Pokazywanie postów oznaczonych etykietą a tu pospolitość skrzeczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą a tu pospolitość skrzeczy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 lutego 2019

Mercedes czy furmanka?

Na początek miło i sympatycznie.
Skończyłam szyć półkę, na podstawie której robiłam tutorial PP


Wisi na ścianie i cieszy me bibliotekarskie oczy :-)
Tytuły na grzbietach, to brzegi fabryczne i tasiemki używane do wiązania JR z nazwami kolekcji oraz nazwiskami projektantów.
Skrzętnie je zbierałam i w sumie nie wiedziałam po co.  No to teraz już wiem :-D

Dalej...
Kilka dni temu dostałam kolejny nr gazety "Szyjemy patchwork".
Jest tam między innymi super tutorial na przeplatankę.

Grzechem byłoby nie skorzystać i w ten oto sposób mam dwie nowe poduszki





Jak widać - maszyna wróciła z naprawy.
Pisałam o jej awarii TU
Do naprawy pojechała 07.01. I znowu ślad po niej zaginął... Jedyny kontakt z "firmą" miałam przez... instagrama! A to tylko dlatego, że wrzucając tam zdjęcie kartonu z trupem w środku, oznaczyłam ich hasztagiem.
Naprawdę kuriozalna sytuacja! Mając mojego maila, nr telefonu, zadają mi pytania przez instagram...
Do tego pytania powalające na kolana: czy maszyna była kupiona u nich i czy mogą mi jakoś pomóc...
Po kilku dniach tej jakże budującej korespondencji zostałam zapewniona, że mechanik zajrzy do maszyny i się ze mną skontaktuje.
No cudnie!
Zadzwonił 16.01.
Pan był miły i mówił długo.
Skrócę jego wypowiedź do dwóch kwestii: maszyna nie szyła po pozycjonowaniu igły z powodu... IGIEŁ!
- Bo używa pani niewłaściwych igieł!
- Słucham?! - myślałam, że się przesłyszałam - nie używam igieł z Biedronki tylko markowych. Najczęściej dedykowanych patchworkom, bo to głównie szyję.
- Eeeetam! Odpowiednie igły do tego modelu to są u nas w sprzedaży. Bo producenci to są różni. Wie pani: tokarka się trochę przesunie i igła już nie jest równa i potem maszyna ściegi przepuszcza.

Moja chora wyobraźnia podsunęła mi wizję pana w przybrudzonym drelichu przy tokarce, jak on te igiełki tak toczy i toczy i toczy... Tak jedną po drugiej... I ze zmęczenia i z nudów ręka mu się cokolwiek omsknęła... I ja na te omsknięte igły trafiam...

Ocknęłam się jednak szybko, bo pan nadal opowiadał. O tych igłach... I o wyższości tych kupowanych u nich nad innymi.

Na chwilę zamilkł, w celu nabrania tchu, więc weszłam mu w słowo i zapytałam:
- Czy po za zmianą igły coś pan jeszcze zrobił? Bo igły też zmieniałam. I nici. Ale oczekiwanych efektów nie osiągnęłam.
- Nici! Nici są ważne! Pewnie ma pani złe nici!
- Nie mam złych nici! Mam dobre nici! I igły też! Coś jeszcze chce pan dodać?
- Wyregulowałem naprężenie pasków napędowych. Taki wie pani PASEK! Jak w samochodzie. Bo żeby samochód jechał, to musi być dobrze naciągnięty pasek. Bo jak się rozciągnie to nie pojedzie.

Umarłam...

- Sądzi pan, że to pomoże?
- Oczywiście!
- A na jak długo?
- Tego nie wiem... Ale jakby coś się działo, to poproszę o telefon. Może wtedy coś zaradzimy.

Cudownie...

Maszyna przyjechała 17.01, czyli w czwartek.
Wyjęłam ją z kartonu dzień później i nie przyglądałam się jej zbyt wnikliwie.
Nie miałam czasu, żeby do niej usiąść i sprawdzić jak szyje.

Zrobiłam to dzień później, czyli w sobotę.
Usiadłam i....
I, cholera jasna, mowę mi odebrało!!!

Mam do Was pytanie - czy tak powinna wyglądać maszyna powracająca z autoryzowanego serwisu?!



To wierzch. W środku nie było lepiej:

Wnętrze lepiło się od smaru, zjadliwie czerwone kłaki z nici i materiału, na którym były przeprowadzane próby szycia po "naprawie", były wszędzie!

Nigdy w życiu nie doprowadziłam żadnej ze swoich maszyn do takiego stanu!

To jest po prostu niechlujstwo i lenistwo!
 Pojechała czysta, wróciła jak po wojnie.

Zastanawiam się, co zrobię, jak znowu się wykrzaczy. Zmuszona jestem do korzystania z tego serwisu, bo  gwarancja na maszynę działa tylko w miejscu jej zakupu.

Nawiasem mówiąc - nie rozumiem tej polityki.
Jak kupię samochód załóżmy 500 km od Warszawy, to na przeglądy i naprawy gwarancyjne będę jeździła do najbliższego punktu ASO, a nie tam, gdzie samochód kupiłam.

Wracając do maszyny: nie mam absolutnie żadnej pewności, że awaria znowu się nie powtórzy (po raz trzeci). Zwłaszcza, że dziś znowu zaczęła jakieś fikoły zapodawać...

Myli się ten, kto sądzi, że po trzeciej naprawie gwarancyjnej skorzystam z przysługującego mi prawa zwrotu lub wymiany maszyny na nową.
A dlaczego?
No to popatrzcie, co mam dwukrotnie napisane w karcie gwarancyjnej:

"Usługa nie podlegająca gwarancji wykonana bezpłatnie"

Sprytnie - w ten sposób maszyna będzie krążyła do zasr...nej śmierci między mną a "naprawcami".

Nieważne, że klient nabity w butelkę - ważne że kasa się zgadza :/

Bardzo żałuję, że sprzedałam swoją poprzednią maszynę - Singera Brillance kupionego w Lidlu. Mimo, że tak te maszyny są obśmiewane przez fachowców i sprzedawców maszyn, ona nigdy mnie nie zawiodła. Szyła jak szatan, nie miała kaprysów. I gdyby nie to, że miała mało miejsca do pikowania nie zamieniłabym jej na inną. Te maszyny nie mają złych opinii. Nigdzie na taką nie trafiłam, a szukałam!

Gdybym wiedziała kupując Janome, że przesiadam się nie na Mercedesa, tylko na furmankę ciągniętą przez wychudzoną chabetę, nie popełniłabym błędu wymiany maszyny.

Na zakończenie to, co zapewne może kogoś zainteresować:
- maszyna marki JANOME model Memory Craft 8200QC
- firma Strima z miejscowości Swadzim.





sobota, 5 stycznia 2019

Nie warto marzyć...

Tak, tak.
Tytuł nie odbiega od rzeczywistości.

Czasem ośmielam się mieć marzenia.
Jedne do spełnienia, inne takie sobie...

Cofnijmy się w czasie o lat niewiele, bo dokładnie dwa.

