Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słodkości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słodkości. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 stycznia 2015

Farciara czy pechowiec?

Młodsze dziecko od września uczęszcza do jednego z licznych gimnazjów warszawskich. Jako iż jest to gimnazjum dwujęzyczne, niewinnym dziecinom serwowana jest nauka języka obcego w ilości siedmiu godzin tygodniowo. Konkretnie - język francuski.
Nauka nie polega na tępym wkuwaniu słówek i zasad gramatycznych. To zdecydowanie bardziej urozmaicona zabawa. Czyli takie przyswajanie języka mimochodem.
Choćby na podstawie przepisów kulinarnych.

Młoda młodsza wróciła pewnego dnia świecąc własnym nieodbitym światłem i oznajmiła mi, że upiecze ciasto.
Takie tradycyjne, jakie się piecze we Francji z okazji Święta Trzech Króli.
W skrócie mówiąc - do ciasta wkłada się figurkę i kto ją znajdzie w trakcie konsumpcji zostaje królem.
Oczywiście zażyczyłam sobie przeczytania przepisu. Zwłaszcza, że dowiedziałam się od dzieciny, że tenże rzeczony przepis miała podany w formie filmiku na jutubie.
 Po francusku.
Proszsz, tu dla chętnych oryginał:


Dziecko moje kochane i grzeczne, wyjęło zeszyt i przeczytało matce przepis.
Po francusku...

Taaa...
Zrozumiałam, że jajko jest potrzebne i cukier. Bo tylko tyle pamiętałam ze swojej nauki języka Wiktora Hugo z czasów liceum.
Zażądałam stanowczo przepisu po polsku, bo jak ona chce je upiec, to niech przynajmniej wiem, co mam kupić!
Kupiłam.

Problem niejaki pojawił się z figurką wkładaną do ciasta. Ludziki z klocków Lego odpadły niestety w przedbiegach - ciut za duże i nie wiadomo, jakby zareagowały na pieczenie.
Tak więc zasugerowałam młodszej migdał lub orzech laskowy zastępczy.
- Orzech? - małolacie wydłużyła się mina.
- No a co? Migdałów nie mamy.
- Ale Asia nie będzie mogła jeść. Przecież ma uczulenie na orzechy.
- Oj weź nie histeryzuj! Ile ty masz zamiar wkitrać tych orzechów? Dwa kilo?
- Nie, no jeden wystarczy.
- Właśnie. I weź pod uwagę, że ciasto jest duże, a orzeszek malutki. Szansa na to, że akurat  Asia trafi na orzecha są wyjątkowo znikome. Wręcz żadne. Musiałaby mieć wyjątkowego farta. Lub pecha :-D
- Faktycznie - młoda dała się szybko przekonać.

Ania ciacho upiekła. Pachniało obłędnie migdałami.
Dla chętnych przepis PO POLSKU w Garkotłuku.

Chuda Żaba, czyli Asia, wróciła do domu. Ciasto było już w sposób znaczący naruszone i pożarte przez pozostałą część rodziny.
- Oooo! Co tak pachnie? Ciacho??? Mniam! - dziecko moje starsze ukroiło sobie słuszny kawałek i przypełzło do matki.
- Mmm! Pycha! No bez kitu! Mega! Mmm!

I w tym momencie usłyszałam beztroskie: chrup chrup! Słabo mi się zrobiło...

- Oooo! I na migdałka trafiłam! Tylko jeden był? Co tak mało dała?

- Większa ilość mogłaby Cię zabić... Ten migdał to był orzech...

Nie rozumiem! Wielkie ciasto! Na całą blachę z piekarnika! Łakoma i żarta rodzina! Jeden, jedyny malusieńki orzeszek... I trafiło na Chudą.

Farciara ona, czy pechowiec?

W sumie nic się nie stało - znalazła orzech,  została królem, nie padła trupem, ale Ania ma lekką traumę do dziś. Wszak prawie zabiła na śmierć starszą siostrę!
 Następnym razem zapewne wepchnie do środka ludzika Lego. Wtedy na bank ja na niego trafię i połamię sobie zęby :-D


wtorek, 14 maja 2013

Zapraszam chętnych na słodkości

Tort można zrobić własnymi rękami.
Tort można kupić. Również własnoręcznie.
Tort można dostać.
A ja tort uszyłam!
A co!
 
Metodą PP.

Z okazji, bez okazji?
A nieee!
Z okazji urodzin mojej Sis.
Jest to osobniczka, która słodkiego nie przyswaja.
A tortów w szczególności!
Ale co to za urodziny bez tortu?
No nieprawdziwe i niedokończone!

Więc czy chciała, czy nie chciała,
tort o starszej siostry młodsza dostała ;-D

Nietuczący, zerokaloryczny, bez daty przydatności do spożycia.

Z powodów powyższych, tort znalazł uznanie w oczach obdarowanej ;-D

Ale ja jednak preferuję prawdziwe słodycze, więc upiekłam dziś dwa rodzaje muffinek z niespodzianką

Ciut zabawy przy nich było, ale warto!

