Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzaki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 grudnia 2019

Połamaniec szydełkowy

O ile poprzedni wpis był gównie o Ryśku, to ten sponsoruje Lucjan...

Lucjan.
Jak ogólnie wiadomo, jest kotem naćpanym barbituranem.  Jakby nie ćpał, to by już go na tym łez padole nie było, bo padaczka by go zabiła.
Czasem odpala i śmiga po chałupie jak perszing, a czasem przysiada gdziekolwiek i trzeba uważać, co by go nie zdeptać.
Tego dnia, o którym tu piszę, przysiadł był.
Na schodach.
A ja schodziłam po tychże schodach.
I niestety nie zauważyłam synusia syjamskiego mojego.

O 6:30 to człowiek bardziej w kierunku łóżka ma jeszcze oczy skierowane, niż przytomnie toczące dookoła w poszukiwaniu przeszkód schodowych...

Na trzecim od góry stopniu wlazłam na koci ogon, porzucony dość nonszalancko na całą szerokość schodka.
Ogon, jak się okazało, był przymocowany do kota Lucjana.
Kot wyrwany dość brutalnie z narkotycznego amoku ryknął solidnie i ruszył w górę.
Po drodze wyrwał okrągły pręt podtrzymujący dywan na schodach.
tenże pręt dostał mi się pod prawą stopę i poczułam, że... mój koniec jest bliski!
Zaczęłam zjeżdżać w dół. Nie miałam czego się złapać, bo nasze schody są dość specyficzne - łagodne i wygodne, ale pozbawione balustrady. Z jednej strony ściana, z drugiej próżnia i przepaść.
Moje pozbawione jakiegokolwiek oparcia cielsko, zaczęło oscylować w kierunku upadku definitywnego na łeb, w dół.
W mili ułamku sekundy zrozumiałam, że skręcę kark, złamię kręgosłup, pogruchoczę sobie nogi i ręce.
Wcale mi się to nie spodobało i histerycznie zaczęłam łapać równowagę.
ZA WSZELKĄ CENĘ!!!
NIE SPIER...NIE SPAŚĆ W DÓŁ!!!
Obróciło mnie o 90 stopni, twarzą do ściany.
Taniec świętego Wita, jaki wykonałam na tym jednym stopniu wart był niewątpliwie uwiecznienia, ale niestety nikogo z odpalonym nagrywaniem nie było...
Złapałam względną równowagę prawą nogą, ale lewa na zasadzie przeciwwagi poleciała z impetem do przodu. W ścianę.
Ściana pozostała niewzruszona.
Natomiast ja...
Ja zobaczyłam przed oczami wszystkie konstelacje gwiazd. Nawet jeszcze te nieodkryte...
Jęcząc i stękając zlazłam ze schodów.
Lewą nogę stawiając na pięcie, bo jakoś przód stopy był niekompatybilny z resztą.
Był to czwartek, a w czwartki chodziłam do pracy nieco później, więc rano robiłam zakupy dwie wioski dalej w Kauflandzie.
Tego dnia, niezależnie od porannej przygody, nie mogło być inaczej.
Pojechałam. Samochodem - a jakże!
Boli?
A w nosie!
ROZCHODZĘ!
Kryzys przeżyłam tak mniej więcej w połowie drogi miedzy domem a sklepem. Zawrócić nie miałam jak, więc konsekwentnie dojechałam, gdzie miałam dojechać.
Zwykle wpadam do wcześniej wspomnianego sklepu ok. godz. 7:00 jak huragan, lecę po półkach, łapię co moje i do kasy.
O 7:20 pakuję graty do bagażnika.
Tego dnia do kasy dopełzłam o 7:30...
Potem pojechałam do pracy.
Ponieważ był upał jak piorun, na nogach miałam sandały.
Dzięki temu zarówno ja, jak i osoby współczujące ode mnie z pracy, mogliśmy obserwować jak pięknie mój paluch zmienia barwę z minuty na minutę. A stopa zamienia się w puchaty balonik...
Po ponad 7 godzinach wróciłam do domu i zdjęłam sandały.
Z prawej nogi - spoko. Zdjęłam i już.
A z lewej...
Niby zdjęłam, a on tam ciągle był :-D

Nieco później małż zawlókł nie do końca przekonaną koniecznością udzielenia pierwszej pomocy  żonę na SOR.
Wszak ROZCHODZĘ!

