Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skansen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skansen. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 lipca 2013

Sierpc - skansen za szkłem ;-)

Ponieważ są wakacje, ponieważ jest piękna pogoda, ponieważ lubimy się szwendać tu i ówdzie, ponieważ uwielbiamy skanseny, wybrałyśmy się dziś z Anią do skansenu w Sierpcu.
Planowałyśmy tę wycieczkę już od paru miesięcy. Właśnie na dziś, bo w pierwszą niedzielę lipca, rok rocznie, odbywa się tam impreza plenerowa pt: "Miodobranie w skansenie".
Najpierw ruszyłyśmy na zwiedzanie.

Oczarował nas ten dworek:

Ania jak go zobaczyła, to wykrzyknęła:
- Jak z "Pana Tadeusza"!

Wg. mnie bardziej z "Rodziny Połanieckich", albo "Nocy i dni" (przez ten stawik z drugiej strony), ale nie będę się czepiać ;-)



A potem ruszyłyśmy dalej.


Na miodobranie!



Jak wiadomo - miód smakuje najlepiej na świeżym chlebku z prawdziwym masełkiem


Najlepiej własnoręcznie ubitym ;-)


Żeby móc skosztować miodu (na chlebku z masełkiem), trzeba go najpierw rąbnąć pszczołom:



Pszczoły, jako egzemplarze pokazowe nie tylko robiły za modelki, ale  też intensywnie dalej pracowały jak...  pszczółki:




Kiedy już miód został odwirowany, można go było skosztować:



Ku naszemu zaskoczeniu, zostałyśmy poczęstowane takim czymś:


Wiecie co to jest?
To kawałki plastrów miodu. Takie nieodwirowane.
Nigdy w życiu tego nie jadłyśmy, więc zostałyśmy poinstruowane przez żonę pana pszczelarza, że to się najpierw wysysa z miodku, a potem żuje się jak gumę :-D
PYCHA to było! Niby miód wielokwiatowy, ale smak zdecydowanie bardziej konkretny, ostrzejszy i taki krótko mówiąc - inny :-))

Po jedzeniu słodkości, dodam - słodkości mocno płynnych - się człowiek trochę lepi...
Więc trzeba zrobić pranie:



A potem prasowanie :-D




Jak już dzielna gospodyni ze wszystkim się obrobi, to może sobie powycinać... firanki :-D

Tak, tak!
To nie haft, tylko wycięta z papieru firanka :-)



A tak wygląda inny model już na oknie:

Zdjęcie trochę słabe, bo musiałam pstrykać przez szybę, na zewnątrz.
Dlaczego tak?

No cóż...
Ten skansen jest wg mnie dziwny...
Takie bardziej muzeum. W dotychczas odwiedzonych przeze mnie skansenach (a było tego multum) nie było żadnych ograniczeń jeśli chodzi o wchodzenie do chałup. A tu niby się wchodzi do przedsionka, ale dalej patrzeć można tylko przez szybkę. Znaczy przez szklane drzwi! Nawet panie, które siedziały w izbach i  teoretycznie coś tam miały pokazywać, były  zamknięte i rozmawiały ze zwiedzającymi odizolowane od ludzi jak farmaceutki w aptece :-/
)
Co kraj to obyczaj(?).


Dobrze, że ścieżka przyrodnicza była ogólnie dostępna i można było korzystać z jej wyposażenia bezpośrednio, a nie tylko liżąc przez szkło  ;-)


To, przy czym stoi Ania, to takie jakby "klocki".  Trzeba dopasować do siebie drzewo, jego liście i korę - fajna zabawa!
Takich atrakcji przyrodniczych było więcej, ale zmachana całym dniem biegania po skansenie matka już skapitulowała i nie robiła zdjęć :-D

Obwisła natomiast artystycznie (i romantycznie w jej mniemaniu) na mostku:



Po czym zapakowała uszczęśliwioną małolatę do samochodu i wróciła na zad 140 km do domu.

Tak więc: ja tam byłam, miód i wino piłam, a co zapamiętałam, to Wam opisałam ;-)

sobota, 8 września 2012

Pierogowe róże i kołyska killer

Tradycyjnie ostrzegam: zdjęć będzie niemało!


Od czego tu by zacząć...
Może od rzeczy oczywistej, czyli od Europejskich Dni Dziedzictwa.
W ramach obchodów, czy jak tam to zwał, dziś w skansenie w Maurzycach był tzw. "dzień otwarty".
Czyli wszystkie kursy, chałupy i atrakcje za free!
Czekałyśmy na ten dzień razem z Anią już od hohohoho, a może i dłużej ;-D
 I się doczekałyśmy!
Okazją do takich dość hucznych obchodów była promocja książki-albumu: "Skansen w Maurzycach".
Oczywiście MAMY JĄ!! ;-DD
 
Jakby inaczej :-)

"Łobiedwie" ostrzyłyśmy sobie ząbale na różnorakie warsztaty, których dziś było od metra!
Ja czekałam przede wszystkim na gręplowanie i tkactwo. Jakoś tak koniecznie musiałam zobaczyć, spróbować i powąchać....
Ania również ekscytowała się gręplowaniem, ale tkactwo traktowała niechętnie i z góry, bo już próbowała i stwierdziła, że to NUDA i UPIERDLIWOŚĆ!!! Ale podniecały ją warsztaty kaligraficzne, bo jak twierdzi:
- To mi się przyda...
Fakt! Anna bazgrze, jak kura pazurem!!
A więc chronologicznie.
Najsamprzód szkoła...
 
