sobota, 6 lutego 2010

Potrójnie


Zima jaka jest, każdy widzi. Wystarczy wyjrzeć za okno. Pogodziłam się z tym zimnym, białym paskudztwem tym łatwiej, że już bliżej niż dalej do wiosny!!
I wcześniej, czy później to ohydztwo zniknie bezpowrotnie na (miejmy nadzieję) dłuuuugie lata.

Tak w związku ze śniegiem mam trzy takie sobie historyjki.

Pierwsza

Działo się to lat temu hohohohoho! A może i wcześniej ;-)
Moja chrzestna była wtedy dziecięciem niespełna dwuletnim, albo coś koło tego.
Tatus jej rodzony (mój wujek) postanowił zrobić dziecku dobrze i zabrał je na saneczki. Ale przyszedł do niego jego brat ( mój wujek nr dwa), człek pełen pomysłów niezwykłych...
-Co tam będziesz sam z sankami latał! Psa weź przyczep i już!
Wujkowi nr jeden nie trzeba było długo tłumaczyć. Prosta konstrukcja została wykonana i dziecko na sankach plus pies via sznurek stworzyli zgrabną całość.
Poszli na ulicę. Jeden z panów stanął na jednym końcu ogrodzenia, drugi na drugim i na zmianę wołali do siebie psa.
Psisko poczciwe i cierpliwe bez wysiłku i chętnie biegało w tę i na zad.
Raz do jednego, raz do drugiego...
Do czasu jednak...
Dopóki na horyzoncie nie pojawił się kot...
No i wtedy żegnaj rozum!!
Co tam sanki, co tam niewygoda uprzęży!!
Hajda trojka, śnieg puszysty!!
Aby tylko sierściucha dopaść!!
Obaj panowie gnali na złamanie karku za psem kidnaperem, ale jakież mieli szanse na dwóch nogach z oszalałym czworonogiem? Znikome, chociaż suma ich nóg też wynosiła cztery ;-)
Na szczęście śnieg w on czas był solidny i dziecko z sanek się wzięło i wykopyrtnęło w zaspę. Kiedy zdyszani wynalazcy psiego zaprzęgu z duszą na ramieniu dopadli dziecinę, ta cała i szczęśliwa gramoliła się ze śniegu rozpromieniona tak niespodziewanym olśniewającym kuligiem!

Druga.

Ileż to ja miałam wtedy wiosen? Coś koło 3-4. Wyjechaliśmy z rodzicami w góry. Nie pomnę już które. Polskie niewątpliwie.
Była sobie jakaś górka. Znaczy nie Kasprowy. Niższa nieco.
Rodzic mój uzbroił się w sanki i zabrał swą latorośl (mnie znaczy) na zimowe szaleństwa.
Zjechaliśmy raz. Tak z połowy górki. Drugi raz. Trzeci...
Ale za czwartym poszliśmy na samą górę górki.
Tata siadł z tyłu, ja przed nim.
I pomknęliśmy w dół jak formuła jeden!
Cudnie było!!
Na samym dole było sobie ogrodzenie z siatki. Nie do końca zrobione. A mianowicie brakowało podmurówki.
Rozpędzone sanki wraz z zawartością gnały wprost na spotkanie z przeznaczeniem...
Tata z racji swoich gabarytów i wzrostu wyhamował na siatce rękami.
A ja?
A ja głową.
Konkretnie jakoś tak w okolicach oka...
Siatka była ostra i nieprzyjazna dla delikatnej skóry.
W sekundę zalałam się krwią.
Ludzie, którzy również jak my, korzystali z przyjemności zjazdów zaczęli wrzeszczeć pod adresem mojego taty:
-Bandyta! Dziecko chciał zabić!
Mama pokrykiwała na tatę też w tym duchu.
A ja?
A ja wstałam z sanek, otarłam rękawem rzeźnię z własnego lica i powiedziałam:
-Ale fajnie było! Jeszcze raz chcę!!
"Jeszcze razu" już nie było. Zupełnie nie wiem czemu? Przecież było fajnie!! ;-D
I do dziś nie rozumiem, czemu Mama o mało nie zatłukła swojego ślubnego?