I tak je sobie pogryzając na zmianę jasną i ciemną, zastanawiam się, czy może by tak kolejne muffiny jednak po prostu USZYĆ?? ;-D
Co Wy na to? :-D

środa, 6 lutego 2013

Rodzinne tajemnice...

Kuchennych przygód i klęsk zapewne każda kucharząca osoba ma na swoim koncie sporo.
Tylko, że przyznaje się do nich niewielki odsetek gotujących...

A ja dziś obsmaruję rodzieli mych i się osobiście.
Czyli zdradzę rodzinne tajemnice...

Lat temu... No dużo...
Mama ma jako świeżo upieczona (nomen omen) małżonka męża swego, postanowiła uraczyć rzeczonego własnoręcznie upieczonym piernikiem.
Małżonek jej (a mój rodzic) jest osobnikiem słodkożernym i słodkolubnym, więc pomysł był całkiem trafiony.
Tak więc moja Mama (jeszcze nie mama), radośnie przystąpiła do dzieła.
Z zapałem wymieszała to co trzeba i wstawiła do pieczenia.
Po przewidzianym w przepisie czasie zajrzała do pieca (piec w on czas był węglowy, a piekarnik wiadomo - bez szybki podglądowej).
I cóż zobaczyły Jej oczy?
Surowe ciasto!
Kompletnie!
Ba! Mało tego!
To ciasto się nie piekło - on się GOTOWAŁO!!
Bulgotało bąblami jak smoła w piekle!
Moje biedne Matczysko najpierw się zdziwiło, a potem zmartwiło okrutnie, że niespodzianka dla małża nie tyle spaliła na panewce, ile się na tejże UGOTOWAŁA.
Ale na koniec spłynęło na nie olśnienie:
- NIE DODAŁAM MĄKI!!!
Tjaaa....
Piernik bez mąki? Spoko...
Mama głowy nie straciła.
Wyjęła foremkę z gotującą się bryją, wystudziła i dodała to, czego wcześniej nie dosypała.
Efekt - tata do dziś wspomina, że tak dobrego piernika nigdy przedtem, ani  potem nie jadł.

Jakieś 9 -10 lat później.
Mama przebywała w szpitalu.
Więc obowiązek sprzątania, prania ( o praniu chyba już pisałam...) i gotowania spadł na mego tatę.
Mój rodzic zawsze doskonale gotował i piekł. Te jego kotleciki schabowe, kluchy  "rozrzucane po podłodze" (nasza nazwa rodzinna, zastrzeżona!), torciki serowe na zimno, pączusie itepe śnią mi się do dziś!
Teraz też nikt go nie doścignie w śledzikach w oleju, w pieczonym boczusiu, w tatrze, w nóżkach na zimno i wielu, wielu innych popisach kulinarnych...
Mniam!
No dobra! Wracajmy do czasu, który zaczęłam opisywać.
Tak więc tata, nie chcąc, pod nieobecność Ślubnej Połowicy, zagłodzić swej jedynaczki (no i siebie), na jeden z obiadów zapodał kotlety mielone.
Jedynaczka (ja) zaczęła jeść...
- I jak? Smakuje ci? - Zapytał z lekką troską w głosie. Byłam koszmarnym niejadkiem i trafić w mój gust i smak, to był nie lada wyczyn! 
 - No! Bardzo dobre! I kolor mają taki fajny! - niejadek wciągał mielonego zagryzając ziemniakami, aż uszy powiewały na wietrze.
- Aha... To fajnie...
Pożarłam mielonego, po cichu dziwiąc się, że mają taki inny smak, niż te robione przez Mamę, czy Babcię...
Jak już zjadałam całość obiadu, tata wyznał mi co w nich było innego...
Otóż, jak każdy facet lubi rzeczy ostre, więc postanowił, że doda do mięcha mielonej papryki - ot tak, dla poprawienia i lekkiej zmiany smaku.
Tylko, że się zagapił i pomylił pojemniki panoszące się na kuchennych półkach...
Zamiast papryki dodał... KAKAO!!
Takie uczciwe - Wedlowskie :-DD


Teraz ja...
Rok później (po mielonych).
W genach odziedziczyłam po moim tacie różne rzeczy - między innymi uwielbienie słodyczy. A najprostszą drogą na posiadanie słodkiego jest stworzenie ich sobie samemu, dość wcześnie nauczyłam się piec ciasta.
Mając lat 11 uważałam, że jak się ma na koncie niepoliczalną ilość kruchych ciastek (przez maszynkę), ciast ucieranych, biszkoptów - ba! nawet naleśników i paru innych odmian obiadowych, to się już jest mistrzem patelni i blachy.
Tak więc postanowiłam usmażyć pączki!
Wzięłam sobie stareńką książkę kucharską i otworzyłam na odpowiedniej stronie i przeczytałam  co następuje:
"Zrobić zaczyn."
- Zaczyn? Znaczy, że mam ZAcząć? ZAkasać rękawy i ZAłozyć fartuch...
Tak też uczyniłam
Wymieszałam wszystkie składniki, polepiłam kulki z ciasta (małe, bo przepis coś wspominał, że urosną), w środek wepchnęłam odrobinę dżemu i przystąpiłam do smażenia.
Cokolwiek mnie deprymowało, że one w tym tłuszczu nie rosną...
- Oj tam! Pewnie za małe polepiłam Trudno - będzie więcej...