A w niej wspomniana kaligrafia.
Pisałyśmy gęsimi piórami!
 
Oj niełatwo było małej opanować lotkę gąski ;-)
Ale dała radę i alfabet pojawił się skrzypiąc i zgrzytając zaostrzonym piórkiem ptaszęcia ;-)



Jej mamuśka, czyli mła, bawiła się przednio, paprząc  tuszem okrutnie własne paluchy:
Te cienkie literki pisane są "gęsiną", a te grubasy to patyk.

Bazgrając tak sobie beztrosko, udzieliłyśmy obie, kolejnych w naszych życiach, wywiadów do radia. Tym razem Radio Łódź ;-)
Ot - celebryckie życie mamy wszystkie trzy w genach!
Tyle, że Chuda przede wszystkim na TV napada ;-D

Kiedy tak sobie pisałam patyczkiem, doznałam nagle olśnienia:
- Przecież ja tak pisałam w podstawówce!! Na plastyce! Patykiem! I piórem!!  A dojczlandzie, przez dwa lata, miałam obowiązkową kaligrafię zwaną tam "Schreiben"!
Wiecie, co z niej miałam?
Jedynkę! :-D.
Ale hola-hola!
Nie śmiać się!
Tam jest odwrotnie - jedynka to nasza szóstka moje miłe Panie!! :-PP
Ania oglądała się do mnie nerwowo i  zerkając na mój papier, mamrotała:
- JAK SZYBKO! I JAK ŁADNIE!!

Oj tam! Wcale nie jest ładnie! Mózg wprawdzie łapie przypomniał, ale szóstki to już za to postawić się nie da :-DD
A patykiem nie pisze się tak łatwo jak "gęsiną" ;-)
Pan od warsztatów kaligraficznych bardzo się zmartwił, że obie mieszkamy dokładnie 104 km od Maurzyc, bo chciał nas koniecznie widzieć na swoich warsztatach plastycznych w Łowiczu...
No cóż.
Taki lajf. Też żałowałam.
Nie pierwszy, jak się okazało, raz.

Po uzyskaniu "certyfikatu" (czyli ślicznych zakładek łowickich), powędrowałyśmy na te inne warsztaty...




Czesanie wełny:




I gręplowanie.
 
Ania stwierdziła, że gręplowanie trochę przypomina  czesanie jej włosów ;-)
Prawie robi różnicę - nie używam grzebieni, którymi utłuczono patrona włókniarzy, czyli św. Błażeja, chociaż Ania czuje się z nim w pewien sposób powiązana, bo matka jej własna, często-gęsto dość brutalnie szarpie jej kudły przy czesaniu warcząc coś na temat ostrych nożyczek pod ręką... ;-D

Następnym punktem programu było przędzenie:
 
I już wiem, że kołowrotek nie dla mnie! O NIE!! 

Natomiast wrzeciono... Hmmmm... Taaaaa....
Ojjjj... To chyba tygryski lubią najbardziej i chcą się naumieć...
I już wiedzą, że się NAUMIĄ!!
Zdjęcia "wrzecionowego" nie mam, bo popadłam w zachwyt, zrozumienie i zamyślenie... ;-D

Po przędzeniu czas na tkanie.
 
Po raz pierwszy w życiu siedziałam przy prawdziwym krośnie i już wiem, że JA TO KOCHAM!!!
Jakoś tak od razu łyknęłam, kiedy która noga, gdzie łapa i jak to w ogóle się bierze i je!

Ania takoż!
 
Chociaż jak wspomniałam wyżej, nie chciała.
Jednak takie prawdziwe krosna nawet do uparciucha przemówiły ludzkim głosem i kolejny instruktor żałował, że nie jesteśmy z Łowicza :-DD
Mam się ewakuować z miasta stołecznego?? ;-))
Eeee... Chyba jednak zostanę tu, gdzie jestem. ;-D

 A później nasze drogi (znaczy młodszej mej córki i moje) się rozdzieliły.
Ja niechcący odkryłam warsztaty kwiatów z bibułki, a Ania zabawek ekologicznych.