Trzecia:

Moje dziecko młodsze jest uparte jak osioł! Jak się zaprze, to nie ma bata!!
Przedwczoraj Asia zaproponowała:
-Anka! Jutro przyjeżdża Momo (chłopak młodej) i zabieramy cię na sanki. Co ty na to?
Myślałam, że Ania podskoczy pod sufit z radości, jak każde normalne dziecko...
A tu siurpryza - po raz kolejny przekonałam się, że Ania jest niedefiniowalna!
-Nie chcę na sanki.
-Eeeeee??? - zdziwiłyśmy się chóralnie z Rabarbarą.
-Ja już jestem za duża na sanki - oznajmiła nam z wyższością ośmiolatka.
I się zaczęło. Młoda przekonywała małą, ja też wtrącałam swoje trzy grosze i jak grochem o ścianę!
Nie i już!
W końcu siostry się wzięły i pokłóciły. Kłaki wprawdzie nie fruwały, ale... ;-)
Następnego dnia, siedząc z Anią w poczekalni u neurologa zaczęłam ją przekonywać do idei sanek.
-NIE!
-Kupię ci rolki! (marzenie Ani)
-Dobra!
-Pod warunkiem, że pójdziesz na sanki z Asią i Momem.
-To nie będzie rolek - stwierdził osioł.
-Na łyżwy cię zabiorę!
-Dobrze!
-Pod warunkiem, że pójdziesz na sanki z Asią i Momem.
-To nie będzie łyżew!
I tak dalej i tak dalej...
Do pani neurolog weszłyśmy lekko skłócone.
Pani doktor też usiłowała przemówić jej do rozsądku, ale wszystkie próby spełzły na niczym.
Przyjechał Momo.
-No to idę po Anię.
-Nie uda ci się - stwierdziłyśmy chóralnie
-Uda!
-NIE!
-Idę!
-Idź!
Debata trwała czas jakiś. Nie podsłuchiwałam zbyt dokładnie, ale coś tam mi wpadło do ucha:
-Ania! Idziesz z nami na sanki!
-Nie!
-Tak!
-Nie!
-Tak!
-Nie!
-Ania! Ja się bujam w twojej siostrze, a ciebie muszę błagać??
-Tak!
No normalnie rozmowa na wysokim poziomie!
Wróciłam do garów.
Po chwili słyszę, że schodzą z góry.
Marcin (Momo ma również prawdziwe imię) oparł się o futrynę w kuchni i oznajmił mi:
-No to idziemy!
-Ania też???
-A jak!
-Jestem pełna podziwu! A jakich argumentów użyłeś?? Żebym na przyszłość wiedziała!
-Ekhmmmm... - Momo chrząknął lekko skonfundowany..
-Noooo??? - ponagliłam niecierpliwie.
To co usłyszałam zwaliło mnie z nóg!
Sto lat bym myślała i na COŚ takiego bym nie wpadła!!

Cytuję:
-Anka! Jak z nami nie pójdziesz, to Aśka nasra ci na dywan!
-Dobra! Idę!

Swoją drogą ciekawych rzeczy uczą teraz na metodyce pedagogicznej... Ja takich zaczepistych wykładów nie miałam! Ale być może program się zmienił ;-)
No i jeszcze jedna konkluzja, którą podzieliłam się z młodzieżą:
-Weź Aśka pomyśl, jak cię młodsza siostra postrzega, skoro uwierzyła w taką bzdurę!!

Byli na sankach. Wrócili utytłani jak bałwany!
Oto dowody rzeczowe:


Trzy Aniołki:
Od lewej:
Momo, Asia, Ania

Młodsza siostra czasem się przydaje, choćby po to, żeby podnieść starszą z "anielskiego" upadku

A to pomysłowy Dobromir i młoda:

Zdjęcia powyższe za zgodą Asi skopiowałam z jej bloga

No a skoro post potrójny, to i robótki też potrójne jakby ;-)
Uszyłam dziś trzy koszyczko-torebki dla małych dam:
Torebeczki: niebieska i różowa i poszewka w Ani torebce są uszyte z materiałów kupionych u Ani w Szmatce Łatce
Środkowa, ta z "prawdziwymi" kotami jest dla mojej upartej, małej mądrej kozy.
Już od dawna miałam coś uszyć z tych zaczepistych kotów. I wpadły mi w ręce te koszyczki!
Wybierając podszewki moje dziecko po raz kolejny mnie zdumiało:
-A jaką chcesz podszewkę? - myślałam, że usłyszę zwyczajowo: niebieską. A tu niespodzianka! Kawał wykładu i to jakiego!!
-Wiesz? Odczuwam zdecydowany przesyt niebieskiego... Tak myślę, czy nie zmienić swoich preferencji... Tak sądzę, że różowa będzie odpowiednia. Tym bardziej, że różowego mam deficyt.