Posypałam cukrem-pudrem i poczekałam, aż wystygną. Po czym z dumą i ze smakiem zanurzyłam zęby w pierwszy samodzielnie usmażony pączek...
Zanurzam i nic!
No to wbijam. I też nic!
Desperackie próby ukąszenia pączka z którejkolwiek strony spełzły na niczym...
Pączki były idealne...
Tyle, że do wybijania szyb!!
Od tamtej pory nigdy nie smażyłam pączków - wolałam zdać się na tatę, albo na profesjonalnych cukierników...

Kilka lat później postanowiłam zmierzyć się z ciastem francuskim.
Tym razem wnikliwie i dokładnie przeczytałam  przepis, wyrobiłam ciasto jak należy i przystąpiłam  do niekończącego się wałkowania z masłem...
Daruję Wam opis szczegółowy...
Dość tylko powiedzieć, że kierunki składania i wałkowania ciasta mi się pomyliły i po upieczeniu ciasto było lepsze niż pączki - nadawało się idealnie do kruszenia Chińskiego Muru!!

A teraz poniedziałek, czyli przedwczoraj.
Chodziły za mną oponki.
Więc, żeby przerwać to ich dreptanie, wyrobiłam w niedzielę po południu ciasto, wyniosłam do chłodnego pomieszczenia, jak przepis nakazuje, a w poniedziałkowe przedpołudnie przystąpiłam do działania.
Ciasta było bardzo dużo - 1 kg sera, 1kg mąki i reszta składników...
Wałkując i wycinając oponki pozwoliłam moim myślom szybować luźno i beztrosko...
Kiedy w misie z ciastem zostało mi tak mniej więcej 1/4, myśli me poszybowały w kierunku patelni i zaczęłam sobie wyobrażać, jak to już za chwil kilka będę mogła podziwiać puchnące od gorąca oponki...
- I tak sobie będą rosły, i rosły, potem odsączę je na bibule, machnę na pólmiski posypię cukrem-pudrem i będę je jeśśśśśćććć!!
I nagle błyskawica mi śmignęła przed oczami, zwalając mnie z nóg:
- ROSNĄĆ BĘDĄ??? A NA CZYM??? Przecież nie dodałam proszku do pieczenia!!
Cóż było robić?
Rozwiązania było jedno.
Proste, acz bolesne - to, co pracowicie wycinałam przez 45 minut, zagniotłam z powrotem wraz z tą 1/4. Dodając proszek. Do pieczenia, nie do prania!

Oponki powstały jak widać na fotce powyżej.

A jutro będę smażyć faworki. Bardzo dużo faworków!
Bez przygód!

niedziela, 14 października 2012

Obniżone podwyższenie...

Wpis kolorystycznie dopasowany do  pory roku.

Czyli do jesieni.
Nie lubię tej pani!
Niesie ze sobą deszcze, mgły, zimno, przymrozki.
Konieczność wkładania na siebie coraz cieplejszych kurtek staje się nudną, wymuszoną codziennością.
Jednym tchnieniem swojego nieświeżego oddechu morduje kwiaty, zamieniając je w brązowo-zgniłe kupki niczego :-/
W pakiecie ma ta pani również kaszle, katary i bolące gardła.  
Wolę jej dwie młodsze siostry: wiosnę i lato.
Ale mimo mojej niechęci, nie mogę odmówić jej pewnego wdzięku i uroku.
Kolory ma ta wredota niewątpliwie piękne!
Rwą oko. Wprawdzie krótko, ale jednak.
To taka ściema i uśpienie naszej czujności przed nadejściem tej najgorszej z czterech siostrzyc: zimy :-/

Zanim jednak ta najstarsza zagości na dobre i da się nam we znaki, należy korzystać z pięknych, o dziwo ciepławych dni i wyjść, póki się chce, z bezpiecznych czterech ścian na pachnący butwiejącymi liśćmi świat.

Tak więc dziś poszłyśmy z Anią w ten świat...
Niedaleko - tylko za własną furtkę, czyli do lasu.
Ot tak - się przewietrzyć i posłuchać kompletnej ciszy...
Ale...
Jako, że obie do lasu lubimy chodzić w celu konkretnym, a nie tylko sztuka dla sztuki, miałyśmy cel: zebrać liście klonu na tradycyjne, rok w rok robione o tej porze roku, "róże".
Znalazłyśmy. Zebrałyśmy.
Zrobiłam. Sama, ale w towarzystwie zaczytanej Ani...

Co czytała?
Lekturę łatwą i przyjemną: "Słownik frazeologiczny"...