Pensja mi przyszła na konto.
Niebotycznie wielka pensja! Jakby razy kilka!

Najpierw się ucieszyłam, a potem puknęłam w rozczochraną, że ktoś się kropnął w DBFO (Dzielnicowe Biuro Finansów Oświaty) i po ogarnięciu błędu, przez klika miesięcy będę zasuwać bez apanaży. Trochę smutno...

Ale postanowiłam zastosować strusią metodę, licząc na to , że to piasek ,a nie beton i poczekałam do odbioru tzw. "paska".
Pasek mi powiedział, że to nie pomyłka, tylko nagroda jubileuszowa!

No i znowu - najpierw się ucieszyłam, a potem wpadłam w czarną dziurę rozpaczy pod tytułem: 'Boże! Jak ja już stara doopa jestem!'

Szybko się jednak ogarnęłam, otarłam łzy ze starej, pomarszczonej wiekiem twarzy i zaczęłam myśleć co by tu SOBIE zapodać na pocieszenie, nim się kasa zwyczajnie na zwykłe życie po szwach rozejdzie...

Rower!
Tak, tak!
Kocham jazdę na rowerze. Miałam rower, ale parę lat wcześniej oddałam, bo... nie wolno mi jeździć na rowerze. To znaczy mogę, ale jedynie na takim debilnym, stacjonarnym. Z najlżejszym oporem.
Czyli pedałuję jak głupia, jadę kilometry przed się, a krajobraz ciągle ten sam. Bezsens absolutny!

Doszłam do wniosku, że rower normalny z przerzutkami to będzie prawie to samo co stacjonarny.

Poprzeczkę postawiłam rzeczonemu zakupowi w miarę wysoko:
- ma mieć przerzutki
- ma być lekki
- ma mieć duże koła
- ma mieć  koszyczek na kierownicy, żeby Lucek mógł ze mną jeździć
- ma mieć hamulec w pedałach (w sensie torpedo)
- ma mieć bagażnik
- ma być niebieski względnie miętowy :-D

Udało mi się! Trafiłam na takowy! Kupiłam. Jedynie koszyk na kierownicy musiałam wymienić na odpowiedni do transportowania kota.

Cacy i super?
No nie do końca... Jak chcę nim jechać, to muszę najpierw napompować koła, bo jak się po czasie okazało, wentyle od nowości nie działają (nie podlega gwarancji!).
Pompka podróżuje ze mną na wszelki wypadek jakby wentyl w drodze puścił) w koszyku, pod miękką kołderką Lucka.

Po zakupie roweru kasę jubileuszową ciągle jeszcze miałam.

Trafiła mi się jak ślepej kurze ziarno wymarzona maszyna do szycia.
Pełnosprawna, z gwarancją, nieużywana, w przyzwoitym sklepie z maszynami, za jedną trzecią ceny.
Nie miałam się nad czym zastanawiać.
Kupiłam.
Mam.
Spełniłam swoje drugie wielkie marzenie.

Marzenie szyło przez  pół roku. Potem odmówiło współpracy i powędrowało do naprawców.
Wróciło po miesiącu.
Po naprawie szyłam bardzo mało, bo się zrobiło nagle ciepło i żal było siedzieć w domu przy maszynie.
Do szycia wróciłam wraz z opadem liści i chłodami, czyli w połowie listopada.
Na początku grudnia marzenie (czyli maszyna) zdechła.
Tak samo zdechła, jak poprzednio.
Ambitnie próbowałam ją zreanimować własnemi ręcami kombinując z igłami, nićmi, ustawieniami.
Nic to nie dało.
Poddałam się.
Absolutna kapitulacja...
Maszyna jest znowu spakowana i czeka na kuriera.

Nie warto marzyć.

sobota, 3 marca 2018

Maszyna story

Jak już pisałam w poprzednim poście maszyna mi się wykrzaczyła na śmierć i na amen.
Po pierwszym szoku, ogarnęłam się co nieco i wygoglałam autoryzowany punkt napraw maszyn Janome.
Zgadnijcie, co mi "wywaliło" na dzień dobry? Osławioną i reklamowaną wszem i wobec firmę eti.
No to zadzwoniłam do serwisu i po krótkiej wymianie zdań, dowiedziałam się, gdzie mam zgłosić felerną maszynę, co mam wypełnić i już.
Tak też uczyniłam.
Kurier przyjechał, maszynę odebrał. Przemilczę awanturę z rzeczonym kurierem, któremu nie pasowało, że jestem w pracy akurat wtedy, kiedy jemu pasowało podjechanie do mnie...
Minęły dwa dni od pożegnania maszyny.
Jest piątek - tydzień temu.
Jestem w pracy, zasuwam na wysokości lamperii, bo muszę skończyć bardzo pilną robotę właśnie wtedy, a nie w poniedziałek!
Dzwoni telefon. Na linii serwis, wspomnianej wyżej, autoryzowanej firmy naprawczej.
- Dzień dobry. Mamy pani maszynę, ale nie możemy jej naprawić.
- O mój Boże! Aż tak jest zepsuta?!
- A nieeee... Znaczy nie wiem, bo my jej nie naprawimy.
- ????????
- No bo maszyna nie była kupiona u nas.
- No i? Przecież jesteście AUTORYZOWANYM punktem napraw Janome?
- Tak, ale tylko dla maszyn kupionych U NAS!
- Aha...
- A pani serwis jest w strimie, czyli tam, gdzie pani maszynę kupowała.
- Nie rozumiem. Przecież jesteście AUTORYZOWANYM SERWISEM maszyn Janome.
- Tak jak mówiłem: tylko dla maszyn kupionych u nas.
- Nie sądziłam, że autoryzację wydaje się wybiórczo i dość losowo. Dziwna praktyka.I co teraz?
- Pani się nie martwi. Podrzucimy ją do chłopaków ze strimy, bo blisko mamy.
- Aha...
- Do środka włożymy kartkę z pani danymi.
- Ok. Podrzucajcie i wkładajcie...

Przypominam, że to był piątek, 23.02. Maszynę zgłosiłam do naprawy 19.02 (poniedziałek).
Przeczekałam cierpliwie poniedziałek (26.02), wtorek (27.02). I ciągle nie miałam żadnej informacji od strimy, że maszyna jest już u nich.
W środę (28.02) pękłam w okolicach godziny 14:00 i zadzwoniłam do eti z pytaniem, gdzie właściwie jest moja maszyna?!
Odpowiedź była lekko oburzona:
- No jak to gdzie?! Myśmy ją JUŻ dostarczyli do strimy. Na pewno coś już z nią robią. Ja dam pani telefon, tam jest pani Lucynka i ona wie wszystko.

No spoko. Zadzwoniłam do strimy.
Pani Lucynka okazała się być panią Alinką.
Wyłuszczyłam jej w czym problem i usłyszałam, co następuje:
-Aaaa! Ta Janome! Dziś do nas ją przywieźli i dlatego kojarzę o czym pani do mnie ROZMAWIA.

