wtorek, 12 maja 2009

Zegary

Zegary. Czyli coś potrzebnego, acz często irytującego. Bo to albo za szybko czas odmierzają, albo wręcz przeciwnie - wstrzymują wskazówki, żeby nie dotrzeć do celu. Jedno jest pewne - były, są i będą. Czy nam się to podoba, czy nie.
Przypomniała mi się dziś taka historyjka sprzed lat wielu.
Było to mniej więcej w 87 roku. Mieliśmy razem z moim bratem ciotecznym kupić na prośbę mojego taty jakieś rury i okno. Tata sam nie mógł pojechać, bo był zajęty przy jakiejś przeróbce w domu. Więc dał mi w garść 5 tys, powiedział gdzie mają tegoż dnia "rzucić" i rury i okna (kiedyś towaru nie dostarczano do sklepu, tylko rzucano - to tak dla młodszych czytelników).
Pojechaliśmy. Na miejscu okazało się, że tego dnia "rzutów" nie było. Cóż było robić z tak pięknie rozpoczętym dniem? Brat - fan zegarków - zawiózł mnie do sklepu o znanej nazwie "Jubiler".
-Chodź! Pooglądamy sobie zegarki!
Nie widziałam przeciwwskazań i chętnie przyklasnęłam pomysłowi.
Zegarków było dużo. Bardzo dużo. Bo właśnie tegoż dnia "rzucili" towar do jubilera. I to nie byle jaki towar , bo przejęty przez milicję (taka poprzedniczka policji) z przemytu z Austrii. Szczególnie zafascynowały nas damskie elektroniczne zegarki. Miały masę funkcji - melodyjki, pikania, światełko, kalkulator, stopery, szmery, bajery. Jednego tylko nie miały - wodotrysku...
Mój brat jak zły duch podszeptywał mi z boku:
-Ale ekstra! Taki zgrabniutki. I jaki funkcjonalny! Weź sobie kup!
-No co ty! Nie mam kasy!
-A ta na rury? Akurat ci starczy.
Fakt. Jeszcze resztę bym dostała...
-Nieeee... Noooo co ty.... Nie mogę. Musiałabym tatę zapytać.
-I co? Sama tu będziesz jechać? Poza tym - do jutra już ich pewnie nie będzie...
Do rozmowy włączyła się sprzedawczyni:
-Tak, tak! Ma pan rację! Nie mam tych modeli zbyt wiele i szybko schodzą. Od rana już kilka poszło.
No i tak przyparta do muru z dwóch stron, nie miałam wyjścia - kupiłam. Wróciliśmy do domu.
-Gdzie rury?
-Nie było. Okien też. - to mówiąc oddałam rodzicielowi to, co zostało z 5 tys. Czyli jakieś 1200...
-A reszta??
-A wiesz? Krzysiek namówił mnie na zegarek, no to sobie kupiłam. Zobaczy jaki fajny! Z PRZEMYTU! U JUBILERA!!
-Namówił cię za moje pieniądze? Ładnie...
Tata na szczęście zegarek zaakceptował. Stratę finansową przeżył bez uszczerbku na zdrowiu, ale po rury i okno następnego dnia pojechał sam ;-D
Tak mi się to dziś przypomniało, kiedy pracowicie przyklejałam cyferki do mojego zegara do kuchni.
Motyw oczywiście taki jak na reszcie "sprzętów" kuchennych -czyli na solniczce, pleckach do kalendarza zdzieraka, chusteczniku i "obrazku na uśmiech".
Nawet jestem z niego zadowolona ;-)

