nas w mniejszym lub większym stopniu "kłamała" wczoraj aż się kurzyło.
Wszak to był ten jeden raz w roku, w którym można cokolwiek konfabulować ;-)

A jak to tak w ogóle z tym kłamstwem jest? 
Można kłamać, czy nie? Czy prawda ponad wszystko? 
Są takie sytuacje, że kłamstwo jest jedynym ratunkiem i wsparciem dla człowieka.
Ale nie będę się tu wspinać na wyżyny intelektualne i udowadniać, że tak faktycznie jest.

Raczej dam przykład, że tak powiem, z własnego podwórka.

Działo się to kilka tygodni temu.
Pojechałam do sklepu w celu zakupienia rybki na obiad. Tak mi się jakoś okrutnie świeżego dorsza zachciało.
Lazłam z koszem do działu rybnego i już wyobrażałam sobie, jak ze smakiem pożeram rybie zwłoki plus frytki plus surówka z kapustki kwaszonej...
- Taaakkk! Dorszyk atlatycki... To jest to, na co tygrysy mają dziś ogromną chrapkę. 
Stanęłam przy ladach iiiii....
- Aaaaaa! ŁOSOŚ!!! ŚWIEŻUTKI! TO JEST TO! Jak ja mogłam zapomnieć o łososiu! Dorsz poczeka, dziś będzie łosoś! 
Idąc do kasy zaśliniona jak buldog nagle doznałam wizji...
Bardzo niefajnej...
Otóż przed oczami duszy mej stanęło mi moje dziecię młodsze, czyli Anna.
Anna łososia nie cierpi. Dlaczego?
No bo łosoś jest: za słony/niesłony/za suchy/za tłusty/za różowy/za blady/przypieczony/surowy i ogólnie ŚMIERDZI!!!
Obiad w towarzystwie Anny i łososia to krwawy horror i koszmarna droga przez mękę, ubarwiana pogróżkami typu:
- Zaraz się porzygam!
- O nie! Nie ma tak dobrze, moja Aniusiu! - zawarczałam pod nosem w kierunku swojej wizji - nie zrezygnuję z łososia przez twoje widzimisię! Łosoś rządzi! 

Aś, jak dowiedziała się co matka na obiad ma zamiar zapodać, najpierw się ucieszyła, a potem stęknęła:
- O nie! Anka...
- Spoko! Coś wymyślę.
- Taaa. Jasssne. Ciekawe co?

W możliwości własnej matki nie wierzyła ;-)

Nastał czas obiadu.
Dzieciny wypełzły ze swoich jaskiń i pojawiły się przy kuchennym stole, na którym czekały talerze z jakże apetyczną (dla niektórych) zawartością.

Asia zasiadła zadowolona przed swoją porcją, a Anna stanęła jak muł na progu kuchni i zawyła jęcząco:
- Łoooosooooś??? FUUUU!

Matka łypnęła na nią złym okiem i zimnym, nauczycielskim (jakże przez obie córki znienawidzonym) głosem rzuciła konkretnie:

-SIADAJ I JEDZ!
- NIE LUBIĘ ŁOOOOOSSOOOSSSIIIIAAAA!!! - rozdarła się gimnazjalistka.

- To nie łosoś.
- Nie? A co? - z młodej młodszej uszło nieco powietrza.
- PSTRĄG. - rzekła matkazawszeprawdomówna bez zmrużenia oka.
- A! To dobrze. Pstrąga chyba lubię? - dziecko wolało zasięgnąć opinii u wyższej instancji, czyli u mamuni swej jedynej.
- Oczywiście. - powiedziałam spokojnie. 
Bazowałam na tym, że pstrąga Ania jadła ostatnio sto lat temu i zapewne zdążyła zapomnieć, że łypał na nią z talerza smutnym, acz pustym oczodołem...

- Mmmm... PYCHA! - zakrzyknęła Anna, połykając pierwszy kęs łososia przechrztę.

Asia, nie wiedzieć czemu, dostała nagle wściekłego ataku kaszlu i dziwnie poczerwieniała na paszczy.
- Huknąć w plecki? - zaproponowałam litościwie.
- Nnnneee, nnniiic mi nie jest... - wydusiła.
- Ość może? - zatroskała się młodsza siostra.
- Może - wydusiła z siebie starsza latorośl.
- Zagryź frytą, to ci pójdzie i może przejdzie - poradziłam z kamienną twarzą i z zaciśniętymi zębami.
To był obiad jakiego nie zapomina się dłuuugo! Oj długo!
Ania jadła aż miło, po każdym kęsie wychwalając pod niebiosa walory smakowe pstrąga i urągając łososiowi, którego NIENAWIDZI!
Aś i matka krztusiły się cyklicznie i na zmianę...

