Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkania. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 stycznia 2016

Koszałek Opałek powraca...

Witajcie!
To ja, Wasz Koszałek Opałek, czyli sprawozdawca spotkań i wydarzeń w świecie patchworkowym.
Wiem, że dawno nie pisałam niczego o naszych paczłorkowych miesięcznicach w Szkole Patchworku, ale to nie znaczy, że ich nie ma.
Są, są! I mają się bardzo dobrze.

Jako iż wszystkie jesteśmy skazane na szycie, to nie możemy spotykać się tylko w celu luźnych i ożywczych ploteczek, ale również twórczo.
Ponieważ dobrze nam szło wspólne i tajne tworzenie narzut,

Spotykamy się nie tylko na luźne i ożywcze ploteczki, ale również, a może przede wszystkim na wspólne szycie.
Jakoś tak w kupie fajniej się siedzi przy maszynach.

Z takiej wspólnoty działań wychodzą całkiem zgrabne projekty:


Czyli kolejna narzuta in progres. Nie jest tajna przez poufne, więc mogę ją pokazać bez konsekwencji.
Szyjemy ją wspólnie w celu bez celu. Ot tak, na zaś. Bo nigdy nie wiadomo, czy ktoś nie będzie w potrzebie :-)

Zarozumiale stwierdzam, że ogromnie mi się podoba, to co widać na zdjęciu.
A szycie jest takie łatwe! I jakże ekonomiczne! Wszystkie pozornie nieprzydatne paseczki można przetworzyć na coś bardzo energetycznego i optymistycznego.
Dowód rzeczowy na zdjeciu niżej:


Przy maszynie skupiona Lenka, a na stole wspomniane paski.

Oczywiście nie samym szyciem człek żyje, Zwłaszcza jak się przypadkowo trafią urodziny jednej z uczestniczek:


No i coś, co tygrysy lubią najbardziej...
ZAKUPY!!!
Tak, tak! Na spotkaniu u Ani, pojawiła się część (maleńka!) sklepu  Ewy.



Ja też święta-obojętna nie byłam i poczyniłam małe zakupy:


Poza praktyczną stroną zagadnienia (igły, szpilki, magnes, próbnik tkanin), nie mogłam przejść obojętnie obok charm pack'a... 
No nie mogłam! MAMO do mnie mówił! :-D
Zresztą w kwestii szmatek mam okropnie słabą silną wolę.
Zerknijcie same do sklepu Ewy https://www.kiltowo.pl/ i same się przekonajcie, że nie jest łatwo przejść obojętnie obok tej ferii barw i wzorów.

Reasumując - spotkania są super, naładowałam akumulatory na zaś. 
Obiecuję poprawę i będę pisać relacje zdecydowanie bardziej cyklicznie nawet, jeśli nasze "mitingi" będą takie zwykłe, jak ten ostatni.
Bo o takich też warto jest pisać i pozostawić po nich wspomnienia. Po prostu widać, że jest nam razem dobrze, że lubimy się spotykać i że czekamy na te nasze ostatnie czwartki w miesiącu :-)

Ps: dwa pierwsze zdjęcia są autorstwa Abulinki reszta moja.

środa, 8 lipca 2015

Krasnystaw, czyli logistyka w praktyce.

W sumie to nie wiem, od czego mam zacząć.
Zresztą, szczerze mówiąc, nie pierwszy raz mi się to zdarza...

Może cofnę się do ostatniego piątku, czyli do 03.07.

