Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hexagon patchwork. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hexagon patchwork. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 września 2015

Przepis na poduszkę z heksagonów - na podwieczorek

Dziś, na podwieczorek lub na kolację (jeśli ktoś jada ten posiłek), proponuję smakowitą i łatwą w przygotowaniu poduszkę z heksagonów.

Co będzie nam potrzebne?

Trochę wydrukowanych i wyciętych z papieru szablonów i nieco większych od szablonów, kawałków materiałów różnych. Bawełnianych.

Papierowe szablony obszywamy materiałowymi kawałkami:

Następnie zszywamy je ręcznie w dowolnym i chaotycznym kolorystycznie bałaganie. Im więcej składników, tym sałatka będzie lepsza...yyyy... Znaczy poduszka będzie bardziej barwna i smakowita dla oglądaczy i użytkownika.

Skoro ma być podwieczorek z poduszki, proponuję  lekką kanapkę:



Dla pewności dobrze jest ją przepikować, aby nam szyneczka nie zjechała z chlebka posmarowanego masełkiem:




Żeby się wygodniej jadło, dobrze jest przyciąć kanapkę ostrym nożem:


Tak przygotowaną kanapkę trzeba wykończyć. Jakoś.
No to proponuję lamówkę. Przyszywamy ją klasycznie: po prawej stronie na maszynie, po lewej jedynie słuszną metodą, czyli ręcznie.
I w ten oto sposób nasza heksagonowa poduszka na podwieczorek jest gotowa do użycia:


Należy jeszcze tylko znaleźć konsumenta naszej kolorowej potrawy:

Konsument w moim przypadku był równocześnie zamawiającym.

I można brać się za szycie czegoś nowego ;-)


niedziela, 28 czerwca 2015

Wakacyjna nuda

Pierwszy dzień wakacji.
Wymarzony, wyczekany. Odliczałam do niego od kilku ładnych tygodni.
Zaczęłam odliczanie w najgorętszym okresie szkolnym. Czyli pierdylion sprawozdań, podsumowań, obliczeń i ostatecznych rozliczeń bezwzględnie potrzebnych i wymaganych przepisami.
Wyłanianie laureatów w konkursach całorocznych. Szykowanie spersonalizowanych nagród dla dzieci za osiągnięcia różnorakie. O radach pedagogicznych już nie wspominam.
Jako i o przyziemnym szykowaniu  i sprzątaniu biblioteki na czas wakacyjny.
Potem tylko zakończenie roku (u mnie w szkole 4 razy - dużo dzieci, to i sporo zakończeń).
Jeszcze tylko baaardzo nieoficjalne pożegnanie roku szkolnego 2014/2015 na imprezie zamkniętej dla osób z zewnątrz i już.

Można ogłosić wszem i wobec, że nareszcie są WAKACJE!!!
Obudziłam się wczoraj rano po 10 godzinach (tak, tak - dziesięciu) nieprzerwanego snu,  z przemiłą świadomością, że w końcu nigdzie się nie spieszę, nic nie muszę, wszytko mogę!

Czas jest tylko do mojej dyspozycji. I to, co z nim zrobię, to tylko moja sprawa i mojej pomysłowości.
Niespiesznie zwlokłam się z barłogu, równie niespiesznie zjadłam śniadanie i...
I lipa!
Co tu robić?
Brak pomysłów. Wywlokłam się na dwór, na ławkę.
Siadłam kompletnie skapcaniała i zaczynam kombinować:
- Może zrobię to? Eeee... A może tamto! Eeee... O! Albo to! Eeee... Bez sensu.... Poczytam! Eeeee...
NUUUUDAAAA!

Mąż mi się nawinął pod rękę. szmatę miał i nożyce.
- Co robisz?
- Pomidory będę podwiązywał.
- O! To ja też! - w końcu dostrzegłam jakieś światełko w otchłani nudy.
Po 30 minutach było po zawodach...