No nie rozchodzę...

Się okazało po raz kolejny, że ja nie uznaję półśrodków. Jak coś robię, albo demoluję, to z sercem i konkretnie.
Paluch se złamałam.
Mało tego - dostałam jeszcze opiernicz od lekarza, że od razu rano nie pojawiłam się na SORze, tylko pojechałam sobie beztrosko do pracy. Sama samochodem.

Paluchów się nie gipsuje, tylko pakuje w ortezy.
Nie posiadałam takowej na stanie, więc pogooglałam i stwierdziłam, że są brzydkie i nie chcę anie w to inwestować, ani tego nosić.
Zasięgnęłam opinii u mojej ulubionej fizjoterapeutki   i dowiedziałam się, że patyk od lodów, bandaż elastyczny i drewniaki spełnią tę samą rolę, co ta paskudna orteza.
Potwierdzam. Zadziałało :-D

Tak właśnie spędzałam upalne dni czerwca na przymusowo przyspieszonych wakacjach.
Ale oczywiście nie bezczynnie!
Co to to nie!
Dziergnęłam ot tak, z nudów, bo fajny wzór krokodyla znad Nila :D


Gadzina jest dość spora - ma ok metra długości.

W międzyczasie machnęłam też liska na zamówienie:




Zaczęłam również miśka:


Wstyd się przyznać, ale skończyłam go tuż przed Dniem Misia, czując presję czasu na karku.
Założenie miałam takie, że miś będzie ze mną chodził po klasach młodszych i zapraszał dzieci na organizowany przeze mnie konkurs z okazji Dnia Misia.
Udało się! Miś spełnił swoje zadanie, a niejako przy okazji, zmienił właściciela :-D


Poza tym powstało kilka kufelków z piwem :-D

Wcześniej, przed przymusowym spacyfikowaniem mnie na ławce w ogrodzie zrobiłam jeszcze inne zabawki:
Wąż z resztek włoczki:



Dżdżownica Madzia, również z końcówek Dolphin Baby:


A chwilę później sowę-breloczek (również na zamówienie)


Najwcześniej powstał Byczek Maurycy, ale nie mogłam go upublicznić, bo był prezentem:

A to chyba jedna z ostatnich (chociaż nie ostatnia) maskotka. A właściwie breloczek. Taki mały dodatek do prezentu:



Jak widać, przymusowe siedzenie w jednym miejscu wcale nie musi być nudne.
Nie powiem, żebym chciała to powtórzyć, ale bycie połamańcem nie jest tak do końca złe.
Tylko trzeba łamać się umiejętnie :-D

Lucjan jest z siebie dumny do dziś. Bo w końcu miał mamusię na wyłączność przez kilka tygodni :-D

niedziela, 24 listopada 2019

Mniej więcej tematycznie

No właśnie.
Postanowiłam zreanimować bloga. Mniej więcej tematycznie.
Bo jakbym chciała chronologicznie, to zrobiłyby się niezły galimatias.
Tak więc trochę od tyłu po to, żeby łatwo i przyjemnie dojść do początku.

Pytacie w komentarzach pod poprzednim wpisie co z Ryszardem i jak dwóch pozostałych dżentelmenów reaguje.
Jednym słowem mogę to określić: SPOKO!
Lucek ma kumpla do wygłupów, a Fred ma spokój, bu Lucjan odczepił się od niego.
Wprawdzie Fredzio rzuca fochem i sugeruje pozbycie się rudego, bo za bardzo się panoszy, ale pełne michy go uspokajają.

Dla niezorientowanych czytelników, patrząc od góry zdjęcia:
Lucjan
Fryderyk
Ryszard.
Kocia symbioza... 
Zanim przejdę do moich poczynań robótkowych, może kilka słów o Ryszardzie, bo pewnie jesteście ciekawe co u niego.
Po ponad miesięcznym pobycie rudzielca mogę spokojnie stwierdzić, że jest to kot pomocny. Bardziej niż Lucjan. Lubi sprzątać:




Jest kotem walecznym i nie waha się bronić rodziny przed potworami!
Tu w walce z oczyszczaczem powietrza:



Lubi spać.



