Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biżuteria różna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biżuteria różna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 sierpnia 2014

To jest ostatni mój wpis...

Tak, tak! To ostatni  mój wpis robótkowy!
Piszę tego posta mając w jednej ręce odbezpieczony granat, w drugiej bazukę. Dla pewności w zębach trzymam siekierę!

A więc może najpierw robótki (OSTATNIE W MOIM ŻYCIU!).
Chronologicznie to było mniej więcej tak.
Jak uszyłam tą narzutę   , to zostało mi kilka pasów. No to je pozszywałam i mam poduchę  do kompletu:


Z cięcia ogólnego też było trochę ścinków, więc wykorzystałam je do zrobienia kolczyków:


Potem czas mi ktoś bezczelnie ukradł i nie miałam czasu na nic.

Jak wiadomo moim wiernym Czytelnikom, moja Ania skończyła w tym roku podstawówkę. Na zakończenie edukacji w tejże placówce, wszyscy nauczyciele uczący dostali drobne, słodkie upominki.
Aby się nie pomyliło, kto już dostał, a kto nie, trzeba było zrobić coś na kształt wizytówek.
Zupełnie nie rozumiem, dlaczego zostałyśmy w to ubrane razem z Anią.
Całe sześć lat jakoś się wymykałam, a tu na zakończenie BUM! Rób babo wizytówki.
No to baby dwie usiadły i machnęły takie ło:

Te bez nazwisk były zapasowe (się przydały). Ku mojemu zdziwieniu, te pożal się Boże "scrapy" podobno ogromnie się podobały, Że niby oryginalne, wysmakowane i takie "łojezułojezutakichjeszczenieniewidziałam/łemjakieśliczne!" Dobra! O gustach się nie dyskutuje!

Zaczęły się wakacje. Czyli teoretycznie czas laby, lenistwa i ogólnej degrengolady czasowej.
Jassssne! TEORETYCZNIE! 
Na róbótki to ja mam czas zimą. W pozostałe pory roku jakoś okropnie i bardzo niekoniecznie.

Ale ciągnie wilka do lasu...
Z dżinsowych przygód pozostało mi trochę szwów bocznych. Z jednego takiego szwu zrobiłam bransoletkę:
Jak widać na załączonym obrazku: pierdylion ręcznie, pojedynczo naszytych koraliczków, zalegających bez potrzeby i kawałek ścinka dają efekt całkiem, całkiem.
Pragnę zwrócić uwagę oglądaczom, że prezentacja fragmentu dłoni mej szlachetnej wraz z najnowszą biżuterią odbywa się na tle wspomnianej wcześniej narzuty.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o robótki w moim życiu doczesnym!
 Aktualnie i w tej chwili szlag mnie trafia i za chwilę zacznę popierdzielać po suficie! Chrzanić grawitację!
Czas mi się pojawił! A że parcie miałam mocno silne na szycie, wyciągnęłam ja sierota maszynę swą o wdzięcznym imieniu Zofia i postanowiłam stworzyć uszytka. Chodził za mną i wył nieludzkim głosem.
Olewałam gada, bo wolałam zająć się bardziej przyziemnymi sprawami typu przetwory-potwory, sprzątanie na zapas, pucowanie okien na błysk i ogarnianie ogólne hangaru. A jak już NIC nie musiałam, to wolałam zalegnąć wraz z córkami osobistymi na materacu, w basenie, we własnym ogrodzie i korzystać z dobrodziejstwa mokrej wody :-D