Wracając do lasu
Tylko liście, to dla nas mało!!
Jak las to i grzyby!
Gąski!
Kto ich nie zna i nie zbierał, nie wie co traci!
A kto zna i zbiera dobrze wie, o czym mówię :-D
Więc melduję: ni ma gąsek :-//
Tzn. Ania znalazła jedną, wysuszoną, porzuconą przez innego grzybiarza. "Żywych"  niet!
Chyba jeszcze za ciepło. No i ciut za sucho.
Ale na pocieszenie mamy oszałamiającą ilość (szt 7) podgrzybków, 1 kurkę i 1 sitarza :-D

Żeby nie było nam smutno z powodu mało obfitych łowów grzybiarskich, uruchomiłyśmy hormon szczęścia (serotoninę).
Sposobem domowym.
Pysznym.
I skutecznym ;-)
Czyli ciastem kokosowym:

To działa! Spróbujcie same ;-D
 
Kokosowiec miał sesję zdjęciową pod daliami.

Wycięłam je z ogrodu w tak zwany "pień", bo zapowiadały się przymrozki. I przyszły!
Normalnie nie tnę kwiatów z ogrodu, bo wolę jak cieszą oczy w naturze, a nie na stole, ale o TEJ porze roku robię ustępstwa.
Jak co roku ;-)
Żeby oszukać czas i przedłużyć chociaż na chwilę iluzję lata...

Iluzję lata może przedłużyć też coś ciepłego na własny, garbaty grzbiet, w zaczepiście energetycznych kolorkach.

Wprawdzie dość mocno jesiennych, ale jednak...
Ten cosiki nie jest jeszcze skończony, wiele mu nie potrzeba, ale jakoś mi do niego pod górkę i pod wiatr (jesienny).
Więc może jak pokażę fragment, to się zmobilizuję i w końcu toto skończę.
Mam tylko 15 rzędów...
Tylko po co???
Przecież nikt nie odwoła zimy z powodu jednej, ogniście kolorystycznej szmatki...

Ehhh!! Jesień  wpływa na obniżenie serotoniny ( w mózgu) i melatoniny (w skórze).
Ale także na podwyższenie  niskiej samooceny dokonań własnych... ;-D

środa, 15 sierpnia 2012

Maliny, zgrubienia i zmarszczki...

No cóż...
Żeby na początek nie zrazić potencjalnych czytelniczek, wrzucam na wabia coś na ząb, czyli sorbet malinowy.
                               
 Łasuchami jesteśmy wszystkie i nie ma co chować głowy w piasek!
Słodkie każdy lubi!
A sorbet charakteryzuje się tym, że jest lekki i ma zero kalorii ;-D. Toż to tylko przemielone owoce ze znikomą ilością cukru!
Tej wersji się będę trzymać i już!
A jak ktoś się nie boi, że mu kaloria w nocy ciuchy w szafie pozaszywa to proponuję polać sorbecik polewą czekoladową, która dodatkowo wzbogaca smak i aromat malinek :-)


Szczegóły wykonania w Garkotłuku.




Było lajtowo i słodko, to teraz znowu będzie groźnie, czyli Ata drutom nie odpuszcza!
I dopadła fajny wzór. Wydawał jej się łatwy i się nie pomyliła tylko, że błędów  w nim było od groma i ciut ciut! Ale Ata dzielną facetką jest i dała radę!
Ba! Nawet erratę se na prywatne potrzeby strzeliła, bo ma zamiar jeszcze jedną taką chuścinę popełnić.

Jakie to były błędy?
A różne: połowa wzoru wysłana w kosmos, w innym miejscu przestawione oczka, względnie z pogardą ominięte.
Ata jak wspomniałam twarda jest i mimo przeciwności wzoru, machnęła chustę w przerwach plażowania, łażenia i ogólnego byczenia się podczas drugiego w tym roku pobytu na Helu.
I dziś zagoniła małolatę młodszą do focenia.
Dżizas!! To mały potwór jest!!
"Stań tak, śmak, owak!!"
 Nie wierzycie??
No to proszę! O to co musiałam znosić, żeby wyżebrać trzy fotki!
- Weź stań jakoś prosto! Nogi se złącz, bo głupio wyglądasz.
Złączyłam...
                           
- Dobra. Może być - orzekła mała
- To teraz od przodu. Przekręć się!
No nie powiem! Niezłe życzenie z ust jednej z  potencjalnych dziedziczek ;-D
Przekręciłam się i usłyszałam:
- Weź się uśmiechnij, bo jak się śmiejesz, to ci się zmarszczki wygładzają!
Pfffff!!!!
ZMARSZCZKI!!! BEZCZELNA SMARKULA!!
                              
Uśmiechnęłam się do zdjęcia, ale poza kadrem powiedziałam:
- W łeb cię palnę!! Zobaczysz!!


-No wiesz!! To ja się tu poświęcam i zdjęcia ci robię, a ty mnie chcesz po łbie walić??
- Należy ci się!!
- Nie marudź! NIETOPERKA teraz rób, bo nie było, a to standard. I UŚMIECHAJ SIĘ!!!
                               
Boszszsz!!


Dwa następne sama se machnęłam.
Też standardowe, czyli na krzaku tawuły:
                                 
I zbliżenie lekkie na szczegóły.
                                