I niestety lubi również szyć na maszynie...




Mimo, a może dzięki tej kociej pomocy, skończyłam szyć coś, co mi zalegało w charakterze UFO od sierpnia...
Nic nadzwyczajnego. Zwykły obrusik(?) serweta(?)

Bez kociej osoby prezentuje się tak:

Podobne coś uszyłam już wcześniej, z innych materiałów:




Jak już na początku wpisu wspomniałam, chronologia u mnie leci do tyłu :D
Tak więc czas na uszytki lipcowe.
Ponieważ jechałam do Helu, odczuwałam potrzebę posiadania nowej siaty/torbiszcza. 
Bo ta ubiegłoroczna już mi się opatrzyła i ciut znudziła.
No i młodej młodszej trza było uszyć coś nowego w podobny deseń. A że ona lubi worko-plecaki, to też ma nowy:



Moja sis i jej córka również zostały przeze mnie wyposażone w nową galanterię :-D
Ala w worko-plecak, a sis w kosmetyczkę.


Ale to nie koniec nowinek szyciowych tworzonych specjalnie z powodu wyjazdu do Helu.

Potrzebny mi był taki większy poddupnik, bo wieczorami prowadzimy długie Polek rozmowy, a mój zadek i kręgi słupne lubią mieć wygodnie. Tej wygody i komfortu nie zapewnia mi twarda, drewniana ławka. A że ja wygodnicka na stare lata się zrobiłam, to se wzięłam i uszyłam drugi w życiu quilow, czyli narzutę zgrabnie transformująca w poduchę.
Tak wygląda w zwisie na tle Zatoki Gdańskiej:

A tak w postaci poduchy, czyli transport bezproblemowy:

Poza tym powstały jeszcze dwa piórniki:


W sumie to na dziś wystarczy. Kolejne szyciowe rzeczy też już powstały, ale nie są jeszcze w 100% gotowe, to ciut muszą poczekać na prezentację.
Następny wpis z innym rękodziełem za czas jakiś.
Oczywiście z kotami w tle :-D
Bo wpis bez kota to głupota ;-) (że tak zmienię znane powiedzonko).

Część zdjęć wykorzystanych przeze mnie w tym wpisie jest autorstwa mojej córki.



niedziela, 6 października 2019

Poradnik grzybiarza

Ponad pół roku milczałam. Nie wyniośle, jak coś. Po prostu jakoś tak wyszło.
To dziś czas powrotu na blogowe łono.
Logika nakazywałaby od początku, chronologicznie, ale życie nieco odwraca kolej rzeczy.

Jesień jest. A jesienią uaktywnia się sport narodowy Polaków, czyli grzybobranie!
Nie odstajemy od ogólnej tendencji i na wskroś polscy jesteśmy :-D

I zbieramy w lesie tylko to, co znamy i wiemy, że nas szlag nie trafi po spożyciu.

Tydzień temu pojechałyśmy we trzy (mężu zaniemógł na zdrowiu i z dużym żalem został w domu).
Jak klasyczne grzybiary mamy swoje miejscówki-pewniaki.
I oczywiście mają one swoje nazwy zrozumiałe i oczywiste tylko dla nas: Piekiełko, Taty Miejscówa, Róg Na Pętli, Farma Dinozaurów, Góra Cmentarna, Piaskownica Saksa...
O ile dwie pierwsze lokalizacje mamy o rzut moherowym beretem od domu,  zwłaszcza, że mieszkamy w lesie, o tyle reszta jest dość rozproszona i żeby oblecieć je wszystkie w ciągu jednego popołudnia, potrzebny jest środek lokomocji. Najlepiej samochód.
Tak więc, wybrałyśmy się na szybki oblot po lesie. Samochodem.
Żeby nie było - jeżdżę tylko tam, gdzie można. Resztę drogi przebywamy z buta.
Wracałyśmy do domu raczej późno.
Na tyle było już ciemno, że młoda młodsza, czyli Anna odpaliła latarkę w telefonie i przy jej świetle szukała grzybów...
Taaa... Nałóg silniejszy od rozsądku...
Jedziemy na lajcie i nagle widzę szarawy cień na boku drogi. Dałam po heblach z jednoczesnym okrzykiem: KOT!
Zatrzymałam się, Aś otworzył drzwi, zakiciał, kotek powiedział grzecznie "MIAU" i z zadartym ogonem podszedł do samochodu. Dał się wziąć na ręce i...
I przyjechał z nami do domu.
Bo co miałyśmy zrobić?
Zostawić go na poniewierkę?
Udać, że nie ma sprawy?
No w sumie, czemu nie?
Łatwiej by było.
Bo zamiast cieszyć się grzybkami przy ich czyszczeniu, ruszyłyśmy na poszukiwanie właściciela.
Zwiedziłyśmy wszystkie domy w okolicy. Dzwoniłyśmy do drzwi i prześladowałyśmy mnóstwo osób.
Nikt się nie przyznał do leśnego kociego dziecka...
Dla spokojnego sumienia pojechałyśmy jeszcze do całodobowej kliniki weterynaryjnej łudząc się, że zwierz może ma czipa.
Nie miał.
Tak więc pogodziłyśmy się z myślą, że w lesie znajduje się nie tylko grzyby.
Rude koty też tam rosną