NO więc! Uszytek hipotetyczny nie odpuszczał i dziś mnie przyparł do muru.
I zaczęłam mierzyć, przymierzać i ciąć. A potem zasiadłam do maszyny...
Początkowo szło lajtowo i piorunująco szybko. 
A potem? 
Potem to szkoda gadać!!!
Szuja (Zofia) się znarowiła i odmówiła współpracy! Tak totalnie! 
Najpierw, zamiast zygzakiem zaczęła szyć własnym, stworzonym na potrzebę chwili, ściegiem. Zdębiałam! Takiego zygzaka nawet ćpun na haju by nie wymyślił! Rozkręciłam maszynerię, wyczyściłam (nie było z czego) i pokombinowałam z napięciami nici górnej i dolnej. Chociaż i tak wiedziałam, że to bez sensu, bo jest tak, jak powinno być.
BEZ ZMIAN! 
Dlaczego mnie to nie zdziwiło...
Pogodziłam się z  tym zygzakiem "autorskim" mojej kretynki, rozgrzeszając się tym, że i tak tego nie będzie widać. 
Nastąpiło szycie proste. Do przyszycia 6 (sześć!) prostych i niedużych elementów.
Lajcik na max 10 minut zabawy przy maszynie.
TAAAAA! Przy maszynie do szycia, to może tak, ale tym własnym badziewiem szyłam 2,5 (dwa i pół!) elementu 40 minut! Rwanie nici górnej, plątanie dolnej, zablokowanie całości uszytka w maszynie to główne działanie chińskiego łucznika. Huk podzespołów był tylko miłym i tylko lekko wkurzającym dodatkiem... Spociłam się jak mysz przy porodzie jeża i zdecydowałam, że mam dość!
Znowu rozkręciłam to dziwne coś, naoliwiłam (nie wiem po kij!) i spróbowałam jeszcze raz...

AAAAAAAAA!!!!!! 

KONIEC!!!! DEFINITYWNIE!!! KONIEC SZYCIA I ŻYCIA!!!!

Zgrzyta, stuka, nici rwie i plącze! Nic na nią nie działa!

Tylko mi nie piszcie co mam se wyregulować i podkręcić, bo wiem co mogłabym i co zrobiłam, tylko że NIC nie działa na tę wredną Chinkę!!!


Co za szmelc! Już jej zapowiedziałam, że za miesiąc wylatuje z domu! Dzwonię do firmy odbierającej śmiecie gabarytowe i baj baj!
NOGA ----> DUPA ----> BRAMA!  
Zostaję więc z rozpoczętym uszytkiem, planami w głowie i perspektywą szycia ręcznego!

No chyba, że znajdę fundatora-sponsora mogącego lekką ręką podarować mi tak cirkaebałt cztery tysiące na nową maszynę (dedykowaną paczłorkom, jak coś ;) ). 

Póki co zgrzytam zębami, wrzeszczę wniebogłosy i stwarzam ogólne zagrożenie dla otoczenia!
Ania uciekła do siebie, mąż się oflagował i zamknął w pokoju, Aś zabrała Lucka i siedzą we dwójkę, jedząc lody, Fred dyskretnie prysnął na dwór!

A ja muszę kogoś zatłuc! Komuś nakopać!
MUSZĘ, BO SIĘ UDUSZĘĘĘĘĘĘ!!!!

Następnych uszytków nie będzie! Poducha z tego wpisu jest ostatnia! O!
Wrrrrr!
Bez kija nie podchodzić, bo tętnicę podgryzę!
Idę pobiegać po ścianach via dach! 

sobota, 28 września 2013

FilcAta

Już wspominałam drzewiej, mam prowadzić, a właściwie - już prowadzę kółko robótkowe dla chętnych dzieci z mojej szkoły.
Jak do tego doszło?
Całkiem zwyczajnie i nie ma co się wdawać w szczegóły ;-)
Dość powiedzieć, że mój pomysł i plany zostały zaakceptowane i dostałam na rozruch wspomożenie finansowe ;-)
Na początek wymyśliłam "Filcowy zawrót głowy" (tytuł książki, z której podebrałam kilka pomysłów, ale o tym niżej).
Filc, zwłaszcza ten gotowy, w arkuszach jest szalenie przyjaznym materiałem dla początkujących i dla dzieciaków. Nie wymaga jakiś specjalnych obróbek i starań, a i tak zawsze coś fajnego wyjdzie :-)
Z tego założenia wyszłam i chyba dobrze wymyśliłam.
Bo zanim zaczniemy coś poważniejszego, najpierw trzeba zabrać się za proste i łatwe drobiazgi.
Na pierwszy ogień poszły kocie zakładki. O nich później.
Kolejne zajęcia mamy już zaplanowane na kilka tygodni do przodu.
Ale plany, to nie tylko smarowanie na papierze założeń i przewidywań. To muszą być konkretne konkrety ;-)
Dzieciaki muszą ZOBACZYĆ, żeby WIEDZIEĆ :-)
No to pani Monika wzięła i naszykowała takie ło różne różności dla swoich mróweczek pracowitych:
Sówki breloczki:
                                     