Kiedy obiad został skonsumowany, pogalopowałam w oddalony kąt domu, czyli do piwnicy, w celu ryknięcia śmiechem niepohamowanym i histerycznym...
Aś ze mną.
Kiedy w końcu jakoś otarłyśmy sobie łzy cieknące ze śmiechu, Joanna powiedziała mi z wyrzutem:
- Pstrąg, co? Jak mogłaś tak kłąmać?
- Nie wiem. Samo wyszło. Głupio mi w sumie. 
- No chociaż tyle!
- Ale zjadła! Cel uświęca środki, moja droga!
- Jasssne! A kiedy masz zamiar się przyznać.
- Zaraz. Przecież w ramach zemsty za moje krętactwo nie wyrzyga pstrągo/łososia. Tak sądzę... Chyba...
- Chyba - zachichotała starsza progenitura.

Poszłam odważnie do Ani do pokoju.
- No co tam, myszko? - zagaiłam wyjątkowo inteligentnie.
- A nic. - Młoda czyta jakieś opasłe tomiszcze i nie bardzo ma ochotę na konwersacje.
- Aha...
Chwila milczenia.
Milczenia ciąg dalszy.
I dalej milczenie...
- Tego... Co to ja chciałam? Aha! Weź tu wreszcie posprzątaj, bo burdel masz pokazowy! 
- Dobra, dobra! Posprzątam. Kiedyś. - odparła Anna ze stoickim spokojem.
- Aha... Yyyy... Muszę ci coś powiedzieć, Aniu... To będzie dla ciebie chyba szok, albo coś...
- NOOOO???
- Ekhem... Jakby tu zacząć? 
- Od początku może - Ania prezentowała cierpliwość wręcz kamienną.
- Obiadek ci smakował?
- Smakował. A co?
- A bo ten pstrąg to był łosoś! - wrzasnęła matka.
- Aaaaaa!!! Oszukałaś mnie! Jak mogłaś???
- Mogłam. Z zimną krwią. I bez wyrzutów sumienia! Smakował?
- Bardzo!
- To czemu nie chciałaś nigdy jeść łososia? - byłam zdruzgotana.
- A w sumie, to nie wiem. - i zaprezentowała mi promienny uśmiech...
- To już nie tylko dorszyk i fląderka są jadalne? - zapytałam z nadzieją.
- Tak. Ale nie licz na to, że przekonasz mnie do tuńczyka - powiedziało dziecko, uśmiechając się z wyższością i ponownie chowając nos w książce.

No nie wiem... Pomyślę... 
Wszak cel uświęca środki, czyż nie? :-D 

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Kiedyś umrę ze śmiechu!

Jak się kiedyś, gdzieś ukaże mój nekrolog, to możecie być pewne, że umarłam ze śmiechu.
Przez moje latorośle.

Moje córki dostarczają mi nieustannie powodów do dzikich i nieokiełznanych wybuchów śmiechu.

Dziś tylko dwa przykłady imienne.

Anna.
Dzień - sobota.
Starsza jej siostra pokazywała nam - w sensie rodzicom i siostrze swej - coś na swoim kompie.
- Asia! Ale ty masz ikon! - Zakrzyknął tata moich dwóch córek. Faktycznie - monitor Joanny w zasadzie nie potrzebuje tapety - i tak jej nie widać.
Ania siedzi cichutko jak myszka i w pewnym momencie pyta mnie:
- Mamo. A co to jest ten IKON?