O tempora! O mores!
Ja rozumiem i sama stosuję dość luzacki styl mówienia, ale nie do licha w sprawach jakby nie było służbowych!
A po drugie: eti rozmawiało ze mną chwilę przedtem w tonie typu: dawno temu już mają pani maszynę, ale się opierd...zapewne.
Zapewne.
Ciąg dalszy wypowiedzi pani Alinki nie nastroił mnie bardziej pozytywnie:
- Teraz nic z nią nie zrobimy, bo serwisant jest chory. Ale powiedział, że po niedzieli zajrzy do niej.

Nie wiem, po której niedzieli - pani Alinka nie sprecyzowała.
Skapitulowałam cokolwiek i powiedziałam:
- Dobrze. Spokojnie. Aż tak mi się nie spieszy. Najważniejsze jest to, że wiem, że maszyna jest już u państwa, bo czułam się mocno zaniepokojona brakiem jakiejkolwiek informacji.
- No to już pani wie.

No wiem. Spoko. Luz. Nie spinaj się, Ata. Wszak brak maila lubi telefonu w kwestii informacji o miejscu pobytu dość cennego sprzętu, to taki niuans nie wart większej uwagi i nerwów...

Teraz małe podsumowanie:
osławiona i tak pozytywnie rekomendowana firma eti dała doopy, moim zdaniem.
Bo w trakcie rozmowy z serwisantem, powinno paść kluczowe pytanie:
- Czy maszyna była kupiona u nas?
Takiego pytania nie było. Szkoda.

Sprzęty w domu mam różne. I jak się psuły w ramach gwarancji, to kontaktowałam się z autoryzowanym serwisem napraw. Ale jak widać, człowiek uczy się przez całe życie, a i tak głupi umiera...

niedziela, 18 lutego 2018

Pierwsze - oby nie ostatnie...

No więc.
Maszynę mam. Miss Mercedes. Janome w sensie dedykowaną patchworkom.
No to trza było wziąć głęboki oddech i zacząć pikować NAPRAWDĘ, a nie tylko na niby, czyli lotem naćpanej pczoły na zepsutym traktorze.
Na czym najlepiej pikować? Na czymś, co nie wymaga długiego i skomplikowanego szycia.
Mój wybór był łatwy, prosty i przyjemny: bieżniczek na stół w tzw. "saloonie".
Bieżników różnorakich wprawdzie mam od pyty, ale kto bogatemu zabroni mieć więcej i więcej.
Zwłaszcza, że wiosna idzie, więc trza jakoś odświeżyć dizajn optyczny.
Wybór był prosty i oczywisty. Od dawna przymierzałam się do uszycia patchworku znanego z sieci pod nazwą DNA QUILT.
Bardzo mi się podobał. Raz, że prosty jak drut w kieszeni, a dwa, że taki (jakby to rzec) dość efektowny.
No to se machnęłam od niechcenia i mam:
Pikowanie. To był mój priorytet. Ponieważ od dawna podoba mi się pikowanie "kamieniami", no to postanowiłam się z nim zmierzyć.
Udało mi się! Efekt naprawdę mnie zadowala i... I co tu dużo mówić: ogromnie mi się podoba!
Fajnie spłaszcza gładkie tło, nie dominując nad "łaciatym" wzorem zasadniczym.
Brukowanie zdecydowanie pokochałam i na pewno nie raz jeszcze zastosuję w patchworkach. O ile będzie mi dane...
Drugi patchwork. który potraktowałam jako szmatę treningową, to cudo znane pod nazwą shedows patchwork. Od baaaardzo dawna podobał mi się i kompletnie nie rozumiem, dlaczego tyle lat zwlekałam z uszyciem. To przecież prościzna jest.

Uszyłam go również w celach treningowo-pikowalniczych.
Tu zastosowałam pikowanie typu "amplituda" (?). Na cieniach gęściutko, na tle rzadko.
Chodziło mi o opanowanie pewnych ruchów i konsekwencji majtania szmatą pod igłą puszczoną luzem, bez transportu.
Fajnie wyszło. Zadowolona jestem z obu tworów.
Zanim przejdę do reszty zasadniczej wpisu, dane techniczne:
bieżnik: 50 cm na 100 cm;
durnowieszka z cieniami: 75 cm na 100 cm.
No więc...
Durnowieszka była/jest ostatnim uszytkiem poczynionym na mojej ukochanej, wymarzonej od lat Miss Mercedes.
Szyłam i pikowałam bez ekscesów. Na lajcie.
Ba! Pikowanie było, jak to powiedziała taka jedna kochana Pierzasta "sik szczęścia przy pikowaniu z wolnej ręki". Tak było. Zaiste.
A potem nastąpiło przyszywanie lamówki...
Ile to trwa zwyczajowo? Na tak małym patchworku ok. 20 min. U mnie to były ponad 4 godziny...
Dlaczego? A no dlatego, że maszyna przestał szyć. Tak po prostu. Zmiana igieł, nici, czyszczenie, smarowanie... Wydawało mi się, że sytuację opanowałam.
WYDAWAŁO MI SIĘ! Równie dobrze, mogłam darować sobie nawlekanie igły i stosowanie różnistych szpulek w bębenku.... Igła robiła dziury, ale efektu szwalniczego nie było. A jak był, to trzy wkłucia i 5 cm "łysego" ciągnięcia nici...
Jakoś dałam radę i lamówkę przyszyłam. Dziś postanowiłam uszyć sobie kocią siatę. Maszyna umarła całkiem: zero wiązania nici górnej z dolną i huk jakby messerschmitt nad chałupą mi kołował.
BA! Mało tego! Płytka ściegowa skakała jak ścigana kocimi zębami pchła!
Łomot i huk maszyny, która z założenia ma być cicha i bezkonfliktowa, nie wpłynęły na mnie pozytywnie...
Po prostu znowu (wczoraj po raz pierwszy było) usiadłam, oparłam głowę o maszynę i zwyczajnie, bo babsku się popłakałam.
No bo jak to?!
Tyle LAT marzyłam o TEJ maszynie! Tyle LAT wyobrażałam sobie, że jakimś cudem udaje mi się ją zdobyć. I jak ją już w końcu mam (CUDEM!), to ona po pół roku niezbyt intensywnego współżycia zwyczajnie UMIERA?!
DLACZEGO?!
Kto mnie przeklął? Za co?
Jutro dzwonię do firmy, która naprawia gwarancyjnie takie maszyny, jak moja. Oby udało się ją wskrzesić.
Bo jak nie, to żegnam się z patchworkami i z szyciem w ogóle. Stareńki mój Łucznik nie nadaje się do pikowania z wolnej ręki, a właśnie w tym się zaczęłam rozsmakowywać... I właśnie takie głupie mrzonki sobie snułam, szyjąc na maszynach, niekoniecznie nadających się do tego typu "szalonych ekscesów". I już nie mam siły, ani chęci obniżać lotów.
Mój shedows quilt i "brukowany" bieżnik mogą okazać się pierwszymi i oby nie ostatnimi "odważnymi" próbami okiełznania pikowania innego niż to, które wyznaczają szwy...

sobota, 26 sierpnia 2017

Reforma okiem bibliotekarza

O reformie oświaty na pewno słyszeli wszyscy. Większość wspomnianych słyszących ma jakieś tam zdanie na ten temat.
Jedni są za, inni przeciw.
Pozwolicie, że swoje zdanie zachowam dla siebie.
Jedynie pokażę Wam, jak reforma wygląda od strony podręcznikowej.
Tak fizycznie, nie merytorycznie, bo nie mam ani kompetencji ani chęci na wgłębianie się w treści podręcznikowe.