Tjaaaaa.... Co z niej wyrośnie???
Chwalić Boga, że oprócz wygłaszania wykładów i zżerania książek w ilościch hurtowych (mam odwrotny problem, niż zwyczajowo rodzice) chętnie wyżywa się plastycznie.
Wczoraj machnęła portret jednej z rybek dziadka
A dziś zostałam obdarowana króliczkiem z plasteliny:




No to teraz ostatnia z trzech części dzisiejszego wpisu.
Otóż brałam udział w candy u Moniki i...
Wygrałam!!
Nagroda wygląd tak:
Ale oprócz widocznych na fotce (z bloga Moniki) kota i chustecznika dostałam też śliczną zakładkę, przepyszne ciasteczka, a do nich jeszcze pyszniejszą mieszankę herbatek :-)
No i bardzo miły i ciepły liścik.
Moniko!
Bardzo Ci dziękuję! Sprawiłaś mi ogromną przyjemność i radość! Dla takich chwil warto żyć!

niedziela, 24 stycznia 2010

Szukam rtęci

Tak, tak! Szukam rtęci w termometrze zewnętrznym. Od paru dni ktoś mi ją cyklicznie kradnie...
tak po trochu, ale skutecznie.
Kilka dni temu było jej do -10, potem -17, -20. A dziś rano -25!!
Szanowny złodzieju! Bądź łaskaw oddać całość słupka. Tak do +35. Możemy negocjować. Ja ci oddam zaspy, lód, zmarznięte nogi, popękane od mrozu palce u dłoni, a ty tylko zwróć mi rtęć! Bardzo się do niej przywiązałam i okrutnie mi jej brakuje :-((
Poranne wstawanie i wychodzenie bez mała bezpośrednio spod przytulnej kołderki w tak odarty z ciepła świat jest co najmniej niemiłe :-/.
Pocieszam się tym, że już za tydzień zaczynają się ferie.
Czyli koniec pierwszego semestru.
Moja panna Anna przeżywała w związku z tymże końcem nie lada stres.
Otóż moje maleństwo jest szalenie ambitne i postanowiło zdobyć odznakę wzorowego ucznia. Pani wychowawczyni postawiła poprzeczkę raczej wysoko.
Warunków było sporo, a między innymi "niezapominanie", czyli taki wzorzec ucznia musi zawsze mieć odrobione lekcje, niezbędne przybory w piórniku i w plecaku.
Aniusia mimo młodzieńczego wieku cierpi na sklerozę. Często zapomina a to o nożyczkach, a to o linijce...
(Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież mogę ją sprawdzać - mogę, ale po co? Ja nie startuję do zdobycia odznaki wzorowej mamy ;-))
O odrabianiu lekcji panna Smerfetka jakoś pamięta.
Ale...
Jakieś dwa tygodnie temu odebrałam moją ośmiolatkę ze szkoły i widzę, że coś jest nie halo...
-Jak było na kółku literackim?
-Na kółku fajnie, ale w klasie na polskim dostałam jedyyyyynkęęęęę... - i łzy jak groch zabłysły w błękitnych oczętach.
-Ty? Ło matulu! A za co??
-Za brak pracy domowej!
-Przecież wczoraj 2 godziny pisałaś to wypracowanie!
-Tak! Ale ZAPOMNIAŁAM zeszytu!
No tak...
Zamiast współczuć biednej dziecinie, względnie pokazowo pokrzyczeć zaczęłam się śmiać:
-Wiesz co? Ta jedynka będzie dość zabawnie wyglądać na tle tych wszystkich piątek i szóstek. A dla ciebie to dobra nauczka - ile razy powtarzam żebyś od razu pakowała swoje rzeczy po odrobieniu lekcji?
-No wiem... - powiedział skruszony żuczek.
Stracha miała ogromnego, czy ta bolesna i głupia wpadka nie zaważy na otrzymaniu wymarzonej odznaki.
Niepewność rozwiała jej prawie tydzień później Asia.
Otóż dziecię me starsze poszło delegowane przeze mnie na zebranie semestralne do małej.
Ja nie mogłam, bo się rehabilituję popołudniami.
A poza tym młoda miała również plan zrobienia pewnej mamuśce rozpier... tego... znaczy Sajgonu. Ale o tym kiedy indziej.
Rabarbara opowiedziała mi później jak oznajmiła młodszej siostrze zasadniczy punkt zebrania:
-Poszłam do niej na górę i mówię:
no mała! szykuj kuper! będę lała!
A ona się śmieje:
a za co? hihihi
.
Za nic! Daj łapę! Gratuluję wzorowej uczennicy!
Mam odznakę?? Ale przecież dostałam jedynkę!.
Masz, masz! Oprócz ciebie jeszcze dwie osoby.