Chusta jak widać jest liściasta, ale ta nieznośna piątoklasistka twierdzi, że to są prostokąciki ze zgrubieniem!
 Pypcia ma na oczętach swych błękitnych!
Prostokąciki! Też coś!!
LIŚCIASTA, a nie prostkącikowa ze zgrubieniami  chusta nie jest duża.
Ma 170 cm na 83 cm (po lekkim blokowaniu)
Włóczka Drops Delight, kolor nr 15. Zużycie 3 motki, czyli 15 dag.
Wzór bardzo mi się podoba i mam zamiar zrobić jeszcze jedną taką samą, ale już zgoła innej kolorystyce.
Tylko muszę pogonić małą do pomocy przy zwijaniu motka. Oj nie lubi ona tego!
 Ale to będzie moja mała zemsta za te zmarszczki i zgrubienia ;-)

niedziela, 6 maja 2012

Człek się nudził...


Zebrało mi się trochę zaległości robótkowych.
Jak człowiek leżał, względnie przyjmował pozycję horyzontalno-wertykalną, to się nudził. I miał ochotę wyskoczyć z własnej skóry  ;-)
Więc człowiek trochę się pobawił.
Tym bardziej, że jakiś czas temu znalazł w necie tzw. "inspirację"
Ale jakoś wcześniej nie miał czasu, żeby podłubać drutem i szydełkiem.
Aż w końcu los dał wolne i nie było wyjścia. I tak oto powstały takie dwie "druciane" bransoletki:



                                         


I z ciekawości dziergnął też człek naszyjnik:
                                       


A potem zobaczył, że w tym samym czasie ktoś zrobił bardzo podobne... ;-)

Poza tym, człowiek miał silne parcie na zwykłe szydełkowce, ale jakby inne.
Widział na kilku blogach efekty zastosowania kolorowych kordonków do dziergania.
I się zachwycił. A że posiadał odpowiednie koraliki nie mówiąc już o hurtowej ilości cieniowanych kordonków, to na próbę zrobił takie dwie ło:

                             
                             

Poza tym powstało kilka na zamówienie, ale pokażę tylko dwie, których tu jeszcze człowiek nie prezentował.
Pierwsza:
                           

Koraliki Toho 8/0 Trans-Rainbow-Lemon, Trans-Rainbow-Lt. Hyacinth, Silver-Lined Lime Green w sekwencji: 1a1b1a1c (6k).

Druga:
                         
Zestaw kolorystyczny dość odważny, ale takie było zamówienie;-)
Koraliki Toho 8/0 Trans Rainbow-Lt. Hyacinth, Inside-Color Rainbow Rosaline/Opaque Purple Lined, Silver-Lined Siam Ruby, 3a,1b1a1c (6k)

A do prezentowanej kilka postów wcześniej bransoletki pomarańczowo-czarnej powstały kolczyki kulki z Toho 11/0
                       

W sumie to człek zrobił garść i to solidną bransoletek, ale jak już wspomniałam, pokazywał je już człek wcześniej :-)

Człek poza różnymi słabościami jest łakomczuchem słodkolubnym. Więc jak zobaczył TO ciasto i przeczytał opis, to się nie mógł oprzeć i zrobił.
                     

A przepis wrzucił do Garkotłuka .
No to teraz człek może z czystym sumieniem pójść i sprawdzić, czy kolejna porcja rabarbaru urosła na tyle, że można go zerwać i użyć do powtórki ciastowej, bo tego ze zdjęcia już nie ma :-((
A jak NIE rzucałam blachą po pieczeniu, opiszę zapewne już wkrótce ;-)

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Zafiksowana na węże!

Węży nie lubię. Zdecydowanie! Za długie toto. Nie da się temu określić środka - człek zacznie głaskać po łbie, a tu nagle po dwóch-trzech metrach KONIEC!
Futerka nie ma mięciutkiego i cieplutkiego.
Wprawdzie zostałam kiedyś zmuszona do dotknięcia gada, ale nie sprawiło mi to większej przyjemności. Raczej mnie zdumiało, że to ciepłe jest i takie... delikatne!

Tak więc do wykonania bransoletek o mrożącej krew w żyłach nazwie "Russian snake" przystąpiłam z lekką dozą obrzydzenia.
Jednak skojarzenia robią swoje!
W sumie to zmobilizowała mnie moja Ania.
Swego czasu natknęłam się na blogu Kasi na bransoletki robione właśnie tą metodą.
Ogromnie mi się spodobały i jak zwykle zapragnęłam się naumieć.
Pogmerawszy trochę w necie znalazłam od metra kursów.
Wydrukowałam pierwszy najlepszy wg mnie i...
Powędrował do segregatora z tutkami wszelakimi.
Do czasu, aż moje chore (aktualnie na uszy) młodsze dziecko z nudów i chęci działania w pozycji horyzontalnej dziecko nie znalazło wyżej wspomnianego wydruku.
Zażądała przyniesienia pudeł z koralikami rzec jasna Toho (wie co najlepsze!) i zaczęła sobie dłubać.
Powolutku i pomalutku zaczęło się jej coś wykluwać...
Matka jej zazdrosna, czyli ja po paru dniach (wczoraj) pękła i zażyczyła sobie też się naumieć.
I tak oto pod bystrym okiem pani Ani powstała moja pierwsza wężowa bransoletka!