Klapnęłam na ławkę. No to co by tu porobić?
NUUUDAAA!
- Jesssu! Jak ja się strasznie nudzę! - Pożaliłam się młodej młodszej.
- NARESZCIE! - powiedziała warkoczowa.
- Co nareszcie? Co nareszcie??? Tak nic nie robić? Oszaleć można! Nie umiem się nudzić! Mnie to boli!
- Niech boli. ODPOCZNIJ W KOŃCU!
- Odpoczywam przy pracy.
- To dziś odpoczywaj nudząc się.
- NIE UMIEM!!!
- Oj tam, oj tam! Naucz się.
Zamknęłam się w sobie. Znikąd ratunku, znikąd zrozumienia...


NUUUUDAAAA!!!

No ale coś przecież trzeba robić! Samo siedzenie i nic nierobienie jest dobijające i męczące.
Ale co tu robić?
- Może zrobię to? Eeee... A może tamto! Eeee... O! Albo to! Eeee... Bez sensu.... Poczytam! Eeeee...

I tak właśnie zmitrężyłam i straciłam bezpowrotnie pierwszy dzień wakacji.

Dzień drugi, czyli dzisiejszy zaczęłam od pobudki. Tym razem spałam nieco krócej - dziewięć godzin ciurkiem.

Wstałam jakby bardziej ogarnięta.

Wyniosłam leżaczek na ogrodowe łono, rozciągnęłam zwłoki z niekłamaną przyjemnością i wzięłam się za szycie ręczne.
Stęskniłam się za heksagonami. One za mną też :-D

Trochę ich poprzyszywałam do papierków, a potem zapragnęłam zobaczyć, jak to to wychodzi.

Nieźle. Docelowo ma być 1200. Jest 200. Ale już jest całkiem, całkiem. I nawet mi się taka pstrokacizna podoba.

Ponieważ skończyły mi się póki co materiałki na narzutę heksagonową, wzięłam się za...

No tak dla odmiany - za szycie ręczne :-D

W planach mam uszycie piłki 3D ze wzoru tego ło tu

Dziś powstały tylko dwa kwiatki, ale przecież wakacje dopiero się zaczęły:



Potem, jak już przeorane  do kości igłą palce odmówiły mi współpracy, przeczytałam książkę. Od deski do deski.
No dobra! Chuda była. Tylko 110 stron, więc nie ma czym się chwalić.

Następnie rozłożyłam się w pozie niedbale zadumanej na ławce, gapiąc się bezmyślnie acz z zadowoleniem na panoszącą się wokół zieleń...
Mężu przechodząc obok z lisim uśmieszkiem zapytał leniwą żonę:
- Co jutro będziesz robić?
- Jutro? NIC! - odpowiedziała żona z błogim uśmieszkiem na twarzy nieskalanej myślą głębszą.
- Hehehehe! Już to widzę! - Powiedział mąż.

No pewnie, że nic! Przecież mam WAKACJE! NARESZCIE! :-D

poniedziałek, 1 grudnia 2014

O sobie samym - Around the World Blog Hop

Do zabawy zaprosiła mnie Jola prowadząca blog "Od czasu do czasu".

Celem zabawy jest, aby quilterki z całego świata opowiedziały coś o sobie.

Nie ukrywam, że zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam zaproszenie. Nie czuję się patchworkarą, ani tym bardziej quilterką.
Jestem po prostu taką tam panią, co to czasem pozszywa parę szmatek do kupy i się cieszy, że coś  jej  strawnego spod maszyny wyszło.
Gdzie mi tam do dziewczyn szyjących prawdziwe cuda. Nawet za sto lat nie osiągnę ich biegłości i mistrzostwa.
No ale, skoro podjęłam wyzwanie rzucone przez Jolę, to koniec biczowania - czas przystąpić do ekshibicjonizmu.


1. O sobie samej.

Wzrostu podłego, wagi mikrej. Zwyczajowo i tradycyjnie rozczochrana (nawet jak uczesana). Pyskata. Co w sercu, to na języku. Nie cierpię lizusów i  pochlebców.