W rzeczywistości cyferki są równiutko poprzyklejane, ale ja mam dwie lewe ręce do robienia fotek - widać nikonowa talent w tej kwestii ma samorodny - nie dziedziczony :-D

niedziela, 10 maja 2009

Kombatanckie wspomnienia

Zostałam dziś zmuszona przez dziecko starsze do wysiłku umysłowego. Tzn. kazała mi napisać cokolwiek o sobie. Znaczy o niej. Taki rozumiecie wątek wspomnieniowy.
W zasadzie tego typu historie pisze się ku pamięci potomnych, u schyłku życia, ale skoro panna lat prawie 19 życzy sobie wspomnień ze swojej beztroskiej młodości, to proszę bardzo. Ja jej w poprzek stawać nie będę ;-)
Aś była dzieckiem raczej spokojnym. I książkowym. W określonym przez mądre podręczniki czasie siadła, porosła zębami, wstała i ruszyła na dwóch nogach. Jedynie mowa była u niej jakby ciężkawa... Dziecina nie nadużywała głosu. Ku rozpaczy i lekkiemu strachowi rodzicielki. Jednak pewnego pięknego dnia to się odmieniło.
Było to na Wielkanoc. Na stół nakryty do świątecznego śniadania wjechały m.in. jajka pomazane jakimś sosem majonezowym. Aś z zainteresowaniem pokręciła kuperkiem na krześle rzuciła okiem na talerz z ciekawą dla niej zawartością i wygłosiła pierwsze w życiu zdanie...
Z akcentem mocno zaburzańskim i głębokim basem:
-Cio to jjjyyyy???
Od tego dnia do dziś paszcza jej się nie zamyka. Akcent a' la Pawlak zaginął na szczęście bezpowrotnie.
Asia w pewnym okresie swego żywota miała tzw. fazę na szkalowanie dziadka, czyli mojego rodzica. Pamiętam do dziś, jak będąc w poczekalni u lekarza pełnej po brzegi, moje niespełna dwuletnie wówczas dziecię chodziło od jednego człowieka do drugiego, wbijając zieleń ocząt swych w delikwenta i zawijając rękawek od bluzeczki pokazywało zadrapania zadane jej przez kota i informowało bardzo ponurym i ciągle jeszcze basowym głosem:
-To dziadzia...
Zastanawiająca była reakcja ludzi - lekki szok i nerwowe łypnięcie w moją stronę. Znieczulica taka! Nikt się nie przejął losem biednego, sponiewieranego przez okrutnego dziadka dziecka ze sznaps barytonem...
Asia jak już posiadła umiejętność posługiwania się biegle mową polską natychmiast nauczyła się pyskować.
Kiedyś porozkładała na schodach swoje zabawki - ot, taki podręczny magazyn rzeczy niezbędnych. I oczywiście nie kwapiła się, żeby uprzątnąć ten hurt pluszakowy spod nóg reszty domowników. Mój tata stanowczym tonem zwrócił się do dziecka:
-Asia! Proszę do posprzątać!
Na co mała idąc po schodach na górę, odwróciła się lekko w jego stronę i znad ramienia odparła bez namysłu:
-Cio??? Ja??? A co ja śłuzia jakaś jeśtem, cy co?? Ja jeśtem OŹDOBĄ tego domu! - i "oźdoba" pomaszerowała dalej dumnie zadzierając nos do góry zostawiąjąc oniemiałego dziadka.
Jak już wiecie zawsze u nas w domu były koty...
Pewnego dnia Asia wyszła na dwór i za chwilę wróciła do mnie niezmiernie zadowolona i uśmiechnięta.
-Wies mamusiu? Właśnie głaskałam klecika!
-Jak to??
-No lezał sobie na ławce psed domem.
-I nie bałaś się?? Przecież mógł cię uryźć!
-Nie mogł. On jus nie ma główki...