Mniej więcej koło godziny ósmej rano, wyruszyłyśmy z młodą młodszą w kierunku wschodnio-lekko-południowym. Celem naszej podróży był Krasnystaw.
Ale nie tak sztuka dla sztuki, w celu przejechania się obwodnicą Lublina.
Śmignęłyśmy na II Festiwal Twórczo Zakręconych.
Taka jedna Aśka B. mnie zmolestowała skutecznie i zgodziłam się poprowadzić kurs frywolitki igłowej.
Dotarłyśmy, zakwaterowałyśmy się i powędrowałyśmy do szkoły (a jakże - niby wakacje, a szkoła mnie prześladuje nieustannie!).
W szkole rozdzieliłyśmy się na podgrupy: ja poszłam uczyć, młoda poszła uczyć się. Czegoś, co się zowie wire wrapping. U pani Olgi. Będzie o tym niżej.

Uczyłam 4 panie.
Zdjęcie ze strony Ariadny

Daj Boże takie uczennice każdemu! Zdolne jak szatany,  w lot chwytały, o czym mówiłam i co pokazywałam!
Po trzech godzinach wyszły bogatsze o dwa kwiatki frywolitkowe, które spokojnie mogą być kolczykami.
Zdjęcie ze strony Ariadny

Dumna z nich jestem! I to bardzo!
Moje Ego wyprostowało zgarbiony nieco kręgosłup i chciało szukać dziecka własnego.
Dziecko jednak samo się znalazło i do tego bogatsze o prześliczną, własnoręcznie zrobioną bransoletkę. Zdjęcia będą w kolejnym poście, bo tak ;-)

Po zajęciach był wyjazd autokarem na kolację regionalną do stadniny Pasja.
Nie będę się wdawać w szczegóły.
Krótko powiem tylko, że sałacianka oraz pierogi: bobowo-mięsne i z kaszą jaglaną, będą mi się śnić po nocach.
MNIAM!!!
Księżycówki nie kosztowałam - za dużo % wirowało w butelkach ;-)

Następnego dnia, przed południem, miałam kolejną grupę pań do nauki frywolitek.
Też dały radę :-))
A Ania zgłębiała tajniki sutaszu u Izy.
Zgłębiła konkretnie i jestem przeszczęśliwą posiadaczką pary najpiękniejszych koczyków pod słońcem!


A tak się prezentują w jednym z moich organów słuchowych:



Pokochałam je miłością bezwzględną i absolutną od pierwszego wejrzenia. Chyba nic w tym dziwnego?

Po południu, nastąpiła pewna odmiana. Otóż matka poszła razem z córką ramię w ramię na kurs.
I to jaki!
Wymarzony do bólu od dawna.
MOTANKI - słowiańskie lalki wotywne.
Czyli coś,  co tygrysy kochają najbardziej - trochę magii, trochę czarów i mnóstwo zakazów i nakazów przy tworzeniu tych czarodziejskich lalek. Tworzy się je bez użycia igły. Są po prostu motane :-D
Zrobiłyśmy swoje pierwsze i nieostatnie laleczki i jesteśmy z nich dumne.

Ta wyższa jest Ani.
Nie nadałyśmy im imion, bo nie wolno. To po prostu lalki albo matrioszki.
Nie mają oczu, bo nie mogą mieć.
Nie porównujemy ich pod względem wyglądu i wykonania, bo nie wolno.
Obie robiłyśmy nasze motanki, motając w nie nasze jakieś tam pragnienia...
Robiąc te lalki trzeba trzymać się pewnych z góry ustalonych reguł i nie wolno od nich odstąpić, bo szlag trafi nasze marzenia.
Wierzyć, nie wierzyć?
Ja tam wolę losu nie kusić ;-)

Po pracowitym dniu, każdy  ma prawo do odpoczynku i rozrywki.
Tak więc i tym razem, chętni pojechali na kolację do innej stadniny. Tym razem nosiła ona intrygującą nazwę Adrenalina.
Konie były. Psy. I koty.
Ale największą zwierzęcą atrakcją był kozioł o wdzięcznym imieniu Książę:

Zdjęcie autorstwa Piwonii

Czyż nie jest wyjątkowym przystojniakiem? :-D

Następny punkt wieczornego programu: Festiwal Wizji.
Pominę milczeniem...