Koraliki Toho 8/00 (czarne) i 11/0 (benzynki). Kiedy ją robiłam, ogarniały mnie wątpliwości, czy to ma sens, czy to w ogóle będzie jakoś wyglądało...
Ale jak skończyłam i przyłożyłam do nadgarstka wszelkie zastrzeżenia minęły jak ręką odjął!
Jest super! Delikatna, dopasowująca się do ręki, miękka i... kurcze!! ŁADNA!!!
I doszłam do wniosku (przy aplauzie głuchej i kichająco-kaszlącej małolaty), że z mniejszych koralików będzie jeszcze bardziej "zwiewna".
I tak oto powstała bransoletka wężowa z koralików Toho 11/00 i 15/00
Wiem, ze to zabrzmi niewiarygodnie, ale ona jest FIOLETOWO-BENZYNKOWA!!
Zakochana w niej jestem po uszy!!

A dziś, korzystając z nieograniczonego wolnego czasu matki na zwolnieniu, machnęłam innego rodzaju "snejki".
Koraliki i patyczki Euroclass. Wyszła ażurowa i taka, że jej prawie nie ma na ręku, a jednak WIDAĆ!!
Ponieważ robiło mi się szybko i przyjemnie, postanowiłam zrobić doświadczenie i zniwelować ilość koralików do jednej sztuki w nawleczeniu i zrobiłam czerwoną:
Jest sprężysta i rozciągliwa i też delkatniutka, a jednak WIDOCZNA!


I kto by pomyślał, że tak mnie zafiksuje na węże! :-DD

Ale! Nie myślcie sobie, że tylko dzierrgam nie zważając na otoczenie!
Otoczenie nie cierpi, tylko z zadowolenia klepie się po pełnych brzuszkach.
Najpierw, na obiad, zaserwowałam zapiekankę,



a na deserek ciasto z brzoskwiniami
No! To jutro pewnie ciąg dalszy zmagań z robótkami, wężami i... świętami, które stoją na progu nieśmiało przebierając nóżkami...

niedziela, 8 stycznia 2012

Telegraficznie

Dziś szybko i krótko.
Tak telegraficznie wręcz!
Ot tak, żeby sobie znowu jakiś większych zaległości nie narobić.
Wczoraj zdjęłam z blokowania kolejny szal.

Nie mam pojęcia jak takie coś focić!!
Machnęłam więc na krzesła, żeby lepiej było widać jego lekkość no i wielkość:

Dane techniczne: wzór taki sam jak poprzednio
Włóczka takoż Angora Gold BD 10 dag/550m, tyle że kolor 2881
Druty nr 6.
Rozmiar przed blokowaniem: 140 cm na 40 cm.
Po blokowaniu: 182 cm na 60 cm.

Wiem, że na zdjęciach mojego pożal się Boże autorstwa, nie widać jaki on jest zwiewny i taki mglisty...
Liczę na Waszą wyobraźnię :-))

Wyobraźnia lubi słodkie pokarmy, więc zapraszam ponownie do Garkotłuka. Dziś kuchnia serwuje "Muffiny orzechowo-pomarańczowe"

A nie mówiłam, że krótko będzie? :-D
No to lecę dziergać coś, co mi się z każdym rzędem bardziej podoba.
I z każdym rzędem coraz bardziej czekam na koniec ;-)

niedziela, 1 stycznia 2012

Stare rzeczy w nowym roku.

Witajcie w Nowym Roku!
I jak? Coś się zmieniło od wczoraj poza datą? Chyba raczej nie ;-)
Nawet odbicie w lustrze takie samo jak zwykle (no może kapkę bardziej zaspane po zarwanym kawałku nocy ;-) )

Ale ponieważ zwyczajowo z hukiem (i to dosłownie) celebrujemy zmianę kalendarza, trzeba by się jakoś ustosunkować do ubywszego wczoraj i przybywszego dzisiaj roku.

Więc najpierw to co było w ubiegłym, a nie zdążyłam pokazać.
Czyli druga i ostatnia część zaległości autorstwa mojego (czyli muzułmańskiej babci) i Ani.
Zdjęcia tym razem robiłam ja, czyli są bez polotu i fantazji mojego zawodowca

Na szczęście jest ich tylko kilka, to jakoś dacie radę przez to przebrnąć ;-)

Na początek bransoletki:

Właśnie skonstatowałam, że mam zdjęcia tylko dwóch! A gdzie reszta?? I jak ja mam się rozliczać tak do końca?? No nie da się!
Trudno!

W takim razie naszyjniki:



Tak jak wcześniej napisałam - na szczęście zbyt dużo tego nie ma, więc jakoś mi to rozliczanie poszło lajtem ;-)


No a teraz będzie noworocznie, czyli wypada zarzucić czymś na ząb.

Pyszny piernik! Polecam Wam. Przepis oczywiście w moim Garkotłuku.

Ponieważ większość ludzi na początku roku czyni sobie coś w rodzaju listy pobożnych życzeń na nadchodzące 12 miesięcy, to i ja nie będę odbiegać od ogółu:
Postanowienie noworoczne - nie robić postanowień noworocznych!