Kilka lat temu, a dokładnie w 2014 roku, do szkół podstawowych trafiły pierwsze, darmowe podręczniki dla klas pierwszych szkoły podstawowej. Tzw. "Elementarze".
Jak wspomniałam, nie będę się rozpisywać, co one były warte...
Pierwsze klasy miały tego cuda części cztery.
Rok później, czyli drugie klasy miały już części 9 (!), bo jedna część do nauki zintegrowanej była podzielona na dwa kawałki: A i B (czyli 5 książek), a pozostałe 4 części to matematyka.
Klasa trzecia to już nie w kij dmuchał, ponieważ części rozmnożyły się przez pączkowanie do części sztuk 10. Do tychże podręczników dołączony był również tzw. materiał ćwiczeniowy. Oczywiście osobno do nauki przedmiotów zintegrowanych jak i do matematyki.
Poza tym, dzieciaki dostawały  darmowe podręczniki (i ćwiczenia) do nauki języka angielskiego.

Jedynie podręczniki do religii były i dalej są płatne.

W kolejnych latach darmowe podręczniki  swoim zasięgiem obejmowały co raz starsze roczniki.
No i ok.

Dwa lata po wejściu w życie innowacji, na skutek protestów nauczycieli nauczania początkowego, wprowadzono możliwość wyboru podręczników dla klas 1-3 SP.
Trudno się dziwić nauczycielom, że z chęcią skorzystali z takiej możliwości i wybierali inne podręczniki niż osławiony elementarz menowski.
Najczęściej byli to "Tropiciele". Części 5. Do tego ćwiczenia szt. 10 (na dziecko, zaznaczam!)

Czy w związku z tym "Elementarze" dla klas pierwszych, jako niepotrzebne i nieużywane, poszły na makulaturę? Ależ skąd! Ministerstwo i organy prowadzące napisały jasno: jeśli stan podręczników nie budzi zastrzeżeń, należy je zachować i przechować dla kolejnych roczników.
Nieważne, że nikt ich FIZYCZNIE nie chce i nie będzie używać! Mają se być w szkole i już!
A gdzie je przechowywać? No cóż...

Wróćmy do roku szkolnego, który jeszcze się w sumie nie zaczął. Czyli do 2017/18.

REFORMA! Ha!

To dopiero hardcore!

Zmiana programu nauczania dla klas pierwszych i czwartych SP. Drugie, trzecie, piąte i szóste oraz trzecie gimnazjum niezreformowane, ale z darmowymi podręcznikami.

No to weźmy na tapetę klasy pierwsze SP.
Dla przypomnienia - przerabiani byli "Tropiciele".
Jak sobie może pomyśleć zwykły zjadacz chleba? Po bożemu: skoro mamy takież podręczniki z roku ubiegłego, to w tym też dadzą radę, bo nie są zniszczone, zużyte i nadają się do użycia.

Otóż nie! Zjadacz chleba naszego powszedniego się myli!
Bo mamy REFORMĘ!!!
I "Tropiciele" sprzed roku, to teoretycznie inni "Tropiciele" z tegoż.
Teoretycznie.
Bo praktycznie wzięłam do ręki jedną z części i...
I KUŹWA MAĆ RÓŻNI SIĘ!

Czym?

Kolorem okładki, czarodziejskim dopiskiem na tejże NOWI Tropiciele i maleńkim znaczkiem z napisikiem "reforma 2017"
A zawartość? Dokładnie ta sama! Nawet układ na stronie zachowany!





Cudnie, nie?
Podręczniki z ubiegłego roku oczywiście w dalszym ciągu zostają u nas, bo są kupione z pieniędzy na dotacje celowe i nie wolno nam ich wywalić.

Nie miałam czasu, żeby zagłębić się w podręczniki dla klasy czwartej.
Mam prawo sądzić, że też jest analogicznie- lekko zmieniona kolorystyka okładek, a zawartość ta sama...

Klasy siódme - no cóż... Może kalka ubiegłorocznych klas pierwszych gimnazjum?
Też nie sprawdziłam. W nadchodzącym tygodniu pogmeram głębiej w temacie.
Doniosę, jak będziecie zainteresowani.

Do czego zmierzam?
Ano do pokazania Wam, jak wygląda biblioteka na początku nowego roku szkolnego. Ot, darmowe podręczniki same z nieba spadają.
Ostrzegam! Zdjęć jest szt. 10. Dla widzów o mocnych nerwach:













Wczoraj otworzyłam drzwi biblioteki po dwóch spokojnych miesiącach i wmurowało mnie w podłoże...
Nie bacząc, żem w placówce oświatowej, wyjąkałam: O KU...WA! JA PIERDOLĘ!!!

Tjaaaa...



Jak to przełożyć na liczby?

W ubiegłym roku szkolnym wpisałyśmy do inwentarza około pięciu tysięcy podręczników.
W tym ile będzie?
Jeszcze nie wiem, na pewno dużo więcej.
Mamy do ogarnięcia klasy: pierwsze, drugie, trzecie, czwarte, szóste i siódme SP oraz trzecie gimnazjum i uzupełnienia na wszystkich poziomach (uczniowie się rozmnożyli przez wakacje).

Jak to się przekłada na pogłowie ludzkie? Koszmarnie dużo! Klas czwartych, szóstych, siódmych i gimnazjalnych mamy od "A" do "E" - liczebność po 33 ludzia na klasę.

Nie marudzę, nie narzekam. Taka praca.
Tylko pytam: co do cholery mamy zrobić z podręcznikami, z których nikt już nie będzie korzystał, a mamy ich tysiące?
Chociaż w dalszym ciągu z powodzeniem mogłyby się z nich uczyć kolejne roczniki.
Nie ma żadnych rozporządzeń, nikogo chętnego na te tony śmieci z lat ubiegłych.

Ani szkoły, a co za tym idzie, biblioteki nie są z gumy! Szczególnie te w tak liczebnie uczniami wielkich jak ta moja.
Czy czarodziejski napisik na teoretycznie nowych podręcznikach "reforma 2017" jest przepustką do lepszego świata?
Marnotrawstwo pieniędzy pod pięknym sztandarem REFORMA OŚWIATY!