Motylki - również breloczki:
dziewczyny orzekły, że łysy ten motylek i one pomyślą jak mu zrobić włoski, albo czułki - i dobrze! O to chodzi! Niech kombinują! Ja daję bazę, a one mogą i powinny same coś dodatkowego wymyślać ;-)

Kolejne plany to broszki:
                                        

                                        

Oraz pierścionki
                                            


Mimo, że panie kółczanki mam w wieku dojrzałym i bardzo dorosłym (piąta klasa!), to jednak sentyment do laleczek gdzieś tam tkwi...
I dlatego też powstaną takie laleczki-zawieszki:
                                                    


No! To mamy z głowy październik ;-)
A potem czas będzie pomyśleć o świętach :-D
Póki co jednak, pokażę Wam zakładki zrobione przez trzy robótkary:


Zdolne moje dziewczyny, no nie?? :-)))

Ps: pomysły na sówki, motylki i broszki ze wspomnianej na początku wpisu książki, lala pochodzi stąd.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Wypl-ATA-nki

Jakoś mnie tak nosiło i cierpiałam na syndrom pustych rąk.
Znaczy po zrobieniu chusty z poprzedniego wpisu.
Tak się trochę miotałam: uszyć coś? na druty wrzucić kolejny udzierg? może zrobić szydełkiem takie jedno, co mnie kusi? a może wyciągnąć koraliki i machnąć następny lariat?
Tak... Lariat! Dobrze się to robi, bezmyślnie, ręce na długo (nomen omen) mają zajęcie!
Więc sięgnęłam po pudło z koralikami (jedno z czterech!).
A w tymże, na samym wierzchu leżały sobie schematy różnych naszyjników wydrukowanych z pewnej strony...
I co?
Noooooo.... Lariaty i takie tam inne ukośniki poszły sobie chwilowo w odstawkę.
Bo te schematy zakrzyknęły na mój widok gromkim głosem: MAMO!
Nie mogłam im odmówić.
No bo jak miałam się oprzeć??
Ja słabo asertywna jestem ;-)
Więc wyciagnęłam pozostałe trzy pudła i pogrążyłam się w wybieraniu i dobieraniu...

I efekt jest taki, że wyplotłam najpierw takie coś:
                                    


A potem takie inne coś
                                      

Teraz wyplatam trzeci naszyjnik, ale...
Chyba go spruję, bo jakoś mi tak nie bardzo się komponuje...
Młoda młodsza twierdzi, że marudzę, ale ja tam swoje wiem - jak nie jestem do końca przekonana, to wolę zacząć od nowa, niż potem zgrzytać zębami ;-)
A kolejne wyplatanki czekają cierpliwie, popiskując: no zrób nas! no zrób!
No zrobię :-DDD
Tylko czy warto? Jak sądzicie?

wtorek, 11 grudnia 2012

Długi niefinansowe

Znacie ten stary przesąd, że do Wigilii trzeba mieć spłacone wszystkie długi, bo jak nie, to przejdą na następny rok i narobią nowych?
Tak, tak! Do Wigilii, nie do Nowego Roku!
Ja znam i na wszelki wypadek wierzę!
Nie będę sprawdzać słuszności, bądź omylności powyższego stwierdzenia na własnej skórze
I dlatego, na wszelki wypadek, rozliczam się z pierwszej części zaległości, czyli "długów" blogowych.