Kiedyś tam, mój tata był wspólnikiem w firmie robiącej różne skomplikowane szafy sterownicze np. do cukrowni. Szafy były montowane u nas. Asia bardzo chętnie asystowała dziadkowi i jego kolegom przy tych jakże frapujących czynnościach. Ponieważ w firmie musi być prezes, no to tam też był. W żartach koledzy tak się właśnie do tegoż pana zwracali. Asia też. Więc pewnego dnia dziadek zwrócił jej uwagę, że tak nie wypada, że raczej niech mówi do niego "pan Zbyszek". Na co moje dziecko, głęboko rozczarowane i zmartwione:
-DLACEGO??? Psecież prezes to takie piękne imię!!!
Pewnie większośc z Was wie, że nasze latorośle postrzegają nas jako osoby bardzo wiekowe i zgrzybiałe. Moja panna jednak chyba trochę przegięła, bo całkiem poważnie zapytała mnie mając lat ok 5:
-Mamusiu! Czy ty pamiętasz mamuty?
Taaaa... Jasssne! Nawet se jednego hodowałam w ogródku :-/
Asia od wczesnego dzieciństwa dbała o swoje cenne ciałko i zdrówko. (Do tej pory to ma!). Kiedyś wlałam do sedesu płyn do mycia tegoż i zostawiłam, żeby sobie podziałał, zanim ja zacznę szczotą go szorować. Deskę zostawiłam podniesioną...
Tak mniej więcej po 5 minutach usłyszałam potworny wrzask, ryk i płacz.
Wbiegłam do łazienki. Moim oczom ukazał się taki oto widok: Asia siedzi nie na sedesie, tylko hmmm... W ŚRODKU!! Nogi jej sterczą do góry, łzy się leją kaskadą, a całość usiłuje się wygrzebać z potrzasku. Hamując wybuch śmiechu, wydłubałam delikwentkę z pułapki i usłyszałam:
-Mamuuuuusiuuuu!!! Ja umrę???
-Dlaczego?
-Od tego płynuuuuuuu!!!!!!
Nie wiele brakowało, a ja bym umarła - ze śmiechu! Pocieszyłam, umyłam, na żądanie wyraźne natarłam i popudrowałam sponiewierany zadek... Nie umarła, ze skóry też nie oblazła. Widać za krótko ją tam potrzymałam ;-).
Na koniec ostatnia z historyjek.
Asia był już wtedy w czwartej klasie. Odebrałam ją ze szkoły... Widzę, że coś jest na rzeczy. Ale siedzę cicho, czekając cierpliwie, aż sama przemówi.
-Głowa mnie boli. I gardło. I ucho. I chyba mam gorączkę.
-Aha. To idź na górę, zmierz temperaturę. Ja zaraz przyjdę.
Kiedy przyszłam po jakiś 10-15 minutach dostałam termometr, a na nim "stało" jak wół: 38,7...
Hmmmm.... Cmoknęłam w czółko, pomacałam łapki w zgięciach łokci - normalne, znaczy chłodne...
"Kombinujesz" - pomyślałam - "no to przekombinujesz!"
A na głos powiedziałam:
-To leż sobie spokojnie. Dziś nie pojedziemy do lekarza, bo naszej pani doktor już nie ma o tej porze.
-Dobrze - powiedział prawie nieboszczyk...
Zaglądałam do niej od czasu do czasu. Asia konsekwentnie leżała na łóżku i "spała". W końcu weszłam do niej o 22:00 z termometrem, wsadziłam pod pachę i nie ruszyłam się, dopóki nie minęło przepisowe 10 minut. Wyjęłam. Ile było? 36,6...
-Co było ciepłe? Kaloryfery, czy woda w kranie?
-Woda... - zaszemrało dziecko.
-Aha! No to teraz wstajesz, robisz lekcje, a jutro do szkoły! I nie próbuj już mnie okłamywać, bo nie warto. Co jutro ma być w szkole?
-Klasówka z przyrody.
-No to miłej nauki!
-Ale późno jest! O tej porze to ja dawno śpię!
-To dziś posiedzisz znacznie dłużej. Przecież zawsze tego chciałaś, prawda?
Siedziała. Do północy. Nigdy więcej nie robiła już takich numerów - tylko zgoła inne...
Taaaa... To tyle, jeśli chodzi o Asię...