Zdjęcia "Tropicieli" zaczerpnięte z internetu

czwartek, 27 listopada 2014

Poezja dla potłuczonych

Jak wiecie, jestem bibliotekarzem nauczycielem.
Mus szerzenia  słowa pisanego/drukowanego,  wśród dziatwy szkolnej,  mam wpisany w zawód i pasję.
Wczoraj, będąc całkiem prywatnie w bibliotece publicznej, dostałam zaproszenie na spotkanie z pewną panią poetką.
Usiłowałam się wymigać mówiąc, że wiersze jakoś mnie niekoniecznie pociągają, że gdyby to była poetka wierszyków dziecięcych, to bardzo chętnie, bo wprawdzie w tym roku szkolnym mamy już zaplanowane (i jedno już odbyte), spotkanie z autorem, ale wszak można na przyszły rok szkolny, lub kalendarzowy pomyśleć, i tepe, itede...
No i się okazało, że pani ta pisze (a jakże!) również dla małolatów. I to takich całkiem małych małolatów w wieku mniej więcej 6-8.
Cudnie! Tak jak byłam średnio chętna na spędzenie jednego z późnych popołudni na odczycie poezji dla dorosłych, tak zaświeciłam własnym, nieodbitym światłem i chęcią natychmiastowego poznania twórczości rzeczonej autorki.
- Super! To ja chętnie! A czy jest w bibliotece jakaś jej książka?
- Ależ tak! Nawet kilka. W oddziale dziecięcym.

Wspaniale!
Poszłam. Wypożyczyłam całe cztery sztuki i pełna euforii udałam się do domu. Czekając na powrót młodej młodszej z gimnazjalnej placówki oświatowej, zapałem zagłębiłam się  w lekturę.

Ta...

Pierwsza książeczka  tytułem ( "Ada, Basia, Celina") zasugerowała mi, że kryje w sobie coś na kształt słynnego tuwimowskiego "Abecadła".
Mądrzy ludzie mówią: nie oceniaj książki po tytule!.
Cytuję fragmenty:

- Jestem Ada.
Ta modnisia - mówi Jędrek o mnie.
Koleżanki mi zazdroszczą,
bo mam modne spodnie.
[...]
- Jestem Basia - najładniejsza,
i tym się nie chwalę.
Tak przedwczoraj powiedzieli:
Adaś, Robert, Arek.
[...]
Jestem Cela, od Celiny.
Niezwykłe mam imię.
Gdy przechodzą korytarzem,
wszyscy patrzą na mnie.
[....]

I tak dalej w ten deseń.
W skrócie: panny okazały się być młodocianymi blacharami i flądrami. Po imprezie, na którą się wybrały, okropnie się pokłóciły, pobiły i wytytłały w błocie. Nie wiadomo skąd, znalazł się prosiak i powiedział im, że  są po prostu zwykłymi świniami.
Koniec wierszyka...

No cóż...
Jedna jaskółka wiosny nie czyni, więc może ten wierszyk, wydany na bardzo przyzwoitym papierze, z nowoczesną, łapiącą oko grafiką, trochę się nie udał...

Sięgnęłam po całkiem wypasiony zbiór wierszy.
Pod względem edytorskim i graficznym: rewelacja! Ideał dla dzieci.
Otworzyłam pierwszą stronę i czytam:

KUCYK

Kucyk Basi stracił nogę.
Teraz ma protezę.
Kucyk odzyskuje sprawność,
bo uwierzył w siebie.

Lekko mną wstrząsnęło, ale przecież wierszyk treść ma jak najbardziej taką w duchu integracji, empatii, a dzięki rytmice, łatwo wpada w ucho.

Tak więc lekko podbudowana zawiesiłam oko na kolejnym:

MILENKA

Malutka Milenka
w sukieneczce w kropki
jest jak biedroneczka
i szczęście przynosi.

- A jak założy kieckę w paski, to pecha będzie rozsiewać? - pomyślałam.

W międzyczasie wróciła młoda młodsza i zaczęłam dzielić się z nią nowo odkrytą poetką:

LUBIĄ LATO

Bez wyjątku,
w każde lato -
tata, dziadek, babcia,
mama
- biorą malców na
barana.

- I? - zapytała Ania.
- Nic.
- Koniec już?
- Ta...
- Aha... A zimą?
- Zimą nie lubią.
- Tylko latem na barana targają?
- Jak widać.

Co ciekawe - identyczne pytania zadała mi dziś moja koleżanka bibliotekarka, którą to uszczęśliwiałam radosną lekturą przy drugim śniadaniu.
Podsłuchiwała naszą rozmowę z Anią, czy co? :-D

Pogrążyłam się w dalszej, jakże ekscytującej lekturze. I ku zdumieniu własnemu odkryłam wierszyk z kontekstem pedofilskim:

ŻARTOWNISIE

- Iwonko, moja mała kobietko,
bądź trochę inna od swojej mamy:
- Nie noś obcasów takich wysokich!
Nie pudruj noska.
Siądź na kolana i mnie pocałuj...
- I... mam powiedzieć: - Jestem córeczką
taty, nie mamy...
- Ty żartownisiu...
- My ciebie tatku obie kochamy.

O ile wiem i tak mnie uczono,wielokropek oznacza nieoczekiwane urwanie wypowiedzi i pełni funkcję niedopowiedzenia.

A na koniec, perełka czystej wody.
Czyli coś dla dorosłych, zabłąkanego w wierszykach dla małolatów:

NA PIESKA

Maciuś niezwykle lubi Milenkę.
Chciałby z Milenką się zaprzyjaźnić.
- Co jej powiedzieć? Poradź mi - proszę.
- Wyjdź jej naprzeciw ze swoim pieskiem.
Kiedy zobaczy twego jamnika,
wtedy nie będziesz musiał nic mówić...

Bogu dzięki, że nie tylko ja miałam co najmniej dziwne odczucia przy czytaniu tych wypocin. I nie mam tu na myśli moich córek, ale również siły bardziej doświadczone pedagogiczne w mojej szkole.

Bo gdybym tylko ja oceniała te wierszydła jako niebezpieczne i wstrząsająco głupie grafomaństwo, to musiałabym mocno zweryfikować swoje podejście do słowa pisanego - niezależnie czy ono rymowane jest to słowo, czy pisane wierszem białym, lub uczciwą prozą.

Nie muszę chyba dodawać, że tej pani nie zaproszę na spotkanie autorskie.
Ani dla klas 0-3, ani 4-6, ani gimnazjum.

Ps: Celowo nie podaję personaliów autorki, ani o niej nic bliższego nie piszę. To bardzo niszowa "tfurczyni", chociaż mocno nagradzana. Koleżanki po fachu oraz nauczycielki przedmiotowe mogę uświadomić mailowo, jak coś ;-)

poniedziałek, 7 lipca 2014

Podróże kształcą?

Jakby tu zacząć...
Mam dziecię młode, które od września idzie do gimnazjum.
Dziś, o godzinie 13:00 zostały opublikowane listy osób zakwalifikowanych, bądź nie, do wybranego gimnazjum. I od dziś, do jutra do 15:00 należało dostarczyć oryginały dokumentów, potwierdzenie woli, deklarację i inne papierki, coby od września przystąpić do nauki w wybranej szkole.
Tak więc wybrałyśmy się z Anną do jej nowej/przyszłej szkoły.
Autobusem, bo szkoła jest w centrum Wawy i znalezienie miejsca do parkowania w tamtych rejonach wiąże się z koniecznością ruszenia z domu tak kole piątej rano.
Przesady nie lubię - wolę sobie pospać.