Zdjęciowo będzie.
Na początek naszyjniki "młynkowe"
                                              

                                              


                                              

                                              


Powyższe to  plagiaty o stąd (klik).
A może użyć niewinnego słówka INSPIRACJA?
E tam! Nadużywane jest zdecydowanie na wielu blogach.
Plagiat i już :-D

Dalej. Też naszyjniki, ale nie plagiatowe, tylko moje ;-)
                                               




                                                


                                                 


                                                 

Wiem, wiem! Już były. Ale nie w tych kolorach :-D

Kolczyki w hurcie:

                                                 


I "zezulce" ;-D
                                  

To tyle zaległości na dziś.
Część kolejna wkrótce.
A czy Wy na pewno macie spłacone WSZYSTKIE długi?
Nie mówię tylko o tych finansowych, ale i o innych: przysłowiowa szklanka cukru od sąsiada,  dług wdzięczności, niespełnione obietnice, pożyczona, ale niezwrócona książka...
 Jak tam u Was to wygląda? ;-D

sobota, 8 grudnia 2012

Przegląd tygodnia


Na szybko dziś.  Zaległości dalej są, ale żeby ich nie pogłębiać, zmobilizowałam się i 
wrzucam fotki z ostatnich moich dokonań.
Czyli przegląd tygodnia. 
Będzie odwrotnie,czyli najpierw od najnowszego do najstarszego wytworu rąk mych zdolnych.

Dziś z drutów spadł kolejny szal boa.
                                    
Tym razem inna włóczka, taka jakby bandażowa ;-)
Długość  całkiem, całkiem - 220 cm. Można się nim  zupełnie przyzwoicie omotać, a nie tylko zawiązać węzęł gordyjski na szyi ;-D

Szal tęczowy:
                                
Krótki, tylko 150 cm. Aniusiowy :-)
Taka długość dla mojej chudzinki jest idealna :-)

I szybciutkie w wykonaniu bransoletki:
                             
Jedna się nie doczekała sesji, bo Chude dziecko dostało i nie dało matce szans na focenie:-D
Inną razą. Cała była zieloniutka i zaopatrzona w kocią zawieszkę :-)


To tyle na dziś.
Reszta zajefajnych artefaktów czeka w aparacie w charakterze surowych zdjęć na przypływ mojej kolejnej weny do "obróbki".
A jakie to artefakty?
Świąteczne! No bo jakie by mogły być o tej porze roku ;-)

sobota, 1 września 2012

Chusta dla... :-))

Ponieważ wczoraj był ostatni dzień akcji "Chusta dla...?" , dziś miałam niewątpliwą przyjemność i mogłam już wylosować zwycięzców.

A więc.

Najpierw nagroda niespodzianka dla osoby blogującej.
 Tak, jak pisałam, jest to drobiazg. A właściwie kilka drobiażdżków.
Mam nadzieję, że spodobają się nagrodzonej.









A jest nią...

Na nagrody zbytnio nie liczę, ale w akcji udział wezmę. Nikt nie chce mojej krwi, to chociaż tak pomogę :)) Powodzenia!!

Aniu! Dziękuję za odzew i wzięcie udziału w mojej akcji blogowej :-)



A teraz clou, czyli chusta dla....


Kto wygrał???






















ELBLĄG!
Cieszę się ogromnie, że to właśnie tam powędruje chusta, bo tylko jeden raz zdarzyło się podwójne oddanie krwi na Agnieszkę przez tę samą osobę :-)
Widać, nawet los to wyczuł i odpowiednio pomieszał moją łapką w pociętych papierkach  ;-))


Anię i Elbląg (Agnieszkę i jej męża) poproszę o adresy naziemne na mojego zwykłego maila:
nika_002@tlen.pl


Bardzo dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w akcji. Dobrze jest wiedzieć, że są na świecie ludzie, którym nie jest obojętny los drugiego człowieka :-)

UPDATE!!!
Zapomniałam! I biję się w co popadnie!
Do nagrody głównej jest druga nagroda główna!
Przepiękny naszyjnik zrobiony przez Kobietę o wielkim sercu, czyli Sylwię!

sobota, 4 sierpnia 2012

Normalnie i zwyczajnie

Jak w tytule.
Bez wodotrysków,  wygłupów i nadmiernej elokwencji.
Czyli stonowany post robótkowy.
Najsamprzód zacznę od zaległości.