Bidula był tak głodny i spragniony, że paradoksalnie wyrywałam mu miski spod paszczy z obawy, że jedząc i pijąc na zapas po prostu pęknie!
A potem zasnął...

I spał. I spał. I spał.
A potem się obudził i znowu jadł i pił.
Skracając opowieść: w poniedziałek, po wizycie u weta, dostał zielone światło na zamieszkanie w domu.
Nie ukrywam, że obawiałam się reakcji Lucka i Fredka na nowe futro.
Że będzie histeria. Ucieczki po chałupie. Krycie się po kątach, albo wręcz przeciwnie: krwawe walki z fruwającymi kłakami.
Nic z tych rzeczy!
Lucjan zaakceptował młodego od pierwszego wejrzenia. Młody jego też. Bawią się ramię w ramię. Szaleją po domu. I to bardzo!
Dziś niewiele brakowało, a znowu miałabym coś złamanego przez kota! Dwa futra, przemieszczające się po domu w tempie światła wpadły mi pod nogi. Gdyby nie biblioteczka, zaliczyłabym glebę z wielkim hukiem i uszczerbkiem na zdrowiu :D

Aha! Kolejny dowód na to, że regularnie nie piszę. Wcześniej zaczęłam wakacje dzięki Luckowi. Złamał mi palec od nogi. To temat na kolejny wpis :-D

Fredek zarzuca fochem, ale toleruje smarkacza do pewnych granic - dla zachowania twarzy własnej, od czasu do czasu walnie ryżego w twarz. Ot tak - niech małolat wie, kto tu był pierwszy.
A potem zasypia do góry deklem w plamie słonecznej na miękkim dywanie




Młody, czyli ryży zasypia w locie. Tam gdzie stanie i gdzie senność go zmorzy, tam pada.
Zdjęcie na łóżku jest pozowane :-D


Aha! Ten mały rozrabiaka ma ok. pięciu miesięcy.
Imię też ma.
Początkowo miał się nazywać Rydz, ale...
Kiepsko to brzmi w zdrobnieniu ;-)
Tak więc stanęło na Ryszardzie. Zwanym Rudym Ryśkiem :-D

Tak więc pamiętajcie - w lesie zbieramy tylko to, czego jesteśmy pewni, że znamy i że nas szlag nie trafi po spożyciu :D