Wsiadłyśmy w autobusik i jedziemy. Upał na dworze jak stopińdziesiont, a w niskopodłogowcu chłodeczek delikatny z klimy się sączy.
Ujechałyśmy tak kilka przystanków.
Na jednym z nich wsiadł młody człowiek z rowerem.
Wsiadł, to wsiadł. Nie on jeden.
Dwa przystanki dalej...
Kierowca otwiera kabinę i woła:
- Misiu! Zamknij to okno, bo klima chodzi!
Obejrzałam się odruchowo. Słowa były skierowane do tego rowerzysty.
- Nie zamknę bo mi gorąco!
- Zamknij pan, bo klima chodzi!
- Nie ma klimy! Gorąco mi!
- Jest!
- Nie ma!
- Zamkniesz to okno, do cholery?
- NIE! Nie mam zamiaru, Gorąco mi, i tak se będę jechać! I co mi ch..u zrobisz?
- No k...wa nie jedziemy! I dzwonię na policję! - Kierowca był konsekwentny i wyłączył silnik...
- To dzwoń, złamasie!

Cisza... Nic się nie dzieje...

Nagle jakiś cichy, nieśmiały głosik kobiecy:
- Ale ja mam bilet czasowy... Zaraz mi się skończy...
- A ch...j mnie to wali! - Jednośladowiec był zadowolony z siebie.
- Ale przecież jest klimatyzacja - nieśmiały szept pasażerów popłynął jak wyschnięta strużka błota.
- NIE MA KLIMY! Gorąco jest!

Siedzę i zaczynam się gotować... I z gorąca i ze złości!
Ania szepnęła mi nieśmiało:
- To może się przesiądziemy do następnego autobusu, co?
- SIEDŹ! NIE MAM ZAMIARU! - syknęłam wściekła jak szerszeń.

- Proszę pana! Niech pan zamknie okno! Chcemy jechać. Dziecko mam małe... - Jakaś pani próbowała poruszyć sumienie wytatuowanego mięśniaka z rowerkiem wyczynowym.
- A ch..j mnie to obchodzi! Mnie się nie spieszy!

Coś we mnie strzeliło! Purpurowe plamy przed oczami, furia w mózgu!
Odwróciłam się na siedzeniu i wydarłam paszczę:
- Zamknij to okno, do jasnej cholery!
- Nie zamknę, bo klimy nie ma!
- Klima jest, jak autobus jedzie, ćpunie!

W tym momencie kierowca również poderwał się do czynu i znowu otworzył drzwi od kabiny.

To co się stało później, cokolwiek mnie zszokowało.
Na szczęście tylko na chwilę.

Jednośladowiec wyrwał z kopyta i rzucił się z pięściami na kierowcę.
Ten na szczęscie zdążył się zamknąć w kabinie, bo szanowny użytkownik ZTM zaczął walić pięściami w szybę oddzielającą kierowcę od autobusu, kopać w drzwi, wykrzykując:
- Ch..u! Już nie żyjesz! Zaraz cię zaj...e! Łeb ci rozpie...le! Złama...e poje...y!

Noooooo! Tego mi było trzeba!
Nie, nie, nie!
Nie włączyłam się do rękoczynów!
Po prostu wyjęłam komórkę i zadzwoniłam na 112.

Pani odebrała bardzo szybko i już wysyłała wóz policyjny.
Ale...
Agresor, mimo swoich wrzasków i pogróżek, usłyszał moją rozmowę z policją, spojrzał na mnie i...
ZWIAŁ!
Złapał rower pod pachę i w długą.
Interwencję odwołałam.

Ale to jeszcze nie był koniec!
O nie!

Furiat postanowił przywalić kierowcy przez uchyloną szybę. I wyskoczył centralnie na jezdnię.
Akurat jechał TIR...
W ostatniej chwili odbił na środkowy pas, dał po heblach i się zatrzymał.
Kretynek, rowerzysta miał więcej szczęścia niż rozumu, bo jakimś cudem zmieścił się miedzy TIRem a autobusem i nic mu się nie stało.
Jeszcze pyszczył i się odgrażał, ale instynkt samozachowawczy zadziałał - zobaczył, że z kabiny TIRa wychodzi co najmniej wkurzony kierowca i nie wyglądał jak spokojna owieczka...

Rowerzysta prysnął, odgrażając się, rzecz jasna.

Do gimnazjum dotarłyśmy bez dalszych przygód.

Po powrocie do domu, opowiedziałam Chudej tą żenującą historię.
Dziecię zareagowało we właściwy sobie sposób:
- Tyle lat jeżdżę komunikacją miejską i tylko raz się zdarzyło, że pan kierowca trasę pomylił! A ty od wielkiego dzwonu w autobus wsiadasz, ale oczywiście nie możesz normalnie jechać i musisz na 112 dzwonić! Życie jest niesprawiedliwe!
- A możesz mi córko powiedzieć, dlaczego do cholery, tylko ja  zareagowałam? Przecież autobus był pełen ludzi!!!
- Nie wiesz?
- Nie wiem i dlatego pytam! Bo to jest dla mnie nie do pojęcia!
- Bo się bali...
- Czego, do diabła???
- Że oberwą...
- Kurna! Od kogo?
- Od tego "miśka".
- Żartujesz...
- Nie, mamo.
- Żaba! Przecież to tchórz! Sama zobacz - dzwonię na 112, a on spiernicza! Czego się bać, do diabła! TACY JAK ON, TO TCHÓRZE SĄ!

Chuda tylko pokiwała głową nad matką-bojowniczką.

A ja czuję niesmak.
Raz, że pełen autobus ludzi dał się sterroryzować jednemu, prawdopodobnie naćpanemu, wytatuowanemu jednośladowcowi.
Dwa,  że tylko jedna stara baba nie miała oporów i zareagowała.

Widać miałam pecha i trafiłam na bandę równie  tchórzliwych pasażerów, jako i ten agresywny typek :/

piątek, 7 czerwca 2013

Fan for fun

Zastanawiałam się, czy umieścić ten wpis, czy mówiąc kolokwialnie - sprawę olać...

Ale stwierdziłam, że jednak poświęcę ciut swojego cennego czasu i się ustosunkuję...

Chodzi o komentarze od pewnego anonima.

Wy ich nie widzicie, bo mam moderację komentarzy dla postów starszych niż trzy dni.
Wprowadziłam takie cóś na bloga, od kiedy ze wszystkich stron zaczęli  atakować mnie anglojęzyczni spamerzy.

A więc do rzeczy.

Wchodzę ja sobie dziś na bloga i widzę, że mam 12 komentarzy oczekujących na moderację.
Sprawdziłam jak zwykle, spodziewając się zwykłego chłamu w języku Szekspira.
A tu - niespodzianka!
6 z nich jest po polsku!

Wszystkie dotyczą postów na temat Lucka.

Dokonałam ich  korekty,  bo literówki, ortografy i stylistyka doprowadziły mnie do łez  ;-)
Ale cytowane są w całości, żeby nie było, że wyrwałam z kontekstu wypowiedzi.