Niedziela. Dzień lenia?
No nie do końca. Pobudka o nieludzkiej godzinie typu siódma z minutami. A potem jazda na wycieczkę.
Borowice. Przepiękny, zabytkowy kościół modrzewiowy, wzniesiony pod koniec XVIII wieku.





W czasie mszy, siedziałyśmy sobie z Anią w cieniu pod lipą, delektując się zapachami lasu, łąk i upałem.
Kiedy tak pogrążałyśmy się w niebycie wakacyjnym, przyszła do nas pewna miła pani Ola (w wieku mniej więcej mojej Chudej) z córeczkami mocno małoletnimi.
Zaczęłyśmy sobie miło pogadywać i tak od słowa do słowa, usłyszałyśmy fantastyczne, acz mrożące krew w żyłach opowieści na temat Borowicy i okolic.
Upiorne domy, przeklęte hektary pól...
Nie wzięte z sufitu, tylko z życia prawdziwego plus książka o tamtym rejonie. Tytułu nie znam, ale mam mieć przekazany. I liczę na to, że gdzieś uda mi się znaleźć ten unikat. Bo baaaardzo chcę!

Po mszy, można było zwiedzać kościół. I to jak!
Nigdy w życiu, nie oglądałam żadnego kościoła w taki sposób.
Wszędzie można było wejść. Wszystkiego można było dotknąć i powąchać.
Jedynie na dzwonnicy nas nie było. Może tylko dlatego, że była na zewnątrz ;-)
Jako ciekawostkę pokażę Wam zdjęcie pocisku z czasów pierwszej wojny, który trafił w jedną z kolumn, przesunął ją i utkwił na wieki, nie czyniąc nic złego całemu budynkowi:

Zdjęcie celowo jest przejaśnione, żeby dobrze było widać wbity w kolumnę pocisk.

Dalszy ciąg wycieczki: Krupe i ruiny zamku wzniesionego pod koniec XV wieku przez Jerzego Krupskiego:


Kolejny punkt programu niedzielnego: Stadnina Ogierów w Białce.

Kocham konie, chociaż się ich boję jak ognia. Podziwiam je pełna zachwytu od zawsze.
W Białce oniemiałam...
Płochliwe araby czystej krwi (w każdym, z wielu  boksów) potrafią zrobić wrażenie nawet na najbardziej odpornym na końskie wdzięki człowieku...

A potem?
A potem to już był powrót do miejsca zakwaterowania.
I przesiadka do własnego samochodu.
220 km i znowu w domu.

Zostały wspomnienia. Kilka zdjęć i naładowane akumulatory :-)))

Chciałam ogromnie podziękować wszystkim organizatorom za ogrom pracy włożonej w przygotowanie tak dużego przedsięwzięcia.
Ogarnięcie całego tego bałaganu wymaga nie tylko niebywałych umiejętności, ale również determinacji.
Logistyka na wysokim poziomie w praktyce - tak właśnie wyglądał II Festiwal Twórczo Zakręconych w Krasnymstawie.

Cóż jeszcze mogę dodać na zakończenie tego wpisu?
Tylko jedno: DO ZOBACZENIA ZA ROK !

PS: jeśli ktoś chce obejrzeć więcej zdjęć, zapraszam do oglądania zdjęć wspomnianej już wcześniej Piwonii.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Z opóźnieniem

To ja. Wasz dzielny Koszałek Opałek. Czyli skryba warszawskich, comiesięcznych Spotkań Patchworkowych.

Jak wiadomo, krasnoludki są ludkiem zapracowanym po czubek spiczastej czapeczki i siwej brody, w związku z tym nie mogłam spełnić swojej kronikarskiej powinności na ten tychmiast po spotkaniu.
"Czejs" mi gna na złamanie karku, niczym spłoszona pchła na wyleniałym psie.