Zdjęcia by Joanna

sobota, 4 sierpnia 2018

Fryderyk Pierwszy Waleczny

Jak wiecie nie od dziś, mam dwa koty: Fryderyka i Lucjana.
Obaj panowie dość cyklicznie przewijają się przez mojego bloga.
Dziś będzie o Fryderyku.
Fred z natury jest kotem łagodnym, spokojnym i cierpliwym. Toleruje różne wyskoki zarówno Lucjana, jak i nasze. Każde, nawet najlżejsze dotknięcie kociambra ludzką dłonią,  kończy się rozgłośnym mruczeniem a la traktor.
Ostatnio znarowiły się u nas w ogrodzie obce koty. W sensie, że nie nasze, tylko sąsiedzkie.
Łażą i wylegują się gdzie chcą. Fredek średnio na nie reaguje.
Pod warunkiem jednak, że nie zbliżają się za bardzo w stronę Lucka.
Lucek jest jego prywatny: to on ma prawo na niego pchiknąć, pysknąć, warknąć, albo przyłożyć mu od niechcenia łapą. Innym WARA!
Gdy tylko któryś z obcych zbliża się do Lucka zbyt blisko, według oceny Fredzia, dostaje stanowczy odpór i zostaje odgoniony warczeniem na bezpieczną  dla Lucka odległość, przywiązanego na smyczy do architektury ogrodowej. Po czym zainteresowanie Fredzia dla obcych spada do zera.
No poza myszami, kretami, padalcami, żabami, ptakami...

Ale czasem w nim wzbiera... Odpala, jak perszing, bo TAK! Bo ma dośc panoszących się obcych na jego niezawisłym terenie.
Wzbiera w nim złość, frustracja, poczucie, że trzeba bronić wszystkich przed wszystkimi. Instynkt stadnego dowódcy bierze górę nad pacyfistyczną naturą spokojnego, futrzastego grubaska.

Tak też i było w ostatni dzień lipca.
A właściwie późnym i ciemnym wieczorem.
Leżałam już w barłogu, kiedy usłyszałam dzikie i opętańcze kocie wrzaski. Od razu wiedziałam, że jeden z tych ryczących sierściuchów należy do mnie (albo może ja do niego...).
Wyszłam na balkon i huknęłam stanowczo w czarną noc:
- Fryderyku! Proszę do domu! KICI KICI!
Fryderyk posłuchał o dziwo!
Przyszedł, poszedł spać, rano zjadł śniadanko i poszedł na dwór.
Po kilku godzinach wrócił do domu...
Dyndałam sobie w tym czasie na ławce, popijałam kawkę i bujałam się niechcenia.
- MATKO Z CÓRKOM! FREDEK! CO CI SIĘ STAŁO?! - Zakrzyknęłam przerażona.
Kot wlókł się na trzech łapach. Lewą przednią niósł jakby obok...
Fred usiadł, bezgłośnie otworzył usta i wbił we mnie bezbronne spojrzenie ócz swych zielonych.
Zerwałam się z ławki, kota chwyciłam w opiekuńcze ramiona i położyłam w cieniu, obok siebie na ławce.
- Fredziulku! Pokaż łapeczkę.
Pokazał. Z płaczem i jękiem.
- Pośpij. Wet jeszcze nieczynny. A może samo ci przejdzie...
Pospał. Nie przeszło.
No to trzeba było kota zapakować w transporter... Fred entuzjastą jazdy samochodem zdecydowanie nie jest. W przeciwieństwie do Lucka.
Więc wyglądało to tak:
wpycham Freda do transportera, on się zapiera na szeroko rozkładając łapy. Ni cholery się nie zmieści, chyba, że mu barki wyłamię!
Zaczynam go składać. Wrzeszczy, bo go boli. Lekko odpuszczam, ale dalej nie mogę go wepchnąć.
Lucjan korzysta z zamieszania, ładuje się dobrowolnie do transportera i siedzi w środku w pozycji typu: "no mamusiu! cekam! mozemy jus jechać, bo ja kocham jechać!"
- LUCJAN WON! - Huknęła mamusia.
- NIE! - Odparł Lucjan.
Ja pierd...e! Jeden wyje, bo nie chce, drugi mordę drze bo chce!!!
Wydłubuję Lucka jedną ręką, bo drugą trzymam Freda.
NIE DA SIĘ! Lucjan się zaparł.
Puszczam Fredka, wydłubuję  z transportera oburącz Lucka.
Udało się.
Tyle, że w tym czasie Fryderyk zwiał na trzech nogach diabli wiedzą gdzie!
Znajduję Fredka. Składam go do kupy, żeby przeszedł mi przez drzwiczki transportera.
Mordę drze jak upiór. Trochę go wepchnęłam, ale pod brzuchem przemknął mu Lucjan i znowu jest pierwszy w transporterze!
KURRRR...DE!!!
Za trzecim razem byłam bystrzejsza - Lucka przycisnęłam kolanem do gleby, jak tylko wślizgnął się pod Freda. Freda upchnęłam w transporterze, zanim Lucek zdołał mi amputować rzepkę...
Żar się z nieba leje, a ze mnie poty numer chyba tysięczny...
Pojechałam. Akompaniament Fredek zapewnił mi nieziemski. Trzeba przyznać, że rozpiętość głosu ma zarąbistą: od głębokiego basu, do sopranu...
- A któż to tak śpiewa? - Zapytał mnie wet na wejściu.
- Fryderyk. Bynajmniej nie Chopin, bo on raczej nie śpiewał. - Odparłam.
Wet łapę obejrzał i od pierwszego, że tak powiem wejrzenia, bez moich zeznań stwierdził:
- Walczył, prawda?
- Jako lew! - Potwierdziłam.
- No właśnie widzę. Ma zmiażdżone tkanki miękkie. Koty, jak się tłuką, to niekoniecznie gryzą się do krwi. To się rzadko zdarza. Zwykle się łapią paszczami i GNIOTĄ, GNIOTĄ, aż do takiego stanu, jak u niego.
- Szkoda, że kłaki nie fruwały - stwierdziłam smętnie.
- No szkoda, bo nie byłoby wtedy takich efektów, jak u niego.