Joanna.
Dzień - sobota (taż sama, co wyżej).
Byłyśmy z Anną na Giełdzie Minerałów. W drodze powrotnej, zahaczyłyśmy o Empik i przy okazji umówiłyśmy się tamże z Joanną, powracającą z seminarium magisterskiego.
- To co Chuda? Buty obejrzymy? Nie mam zimówek - Rzuciłam od niechcenia.
- No spoko. Muszę sobie coś kupić, bo mi się buty rozwaliły. Wiatr mi normalnie hula. - Na dowód swych słów podetknęła mi używane swe obuwie pod nos.
Fakt! Stopy Chudej żyły w permanentnym przeciągu. Góra pogniewała się z zelówką na amen!
Dziecko moje starsze wybrało sobie butki, spakowało w pudełko i poszyłyśmy do kasy.
Ja nic sobie nie wybrałam, bo z powodu gigantycznego bólu głowy, nie miałam weny na szperanie po półkach.
Buty, spakowane w pudełku, czekały na założenie do dzisiejszego poranka.
Chuda wyjęła je na światło dzienne i...
I usłyszałam, zduszone, acz krwiste:
- KU...A MAĆ!
- Co jest?
- No co? Sama zobacz!
Buty - nówki nieśmigane. Rozmiar: jeden 37, drugi 38!

Tjaaa...

Pojechałyśmy późnym popołudniem wymienić, a właściwie skompletować obuwie.
Wchodzimy do sklepu. Aś tłumaczy pani:
- Bo kupiłam buty w sobotę, ale jeden jest 37, a drugi 38.
- A jakie mają być? - Zapytała pani.
- 37.
Pani otworzyła pudełko...
- O! Dwa PRAWE!

Tak więc Joanna wykazała się oryginalnością postępowanie - kupiła dwa różne rozmiarowo buty, na tą samą nogę.
W sumie dobrze, że nie zanabyła rękawiczek. Bo jakby tak kupiła dwie lewe, to komentarz nasuwałby się sam ;-)

sobota, 29 sierpnia 2015

Niewinne (?) gadżety...

Są rzeczy, które z pozoru niewinne, niosą za sobą spustoszenie, zgliszcza i bajzel dalekosiężny.
Takie niby śliczne, małe, niewinne i wyjątkowo urokliwe, a sieją swoim jestestwem zło, jak rolnik zboże na wiosnę...

Ot, choćby taki przeuroczy kuferek na biżuterię:

Było to miesiąc i jeden dzień temu. Czyli dokładnie trzydziestego lipca roku pańskiego bieżącego.
Joanna miała urodziny. Dość poważne, bo ćwierćwiekowe.
Tortu nie było, bo wartość świeczek przerosłaby wartość tortu.
Była za to Pavlova, ale zniknęła zanim ktokolwiek zdołał jej pstryknąć zdjęcie.
Były kruche babeczki z bitą śmietaną, galaretką i owocami.
No i prezenty.
Między innymi pokazany wyżej kuferek...
Joanna postawiła nowy artefakt w pokoju na biurku i stwierdziła, że w sumie to on nigdzie jej nie pasuje!
I niestety zaczęła myśleć...
U niej myślenie kończy się dramatem  dla niewinnych ludzi. Tak też było i tym razem.
A jak poszybował jej tok myślenia?
Otóż krwawa historia ma się tak:
Dwa dni po urodzinach pierworodnej córki i w dniu urodzin ojca jej, rodzice rzeczonej siedzieli sobie wieczorem w ogrodzie słuchając romantycznego dziamania świerszczy, mniej romantycznego jazgotu psów sąsiedzkich i całkiem nieromantycznej, acz soczystej awantury sąsiadów zza kanałku.
Joanna sfrunęła ze swojej osobostej komnaty i oznajmiła radośnie acz beztrosko rodzicom swym:
- Wiecie co? Mam pomysł!
- Oho! Nie chcę wiedzieć! - Rzekła matka czujna jak owsik w doopie, bo zdążyła poznać swoje starsze dziecko od każdej, możliwej strony i wie, że jak Joanna ma pomysł, to niczego dobrego to nie wróży...
- Pff! Weź przestań! Pomaluję sobie jedną ścianę w pokoju! Tą za biurkiem. Kuferek będzie mi idealnie pasował.
- Do ściany ci będzie pasował, czy ścianę do kuferka dopasowujesz? - Zapytała matka zgryźliwie.
- A co za różnica - Joanna roześmiała się beztrosko.
- W sumie żadna. Maluj sobie - Powiedział pobłażliwie tata.
- JA DO TEGO RĘKI NIE PRZYŁOŻĘ! NIE LICZ NA TO! PALCEM NIE RUSZĘ! NIE POMOGĘ CI! JA MAM WAKACJE I MAM PLAN, ŻEBY W KOŃCU NIC NIE ROBIĆ, TYLKO LEŻEĆ DO GÓRY DEKLEM!  - Wrzasnęła matka, zagłuszając skutecznie romantyczne odgłosy natury i nie tylko natury.
 - Nic nie będziesz robić! Sama se poradzę! Co to za filozofia pomalować jedną ścianę. No może w sumie dwie...
- Dwie??? - Zasyczała matka-furiatka - Co tak skromnie? Leć po całości!
- Oj przestań histeryzować! Tato! A wiesz co? Wymyśliłam, że jak pomaluję, to mi zrobisz lustro na ścianę. Dam ci wymiary. Zrobisz?
- No pewnie! Nie ma sprawy - Tatuś, psiach mać niezawodny i chętny się odezwał. Ba! Się nawet roztkliwił, że go córka w planach remontowych uwzględniła.