Ale na szczęście czas można zatrzymać dość skutecznie.
Na zdjęciach - jakby ktoś nie wiedział ;-)

I teraz ostrzegam: rzeczonych fotek będzie od pyty! Jeszcze takiej ilości chyba nie umieszczałam na blogu w jednym wpisie.
Więc uprzedzam - będzie duuuużo oglądania. A i tak nie wszystko wkleję w ten post.

Postaram się jakoś w kronikarskim skrócie opisać jak to na spotkaniu było.

Ano było nas 14 kobitek.
Znaczy nie hurtem i nie na raz, tylko od południa do godzin wieczornych.


Jak już wspomniałam, nasze spotkanie 23.04 (w dniu imienin Jerzego i Wojciecha), odbywało się pod znakiem Akcji Serduszkowej dla CZD.

Dzielne szwaczki pracowały pełną parą:




Niektóre na stojąco:



Inne klasycznie i po bożemu:




Bywało, że i na cztery ręce:

Hania i Ania

W tandemie:

Hania i Ewa

W pojedynkę:
Na pierwszym planie Jadzia




Tereska




Ania Sławińska



I z pędzlem w ręku:




Materiałów do tworzenia zdecydowanie nie brakowało:

Od lewej: Lenka i Jadzia


Nawiasem mówiąc - ten regał, wraz z zawartością, za Lenką i Jadzią, to mój mroczny obiekt niezdrowego pożądania :D

Jak ktoś osłabł i podupadł, miał miejsce do wskrzeszenia omdlałego ducha (i ciała):

Ewa


Przytulny i słodko pachnący kącik kusił. Oj kusił nad wyraz skutecznie :-D

Po lewej... (zabijcie mnie! nie pomnę :-( ) Po prawej: Ula  


Koszałek Opałek też tam koczował, ale na szczęście nikt mu fleszem w zęby nie strzelał ;-)

Były również dyskusje i ogólne zgromadzenia:

Od lewej: Marzena, ?, Ula i Ania 



A jak dyskusje, to i podziwianie tego, co się tworzy.

Tym razem padłyśmy z zachwytu na widok tego, co tworzy Lenka (niestety - niezblogowana :-( )

Fragment narzutki dla dzieciny płci żeńskiej autorstwa Lenki:



Nasze nabożne skupienie i podziw:



Jej kalejdoskop (in progress)


Lenka chyba sama doszła do wniosku, że będzie z tego coś niesamowitego i wraz z nami padła uczciwie na własne kolana przed osobistą pracą:

Narzutka z męskich koszul, czyli recykling taki, że mucha nie siada:


A to będzie cudna kołderka dla siedmioletniej siostrzeniczki Lenki:

Lenka szyje nie tylko patchworki w formie plaskatej. 
Co powiecie na taką kurteczkę?


Ewa miała ochotę  dać w niej w długą, ale Lenka była czujna i nie dała :-D

Starcie nie skończyło się rozlewem krwi wbrew pozorom. Ewa grzecznie, acz z wielkim żalem kurteczkę oddała ;-)

Było super, świetnie i naładowało mi akumulatory po same klemy :-D.

Dziękuję Ci Aniu za ponowne spotkanie. Za atmosferę, za klimat i tak ogólnie za całokształt oraz nieziemską cierpliwość. Wiem, że nie było Ci łatwo - przeziębienie i katar niczym Niagara odbiera chęć do życia nawet takim energicznym osobom jak Ty :-)))

A co powstało w trakcie spotkania? No serduszka rzecz jasna!
Ale celowo o nich teraz nic nie piszę. Dopiero po całkowitym zakończeniu Akcji zrobię podsumowanie.
Dziś, póki co, umieszczę tylko jedną fotkę na wabia i na zachętę:


Ps: zdjęcia są autorstwa Ani (naszej cierpliwej gospodyni) i Tereski (dobrego ducha Akcji Serduszkowej).

piątek, 27 marca 2015

Warszawa też ma!