No cóż...
Fred leczenie rozpoczął dokładnie pierwszego sierpnia. Wczoraj wieczorem jego łapina wyglądała tak:

Czyli duuuużo kociej łapy...
Dziś, w drodze do weta, łapa "pękła". W sensie, że wrzód, który wezbrał pod skórą wylał zawartość na zewnątrz...
Oszczędzę Wam szczegółów.
Ale dzięki temu Fredzio zaczął się lekko opierać na tej łapie i od czasu do czasu przejawia chęć do jedzenia!
Idzie ku lepszemu? Taką mam nadzieję. Łapę mam przemywać i wyciskać zawartość. TO nie jest problem.
Gorsze jest to, że weterynarz też człowiek i ma prawo do wypoczynku...
Od jutra wet będzie hulał nad morzem, a ja została obdarowana przez niego pięcioma dawkami antybiotyku.
W strzykawkach!
Biedny Fred! Nie wie, że może być coś gorszego od podróży samochodem :-D
Chociaż nie pierwszy raz będę robiła zastrzyki.
Kiedyś sama siebie musiałam kłuć, kilka razy koty. Ale przecież nie robię tego codziennie i zawodowo!
Tak więc dla przypomnienia dziś przeszłam szybkie szkolenie z podskórnych iniekcji.
Podobno poszło mi świetnie. I mogę zostać asystentką weta od zastrzyków.
Nie wiem, czy ten entuzjazm podziela również Fredek.
Póki co, śpi spokojnie w mięciutkim legowisku i zdrowieje.


Aha! Kota sąsiadów nie widziałam od tamtego ostatniego, lipcowego wieczoru...
Nie to, żebym mu źle życzyła, czy coś. Miły koteł z niego.
Ale swoją drogą, ciekawe, jak on wygląda po starciu z potężną masą rozwścieczonego Fredka ;-)
Sąsiadki nie pytam. Ot tak... Co mam jej tam głowę zawracać ;-)

niedziela, 3 czerwca 2018

Aaaa! Były sobie osły dwa...

Trzeba przyznać, że częstotliwość wpisów na blogu to ja mam iście zabójcze ostatnio!
Jeden na miesiąc, albo i rzadziej...
Nie to, żebym nic nie robiła. No tak się nie da :-D
Tylko jakoś mi pod górkę do pisania. I do robienia zdjęć.
No to dziś trzeba nadrobić. Zwłaszcza, że dziecko moje strasze porobiło zaczepiście piękne zdjęcia temu, co spod szydła mi wyszło.
Powolutku zaczynam lubić szydełko. Ale baaardzo powolutku!
Zanim przystąpię do prezentacji, mały wtręt.
Bajkę o Kubusiu Puchatku zna każdy.
I na pewno każdy wie, że postaci z rzeczonej bajki psychicznie były bardzo nie ten teges...
Krzyś - schizofrenik - gadał z wymyślonymi postaciami i w nie święcie wierzył.
Kubuś - obsesyjne skupienie na miodku.
Królik i jego mania sprzątania - zaburzenia obsesyjno-kompulsywne.
Tygrysek - modelowe ADHD!
Maleństwo - nikogo nie słucha i często kończy się to niebezpiecznymi sytuacjami - ewidentny autyzm.
Mama Kangurzyca - nadopiekuńcza mama z nadmiarem wyobraźni - typowy paranoik.
Sowa - dyslektyk pełnym dziobem!
Prosiaczek - histeryk, tchórz, nerwus. Zaburzenia lękowe jak obszył!
Kłapouchy i jego negatywny stosunek do świata... Toż to ewidentny przykład bardzo głębokiej depresji!