No dobra!
W tym punkcie miało być o mojej "karierze robótkarskiej", a nie o meandrach charakteru.
Kiedy zaczęłam robótkować? Hmmm... Miałam wtedy coś kole pięciu, czy sześciu wiosen. Dostałam taki fajny zestaw do haftowania krzyżykami. Jakieś serwetki i chusteczki z nadrukowanym wzorkiem. Do tego tamborek, nici i igła.
Nie konsultując się z nikim, przystąpiłam do działania.
Intuicyjnie można by powiedzieć.
Bo ani Mama, ani Babcia nie haftowały. Znaczy krzyżykami. Bo richelieu, angielski, pełny i płaski opanowany miały do perfekcji.
Co mi wyszło? Wierzch spoko, ale spód pierwszego urobku hafciarskiego wrzeszczał i wył o pomstę do nieba! Kotłowanina nici i supłów.
Skąd tak to dobrze wiem? No bo niedawno, na własnym strychu znalazłam to cudo stworzone własnymi, bardzo nieumiejętnymi  wtedy rękami :-D
Potem nastąpiły lata, w których bardzo sporadycznie bawiłam się robótkami ręcznymi. Ale jednak zawsze gdzieś tam mi się plątały po życiorysie.
A więc, żeby nie przedłużać i nie pisać swojego CV robótkarskiego wyglądało to mniej więcej tak:
haft krzyżykowy, szycie, druty, długa przerwa i znowu krzyżyki. A potem zachłysnęłam się hardangerem. I kocham go dnia dzisiejszego, ale już nie haftuję - oczyska głupie się buntują i nie pozwalają.
Kolejna miłość głęboka i na zawsze to frywolitki. Kocham ich zwiewność i delikatność. I łatwość dziergania.
Decoupage. A jakże! To też mam na swoim koncie. I to wcale niemało.
Potem druty i pierdylion zrobionych kapci, mitenek, chust, czapek i kominów.
W międzyczasie błąkało się szycie zabawek.

A gdzie w tym wszystkim patchwork?
Ano plątał się po życiorysie, jak spocona mrówka po pustyni.
Pisałam o tym tutaj  


Lubię szmatki, lubię je ciąć, lubię czekać na efekt finalny, lubię cieszyć się gotowcem.
Tak więc patchwork, chociaż jest okrutnie wymagający, zagościł na stałe w moim menu robótkowym.


2. Nad czym obecnie pracuję?

Nad paczworem.  
Ramę godną "Bitwy pod Grunwaldem" już ma od pewnego czasu. Czekał na plecki. I się doczekał. Wczoraj kupiłam 4 metry szczęścia, uprałam je w celu zdekatyzowania i czekam aż wyschną, żeby móc je pociąć, zszyć i skanapkować z gotową górą.

Poza tym bawiłam się takimi ło drobiazgami:


To heksagony o powalającej wielkości połowy cala.


Tak wyglądają realnie:


Maluszki urocze :-)


Po zszyciu i przepikowaniu wyglądały tak:


Produktu finalnego nie pokażę za żadne skarby świata, bo wyszedł mi taki zbuk, że aż się zdziwiłam.

Nie załamałam się, tylko wyciągnęłam wnioski na przyszłość. I znowu zacznę zszywać maciupeństwa ze skrzętnie ciułanych ścinków bawełnianych.

Heksagony bardzo mnie wciągnęły.

Z większych kawałków ścinków zszywam takie wielkości jednego cala:


Co z nich będzie? A ja wiem? Się zobaczy. Zapewne kiedyś coś powstanie ;-)
Może kolejny bieżnik? Tym razem większy i zszywany na żywioł? Pożyjemy, zdecydujemy.

Natomiast z całkiem dużych odpadów poprodukcyjnych powstają heksagony trzy calowe, plus gwiazdy:

Wiem co z tego ma być w bliżej nieokreślonej przyszłości: narzuta na podwójne łoże do sypialni.
A kiedy będzie? Jak się uszyje. Ręcznie rzecz jasna. Bo i takież pikowanie przewiduję.

Dla ciekawych fotka zbiorcza heksagonów, tak dla porównania ich wielkości:


Poza tym, dla relaksu, szyję sobie metodą PP takie bloki:

Co z nich powstanie? Chodnik przed łóżko młodej młodszej. Do kompletu z poduszką funkcyjną, o której pisałam  tu (klik!)