Tytuł mam...
Ale od czego by tu zacząć?

Sądzę, że najrozsądniej będzie od początku.

Ile jest osób na świecie, które mają przekrętkę na punkcie patchworków?
Nikt tego nie liczył. Zapewne miliony.
Ile jest takich osób w kraju nad Wisłą?
Hmmm... Pewnie coś kole tysiąca, może więcej.

A warszawskich pokręconych? Hohohoho! BARDZO DUŻO! :-D
Nie ma co ukrywać, że spora część tej BARDZO DUŻEJ grupy wywodzi się spod znaku Szkoły Patchoworku 

Czyli ręką Ani my ukształtowane ;-)

I to właśnie Ania wpadła na jakże prosty i oczywisty pomysł: się spotkajmy, dziewczyny! Tak bez nauki, na babskich plotach i przyjemnościach.

No i stało się!
Na pierwszy ogień, jako te króliczki doświadczalne poszły dzielne mrówki-paczłorkówki. Czyli bywsze i aktualne kursantki wyżej wspomnianej szkoły.

Było nas 11 zarąbistych facetek!

Mało? Kwestia dyskusyjna. I rozwojowa.
Spotkania mają charakter otwarty i każda patchworkująca kobieta ma wstęp wolny :-)
O tym będzie niżej.
Jak to zwykle bywa, w trakcie takich spotkań, musowo było się pochwalić swoimi osiągami.
Tyle, że...
Jakoś takoś sprzęty do uwieczniania nie bardzo z nami współpracowały i zdjęć mamy strasznie mało!
Ale kilka fotek dało się wydłubać od Ani i od Hani.
Na początek fotka prawie grupowa:

Od lewej: Ula (Bukotle),  Marta, Marysia, Tereska, Ania (dyskretnie skryta za Tereską), Beata, Marzenka i Hania. W tle, za Marzenką jestem ja w mikrym fragmencie :-D Fotkę pyknęła Ania 
czyli inicjatorka i siła sprawcza naszego spotkania.
Jeśli chodzi o prace.
Na początku zaśliniłyśmy się od pięt po pachy na widok obrazków wyszytych przez gospodynię spotkania, czyli Anię:



Ten drugi PODOBNO jest do kitu...
 Tjaaaa... Pozwolę sobie mieć zgoła inne zdanie w tym temacie...

Kolejną czarującą była Marta:
Aż się wierzyć nie chce, że to cudo  nie jest namalowane farbami, tylko maszyną do szycia.

Mnie osobiście mowę odjął "Kalejdoskop". Również autorstwa Marty:

Macałam go niegodnymi łapami i nosem po nim ryłam, co zostało uwiecznione po wsze czasy:

Marzenka prezentowała nam swoje próby pikowania z wolnej ręki i roztoczyła przed nami wizję całkiem odjechanego i oryginalnego zamysłu wykorzystania rzeczonych próbek:
Jak widać na załączonym obrazku, wizja ta wprawiła niektóre z nas w niekłamaną ekstazę ;-))

Zdjęć innych prac nie mam, bo jak pisałam - sprzęt się nam zbuntował, albo został w domu (tak, tak! biję się we wklęsłe zero - zapomniałam zabrać!).
Następną razą będzie więcej do oglądania, bo będzie następna raza.

Za miesiąc.
Mają spotkania inne miasta? Mają.

No to Warszawa też ma!