Otóż 01.06 wygrałam ja candy u Tysi.

 

Chętnych hohohoho, a może i więcej, ale szczęscie uśmiechnęło się do mnie.
Do zdobycia była... czesanka.

Czemu się zapisałam, chociaż nie umiem prząść?
A bo ja wiem? To znaczy wiem - kolory mnie oszołomiły! I pozbawiły możliwości logicznego rozumowania.
No i los zagrał mi na nosie i powiedział:
- A masz, babo pazerna! I co teraz z tym zrobisz??
Baba oniemiała ze szczęścia. Baba, a właściwie jej wygrana, stała się przedmiotem zazdrości innych bab.

Ale baba Ata miała też lekką zagwozdkę, bo jak wspomniałam, nie umie prząść...
Więc napisała do Tysi z pytaniem, czy w zamian za cokolwiek zgodzi się jej przekształcić czesankę na coś zdatnego do dziergania.
Tysia się zgodziła!
I mam!! Tralalalala!
To MOJE CUDO!!! Singielek - 110 g, 513 metrów :-)))

                                   
 Zdjęcie rąbnęłam z jej blogu - mam nadzieję, że mi wybaczy :-)


Tysia bardzo skromnie poprosiła o chlebaczek w konkretnych kolorach.
Uszyłam, wysłałam i już dotarł.
I zdaje się, że się podoba :-)
O taki jest:
                               
Ale gdzie mu tam do mojej wełenki!!


Justynko - bardzo, bardzo Ci dziękuję!
Jak Ci  już pisałam - już wiem co zrobię z tej wełny. I również zgodnie z obietnicą - będzie oczywiście na blogu :-)
No bo jakby inaczej mogłoby być!
A ja wyciągnęłam wnioski z tej wygranej...
Sądzicie, że nie będę się zapisywać na czesanki?
A guzik!
Będę! Bo mam zamiar się nauczyć prząść! Bo ta wygrana, to był znak Odgórny, że czas na poznanie Nowego! O!!




Słabo niektórym z Was po tym wyznaniu?
To biegiem do Garkotłuka!
Nowy przepis czeka.
Na placki z cukinii :-)
                                 




Zanim  jednak rozgryzę kolejny stopień wtajemniczenia robótkowego, robię sobie w ramach odmóżdżenia prościutkie biżutki.
Takie tam bransoletki.
                                   


                                   


                                   
 


                                  


I ta sama z fotki wyżej, tylko w innym ujęciu:
                                   

O! Właśnie uświadomiłam sobie, że w uszach dyndają mi równie nieskomplikowane kolczyki, ale nie doczekały się zdjęć.
Trudno - inną razą ;-)


Na Hel pojechało ze mną trochę artefaktów robótkowych. Jeden rozgrzebany wieki temu i ineskończony, dwa inne w planach i zamiarach.


Te w zamiarach wyglądają tak:
- jeden szal "pianka morska" zaczęty, nieskończony (nie mam do niego weny i zapału) - Sylwia pewnie prędzej zacznie (bo ma zamiar) i skończy, niż ja.
- druga robótka - chusta - zaczęta, ale spruta po powrocie, bo mi się wizja zmieniła i już na drutach wykańcza się zupełnie inna (mnie zachwyca!).
 No i ta rozgrzebana sprzed wieków.
SKOŃCZYŁAM!!!
Cóż to jest?
Szalik. A właściwie równik!
Dla Joanny. W roli modelki - ugotowana Ania :-D

                           


Dane techniczne: szerokość 27 cm. długość 280 cm. Tak, tak! Prawie trzy metry! Chuda lubi długie otulacze :-)
                                             
Włoczka: Magic Fine, kolor 541, zużycie 3 motki. 