3. Czym moje prace różnią się od prac innych quilterek?

Jak to czym? Wszystkim! Choćby tym, że jak wspomniałam na wstępie - nie jestem quilterką.
Ja dopiero nieporadnie raczkuję w tym temacie. Pierwsze kroki stawiałam pod okiem nieocenionej Ani Sławińskiej w jej Szkole Patchworku
I ciągle się uczę. Podglądając innych, wzdychając nad cudami, które atakują mnie ze wszystkich stron. Bardzo często brakuje mi odwagi, żeby tak po prostu skoczyć na główkę, nie sprawdzając przedtem, czy w basenie jest woda.
Chyba jestem zbyt zachowawcza w swych poczynaniach patchworkowych...


4. Dlaczego tworzę to, co tworzę?

Bo lubię rzeczy użyteczne, a nie tylko ozdobne same dla siebie.
Czyli - durnostojki, kurzołapki nie mają u mnie racji bytu. Jak coś zrobię, to pro publico bono.
Ma być używane, eksploatowane i zużywane. Taki właśnie jest według mnie sens patchworkowania i innej sztuki rękodzielniczej.
Poza tym tworzę, bo lubię tworzyć. Bawi mnie to.
I jest odskocznią od codziennej rutyny (praca/dom/zakupy/sprzątanie/pranie/prasowanie/gotowanie).

A, że nie moje prace nie są konkursowe i idealne?
Tak jak powiedziała jedna z patchworkujących dziewczyn:
"Ten patchwork nie ma ratować świata. 
Ma się tylko podobać" 
I tej wersji będę się trzymać! Bo to w zupełności zaspokaja moje ambicje.


5. Jak przebiega mój proces twórczy?

O matko! Jak to brzmi: "proces twórczy"!
Z doskoku, szczerze mówiąc. I głównie w weekendy. Jak już wtarabanię maszynę do szycia na stół w salonie, to musi przynajmniej dwa dni podziałać. Bo w pozostałe dni tygodnia tylko by się nieszczęśnica kurzyła, a ja bym się wkurzała bajzlem po powrocie z pracy, od razu na wejściu. Tak więc proces twórczy u mnie to proces weekendowy.
Planów na szycie mam ssstraszszsznie dużo!  Staram się je jakoś usystematyzować i dostosować do możliwości przerobowych, materiałowych i finansowych. W całkiem konkretnych zamiarach mam parę rzeczy, ale o nich nic nie powiem, bo diabli wiedzą, czy się powiodą. Albo może zostaną wyparte przez inne, jeszcze fajniejsze projekty.


Zaletą wzięcia udziału w zabawie Around the World Blog Hop jest możliwość wyznaczenia do spowiedzi publicznej kolejnej uczestniczki.
Tak więc wywołuję do tablicy Jo Ho.
Warto do niej zajrzeć, bo chociaż bloga prowadzi od września, to  dziewczyna osiągnięcia i prace ma do pozazdroszczenia. Choćby ta, za  zdobycie drugiej nagrody w "Sew Sweet QAL" .

Dotarł ktoś do końca tego ekshibicjonizmu? :-D

niedziela, 2 lutego 2014

Patchwork i ja

Ostatnio dostaję od Was sporo maili z pytaniem o patchwork: jak szyć, jak zacząć i w ogóle czym to się je.
Tak więc zmobilizowałam się i postanowiłam spisać potomnym pod rozwagę jak to ze mną i patchworkiem było. No i jest ;-)

Na wstępie zaznaczam, że to nie jest  poradnik patchworkowy!
Nie mam ani prawa, ani aspiracji, żeby wybijać się na guru w dziedzinie, w której dopiero raczkuję.
Od tego są fachowcy :-)


Kilka ładnych lat temu jako notoryczny ciułacz i zbieracz książek robótkowych, natknęłam się na poradnik pt. "Patchwork krok po kroku".
Kupiłam, poczytałam, pooglądałam obrazki i... stwierdziłam, że to ABSOLUTNIE nie dla mnie!
Ta precyzja w wycinaniu, te masakrastyczne matematyczne obliczenia, ta masa szmat potrzebna do zrobienia najprostszego patchworku. Brrrr!
ABSOLUTNIE NIE!
Książka powędrowała na półkę.

A ja?
A ja wykazałam się niebywałą konsekwencją, ponieważ kolejnym zakupem był nóż krążkowy - właśnie do cięcia szmat patchworkowych.