Dziecko mi świeci jak żarówka ;-) W czwartek uroczyste wręczanie odznak :-)
Tak więc z lekkim sercem i duszą Ania balowała w piątek w charakterze krakowianki

W tym roku temat balu brzmiał: "polskie stroje ludowe".
I co zobaczyłam jak wlazłam na salę gimnastyczną w celu pstryknięcia paru fotek?
Wianki, wianki!
Wymiatają krakowianki!
A panowie to górale
I opanowali całą salę!
Pomyślałam sobie:
-Biedne dzieci! Do szkoły w mundurkach i na balu też w pewnym sensie w umundurowaniu...

Tak w związku z pierwszą jedynką Ani przypomniało mi się, jak to ja dostałam pierwszą niedostateczną ocenę. Dwóję, bo wtedy jedynek nie było.
W piątej klasie "wchodził" nowy przedmiot, a mianowicie język rosyjski. Początkowe lekcje polegały głównie na słuchaniu i mówieniu z pamięci.
Oczywiście również na ocenę.
Tak więc pewnego dnia padło na mnie i zostałam wezwana do odpowiedzi.
Dostałam przed nos książkę, a w niej obrazek przedstawiający dzieci w klasie.
Zestresowana byłam straszliwie.
Z duszą na ramieniu wzięłam książkę i zaczęłam mówić.
Opisałam wszystko. Łącznie z kolorem zasłon i podłogi.
Zastanawiała mnie tylko kompletna cisza w klasie. Taka martwa. Gdyby np. przeleciał motyl, to byłoby słychać huk jaki robi skrzydłami.
W końcu wena twórca mi się skończyła odłożyłam knigę i spojrzałam na nauczycielkę...
Ta przypominała zorzę polarną - mieniła się wszystkimi kolorami...
-Żarty sobie ze mnie robisz??? - zasyczała - Po rosyjsku miało być, a nie po NIEMIECKU!! Siadaj! Dwója!
Tjaaaa... Najwyższemu dziękujemy za Wieżę Babel ;-)

A teraz czas na robótkowe nowe nowości.
Tydzień temu uszyłam sobie malutką kosmetyczkę. Materiał z recyklingu, że tak powiem. Tzn dostałam od Sis stare dżinsy do pocięcia. Więc pocięłam...
Aś się zachwycił i zażyczył sobie taką samą, tylko większą. No to dziś jej uszyłam :-)
Tutek jest tu - podała go Wiola na forum szyciowym. Szyje się naprawdę ekspresowo. Pół godziny z zegarkiem w ręku :-)

Również dziś uszyłam Ani nową podkładkę
Po raz pierwszy odważyłam się i zrobiłam aplikacje odwrotną. I wyszła!! Oczywiście nie jestem takim samorodnym geniuszem. Korzystałam z kursu, który zrobiła Grażynka na swoim blogu.
I również dziś dziergnęłam sobie nowe kolczyki frywolne.
To ja może opiszę co jest na fotce ;-)
Otóż kolczyki są srebrne, w środku każdego jest przezroczysty koralik, a średnica kółek wynosi 3 cm.
Tak mi przyszło teraz do głowy - to zrobiłam dziś, tamto dziś, siamto też... Chyba mam płodny dzień ;-D
A na zakończenie o rybkach, które są nieustającą radością dla mojego taty.
Otóż ostatnio kupił im... jabłko! Hihihi! Tak tak!