A technika? Broomstick.
                                  
Bardzo fajnie się dziergało. Tylko dłuuuuugo! Jakby nie było prawie trzy metry :-DD



No to tyle na dziś :-)

sobota, 9 czerwca 2012

Szybko, krótko, bezboleśnie

Dziś z braku czasu nie będę się rozpisywać jak szalona, więc będzie krótko i na temat.
Poza tym, że wpadam tu w celu naskrobania kolejnego posta, coś tam cyklicznie dłubałam.
Nie powiem, że sztuka dla sztuki, bo byłby to hipokryzją z mojej strony.
Otóż szykowałam się na jutrzejszy kiermasz na Ursynowie.
Po za rzeczami już Wam znanymi i powtarzanymi przeze mnie jak mantra w buddyzmie, machnęłam trochę zapomnianych już pierdołek.
Część z moich czytelniczek z dłuższym stażem pamięta zapewne króliczki, które szyłam seego czasu w ilościach hurtowych i szalonych.
No więc i one zagoszczą jutro na kiermaszu

                                     



Jako pożeracz książek ciągle cierpię na deficyt zakładek.
Żyją po prostu własnym życiem i "wychodzą" sobie nie kontrolowane gdzie chcą i nie wracają...
Tak więc zakładek nigdy za wiele.
Ta są zwykłe i normalne, żeby nie powiedzieć grzeczne, czyli z zastosowaniem frywolitek:

                                         


I mniej zwyczajne, czyli dla miłośników kotów:




 Miłośniczki biżuterii też coś znajdą dla siebie.
Troszkę kolczyków frywolnych:
      


I cieszące się niesłabnącym zainteresowaniem "druciaki:
Poza tym będą inne rzeczy.
Między innymi COŚ, co pokażę w kolejnym poście, bo jestem z tego CZEGOŚ bardzo zadowolona i zasługuje to COŚ na osobny wpis ;-)
Tak więc: jeśli komuś jutro się będzie nudziło, nie będzie mieć planów niedzielno-rodzinnych, to zapraszam na ul. Wiolinową 2A przed "Cafe Roskosz". Będę tam od godziny 10:00 :-)

No to było jak w tytule ;-)

niedziela, 25 marca 2012

Zaległości, czyli różności

Zaległości robótkowych zebrało mi się huk!
Więc dziś postanowiłam uporać się z tymi ogonami i wyprowadzić blog na prostą (przynajmniej jeśli chodzi o robótki ;-))
Ponieważ będzie sporo zdjęć, więc żeby cierpliwi oglądacze i czytacze nie opadli z sił serwuję przekąskę tropikalną i jadalną ;-)

Pomysł podpatrzyłam gdzieś w necie.

No to zaczynamy!
Chronologicznie nie będzie. Raczej tematycznie, żeby było logicznie.
Jakiś czas temu wzięłam udział w candy u Weroniki.
Głównej nagrody nie wygrałam, ale dostałam nagrodę pocieszenia.
Kolczyki są śliczne, delikatne i w przepięknym, fioletowym kolorze.
Weroniko - bardzo, bardzo Ci dziękuję!

Ja sama od dość dawna przymierzałam się do "kulkowania", ale jakoś się tego bałam...
Dopiero wygrana u Weroniki spowodowała u mnie przypływ niezrozumiałej odwagi.
Wszak mając w rękach doskonałość, trudno zdecydować się na nieśmiałe kopiowanie ;-)
Ale...
Ale jednak złapałam byka za rogi i zrobiłam wg jej kursu swoją pierwszą kulkę:


Uplotłam ją z koralików toho 8/00, tak więc wyszła mi kulka masowego rażenia - ciężka i sporawa. Kolczyków z tego rozmiaru raczej nie polecam.
Wykorzystam ją niewątpliwie np. jako zawieszkę.

Tak więc następne kuleczki z robiłam z koralików no name, ale przynajmniej malutkich :-D

Nie są jak widać idealne i doskonałe, ale przynajmniej wiem, czym to się je i kolejne były już ładniejsze i dokładniejsze.