Minęło kilka lat. Książka kurzem nie zarosła, bo w dość cyklicznych odstępach czasu wyciągałam ją na światło dzienne i przeglądałam. Po to, żeby po raz enty upewnić się, że ta zabawa ABSOLUTNIE nie jest dla mnie.

Pod koniec 2012 roku dostałam info od Ani, że jakoś tak w styczniu/lutym Anna Sławińska organizuje  w Warszawie kurs podstaw szycia patchworku i czy  bym ewentualnie była zainteresowana.
Pewnie, że byłam!
I to bardzo, bo chciałam się już tak całkiem, organoleptycznie przekonać i upewnić, że to ABSOLUTNIE nie dla mnie.
Dość przewrotna motywacja, nieprawdaż? ;-)

Poszłam. I... WSIĄKŁAM! :-DD

Jednak nie taki patchwork w realu straszny, jak na fotkach wygląda.

Tak więc patchworki pokochałam i postanowiłam, że będę się w to bawić tak długo, aż mi się znudzi ;-)
Oczywiście szycia nie zaczęłam od razu od narzut i pledów.
Co to to nie! Aż tak odważna nie jestem. Wolałam poćwiczyć na małych formach typu jaśki czy podkładki.
Dopiero w ostatnich dniach 2013 "wzięło" mnie na większe zabawy.

Teraz będzie subiektywny niezbędnik patchworkary - czyli co dobrze jest mieć, żeby sobie życie ułatwić ;-)



Jak widać na zdjęciu, wiele gadżetów nie posiadam, ale to co mam jest mi absolutnie niezbędne i smutno by mi było, jakbym musiała kombinować centymetrem, kredą krawiecką i nożycami.

Zacznijmy od wspomnianego wyżej noża.
Tnie się nim szybko, lekko i wygodnie.
Ale żeby nim móc ciąć, dobrze jest posiadać matę samoregenerującą. Miałam malutką, taką A4 do decoupag'u, ale nie zdawała egzaminu.
Kupiłam  dużą (nie największą, rzecz jasna :-D ), wygodną i dwustronną - z jednej strony jest centymetrowa, z drugiej calowa.
Ponieważ apetyt rośnie w miarę jedzenia, marzy mi się mata obrotowa. Idealna do przycinania takich niedużych elementów jak ten na zdjęciu powyżej. Póki co zostanie sobie w sferze "błękitnych migdałów" ;-)

No i linijka. Też typowa patchworkowa, z grubego plastiku. I również, co dla mnie jest ważne, z centymetrową podziałką.
Można dyskutować, czy lepsza jest linijka plastikowa, czy metalowa. Obie są "nożoodporne", ale metalowa jest o tyle gorsza, że przy nieumiejętnym cięciu, konieczna będzie wymiana ostrza naszego noża ;-)
Drewnianych zdecydowanie nie polecam - zabiłam taką półmetrówkę jednym, zdecydowanym ruchem ręki ;-))

Co jeszcze przydatne jest przy szyciu patchworków?
No myślę, że szmaty ;-D
Zdobywane we własnych szafach, strychach, sh i innych gałganoodajnych miejscach.

A maszyna do szycia?
Może być, ale nie musi :-D
Wszak kiedyś patchworki szyto ręcznie.
Kiedyś i teraz w sumie też można tak się bawić.
Na przykład heksagonami:


To bieżniczek, nieduży, ot taki na próbę. Długość boku heksagonu w tym bieżniczku to 1cal.
Żeby sprawdzić, czy ręcznie szyte patchworki mnie nie przerastają.
Nie przerastają.
To fajna zabawa dostępna dla każdego. Nie potrzeba do niej mat, noży i linijek.
Wystarczą: nici, nożyczki, kawałki materiałów i trochę cierpliwości.

Co teraz? Teraz równolegle powstają trzy narzuty.
Fragmencik pierwszej widać na zdjęciu z matą i nożem.
Druga - ręcznie od A do Z.
Trzecia - z tycich kawałeczków pozostałych po cięciu tych dwóch pierwszych.

Kiedy je skończę?
Nieprędko.
Ale czy mi się gdzieś spieszy?
Raczej nie. Tym bardziej, że pośpiech jest wskazany przy łapaniu pcheł, a nie przy tworzeniu patchworków ;-)