Pierwszy dotyczył posta "Czyjś NN"

"Trupowi zdjęci zrobiłaś!  Specjalnie, żeby zaistnieć w świecie blogów" 

Tak! Brawo!
Idealnie mnie wyczułeś anonimie! 
Zobaczyłam  kota na jezdni, przy krawężniku i serce mi ze szczęścia fiknęło koziołka:
"Ja to mam farta! Biorę go! Zdycha, więc będzie szybko i tanio, ale za to jaki sobie "pijar" zrobię na blogu, że niby taka empatyczna i współczująca jestem. Lepsze to niż rozdawajka! Przynajmniej za free! Jeszcze tylko focia komórsią i git!" 

Przewidywania anonima i moje wyuzdane wyrachowanie sprawdziło się idealnie - nie zawiodłam się na Was....

Kolejny komentarz do wpisu "Czyjś...":

"A to pech! Nie zdechł! Ale i tak będziesz mieć w ch..j  komentarzy, więc się nie martw."

No pech... Bo gdyby nie przeżył, to na fali współczucia moja popularność zapewne by wzrosła i komentarzy współczujących i żałujących byłoby dużo więcej niż jest w tej chwili...
Ale że i tak mam ich w ch..j, to się nie martwię za bardzo  - śpij spokojnie, anonimie.

Kolejny wpis i kolejny anonim:

"Po co go nazywać? Uśpić to  kocie ścierwo!"

Że też ja taka głupia jezdem i na to wcześniej nie wpadłam! Ehhh!
Teraz to już ciut głupio  by było.
Ach! Anonimie! Przybywaj częściej z odsieczą i dobrymi radami!


"Ile kasy dał ci ten konował za reklamę swojej budy?"

Anonimie! Wszak wiesz, jako człek światły, kulturalny i obyty w w świecie,że dżentelmeni (i dżentelmenki) o pieniądzach nie rozmawiają....
Ale skoro tak nachalnie dopytujesz, to odpowiem: baaardzo okrągłe ZERO! Takie, jak ty.


I wpis o oczkach Lucka:

"I dobrze."

Zgadzam się z tobą w całej rozciągłości!
Dobrze, bo nie będzie widział głupich i podłych ludzi! Będzie tylko czuł dotyk kochających rąk...



Anonim jest sprawiedliwym, dobrym i miłującym zwierzęta  człowiekiem, bo i Fredka potraktował na równi ze mną:

"Znudził się stary buras, to go uśpij,  zamiast udawać, że się  tak kochają"

Gadałam z Fredkiem - nie chce się poddać eutanazji - głupi buras!
Może go przekonasz, anonimie - ty kieszonkowy, domorosły psychologu/psychopato?


Tak więc, mam na blogu nowego fana - for fun'a ;-



sobota, 2 lutego 2013

Sowy z problemem



Dziś na blogu miało być coś innego.
Coś, co zlazło z drutów,ale ponieważ raczej nie ucieknie,więc poczeka.
Póki co, zajmę się sowami. i bagienkiem pt. "prawa autorskie".
Chodzi o te sowy:

A właściwie o ich wzorek.

Zaczęło się wczoraj.
Na FB utworzyła się kolejna grupa (z numerem milionpięćsetstodziewięćset). Tym razem frywolitkowa.  Nie ma przymusu korzystania z mnożących się niczym króliki kolejnych elit robótkowych itp. Ale akurat ta zdecydowanie leży w sferze moich sympatii i zainteresowań.
Pooglądałam zdjęcia i prace nieznanych mi w większości twórczyń.
Poczytałam trochę postów.
Jedna z uczestniczek grupy dodała zdjęcie nie swojej frywolitki (co zostało zaznaczone w poście), z prośbą o pomoc w odnalezieniu schematu.
Na fotce były kolczyki -sowy.
Zdjęcie było na tyle wyraźne, że spokojnie można z niego odrobić wzór, nie posiadając schematu graficznego, czy opisowego.
Napisało zresztą o tym kilka osób - w tym również i ja.
"Sowy" wydrukowałam i dziś przed południem, bez problemów w ciągu 15 minut stałam się właścicielką nowej biżuterii nausznej.
Pstryknęłam fotkę i chciałam wstawić ją do grupy.
A tu -niespodzianka - wpadłam wprost w gorącą dyskusję i opiernicz bezpośredni, że nie wolno tak robić, że mamy się postawić w sytuacji autorki: Siedzi dziewczyna, wymyśla a ktoś przyjdzie sobie i żywcem zerznie...
Faktycznie - niefajnie... Przyszły hieny i się rzuciły na pomysł bezprawnie...
Sytuacja bardzo niezręczna i niekomfortowa....
Pani, która wrzuciła zdjęcie napisała, że przeprosiła autorkę bloga za wykorzystanie  zdjęcia jej pracy na FB...

Kolczyków nie wstawiłam, tylko zagłębiłam się dokładniej w lekturze.
I dobrze zrobiłam.
Bo jedna z pań broniących praw autorki do rzekomego pierwowzoru sów, podała jej adres blogowy.
Dodam - hipotetyczny pierwowzór sów...
Więc poszłam tam sobie pooglądać z nadzieją, że sowy są dobrem  publicznym i ogólnie dostępnym.
 I?
I pierwszy post, na jaki się natknęłam to zakładki do książki...
Jakby mi znajome...
Dokładnie taką samą pokazałam TU parę lat temu.
Tylko, że ja podałam link do wzoru, a właścicielka blogu "sówkowego" jakby to pominęła milczeniem...
Więc zaczęłam dokładny przegląd blogu licząc na to, że gdzieś do licha pojawi się JAKIŚ link! Jakieś skromne hiperłącze!
Pojawiły się!
A jakże.
Dwa razy do  prac Koroneczki
Widać rozsądek zwyciężył (wszak Ania to instytucja) i splagiatowanie jej prac, bez podania autorki byłoby strzałem we własne kolano. Tym bardziej, że prace Ani są charakterystyczne i znane ogółowi frywolących.
Pojawiło się również hiperłącze w problematycznych sówkach...
 Tyle, że wszystkie trzy linki prowadzą ciekawską i dociekliwą osobę w kosmos! Blogi nie istnieją!
Postów na tym blogu nie jest zbyt wiele, więc przejrzenie całości nie było zbyt uciążliwe i czasochłonne.
Każdy post traktuje o frywolitkach.
Znane, trójwymiarowe róże wg Beanbransoletki, (które też robiłam - wzór z gazety), moje kolczyki (wzór otrzymany od Sylwii, kwiatki Karmelka , medaliony itp, itd.
Tylko, że żadna praca nie ma odsyłacza do strony autora schematu. Ani informacji, skąd jest wzór.

Dlaczego poświęcam temu żałosnemu tematowi wpis?
Bo mnie podrzuciło,jak przeczytałam to:
.dziewczyna jasno pisze, że dzieli się wzorem, tylko należy do niej napisać. Miło by też było 

po wykonaniu takiego projektu napisać, że wzór pochodził od takiej a takiej. I nie było by 

tematu. To nie jest nakaz. To zwykłe ludzkie zachowanie...