piątek, 8 maja 2009

Czy mężczyźni są światu potrzebni?

I kolejne opowiadanko z multiply:



Tytuł mojej dzisiejszej króciutkiej opowiastki to bezczelne skopiowanie tytułu książki Janusza L. Wiśniewskiego. Jest to jedyne jego dzieło, które czytam z szerokim uśmiechem na ustach, bez pudła chusteczek pod ręką. Trafność jego spostrzeżeń na sprawy damsko-męskie jest niesamowita! A podtytuły kolejnych rozdziałów to po prostu rewela i smaczki do mlaskania.
Nie wierzycie?
Proszę bardzo:

"Mężczyźni to dziwne stworzenia. Boją się dentysty, wypadania włosów i tego, że ich telefon komórkowy nie będzie miał zasięgu. Najmniej boją się tego, że są w stanie nieustannej degradacji i zaniku"

I kolejny (jakże trafny) smaczek:

"Nie wyobrażam sobie mężczyzny, który zniósłby dziesięciokilometrowy bieg w pełnym uzbrojeniu podczas okresu i nie zemdlał. Niektórzy mdleliby już na sam widok krwi.Jestem prawie pewny, że gdyby mężczyźni mieli "swoje dni", byłyby to z pewnością dni wolne od pracy. Zagwarantowane odpowiednią ustawą lub najlepiej dekretem."

Książkę polecam! Chociaż 3 ostatnie zdanka można wykorektorować

Taaaa....

To tak tytułem wstępu.

Oznajmiam, że będę szkalować mojego osobistego męża.

Mam zmywarkę. Sprzęt potrzebny i dość popularny. Jak każde urządzenie wymyślone przez mężczyzn, czasem się bierze i psuje. Niekoniecznie mechanicznie. Czasem "pada" jakby to powiedzieć... fizycznie.
Nie ominęło to również i mojego sprzętu.
Pękł panel. Najpierw tycio, potem więcej, a później zrobiła się MEGA DZIURA! Co ja mówię - DZIURSKO!

Jak widać - sterczało z tego dziurska coś plastikowego i bardzo ostrego. Jak się spieszyłam, to zapominałam o tej pułapce i...
Szlag! Znowu piękne cięcie na paluchu!! Każda robótkara wie, jak taki pocięty palec przeszkadza.
Mężu - człek ludzki - zamówił tenże panelik (po czasie jakimś od pęknięcia).
Odebrał w określonym terminie i z dumą przytargał do domu.
Położył z nabożeństwem na stole w salonie i...
Po kilku dniach uprzątnęłam to cudeńko z obawy, żeby moje bezczelne sierściuchy nie zwaliły dziewiczo nowej części zamiennej na glebę.
Mąż, cyklicznie nagabywany bezczelnie przeze mnie słowami:
-Kiedy wymienisz?
Odpowiadał niezmiennie przez ok. półtora miesiąca:
-NIE MAM CZASU!
Jasne! Tyle relacji sportowych, tyle filmów setki razy powtarzanych w TV...
No normalnie po pachy zarobiony!!
Kiedy po raz setny rozwaliłam sobie kolejny palec, piorun mnie strzelił!
-Zabić gada! Nieeee... Zatłukę męża, pójdę siedzieć za człowieka...
Siłą go zmusić! Bez sensu! Silniejszy jest i większy - gorzej będę wglądać, niż moje paluchy...
Głodem go! Iiiiii tam! Jakby co, sam umie sobie ugotować.
Hmmm...
SAMA NAPRAWIĘ!! A CO!!

Wyszłam ze słusznego założenia, że fakultetów specjalnych nie trzeba konczyć, żeby coś naprawić. Ostatecznie robótki ręczne to moje hobby, no nie?

Uzbroiłam się w śrubokręt rasy krzyżowej, otworzyłam drzwi od sprzętu demolującego zakończenia moich kończyn górnych i podbudowałam się stwierdzeniem:
-Iiiiii! Spoko! Ino 6 śrubek!
Odkręciłam...
No tak! Ilość różnokolorowych, splątanych kabelków cokolwiek mnie zdumiała. Po kij tyle tam tego ładować??

-Oj tam! Nie święci garnki lepią!
Przystąpiłam do działania.
Jedna śrubka, druga... Rozkręcone. A potem mocowanie nowego panelu. Pięęęęknie!!
-Ja się wcale nie chwalę - ja po prostu, niestety mam talent!!
W sumie 15 śrubek...