Na początek może egoistycznie, polansuję się ja ;-)
Pani, która pokazywała, jak pokonać bibułkę, była super nauczycielką i gawędziarką.
Pogadywałyśmy sobie luźno i sympatycznie i... I tak jakoś, od niechcenia pod jej okiem, bez pomocy ręcznej, czyli ABSOLUTNIE SAMODZIELNIE przez niecałą godzinkę machnęłam takie ło pierwsze w mym życiorysie róże:

Oj fajne są! Podobują mi się! Bystre oko wychwyci, która była pierwsza ;-)
Te małe to "pierogowe" (wyjaśnienie tytułu, jak coś)
I znowu padło pytanie:
- A gdzie pani mieszka?
- W Warszawie. Dokładnie 104 km  stąd.
- Oj szkoda... Bo ja z Lipiec Reymontowskich jestem. Myślałam, że może gdzieś blizej pani mieszka, bo bym chętnie pani pokazała inne rzeczy i nauczyła panią...
No kurcze!!  Też żałuję!!
Ale chyba jednak zostanę na zawsze Moniką z Warszawy, a nie Jagną z "Chłopów" ;-D

Ania w tym czasie zajęta była  wytwórstwem zabawek z czasów prehistorycznych, dinozaurowych, czyli jej mamusi ;-)
Kto pamięta i kocha te piłeczki odpustowe na gumce??? I proste laleczki??

JA!!! JA!!! JA!!! ;-DDD
 
Ania jest z nich ogromnie dumna i ma zamiar zrobić sobie kolejne, bo w domu jej rodzinnym materiałów do produkcji w bród! ;-D

To teraz fotki zadowolonych rękodzielniczek:
 


I ja, z włosem sponiewieranym przez hulający dziś huragan ;-D
 



Był też pokaz wyplatania z wikliny.
 
I na nim się wkurzyłam... Zresztą nie tylko ja. Przyszła sobie tam taka paniusia i oznajmiła swej córce:
- Phi! To proste: raz przekładasz patyk z przodu, a raz z tyłu. Łatwizna!
I se poszły...
Moje dziecko się wzdrygnęło nerwowo i zapytało mnie:
- Co to było?
- Wszechwiedząca. Najgorszy gatunek osobnika zwanego homo sapiens. Ta akurat była tylko homo, sapiens to dla niej komplement.
Czemu ludzie obok się śmieli? Nie rozumiem... ;-D

I na koniec krwawa kołyska...
Taaa...
W pewnej chałupie była sobie młoda koza (w wieku mojej Chudej) i jej tata.
Jakoś tak z niezrozumiałych dla mnie powodów, bardzo szybko złapaliśmy wspólny język, wątek, czy tam inną nić porozumienia i usłyszałam opowieść mrożącą krew w żyłach...
- Kołyskę znalazłem przypadkiem. To zabytek z pierwszej połowy XIX wieku. Płozy miała zniszczone i wyrobione, a dna nie miała. Płozy się pokleiło i doprawiło, a dno zrobiłem z drzwi starej szafy. Miejsca w mieszkaniu mieliśmy mało, to i kołyska stała u teściów. Się dzieciaka (to tak wspomniana  koza) w ciuszki ładne ubrało, włożyło do kołyski, fotkę cyknęło i znajmomym się mówiło, że dziecko w kołysce wychowane.... Kołyska została u teściów. Po pewnym czasie, teść wybił sobie na niej cztery palce od stopy. Wpadł na nią po ciemku. I musiałem się jej pozbyć. Akurat znajoma urodziła dziecko i chętnie tę kołyskę wzięła... Po kilku tygodniach jej ojciec złamał sobie na niej nogę... Też wpadł na nią po ciemku.
 - O matko!!! Kołyska killer!! Facetów nie lubi! - mimo nieszczęść, jakie sprowadzało huśtane wyrko, nie mogłam powstrzymać się od śmiechu ;-DDD
- No! Stoi sobie w skansenie.
- I nikogo nie krzywdzi?
- Nie!  :-DD
Oto ona, kołyska męski usuwacz:


To skan zdjęcia ze wspomnianej na wstępie publikacji.


Opowieści, którymi obdarzano mnie chętnie i bez przymusu mam więcej.
I jeszcze jeden wywiad do radia. Tym razem na temat podpłomyków i "Smaków dzieciństwa", ale to już raczej Wam oszczędzę, bo post byłby potrójnie, a może i "popiątnie" długi ;-)
Mamy pamiątki, wspomnienia i rozmarzenie...
Rozmarzenie zapachami, smakami, widokami.
Opowieściami snutymi tylko dla nas - to nie zarozumialstwo - to fakt. Jakoś obie tak mamy (albo i trzy, jak jesteśmy razem).
Nie wiem, czemu. Może ludzie czują w nas tzw. "POKRĘTNE DUSZE"  (nie mylić z pokrewnymi).
 Ale dobrze nam z tym :-))

To była sobota.

Jutro niedziela i kolejne "niesiedzenie" w domu...

Może będą fotki. Na pewno będą wspomnienia, ale już baaardzo i do bólu współczesne i nowoczesne.
Może coś napiszę i pokażę.
Może.
O ile nikt nie pacnął nosem w klawiszony z nudów po dzisiejszym wpisie :-)