Ponieważ jednak wszystkie cierpimy na nieuleczalną chorobę zwaną szyciopaczłorkomus, następne spotkanie będzie bardzo twórcze.
Otóż planujemy szycie serduszek.
Ale nie tak sobie sztuka dla sztuki.
Pozwolę sobie zacytować fragment maila Tereski, wyjaśniający dokładniej o co chodzi:

Akcja tworzenia serduszek dotyczy wszystkich możliwych technik : szycie, decoupage, cekiny, klejenie, itp. Do mnie moja znajoma zgłosiła się w sprawie szycia, bo wiedziała, że szyję patchworki. Ale to niczego nie przesądza, zależy tylko od osoby tworzącej.
No więc:
Serduszka są na 35-lecie istnienia szkoły szpitalnej w Centrum Zdrowia Dziecka. Jubileusz będzie trwał 3 dni i przy okazji odbędzie się konferencja dyrektorów szkół szkolnictwa otwartego. Serduszka będą podarowywane osobom uczestniczącym w konferencji i zaproszonym gościom. Gośćmi będą dzieci oraz osoby zaangażowane w prace na rzecz dzieci i szkoły szpitalnej. Od 15 lat na tę uroczystość przyjeżdżają dzieci ze szkoły nr 1 w Twardogórze koło Wrocławia.

Serdecznie zapraszam wszystkich chętnych do uszycia / wydziergania / szydełkowania serduszka na rzecz tych dzieci.
Akcja serduszkowa kończy się pod koniec kwietnia.

Co do zasad: nie ma żadnych. Serduszka mogą być wykonane dowolną techniką, mieć dowolny kształt i kolor(y). Mają być wesołe i  ozdobione wg własnego pomysłu.
                               Jest jedynie prośba aby nie były zbyt duże, mniej więcej 10 x 12 cm i miały zawieszkę.

Bardzo dziękuję w imieniu dzieci ze  szkoły szpitalnej centrum Zdrowia Dziecka.

Tak więc - kto chętny i szyjącopaczłorkujący, niech przybywa na Ursynów 23.04!
A o serduszkowej akcji dokładniej napiszę za czas pewien.

Ps: Dziewczyny - noooo dooobra! Mogę już być tym skrybą spotkaniowym vel sekretarzem. Przyjemniejsze takie pisanie, niż płodzenie protokołów ;-)
Czyli mówcie mi od dziś Koszałek Opałek ;-)

niedziela, 3 października 2010

200 km

Jak ogólnie wiadomo, kobieta zmienną jest ;-)
Miałam nie jechać na spotkanie w Białymstoku, ale SIĘ tak jakoś porobiło zgrabnie, że jednak SIĘ stawiłam na Super Zlocie Najfajniejszych Czarownic :-))
Mało tego!|
Udało mi się również namówić na wypad jeszcze jedną blogerkę. A mianowicie Elisse

Wyjechałyśmy bladym świtem.
Ja wiem, że nadgorliwość gorsza od faszyzmu, ale nie umiem zaplanować drogi co do minuty...
Efekt?
O godzinie 9:30 byłyśmy dokładnie 28 km od Białegostoku...
Niezorientowanych informuję, że spotkanie miało się rozpocząć o 11:00...
Bez komentarza ;-))

Tak więc porzuciłyśmy samochód i poszłyśmy trochę połazikować.
Tuż obok szkoły, w której miało się odbyć spotkanie jest kościół. Imponujący. Zastanawiałyśmy się Elizą z którego on może być roku. Stawiamy na lata 20-30 XX wieku.
Białostoczanki - prawdziwe sa nasze przypuszczenia??

Tuż przed 11 zameldowałyśmy się w Klubie robótek :-)
Pierwszą osobą którą zobaczyłyśmy była Krzysia
A następnie zostałyśmy lekko poduszone przez Madziulę - mnie się należało duszenie za milczenie.
Natomiast Eliza "oberwała" z powodu radości Madzi :-)
Rozgościłyśmy się na jednym ze stołów przygotowanych do ekspozycji.

A później?
A później nastąpiło ogólne oglądanie i gadanie.