No własnie!  Zwykłe, ludzkie zachowanie...

Taka konkluzja mi się nasunęła:
- żeby przepraszać, trzeba mieć za co
- żeby oskarżać, trzeba mieć podstawy.
Kto bez winy - niech pierwszy rzuci kamieniem.
Ja tego nie zrobię, bo się "inspiruję", czy jak wolicie -plagiatuję,
Tylko, że nie zapominam o nazwaniu rzeczy po imieniu i odesłaniu do pierwowzoru.

Dziś odstąpię od reguły - nie będzie odnośnika do blogu z sowami. Tego polskiego, bo zagraniczny jest TU
Czyż muszę dodawać, że te oryginalne sowy powstały dużo wcześniej, niż te problematyczne?

środa, 27 czerwca 2012

Zbulwersowałam się!

Okopałam się we własnym ogródku...
Mam schron - całkiem przytulny ;-)
Na moment z niego nosa wyściubiłam żeby Was ostrzec...
Może ciut po czasie, ale nigdy nic nie wiadomo.

Z tego co wiem, jest kilka osób, które boją się otworzyć lodówkę.
Bo może z niej wyskoczyć taka tam Joanna...

Nie wierzycie??

To proszę bardzo!

W poniedziałek METRO

We wtorek Gazeta Wyborcza

Dziś Panorama TVP2 (dwie emisje: 16:00 i 18:00).
I podobno było coś jeszcze w TokFM...

Jutro? Czort wie!

Aha! Zanim wrócę do przytulnej ziemianki ośmielam się zaprotestować! Bo jak gadali o Chudej w Panoramie, to mówili o niej per: KOBIETA!  
Kobieta została zwolniona, kobieta się odwołała itp.

Toż to moja ASIA!!! MALUTKA CÓRECZKA!!!
Kobieta... Też coś! Pfff!

Zbulwersowałam się!  ;-)

piątek, 22 czerwca 2012

Dzień sądu - OSTATECZNEGO!

Zapewne niektóre z Was pamiętają, jak pod koniec ubiegłego roku i na początku tego, pisałam o niemiłej (oględnie mówiąc) sprawie, która  dotknęła moją Joannę.
Dla przypomnienia i dla informacji osób, które nie wiedzą o co chodzi wszystkie trzy posty w tym temacie  są TU (klik)

Aś złożyła pozew do sądu.
Termin rozprawy został wyznaczony na dzień 22.06.2012, godz. 12:00

Czas od 04.01, czyli od dnia złożenia pozwu, płynłą sobie beztrosko i nadspodziewanie szybko...

W tak zwanym miedzy czasie, Chuda dostała odpowiedź na pozew od strony pozwanej...
Jak go przeczytałam, zrobiło mi się jakoś tak słabo. I nie ukrywam, że przeraziłam się.
- Stek bzdur! Same przekłamania i bełkot! Tylko jak ta moja bidula udowodni, że nie jest CELEBRYTKĄ??? Jej słowo przeciwko kancelarii adwokackiej! Wyjadacze sądowi! Zgniotą ją! Zmiażdżą! O matko...

Pierwszy dzień lata nie jawił się zbyt fajnie.
I godzina - w samo południe! Niczym w westernie! Strzały strony przeciwnej zmiotą moje dziecko z powierzchni ziemi...


Dzień sądu prawie ostatecznego nastąpił dziś...


 Młoda stanowczo odmówiła zawiezienia się matką-rodzicielką do sądu...

Matka dla zabicia czasu i w oczekiwaniu na nieznane pogrążyła się w garach...

W końcu zadzwonił telefon...

I.....

Cytacik zerżnięty żywcem z FB od powódki ;-)

Jako iż co jakiś czas ktoś mnie pyta co z tą sprawą, OFICJALNIE OŚWIADCZAM iż w dniu dzisiejszym na pierwszej rozprawie sprawa została zakończona ugodą. Ja im obiecałam, że dam im spokój, a oni mi, że dadzą mi pieniążki. (...) Uf!:D
Czyli jest bardzo ok!!!  Kamień z serca!
 Chuda wyszła ze słusznego założenia, że dalsze ciągnięcie sprawy byłoby bezsensowne i czasochłonne. Kto wie, czy nie kilkuletnie...
Ugoda w pewnym sensie jest jej zwycięstwem i (wg mnie oczywiście!) przyznaniem się do winy strony pozwanej.
 No! To pierwszy dzien lata uważam za zaliczony! 

wtorek, 10 stycznia 2012

Dzień Dobry TVN

Tak więc kontynuując wątek Chudej (dla niewprowadzonych w temat pisałam o tym tu i tu ).
Dziś przed południem został wyemitowany reportaż Filipa Chajzera z moją Joanną w roli głównej.


Jak już wiem z komentarzy pod poprzednimi postami, kilka z Was miało okazję obejrzeć reportaż bezpośrednio w telewizji.
Dla większości zainteresowanych, a przebywających w owym czasie jako i ja w pracy podaję link do programu.

Dzień Dobry TVN

Jak zwykle ocenę pozostawiam Wam...

czwartek, 29 grudnia 2011

Pytanie na śniadanie

Tak więc jak pisałam wczoraj, Joanna była dziś na wizji (że tak "fachowo" się wyrażę).

Jak wypadła?

Moim nieobiektywnym zdaniem matki - była świetna!
Spokojna i rzeczowa.
Zresztą obejrzyjcie i same oceńcie:
Pytanie na Śniadanie

I drugi link na youtubie Na wypadek, gdyby pierwszy nie działał.

środa, 28 grudnia 2011

Obnażam...

Dzisiejszy wpis będzie prawdopodobnie czymś w rodzaju wrzucenia granatu do szamba.

Nie przyzwyczaiłam Was do takich wpisów.
Tu się pojawiają raczej lajty typu robótki, czy opisy "ku pokrzepieniu serc"

Dzisiejszy zyska nowy tag: "a tu pospolitość skrzeczy"...

Rzecz dotyczy mojej Joanny.
Jak już wspominałam drzewiej, moje starsze dziecko poza tym, że jest dyplomowanym fototechnikiem, studiuje nauczanie początkowe z wychowaniem przedszkolnym w Kolegium Nauczycielskim.
Wspominałam chyba również, że pracuje.
Nie musi, ale chce.

A właściwie powinnam użyć czasu przeszłego:
NIE MUSIAŁA, ALE CHCIAŁA...

Fotografia...
Wiecie już, że to nie tylko jej zawód, ale i pasja.
A od niedawna jak się okazało przysłowiowy gwóźdź do trumny...

Nie będę się rozpisywać, bo zrobił to za mnie ktoś inny.

Poczytajcie:
http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,10877679,Wrzucila_zdjecia_na_Facebooka_i_wyleciala_z_pracy.html

Jutro będzie ciąg dalszy.

Asia dostała zaproszenie na nagranie do programu "Pytanie na śniadanie" (program drugi TV, godzina 8:30 - 10:55)

To tyle z mojej strony na dziś.