A ponieważ wyciągnęłam na światło dzienne pudło z koralikami, wydłubałam kilka bransoletek peyotowo-szydełkowych:
Toho 8/00, sekwencja 3a1b na 6 w okrążeniu - (wzór od Weroniki)

To ewidentny plagiat bransoletki autorstwa Weroniki ;-)
Koraliki toho 8/00 Silver Lined Cristal i Perm. Finish Galvaniseed : 1a1b1a2b
Kiedy nawlekałam koraliki na tę bransoletkę, miotały mną sprzeczne uczucia, bo srebro ze złotem jakoś mi nie pasiło...
Ale jak już zaczęłam dziergać, to wpadłam w zachwyt :-D
A potem w rozpacz, bo nigdzie nie mogłam kupić złotych końcówek! A na gwałt potrzebne mi były!
Ale się udało jak widać!
W sklepie u Jolinki :-)
Oczywiście kupiłam nie tylko końcówki.
Wszak koralików obojętnie minąć nie mogę!
I tak oto weszłam w posiadanie benzynek, które przeplotłam z czarnymi, matowymi
Sekwencja taka sama jak przy złoto-srebrnej, a koraliki to oczywiście toho 8/00 Opaque Frostet Jet i Trans Rainbow Smoky Topaz.

Kupiłam również koraliki 11/00
Oj gorzej się z nich robi...
W sensie, że wolniej przybywa, ale efekt jest jakby subtelniejszy.


Połączyłam w tej bransoletce ósemki z jedenastkami:
Silver Lined Lime Green 11/00
Trans Rainbow Lemon 8/00
Tu zastosowałam najprostszą metodę, czyli 2a1b2a.

Aktualnie dziergam kolejną rwącą oko zieloność, również z jedenastek, ale w okrążeniu będzie ich 10.

Na zakończenie "peyotów" fotka grupowa:

Ale to nie koniec moich działań.
Jakiś czas temu byłyśmy z Anią na Międzynarodowej Giełdzie Minerałów i biżuterii.
Przemilczę, jak się zbłaźniłam w oczach dziecka własnego zadając jej co najmniej dziwne (wg niej) pytania. No i jak ja w ogóle mogłam nie wiedzieć, że to co określiłam mianem ekstra buły z kamyczkami, to była geoda z ametystami...
Nieważne!
Ważne było co innego.
Otóż można tam było kupować (niestety!!)
Tak więc kupiłam...
Głównie agaty. Zdumiała mnie ich ilość i kolorystyka!
Nie mogłam zostawić ich tak po prostu!
I w ten oto sposób powstałt broszki i zawieszki.
Było ich dużo więcej, ale na dzień dzisiejszy "ocalało" tylko tyle:


Kupiłam też takie jakieś fajne fioletowe kamyczki. Nie wiem co to jest i moje przemądrzałe dziecko też nie jest w stanie udzielić matce sensownej odpowiedzi. Tanie nie były...
Nieważne co to, ważne że fajny komplecik powstał:

Powoli zbliżamy się do końca...
Gdzieś tam w międzyczasie powstwały ażurowe szale.
Ale zdjecie zrobiłam tylko jednemu, bo... miał inny kolor ;-D
Dane techniczne: ALIZE BD Angora Gold, kolor 3050, druty nr 6. Zużycie 10 dag, 550m. Rozmiar po zblokowaniu 180cm x 65 cm.

Już prawie koniec... ;-)

Chusta. Zrobiona na bazie chusty Frasi

Cieplutka, przytulniutka i mięciutka :-))
Yarn Art MAGIC, 100% wełny, kolor 122, druty nr 5. Rozmiar 150cm.
I świetnie rozkładają się kolorki:


Jak się dzierga, to resztki włóczek zostają, czyż nie?
Wyrzucić żal...
No to się robi puchate broszki :-D

Uff! Tyle na dziś!
Idę działać dalej!