Żeby nie być taką ostatnią jedzą, matka powlokła się na górę do jaskini Joanny i wysłuchała radosnej epopei na temat przewidywanego koloru ścian, zmiany okleiny na biurku (co by do tych nowych ścian pasowało) i ogólnej wizji domorosłej stylistki wnętrz.
- No spoko. A czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jak pomalujesz dwie ściany, to reszta ścian plus sufit będzie się odcinać od tych nówek jak szmata do podłóg przy kiecce wieczorowej?
- Znaczy, że co? Cały pokój mam malować?
- A jak inaczej? Jak coś robisz, to rób porządnie od początku do końca, a nie po łebkach.
- Pfff. AŻ takiego remontu to ja nie przewiduję!

Matka se poszła.

Zamiast niej, niezależnie, nawiedził ją był ojciec.
- To gdzie to lustro ma być?
- O tu! - Joanna zamachała ponoć łapami w kierunku ściany, rysując w powietrzu całkiem konkretny kawał prostokąta.
- Aha. To które ściany chcesz malować?
- No tą tu z lustrem, którego nie mam i tą obok. Fajnie będzie, c'nie?
- Fajnie. A reszta ścian? A sufit?
- Po co? Nie jest w sumie tak źle.
- No w sumie masz rację... O patrz! ALE PAJĄK! - mąż matki, ojciec Joanny, wypatrzył na suficie dość konkretnego stawonoga. I niewiele myśląc zatłukł go kapciem własnym. Się cokolwiek rozbryzgnął... Pająk. Nie kapeć tatusia.
- Uuuuuu! Ale masz ufajdany sufit! Teraz nie masz wyboru - musisz odmalować cały pokój! - Rodzic zachichotał złośliwie i tyle go Joanna oglądała...

No i się zaczęło pandemonium...

Bo Anna, młodsza siostra Joanny, na wieść o  przewidywanym remoncie pokoju starszej sis, tradycyjnie zalała się łzami od stóp do głów i szlochając oznajmiła, że ona też chce mieć malowanie, bo ile można mieć białe ściany, bo jej się już znudziły, bo ona kocha konkretne kolory i ona nie chce już dłużej mieszkać z takim syfem na ścianach.
O losie ciężki nauczyciela bibliotekarza na wymarzonych wakacjach....

Następnego dnia (niedziela) mąż i żona zostali powleczeni do składów budowlanych, gdzie dzieciątka szalały w próbnikach farb.
Kupiły po dwa. Każda inny zestaw.
Joanna poszła w kierunku chłodnych, a Anna koszmarnie gorrrrących barw.
Po próbach doszły do wniosku, że to jednak niekoniecznie to, co chcą.
No i znowu jazda po próbki (poniedziałek rano). Bazgranie po ścianach...
Nie jest źle! Jedna z córek (Joanna) już wie, co chce i jedziemy po farby. Znowu do dwóch sklepów, bo w jednym jest jeden kolor, w drugim drugi (poniedziałek po południu).
Anna się miota. Zwłaszcza, że matka nieśmiało rzuciła pomysłem, że może by tak ewentualnie też chciała dwa kolory na ścianach.
- Bo wiesz? Te energetyczne pomarańcze, czy wściekłe żółcie dobrze będzie czymś uspokoić. Typu szary, albo zimny błękit taki bardziej lodowy...
Anna pomysł łyknęła i mus było kupować kolejne próbki. W desperacji matka zasugerowała kolejny odcień żółtego - bardziej spokojny do poprzedników, bo miała wizję siebie samej wchodzącej do młodszej córki z zamkniętymi oczami z powodu powalającej oczojebności ścian...