Mała zagadka.
Ile czasu mi to zajęło?
Kobiecie?
Humanistce?
Puchowi marnemu?
UWAGA!
OZNAJMIAM!!

35 minut!!

Na koniec cytacik. Tym razem z filmu "Lejdis":
"Faceci są z Marsa?No to niech tam k....a wracają!!"

środa, 6 maja 2009

Naturalnie, że maturalnie!

Po łiiikendzie czas był najwyższy wrócić do pracy. Prosto w objęcia matur. W tym roku siedzę 7 razy w zespołach nadzorujących, ale Opaczność nade mną czuwała i tylko raz (słownie RAZ!) jestem przewodniczącą! I do tego nie na egzaminie z języka obcego!
Co za ulga!!
Przynajmniej odpada mi stres związany z "odpalaniem" płyty. Bo nigdy nie wiadomo, co będzie: albo płyta może być do luftu, albo po sto razy sprawdzany odtwarzacz odmówi posłuszeństwa, albo elektrownia odetnie dostawę prądu... Brrr! Strach się bać!! Te sytuacje miały już miejsce (oprócz tej schizy z prądem).
Koszmarem są też spóźniający się maturzyści. W ubiegłym roku pewien dżentelmen wkroczył dumnie na egzamin dokładnie na 30 sekund przed zamknięciem sali!
Na jego widok poczułam mega ulgę, ale zakrzyknęłam:
-Czy ty chcesz, żebym osiwiała??
-Po dowód do domu wracałem.
Na co jego koledzy (z głębi serca):
-TY DEBILU!!!
No cóż... Powiedzieli na głos to, co ja pomyślałam ;-).
Na matury nie wolno jest wnosić komórek. Nawet wyłączonych. Ale co tam! Oni wiedzą lepiej!! Przecież jak jest wyłączona, to nic się nie stanie...
Yhy! Komórka może być wyłączona, ale budzik i tak zadzwoni. Tak też się stało w ubiegłym roku. Punkt 10:00 w cichej, pełnej skupienia sali rozległ się dźwięk budzika... Egzamin został przerwany, delikwent pisał polski w tym roku po raz drugi.
W tym roku pewna panienka zapomniała nakleić nalepek z peselami w odpowiednich miejscach. Inna zamiast daty urodzenia, wpisała datę bieżącą...
Siedzenie na maturach wiąże się nieodmiennie z odciskami w miejscu, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę. Pół biedy, jak się trafi poziom podstawowy, ale rozszerzony to już lekki hardcore dla zadka i kręgosłupa :-D.
Jedyną przyjemną stroną jest możliwość nadrobienia wszelkich braków w lekturze. Siedzę sobie i czytam, czytam i czytam... I żałuję, że nie mogę sobie hafcić. Ale to akurat nadrabiam w tzw. międzyczasie w domu. Wprawdzie jeszcze nie skończyłam, ale się pochwalę moim bieżnikiem perminkiem:
Dziś już mam więcej ;-)

Wczoraj kupiłam w Biedronie taką o roślinę:

Podobno można ją wywalić na dwór i ma się rozrosnąć do monstrualnych rozmiarów. Póki co cieszy oczy na kuchennym parapecie.
No i skończyłam robić młodej dawno obiecany pojemnik na długopisy
Jaki jest - każdy widzi. Młoda zadowolona, a mała zazdrości ;-).