No to teraz czas na fotorelację.
Od razu zaznaczam, że zdjęć mam mało. Gdyby nie Ania, która była ze mną miałabym guzik do pokazania. Dziecko na szczęście mam roztropne i wykazało się przytomnością umysłu, bo widziała, że matce ani w głowie łapanie zbyt częste aparatu ;-)

A więc na pierwszy ogień Krzysia i jej cudo hardangerowe:


A to pudełko zrobione przez nią jej osobistymi, zdolnymi rękami:


A tu również widać Krzysię, moją Anię i.... POMOCY!! KOGO??
Edycja : oprócz Ani i Krzysi są Ania 75, a w głębi Darka
Krzysi i Małgosi bardzo dziękuję za pomoc :-)



I jeszcze jedno. Muszę się Wam "poskarżyć". Otóż Krzysia zagroziła mi uduszeniem, mękami piekielnymi i innymi przyjemnościami, bo ponieważ przez mój kurs frywolitek na igle zbałamuciłam i popsułam jej kilka dobrze zapowiadających się uczennic frywolitki czółenkowej.
Krzysiu! Nawet nie wiesz jak strasznie NIE JEST MI GŁUPIO :-PP

Kolejna z Super Kobiet - czyli Madziula:


Obok niej stoi wspomniana wyżej przeze mnie Krzysia de domo Groźna i pan, który przerobił obraz Matejki "Bitwa pod Grunwaldem" na haft krzyżykowy. Zarazem twórca znanego wszystkim haftującym programu do przeróbki zdjęć na xxx.


Naila - filigranowa, urocza osóbka:



I kilka jej prac:




Zwróćcie proszę uwagę na te piękne serwety frywolitkowe i ich ochroniarza





Od prawej: Yenulka, stoi Melicja, a po lewej siedzi??? POMOCY!!!

Edycja: Po lewej siedzi Marta z pasmanterii w Białymstoku - z relacji Krzysi wiem, że jest to szalenie kompetentna osoba. Krótko mówiąc - właściwy człowiek, na właściwym miejscu :-)
I tu również należą się podziękowania dla Krzysi i Małgosi :-)


Dzięki dziecku memu mam dwie fotki prac Meli:

Powstanie królika ma pewną historię. Mela pisała o niej na swoim blogu, ale przytoczę. Otóż rok temu NIE wygrała takiego królika w mojej zabawie, więc... Wzięła i go sobie sama uszyła :-D
Wpadłam w związku z tym na pewien pomysł: może nie przeprowadzę losowania w mojej Pocieszajce . Bo być może w ten sposób spowoduję, że znowu kilka osób opętanych żądzą posiadania frywolnej rzeczy zechce się nauczyć dłubać na igle. Lub czółenku - Krzysiu - nie krzycz!! ;-D)


A to króliczek zrobiony na drutach również przez Melicję.
Obie z Melą nie pamiętamy kto i gdzie pokazywał jak go zrobić. Więc znowu prośba do Was: kto i gdzie??? Wiem, że to było w tym roku przed Wielkanocą.
Edycja: dzięki Askoz wiem już kto jest autorem króliczka! To Wiki
Asiu! Bardzo Ci dziękuję za pomoc :-))




Aploch , Yenulka, a hen w tel po lewej stronie Jolinka




A teraz mam prośbę do Yen i Aploch - nie utłuczcie mnie bardzo proszę, ale nie mam zdjęć Waszych prac ... Macałam łapami niegodnymi o to:
(zdjęcie z blogu Aploch). Po raz pierwszy w życiu na własne oczy zobaczyłam monokanwę. I dzięki temu wiem już na 1000%, że needel point nie dla mnie.

Yen - nie mam zdjęć również Twoich prac. A może i mam, tylko nie wiem które to są.