Znowu dwa sklepy (wtorek rano).
Pomysły córek się wyklarowały. Jazda po farby (wtorek po południu).
W środę rano po coś tam. Odmówiłam wejścia do sklepu zarówno jednego jak i drugiego.
Wstyd mi było! Ile razy można! Toż niedługo pytali by nas w zależności od pory dnia: "a wyspały się panie?" "a co dobrego było na obiad?"
W środę dzieci kończyły opróżnianie swoich pokoi. Nastąpiło uroczyste pokrycie mebli i części podłóg foliami. No i w czwartek do dzieła!


Najsamprzód sufity:





Nosy:




I w ramach zemsty za nos, nogi:



Potem Chuda gruntowała swoje ściany, a matka po odmalowaniu sufitu i zaklejeniu ścian taśmą malarską, u młodej pomachała wałkiem po ścianach.
Kolorem o nazwie "lajt grej".

Się matka załamała, bo zamiast lekkiego chłodu, wyszedł dom pogrzebowy... I to taki bardzo smutny.
Matka pocieszyła się, że następnego dnia dojdzie "sanszajn"  czy inne tam "sanrajs" i ożywi kolor ponury...
Zaiste! Ożywił! Konkretnie i po byku!
Na widok tego czegoś, co spod wałka wyszło, matka zacisnęła zęby.
I oczy, bo kolor ją sieknął po wzroku w sposób absolutnie bezwzględny!
Chuda przyszła i padła.
A potem zaczęły obie (matka ze starszą córką) śpiewać  na widok Anny - tej co ten kolor sobie wybrała - słynne "Kaczuszki".
Poza tym, matka obiecała młodszej córce, że będzie do niej od teraz i od zaraz i na zawsze mówić pieszczotliwie: "mój kurczaczku!". Wymiennie z "moja kaczuszko puszysta".

Matka zupełnie nie rozumie, dlaczego dziecko rzuciło fochem.

Pędzlem, jak widać,  nie rzuciło ;-)

Najszczęśliwszy z powodu niespodziewanego remontu był kot Lucjusz.

Założył na się kondom z folii malarskiej i asystował non stop.
Ba! Raz nawet wlazł z kuwetę z szarą farbą i prysnął przed siebie!
Niestety - ślady bosych i ufarbowanych stóp go zgubiły. Został wydłubany spod kanapy w telewizyjnym pokoju i karnie włożony pod kran przez Joannę.
Bronił się jak lew, ale nogi musiał umyć.
Natomiast Fred...

Fred się wyłączył z powodu upałów...

A ludzie, nie bacząc na żar lejący się z nieba kończyli, to co zaczęli.
I to precyzyjnie do bólu kończyli:



Aha! Raz jeden, do malowania,  dołączył się taki jeden Jeż...

To właśnie ten Jeż dostarczył kuferek i pośrednio związane z nim atrakcje...



Po robocie, każdego dnia, następowało mycie sprzętu.
Grupowe:


I indywidualne:

Potem trzeba było mężem pomontować do kupy to, co się wcześniej rozmontowało rękami matki:(karnisze i listwy przypodłogowe) i córki starszej (kontakty).
Czyli mężu dostąpił zaszczytu wejścia na drabinkę malarską i użycia śrubokrętu.
Ojciec i mąż kobiet remontowych był niejako wykluczony z remontu, bo bladym świtem jechał do pracy i wracał jak zwykle pod wieczór.
Facetki dały radę same.

Tak wygląda kawałek pokoju inicjatorki bajzlu pod tytułem: "Pomaluję jedną ścianę tylko"

                                      


 A tak połączenie "lajtgreja" z "sanszajnem"
Anna stoi tyłem, bo matce chodziło z pewnych powodów o sfotografowanie warkocza.