piątek, 1 maja 2009

Sierściuchy

Wczoraj zostałam zainspirowana przez Irenkę jej opowieścią o kotach. Jestem zdeklarowaną wielbicielką tych stworzeń. Od kiedy pamiętam, koty zawsze przewijały się przez moje życie.
Pierwszy, którego z racji mojego wówczas wieku nie pamiętam, nosił dumne imię Pimpek.
Podobno mnie lubił ;-)
Następnie był kot, którego słabo pamiętam. Ale wiem czym się wsławił. Otóż moi rodzice mieli znajomych. Z psem i kotem. Kota na wizyty nie ciągali, ale psa owszem. Psica wabiła się Patrycja, miała pociąg do kieliszka i kochała inne zwierzęta. O tej miłości nasz kot nie został poinformowany - niestety. Zabarykadował się w sypialni u rodziców, podczas gdy Patrycja z nosem przy progu sapała jak lokomotywa i popiskiwała z żalem, że nie dane jest jej zintegrowanie się z takim fajnym, czarnym, ogoniastym futrzakiem. Kocina nerwy miała zszargane i... Jakby to powiedzieć... Zwieracze puściły... Te tylne... Centralnie w kołdrę mojego taty... Następnego dnia kot z niezrozumiałych dla mnie przyczyn wyjechał do babci ;-)
Kilka lat później przybłąkała się do nas kocica. Facetka z wybitnie ostrym charakterem! Możecie o niej przeczytać w poprzednim poście skopiowanym z multiply.
To właśnie ona - pogromczyni psów:
Zdjęcie było robione w NRD. Piętro piąte... Puśka uwielbiała takie ekstremalne zabawy na balustradzie przyprawiając nas o palpitację serca.
Po przyjeździe do Polski wiodła niczym nieskrępowany żywot kota domowego nienadzorowanego. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Regularnie obdarzała nas gromadką swoich dzieciaków - ojciec NN ;-).
W jednym z miotów urodziła się kociczka biała w łaty różnej maści: i czarne i pręgowane i rude...
Nazywała się Gapcia - bo i taka była. Gapcia znalazła przyjaciela. A mianowicie przybłąkał się do nas kocur. Chłop miał charakter! Zjawił się u nas tak zwyczajnie - wszedł do domu, otarł się o nogi, wsadził łeb do miski ignorując wściekłe prychanie Puśki, najadł się, podszedł do jak zwykle zamyślonej Gapy, polizał ją po pyszczku i obydwoje obejmując się łapami zasnęli jak aniołki... Zawsze tak już spali. Ponieważ tupet kocura zrobił na wszystkich duże wrażenie nie mogliśmy go nazwać inaczej jak Facet (z charakterem).
Pewnego dnia Gapcia zginęła. Po kilku dniach Facet poszedł jej szukać. Już nie wrócili.
Krótko potem ktoś podrzucił nam kolejnego kota. Był malutki, czarny jak smoła i ogromnie głośny :-D. Paszczę darł jak obdzierany ze skóry. Szczególnie jak wracał ze swoich licznych miłosnych podbojów i informował, że trzeba kotu dać jeść. Niestety, tę skłonność do wrzasków przypłacił życiem...

Z racji tych jego częstych dezercji został nazwany Pętak. Kiedy moje dziecko starsze było malutkie mówiła do niego z całym szacunkiem Wujek Pętak. No i tak został przechrzczony ;-)
W czasie, kiedy była u nas i Puńta i Wujek Pętak, przyplątała się do nas kocica. Wpisz wymaluj Wujek, tylko w damskim wydaniu. Była kocicą zupełnie dziką. Przychodziła tylko na jedzenie. Nie dawała się pogłaskać nikomu poza mną. Nazwaliśmy ją Sprytka.
23.04.93 Sprytka uszczęśliwiła nas trójką kociąt. Każde było jakby od innego ojca: zwykła dachowa koteczka Sofcia, przepiękna srebrna persica Miśka i elegancki i zarozumiały syjam Bombek.
Tu Bombek i Asia (obydwoje we wczesnej swej młodości).