No cóż...

Nigdy nie lubiłam bajki o Stumilowym Lesie. Ale do jednej z postaci miałam zawsze sentyment.
Do której?
Ano do tej:

Ten smętek w oczach...

Te zgarbione plecki i ten ogonek z pozytywnie różową kokardką, byle jak przyczepiony...

Nostalgiczne spojrzenie w siną dal...


No po prostu nie mogłam przejść obojętnie obok tej eskalacji melancholii :-D

Wiedziałam, że u mnie w domu ma szansę  jeśli nie na wyleczenie, to chociaż na wyciszenie deprechy.
I chyba się nie myliłam. Piorunem znalazł kumpla, równie osłowatego jako i on, czyli Lucjusza, kota z piekła rodem:

A potem...
A potem Kłapouchy trafił pod opiekuńcze skrzydełka mojej młodszej córki Anny, czyli często/gęsto upartej jako osiołek, panny wiosen siedemnaście:

Tak więc Kłapouchy znalazł u mnie w domu przynajmniej dwie istoty ( osły!), dzięki którym jego melancholijny paszczor ma szansę uśmiechnąć się od jednego kłapciatego ucha, do drugiego ;-)

Jakiej wielkości jest oślina? 
Nie wiem :-D Spory jest. 
Tu zdjęcie poglądowe z zapalniczką. (Tak, tak! Wiem! Palenie to zuuuooo! Ale ja lubię być zła :-D )


Dane techniczne:
- wzrost - jak na zdjęciu powyżej, czyli około 40 cm. Może więcej. A może mniej :-D
- włóczka - Himalaya Dolphin Baby nr 341 na ciałko (prawie trzy motki), na pyszczek nr 333, wnętrze uszu nr 309, brzuszek 305. 
- grzywka i końcówka ogonka Everyday Bebe 70122 rozczesane rzepem
- szydełko nr 4 ( nie wiem po co się katowałam przy innych zabawkach z tej włóczki szydłem nr 3!)
- wzór darmowy od OliMori

Za przepiękną sesję zdjęciową dziękuję bardzo mojej starszej córce, Joannie :-))))


No więc tego... Szydełko nie jest jednak złem wcielonym... Rozmyślam nad kupnem wzoru od Oli. Na MEGA wielką pszczołę :-D 
Pomyślę... Zobaczymy, co mi z tego myślenia wyjdzie :-D

sobota, 14 października 2017

Zbeszczeszczona narzuta

Mam w domu taką jedną kompletnie zakręconą na punkcie flamingów.
Flamingi wiszą na ścianie, ozdabiają łóżko jako poduchy, są "kejsem" na komórce, opanowały bluzki, swetry, pościel.
Ba! Są nawet spinacze do dokumentów w jedynie słusznym, flamingowym kształcie...
Kto nie wierzy, niech zajrzy na blog mojej starszej, opętanej różowymi ptaszorami córki.
Wieszczę, że w przyszłym roku oczarują ją ananasy, vel kaktusy, vel monstery...

Ad rem...
Mamusia rzeczonej opętanej, czyli mła osobiście jest gadżeciarą patchworkową. Lubi mieć przydasie. Szwendając się po stronach mocno zagranicznych, mamusia znalazła szablony do pikowania.
O te: http://bit.ly/2xutrkg
I mamusia zapałała absolutną żądzą posiadania rzeczonych.
- Chuda! Kup mi plisss!
- A po cholerę?!
- Potrzebę mam wydania kasy!
- Doooobra...
- Ej! Uszyję ci narzutę i wypikuję tymi szablonami. Noooooo?!
- Przecież już mi uszyłaś!
- Na zmianę będziesz miała. Nooooo?!
- Doooobra.