Potem można było odpocząć:

Albo czynnie myśleć nad nowym wystrojem pokoju:

Gotowy wystrój wygląda tak:

Co to ja chciałam na zakończenie napisać?
Po pierwsze: nie ma to, jak w największe, paraliżujące wręcz upały, pomachać wałkiem i pędzlem. Jak ktoś się chce odchudzać, to tylko taką metodą - działa! Sprawdziłam organoleptycznie!
Po drugie: uważajcie na z pozoru niewinne gadżety! Jak widać na powyższym przykładzie, ich pole rażenia może być zabójcze dla otoczenia.
Po trzecie: poproszę o jeszcze miesiąc wakacji... Bo mam zamiar pomalować przed zimą jeszcze jeden pokój - rozkręciłam się ;-)

czwartek, 12 lutego 2015

Rozmowy na dwie głowy numer dwa

Jakiś czas temu.
Młodej młodszej popsuły się sznurówki od trampek. Kolor - szary.
Mus wymienić na nowe. Rzecz prosta i oczywista - kupić nowe, stare wywalić i już.
Aha! JUŻ!
Zwiedziłyśmy pasmanterię, stoiska braci ze wschodu plus sklepy obuwnicze.
NIE MA! Jak długość była ok, to kolor szary był za jasny i wyglądał idiotycznie, a jak kolor był dopasowany, to sznurówki miały długość bliską wysokości reprezentacji koszykarzy...
Weszłyśmy do obuwniczego. Za ladą pani w wieku mocno pobalzakowskim.
- W czym mogę pomóc?
- Czy ma pani szare sznurowadła?
- Szare? Nie mam. Ale mam zielone!
- No nie. Dziękuję. Szukamy szarych.
- Ale mam zielone jasne i ciemne!!!
- Aha. Ale one ciągle nie są szare!
- A czerwone mogą być?
Nie mogły być...

Kilka dni temu.
Młoda młodsza wybiera się w celu odchamienia na recital piosenek Edith Piaf w wykonaniu Anne Carrere.
- Tato! Poproszę kasę na koncert Edith Piaf.
Tata bez słowa wyasygnował bardzo konkretną kwotę.
A wczoraj opadły go po niewczasie pewne wątpliwości:
- Ania! Dałem ci pieniądze na Edith Piaf...
- No dałeś.
- Ale ona przecież nie żyje!



Dziś.
Aś pracuje w szkole (taka skaza genetyczna).
Dzisiaj był bal karnawałowy. Wszyscy poprzebierani pokazowo. I uczniowie i nauczyciele.
Zabawa trwa w najlepsze. Moje dziecko na chwilę wyszło z sali balowej w celu zaczerpnięcia oddechu.
Pierwsze co zobaczyła, to dwóch facetów w mundurach straży miejskiej. Na ich widok rozpromieniła się niczym jutrzenka majowa i gościnnie zakrzyknęła:
- O! Widzę, że panowie na bal przebrani! Zapraszamy!
Panów zatkało...
To nie byli przebierańcy, tylko interwencja służbowa na wezwanie nerwowych sąsiadów...

piątek, 23 stycznia 2015

Farciara czy pechowiec?

Młodsze dziecko od września uczęszcza do jednego z licznych gimnazjów warszawskich. Jako iż jest to gimnazjum dwujęzyczne, niewinnym dziecinom serwowana jest nauka języka obcego w ilości siedmiu godzin tygodniowo. Konkretnie - język francuski.
Nauka nie polega na tępym wkuwaniu słówek i zasad gramatycznych. To zdecydowanie bardziej urozmaicona zabawa. Czyli takie przyswajanie języka mimochodem.
Choćby na podstawie przepisów kulinarnych.

Młoda młodsza wróciła pewnego dnia świecąc własnym nieodbitym światłem i oznajmiła mi, że upiecze ciasto.
Takie tradycyjne, jakie się piecze we Francji z okazji Święta Trzech Króli.
W skrócie mówiąc - do ciasta wkłada się figurkę i kto ją znajdzie w trakcie konsumpcji zostaje królem.
Oczywiście zażyczyłam sobie przeczytania przepisu. Zwłaszcza, że dowiedziałam się od dzieciny, że tenże rzeczony przepis miała podany w formie filmiku na jutubie.
 Po francusku.
Proszsz, tu dla chętnych oryginał:


Dziecko moje kochane i grzeczne, wyjęło zeszyt i przeczytało matce przepis.
Po francusku...

Taaa...
Zrozumiałam, że jajko jest potrzebne i cukier. Bo tylko tyle pamiętałam ze swojej nauki języka Wiktora Hugo z czasów liceum.
Zażądałam stanowczo przepisu po polsku, bo jak ona chce je upiec, to niech przynajmniej wiem, co mam kupić!
Kupiłam.