A teraz mała ciekawostka.
Yenulkę znam od lat z różnych for. Wczoraj po raz pierwszy miałyśmy okazję uściskać się w realu.
Przy pożegnaniu od słowa, do słowa dogadałyśmy się, że mieszkamy od siebie w odległości rzutu moherowym beretem...
Ręce, szczęka i inne części garderoby mi opadły... To ja byłam święcie przekonana, że Yen mieszka na drugim końcu Warszawy, pod drugiej stronie Wisły. A tu się okazało, że w zasadzie tuż za miedzą!
I po to żeby się tego dowiedzieć, po paru latach znajomości, musiałam pojechać 200 km od domu :-DDD

Elisse pogrążona w dyskusji z Małgosią z Kuferka

Widzicie te kordonki obok Elizy?
Obiecałam jej, że ją nauczę frywolić. I słowa dotrzymałam!
Zdolna z niej bestia! Szybko złapała o co w tym biega i jak się plącze nitki.
Uczyć taką osobę jak Eliza to po prostu czysta przyjemność!!
Małgosia podpatrywała z boku poczynania Elizy i... też złapała bakcyla! Ha! Ależ ze mnie zaraza!! :-DDD
Pani, którą widać we fragmencie na fotce, to koleżanka Krzysi, pani Ela (Małgosiu, dziękuję za podpowiedź :-)) - jedna z tych, którą popsułam swoim kursem ;-)
A to jedynie trzy rzeczy, które Eliza zabrała ze sobą na spotkanie mimo, że pokrzykiwałam na nią, że ma wziąć DUŻO!! Obiecała poprawę i następnym razem przywiezie zdecydowanie więcej swojego rękodzieła.




Na szczęście sampler przyjechał z Elizą! I miałam okazję zobaczyć go w realu i oniemieć z podziwu. Zarówno nad jego wielkością jak i starannością wykonania

Tzn było jeszcze ciasto Elizy, ale jakoś bufetu niestety Ania nie fociła - raczej z niego korzystała ;-)

Wspomniałam wyżej o Jolince
Jestem szczęściarą! Bo nie dość, że mogłam podziwiać naocznie cuda jej autorstwa:

To do tego jeszcze dostałam prześlicznego aniołka!!



Jak już wspomniałam, razem ze mną na spotkanie przybył również mój "ogonek" czyli Ania
Jak widać osamotniona nie była - tu razem z nową koleżanką Kingą. Wprawdzie nieco młodszą, ale różnica wieku nie stała na przeszkodzie w zadzierzgnięciu znajomości ;-)

Ania dostała od Krzysi notesik. Cudeńko! Ania całą drogę oglądała i podziwiała tego prześlicznego filigranka. I chyba nie do końca wierzyła, że jest JEJ NA ZAWSZE ;-D




Kiedy już wracałyśmy do domu, po oddaniu Elizy w stęsknione ramiona jej osobistego Miśka, zapytałam Anię:
-I jak? Nie nudziłaś się?
-Coś ty!!! Było bardzo fajnie! Masz super koleżanki!

No ba! W pełni podzielam zdanie mojej córki!

Dziewczyny! Ogromnie Wam dziękuję za spotkanie. Akumulatory naładowałam tak, że spokojnie wystarczy mi do... następnego spotkania :-))
Wszystkie jesteście wspaniałe!

Dzielnym organizatorkom należą się ogromne brawa i moc uścisków!

Więcej zdjęć będzie niewątpliwie na blogach wymienionych przeze mnie dziewczyn. Więc w ich imieniu zapraszam do oglądania :-)


Po wczorajszym gadaniu, gadaniu, gadaniu i gadaniu dziś zaniemówiłam. Kompletnie :-DD
I wcale mi nie jest z tym źle! WARTO BYŁO!!!



A na zakończenie mała próbka tego, co można zrobić za pomocą urządzenia o którym pisałam w poprzednim poście:

Kwiatek duży autorstwa Ani, mniejszy mój.
To tylko nasze dwa pierwsze wytworki. Możliwości jakie daje ten zakup poczyniony pod wpływem Miecia są ogromne. Obiecałam na wczorajszym spotkaniu, że w najbliższym czasie pokażę jak się tego ustrojstwa używa. Oraz jak się posługiwać yo-yo makerem.
To w takim razie - na razie ;-)