A tu widać jego siostry (mam na myśli te stworzenia w wózku, a nie to małe w różowej bluzie ;-) )
Sofcię wzięła koleżanka mojej Mamy, a Miśka i Bombek zostali u nas. Miśka była jak chmurka: zwiewna, delikatna... Żaden kot nie miał takiego wdzięku we wskakiwaniu na firanki bez rozbiegu... A jak pięknie dyndała uwieszona na praniu schnącym na dworze...
Miśkę ktoś ukradł. Pocieszam się tym, że pewnie zrobił to ktoś, kto lubi koty.
Natomiast pan Bombek jest z nami do dnia dzisiejszego. Był kotem zarozumiałym, nietykalskim i oziębłym. Piszę "był", bo po śmierci jego Pani charakter zmienił mu się diametralnie. Można by powiedzieć, że o 180 stopni. Najpierw wpadł w rozpacz, chodził, szukał, "pytał" nas co się dzieje. Potem z nerwów powyrywał sobie futro (razem z ciałem). Długo był leczony. Ale teraz jest kotem-przytulanką. Włazi na kolana, domaga się pieszczot, swojemu panu gdyby mógł, dałby buziaka ;-D. I już nie jest chimerykiem.
Kiedy Bombuś miał 3 lata, podrzucono nam kolejnego sierściuszka. Małe toto było, zapchlone, zarobaczone i schorowane. Taka bida. Po prostu Supełek.
Weterynarz dawał mu małe szanse na przeżycie z powodu dwóch jakiś tam chorób kociego wieku dziecięcego. Ale jednak kotek miał silną wolę przeżycia i jest z nami do tej pory.
Supeł ma dwie namiętności: woda i żaby. Woda wzięła się stąd, że jak go męczyły pchły (miał uczulenie na wszystkie obroże i płyny przeciwpchelne), to kładł się spać do zlewozmywaka, bo tam tak go to biedne cielsko nie swędziało. Poza tym smarowałyśmy go z Mamą naftą w celu wytępienia insektów, a potem był kąpany w wannie i to uwielbiał. Więc z wodą otrzaskany był od dzieciństwa.
A żaby? A tego to nie wiem ;-D.
Myszy nie łapie. Widać futerkowe zwierzęta toleruje, a łysych skinheadów nie!
Supeł jest kotem niskopiennym. Jest długi, ale niski. Ma bardzo krzywe łapy. Przez to i skłonność do łowienia żab mój tata nazywa go "francuski ułan" ;-)
Oto on: Supeł - kot Asi:

Supeł miał chyba bardzo ciężkie początki życia, bo nawet teraz, kiedy już jest dorosłym, 13-letnim facetem, potrafi nagle w trakcie głaskania rzucić się na rękę i pogryźć i podrapać bardzo dotkliwie. Dlatego jak przychodzi do nas ktoś, kto go nie zna ostrzegamy z góry, bo różnie może być.

No i ostatni (póki co!) kot. A właściwie kocica.
Było to 31.10.05 Wyszłam sobie wieczorkiem na dwór, na fajeczkę. Nagle usłyszałam u sąsiadów miauczenie. Zatkało mnie ze zdziwienia i przerażenia, bo sąsiedzi mają 5 owczarków niemieckich... Więc wyobraźnia ruszyła z kopyta. Natychmiast zadzwoniłam do sąsiadki:
-Jesteś w domu?
-Tak.
-A psy?
-Też. A co??
-Nie wypuszczaj ich! Macie w ogrodzie kota!
-Ło matko! Lecę!
No i... mamy kolejnego kota :-D
A właściwie Ania ma, bo kocica jest jej (podobno)
Brzydula zwana przez Anię Milusią, przez młodą.... yyyyyyy.... nie powiem!!
Brzydula vel Milusia miała (a może dalej ma) fajny zwyczaj: przychodziła mnie budzić, kiedy np. przysnęłam po budziku. Najpierw mruczała w ucho, a kiedy to nie przynosiło oczekiwanych rezultatów - łaskotała wąsiskami po policzku i nosie. Efekt murowany!!
Ale niestety w soboty i niedziele też przychodziła - zamiast budzika... Więc żeby się wyspać, zamykam teraz mój pokój i mam spokój ;-D.
Kocica śpi z Anią, czule przytulona do jej policzka, z łapami na warkoczach.
To z grubsza o "kotach mojego życia". Inne zwierzęta oczywiście też były, są i pewnie będą. Bardzo różne. Psy, króliki, rybki, kanarek, myszoskoczki. Ba! Nawet kury ;-).
Ale to już inna bajka.
Ciekawe, komu udało się dobrnąć do końca tego posta? :-D