Problem niejaki pojawił się z figurką wkładaną do ciasta. Ludziki z klocków Lego odpadły niestety w przedbiegach - ciut za duże i nie wiadomo, jakby zareagowały na pieczenie.
Tak więc zasugerowałam młodszej migdał lub orzech laskowy zastępczy.
- Orzech? - małolacie wydłużyła się mina.
- No a co? Migdałów nie mamy.
- Ale Asia nie będzie mogła jeść. Przecież ma uczulenie na orzechy.
- Oj weź nie histeryzuj! Ile ty masz zamiar wkitrać tych orzechów? Dwa kilo?
- Nie, no jeden wystarczy.
- Właśnie. I weź pod uwagę, że ciasto jest duże, a orzeszek malutki. Szansa na to, że akurat  Asia trafi na orzecha są wyjątkowo znikome. Wręcz żadne. Musiałaby mieć wyjątkowego farta. Lub pecha :-D
- Faktycznie - młoda dała się szybko przekonać.

Ania ciacho upiekła. Pachniało obłędnie migdałami.
Dla chętnych przepis PO POLSKU w Garkotłuku.

Chuda Żaba, czyli Asia, wróciła do domu. Ciasto było już w sposób znaczący naruszone i pożarte przez pozostałą część rodziny.
- Oooo! Co tak pachnie? Ciacho??? Mniam! - dziecko moje starsze ukroiło sobie słuszny kawałek i przypełzło do matki.
- Mmm! Pycha! No bez kitu! Mega! Mmm!

I w tym momencie usłyszałam beztroskie: chrup chrup! Słabo mi się zrobiło...

- Oooo! I na migdałka trafiłam! Tylko jeden był? Co tak mało dała?

- Większa ilość mogłaby Cię zabić... Ten migdał to był orzech...

Nie rozumiem! Wielkie ciasto! Na całą blachę z piekarnika! Łakoma i żarta rodzina! Jeden, jedyny malusieńki orzeszek... I trafiło na Chudą.

Farciara ona, czy pechowiec?

W sumie nic się nie stało - znalazła orzech,  została królem, nie padła trupem, ale Ania ma lekką traumę do dziś. Wszak prawie zabiła na śmierć starszą siostrę!
 Następnym razem zapewne wepchnie do środka ludzika Lego. Wtedy na bank ja na niego trafię i połamię sobie zęby :-D


niedziela, 21 grudnia 2014

Taki lajf

Jakby tu zacząć?
Może od kotów.
Mam dwa. Chociaż przez chwilę, całkiem niedawno były trzy, ale to inna bajka i na inny wpis.
Jeden to spokojny, zrównoważony, delikatny, kochany, przytulny, mięciutki, pieszczotliwy i łagodny jak anioł. Czyli krótko mówiąc: FRYDERYK WIELKI!

Fredzioryk jest kotem przekochanym. Jak się go weźmie na ręce, to wiadomo, że się kota MA! Ponad sześć kilo futrastego, mruczącego żywca.
Łowny jest jak szatan - tępi krety i myszy jak maszyna.
Dostać się w jego zębiska, to żadna przyjemność:

Drugi kocamber, to znany Wam już z moich wpisów kot stuknięty zderzakiem, czyli Lucjusz z piekła rodem.
Na zdjęciu powyżej, dzięki przeróbce made by Asia udaje dostojnego, podstarzałego milorda.
A tak naprawdę to kocisko z piekła rodem!
Charrrakterrrek ma, że niech ręka boska broni.
Krnąbrny, zaparty i samowolny. Inteligentny jak szatan. Asystuje mi we wszystkich czynnościach domowych. Najbardziej kocha wycierać kurze razem z mamusią (czyli ze mną). Jestem jego niekwestionowanym autorytetem i ostoją w przypadku dramatów pod tytułem: MAMO! Twoje córki na mnie krzyczą!
Krzyczą, bo mają rację i powody.
Lucek to złodziej! Kradnie wszystko, co mu się pod paszczę nawinie.
U Ani najciekawsza jest kolekcja jej dzwonków. Kiedyś kradł jej zabawki, ale dziecię się zestarzało i maskotek już nie ma.
Nawet nie wiecie, jaka to frajda zakraść się po cichutku do pokoju młodej młodszej i rąbnąć jej jeden z dzwonków.
W środku nocy, rzecz jasna!
Wyobraźcie to sobie: ciemna noc. Wszyscy śpią. Cisza absolutna...
I nagle rozlega się radosne: dzyń, dzyń, dzyń! I to takie oddalające się dzyń, dzyń, dzyń...
Za pierwszym razem ciarki mi przeleciały po grzbiecie, bo nie bardzo wiedziałam co to do cholery jest! Wystartowałam z łóżka i zobaczyłam osobistego syjama tajskiego stojącego z głupią miną na dole schodów z jednym z dzwonków w paszczy.
Później już tylko się na moment budziłam, a teraz po prostu zbieram rano dzwonki i oddaję właścicielce.
Kradnie mi nici i kordonki. Muszę się bardzo pilnować i nie zostawiać nawet tyciej szpuleczki na wierzchu, bo Lucyferuisz natentychmiast sobie przywłaszczy.
Moteczki, kordoneczki, dzwoneczki to zwykłe pierdołeczki ;-)
DROBNICA!
Lucjusz potrzebował większego wyzwania.
I się nawinęło.
Asia kupiła sobie narzutę na łóżko. Puchatą, mięciutką i przytulną.
Fred docenił ją od pierwszego pomacania:


Natomiast Lucuś...
To była gratka dla jego złodziejskiej natury.
Kradł, ściągał z łóżka, ale na dół, po schodach jednak nie dał rady - przerosła go (nomen omen) :D


Tak więc, skoro kocisko kradnie, wynosi i demoluje co się pod paszczę mu nawinie, choinka drugi rok z rzędu musi być ubrana w ozdoby idiotoodporne, czyli nietłukące.
Czyli: pierniczki, ciasteczka, cukierki-sople, prześliczne plastikowe bombki, (które, nawiasem mówiąc są tak zrobione, że wyglądają lepiej niż szklane) i czekoladki. 
W tym roku dojdą też tak zwane hendmejdy zrobione przez mła.
Czapeczki z resztek włóczki:



Oraz uszytki z przed chwili:

Może sobie to moje chore, kochane mimo wszystko,  kocie turbo ADHD kraść do woli. Krzywdy sobie nie zrobi, a choinkę znowu dla pewności przywiążemy do haka w ścianie.
Taki lajf ;-)


PS:
Zdjęcia kotów: Joanna 
Czapeczki: tutorial
Gwiazdki: tutorial

środa, 3 września 2014

Na rękach

Zaczęło się niewinnie. Ot - wszystko z nudów, proszę wysokiego sądu!
Gmerałam w necie i nadziałam się na pewnej fejsbukowej grupie na fajne szyjogrzeje dziergane na palcach.
Zaintrygowana zaczęłam kopać głębiej w temacie i znalazłam coś, co mnie po prostu zmusiło do działania.
Dzierganie na rękach!
Padłam z zachwytu i postanowiłam, że już! Że teraz! Że na ten tychmiast mus spróbować i działać!

Wygrzebałam z czeluści włoczkodajnego tapczanu trzy kłębki włóczki typu nołnejm 100% akryl w kolorze żadnym, czyli białym i przystąpiłam do działania.

Po pół godzinie miałam gotowca! Poszukałam chętnej modelki i tak toto w komplecie wygląda:


Szaloszyjogrzej przejęła w całości Joanna, chociaż to Anna użyczyła swojej szczupłej szyjki do fotek :-D


Wpadłam w lekki amok dziergania na nadgarstkach i zaopatrzywszy się w kolejne kłębki, a właściwie KŁĘBY dziergnęłam kolejny grzejnik:

Miał być mój, ale znowu Chuda Joanna się rzuciła i tyle z tego było!

Wiedziałam, że tak będzie, więc włóczkę na szyjogrzej dla młodej młodszej trzymałam czujnie w ukryciu.
Jest mięciutki, z połyskiem i drobnymi cekinkami. Normalnie MIODZIO!
Aś padł z zazdrości, ale resztki przyzwoitości się w niej ocknęły i z trudem pohamowała się od rąbnięcia kolejnego "nadgarstkowca" ;-D

Muszę zaopatrzyć się w jakąś kolejną włóczkę. Bo moja biedna szyja ciągle goła! A robótki tego typu sssstraaaaszszsznie mi się podobają: szybko, łatwo i efektownie.
Czyli to, co tygryski lubią najbardziej :-D
Ps: Polecam Wam! To świetna zabawa i błyskawiczny efekt. I do tego nie trzeba umieć robić na drutach!