środa, 21 grudnia 2011

Ciasteczkowe Potwory

Kto nie zna Ciasteczkowego Potwora??
Wszyscy! A przynajmniej o nim słyszeli.
U mnie w domu żyje i ma się dobrze kilku takich potworów...

Wczoraj wieczorem pogadywałyśmy sobie z Chudą na temat konieczności zabezpieczenia ciasteczek na wigilię klasową młodszej.
Matka karmiąca, czyli ja nie miała żadnego pomysłu poza prymitywnym zakupem gotowców sklepowych.
Zasłaniała się brakiem czasu, weny no i nie ukrywajmy - chęci...
Chuda niestety temat łyknęła (jak ciasteczka!), i o godzinie 22:00 powlokła lekko już zaspaną matkę przed własny monitor i pokazując palcem powiedziała krótko, acz znacząco:
-O! To! - i zamlaskała niczym Ciasteczkowy z Sezamkowej...
-Nooo... - odezwał się potwór nr dwa w osobie jej rodzicielki.
-Ale wiesz? - nr dwa lekko się przecknął - barwników spożywczych nie mamy.
-Oj to się kupi!
-Na mnie nie licz! Mam zgoła inne plany na jutro - nie będę jeździć po Warszawie!
-To ja poszukam! - rzekła dumnie Chuda, wypinając klatkę z piersiami.
-Ok - odparła ugodowo matka notorycznie niedospana i powlokła się w stronę barłogu.

Rano, przy kawie, zaczęła szukać telefonicznie tychże barwników nękając na ten przykład koleżankę Sylwię. Sylwia się wyparła znajomości z barwnikami.
Więc matka tym razem zwana poszukiwaczem chujaka, czyli drzewka okolicznościowego, ruszyła w drogę.
Chujaka zanabyła ku swej radości po 20 minutach od wyruszenia z domu.
Więc zanęcona takim ogromnym sukcesem, rzuciła się na poszukiwanie barwników. Tak przy okazji powrotu pod adres zameldowania...
Zwiedziła ona była kilka sklepów. W jednym ku swej radości przeogromnej nadziała się na ekstrakty spożywcze! Ucieszyła się jak głupia, że ma takie bez mała pod nosem. Wprawdzie za kosmiczne pieniądze, ale rozgrzeszyła się, że tego się ciut-ciut używa i licha butelczyna na lata świetlne jej wystarczy.
Zaznaczam, że NIE KUPIŁA! Wystarczy jej świadomość, że wie gdzie "łone som"!
I liczy na to, że nie zapomni ;-)
Wróciwszy do domu swego rodzinnego matka zamieniła się w kobietę garującą. I jakoś się jej tak duuużo czasu nagle zrobiło...
I się z tego czasu wzięło i zagniotło ciasto.
Na te ciasteczka oglądane wieczorową porą dnia poprzedniego...
No tak jakoś...
Bo mimo braku barwników, plany miały obie dwie siostry co by zrobić te ciasteczka...
Zapakowała matka ciastkowa surówkę ciastową do michy, przykryła folią co by nie obsychało i cierpliwie czekało na powrót pomysłodawcy do domu z uczelni...

Chuda powróciwszy do domu z triumfem zaprezentowała matce (tym razem zdumionej) dwa barwniki: zielony i niebieski.
W formie żelu.
Kolory jak się okazało były konsultowane telefonicznie przez Chudą z Ciasteczkowym Potworem nr trzy, czyli Aniusią...
Tak więc obie dwie opanowały mi wzięły kuchnię...

Każda z nich ma w łapkach swoje ulubione kolorki :-)

Upomniałam Chudą, że paznokcie jej nie pasują do jej ciasta, ale tylko prychnęła z lekceważeniem i zapozowała łapskami do fotki:

Prychanie nie wyszło jej na zdrowie (chociaż urody nie sponiewierało)
Wniosek - nie wydzielać zbyt dużo dwutlenku węgla przy sypkiej mące ;-D


Ania, dziecko zrównoważone i spokojne (acz również z gatunku potworów ciasteczkowych), ze stoickim spokojem wycinała swoje błękity:

Aś natomiast szalała z zielniną:



Matka łakoma (potwór najstarszy) pilnowała czasu pieczenia ( ze zmiennym skutkiem ;-))

No i w końcu ciasteczka były gotowe!!
I można nimi karmić nie tylko oczy, ale i podniebienie!

Są pyszne! Kruchutkie, nie za słodkie, delikatne i takie kolorowe :-D
Jedzenie ich wciąga jak łuskanie pestek słonecznika!
I z tegoż to powodu w okolicach piątku powstanie kolejna partia (jak znam życie) solidnie powiększona pożywki dla Ciasteczkowych Potworów.
A gdzie przepis?
No jak gdzie??
U mnie! Na drugim blogu, czyli w Garkotłuku :-D

sobota, 12 lutego 2011

Ślepa furia...

Jak już kiedyś wspomniałam, jestem raczej spokojnym człowiekiem. Tylko czasem zamieniam się w ślepą furię. Ot takie damskie wydanie Dr Jekyll and Mr Hyde.