Kupiła. Kasę rzecz jasna zwróciłam dziecku.

Perfidna dość byłam, bo materiały na narzutę w JEDYNIE SŁUSZNE FLAMINGI już miałam, pomysł na uszycie też, ale na pikowanie kompletnie nie. Więc te szablony spadły na mnie po prostu jak manna z niebiesiech :-D

Uszyłam i jest:

Najłatwiejsza rzecz pod słońcem: kwadraty z bawełny flamingowej i trzech, dopasowanych mniej więcej kolorystycznie solidów.
Wyszła fajna, optymistycznie letnia, zimowo cieplutka narzuta na zmarzniętego ludzia.
Skończyłam ją wczoraj. To znaczy zmyłam ślady pisaka, którym odrysowałam wzór szablonów
Zaniosłam właścicielce, która leżała złożona (nomen omen) w chińskie es paskudną i wyjątkowo mocną migreną.
Sądziłam, że narzuta poleży do dnia dzisiejszego na fotelu, czekając na sesję zdjęciową.
Gdzie tam!
Od razu została przejęta i użyta człowiekiem obolałym i kotem śpiącym:

Akceptacja w 200%.
Nie powiem, żebym szczęściem zapłonęła, bo narzuta ZBESZCZESZCZONA przed fotografowaniem... Ale niech tam im będzie, tym dwóm padlinom...

Mimo, że deszczyk sobie beztrosko dziś mżył, wywlokłam drabinę na dwór, wtarabaniłam się na nią wraz z aparatem i pstryknęłam fotę z lotu ptaka.

Bez szału i bez szczegółów wyszła, bo światło było delikatnie mówiąc do doopy :-/

Nagle, znikąd pojawił się mistrz drugiego planu. Pozornie znudzony i zniesmaczony panią starszą na drabinie:

Mistrz, czyli Fryderyk Wielki, poszedł zdecydowanym, męskim krokiem do jednego ze świeżo usypanych kopców kreta, rozkopał go i....
I TYMI BRUDNYMI KOPYTAMI WLAZŁ NA NARZUTĘ!!!

ZBESZCZEŚCIŁ JĄ DRUGI SIERŚCIUCH!
I to jak zbeszcześcił!!!

Ta kocia łajza chyba specjalnie wybrała BIAŁE kwadraty i centralnie po nich się przeleciała, zostawiając przecudnej urody błotniste stempelki w kształcie kocich stóp!

- TY ŁACHUDRO!!! Żebym cię więcej tu nie widziała!  WYNOCHA CHOLERO! WOOOOOON!!! - ryknęłam pełną, nauczycielską, acz wklęsłą piersią.
Ferdek poszedł obrażony, a przypadkowy spacerowicz płci męskiej stanął skamieniały przy ogrodzeniu...
Nie widziałam go wcześniej (tego spacerowicza), więc kontynuując wątek, żeby pana nieco uspokoić, równie głośno wydarłam się znowu:
- Ty brudasie! Ogon ci wyrwę!!! Gołymi rękami!
Zupełnie nie wiem, dlaczego pan wyrwał natychmiast, jakby go złe goniło...
Hmmm... Może niezbyt precyzyjnie się wyraziłam komu ja ten ogon chcę wyrwać?
Nieważne...
Skupiłam się w związku z tym na szczegółach pikowania, nie bacząc na wodę kapiącą odgórnie:


Szablony są śliczne. I do wielokrotnego użytku.
Zabawę miałam naprawdę świetną. Takie kontrolowane pikowanie z wolnej ręki :-)

Ponieważ deszcz zaczął padać bardziej konkretnie, cyknęłam jeszcze tylko jedną fotkę "rozkładowo-ławkową" i czmychnęłam do domu
Dla dociekliwych informacja techniczna: rozmiar 135 cm na 180 cm.
Czyli w sam raz do przykrycia ludzia :-)

Ps: Narzutę wyczyściłam, Fred wrócił do domu. Siedzi obok mnie, mruży oczy i mówi:
- I tak mnie kochasz...

No kocham, kocham. Bo nie mam wyjścia :-D