Aby poniższy wpis był całkiem zrozumiały muszę Wam się przyznać, że mam defekt na urodzie...
A mianowicie NIENAWIDZĘ tzw. konserwacji odzieży! Czyli przyszywania guzików, cerowania rajstop czy zszywania pękniętych szwów.
No nie cierpię i już!
Leżą sobie takie niepełnosprawne ciuchy i czekają na moje zmiłowanie porastając kurzem i pleśnią czyli ogólnie zapomnieniem...

A więc ad rem!
Było to dawno, dawno temu. W czasach. kiedy byłam całkowicie uzależniona od swego męża. Zarówno finansowo jak i transportowo.
Finansowo, bo nie pracowałam "siedząc sobie" w domu z Asią i studiując.
A transportowo, bo mimo że miałam prawo jazdy od paru już lat nie jeździłam samochodem jako kierowca. Jako pasażer też niechętnie. Trauma taka i tyle...

Szanowny małżonek przyniósł mi do zszycia swoją koszulę. Nic wielkiego - puścił szew. Od mankietu do łokcia. Kawałek niby niewielki, ale dla mojego naprawczego zapału kawał równika!

I tak leżała sobie ta koszulina i czekała na lepsze dla niej czasy...
No i w końcu nadszedł ten dzień...
Ale nie sam z siebie, czy z powodu moich wyrzutów. Co to to nie!
Z powodu wyżej wspomnianego uzależnienia od chłopa własnego zmuszona byłam prosić go różne rzeczy...
-Prośbę mam. Kup mi jutro fajki jak będziesz wracał z pracy.
-Kupię, ale pod warunkiem, ze zszyjesz mi koszulę. Miesiąc czekam.
-No a czymże jest miesiąc wobec wieczności? Nie przesadzaj! Poza tym masz tych koszul od cholery.
-To nie kupię ci fajek.
Postawiona przed perspektywą głodu nikotynowego skapitulowałam i uległam szantażyście:
-Dobra! Jutro ci zszyję.
Tak też i uczyniłam. Dla pewności i przypomnienia o zamówieniu zadzwoniłam do chłopa:
-Przypominam o papierosach. Koszule już zszyłam.
-No nie wierzę!
-Serio! To9 nie zapomnij, ok?
-Ok.
Mężu wrócił do domu, więc popędziłam mu naprzeciw w celu uzyskania obroku.
-No? Gdzie fajki?
-Gdzie koszula?
Pokazałam elegancko zszyty corpus delicti.
-No? Fajki proszę! Ja się wywiązałam.
-Nie kupiłem.
-Co??? Jak to??
-Bo ci nie wierzyłem.
-Przecież dzwoniłam i mówiłam, że zszyta!
-No to co? musiałem zobaczyć, żeby się przekonać.
Poczułam, że zamieniam się w lodową górę, a środku już bulgocze lawa i tylko czeka, żeby wystrzelić ogniem piekielnym...
-No to w takim razie wsiadaj w samochód i hajda po fajki dla żony!
-Sama jedź!
-Przecież wiesz, że ja nie jeżdżę! Ty jedź! Obiecałeś!
-Nie!
-Nieeee?? To w takim razie rozwalam koszulę!
-Nie zrobisz tego. Szkoda ci będzie twojej pracy.
-Nie szkoda!
-Nie wierzę ci!
-NIE??? No to patrz!!
i TRRRRRACH!!! Pooooooszłooo!!
I to jak!
Tyle, że...
Efekt nawet mnie na chwilę powalił.
Zszyłam nad podziw uczciwie. Szew wytrzymał i nie puścił...
To materiał nie wytrzymał presji ślepej furii.
Rękaw rozlazł się na całej długości...
Pierwszy odzyskał mowę właściciel zrujnowanej garderoby:
-Aaaaaaa! moja ulubiona koszulaaaaaa! Coś ty zrobiłaaaa???
No nie powiem... Trochę mi się głupio zrobiło, ale tylko trochę! I na chwilę!
Niewiele myśląc odparowałam:
-No widzisz jakie gówniane proszki do prania mi kupujesz?? Materiał sam się w rękach rozłazi!
I wyszłam z kuchni dumnie - moje na wierzchu ;-D
Co było potem?
Zabrałam kluczyki i pojechałam do sklepu. Sama!
O!
Rok później przestałam być uzależniona transportowo. I to z dnia na dzień. Ale to już inna bajka, na inny wpis.

A dziś? A dziś to ja mam nadzieję, że ślepa furia nie ogarnie nowej właścicielki kapciochów i nie zechce ich rozszarpać z powodu kolorystyki...
Na usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć, że one miały być: brązowe, albo szare, albo różowe, albo fuksja...
No to są...
Kilka w jednym. Tylko szarego nie ma
W rzeczywistości nie są tak jaskrawe. Są przytłumione i nie szczypią w oczy ;-)

Kapci zrobiłam już kilka par od ostatniego wpisu, ale tylko te zdążyłam sfocić przed ich wytuptaniem z domu. Pewnie dlatego, że dziś weekend.
A jak weekend, to trzeba mieć coś słodkiego pod ręką.
Zapraszam do garkotłuka na Ciasto musli