Parę dni temu widziałam, jak jedna z dziewczyn położyła się w nim jak w łóżeczku :-D
Tak się zastanawiam, czy może by nie uszyć im pościeli?? ;-D

wtorek, 19 stycznia 2010

Urodzinowo

A więc to właśnie dziś... Moje urodziny no i LOSOWANIE!
Już wiem kto wygrał ;-)

Z powodu absolutnego braku czasu notka będzie krótka i konkretna.
Oraz niestety pozbawiona fotorelacji.

Ale zanim to ogłoszę wszem i wobec, chciałam bardzo podziękować Wam za życzenia. Jest mi ogromnie miło! Tylu ciepłych słów na raz pod własnym adresem jeszcze nigdy nie słyszałam ani nie czytałam :-)
Dziękuję również Anonimowym podczytywaczom za ujawnienie swojej obecności. Mam nadzieję, że tak już będzie zawsze ;-) Wszak ja nie gryzę wbrew pozorom :-)
Żałuję bardzo, że nie mogę nagrodzić wszystkich osób, ale przecież to nie ostatnia zabawa u mnie na blogu.

Więc żeby nie przeciągać ogłaszam:

komplet frywolny pojedzie do:
Blogger Ezieta pisze...

To ja, szara myszka, zglaszam sie na koncu...
Uwielbiam Twoje frywolne prace.

3 stycznia 2010 15:24

Elu! Gratuluję i poproszę na maila adres, no i koniecznie napisz jakiego koloru mają być drobiazgi. Złote czy srebrne?

sobota, 9 stycznia 2010

Podobna do...

Podobno każdy z nas ma swojego sobowtóra. Kogoś niespokrewnionego, kto jednak jest kopią mniej lub bardziej wierną nas samych.
Błąkają się takie kserówki po różnych częściach świata nie mając o sobie najmniejszego pojęcia.
Ale od czegóż internet i pomysłowi programiści.
Właśnie nadziałam się na taką zabawę na blogu u Arkadii
Zainteresowałam się niezmiernie do jakiej to gwiazdy ekranu można by porównać moją fizis. Miałam nadzieję, że co najmniej do Rity Hayworth ;-)
Z zapałem przystąpiłam do realizacji kolejnych stopni wtajemniczenia. Patrzyłam jak moja twarz na fotce jest skanowana, pokrywana siatką południków i równoleżników jak nie przymierzając globus i czekałam z dużym napięciem co wyjdzie...
I co się okazało?
ZGROZA!!
Jestem podobna do aktorów: Doodleya Moora i Harrego Belafonte!!
Faceci!!
Że niby ja??
I to podwójnie??
Ale to nie wszystko! Harry Belafonte jest czarnoskóry!
Tak więc jestem podobna do męskiego murzyna...
Wprawdzie miałam podejrzenie, że mam przewagę testosteronu nad estrogenem ale AŻ tak??
Kolor skór z testu faktycznie pasuje do pracy którą teraz wykonuję.
A mianowicie jest ona zdecydowanie CZARNA!!
Haruję jak dżdżownica w betonie.
A czemuż i gdzież?
A w świątyni książki, czyli w mojej bibliotece.
Remont się skończył!
Mam piękne, pastelowe ściany, elegancką równiutką podłogę i sporo nowych mebli.
Pachnie nowością i czystością :-)
Ale nie pachnie porządkiem.
O nie!
Jeszcze huk roboty przede mną.
Ale i tak sporo przewalcowałam w tym tygodniu.
Teraz raport:

Poniedziałek:
Z duszą na ramieniu otwieram drzwi od biblioteki. A tam...
Achhhhh! Jak ślicznie! Czyściutko! I jakoś jaśniej...
Półtorej godziny później przyjechały meble - 5 regałów, 4 oszklone szafy, szafa na dokumenty i szafa na czasopisma. Ustawianie gratów trwało tak do ok 13:00.
Zaraz potem zabrałam się za montowanie półek w nowych meblach i jedna z tych nowych oszklonych bestialsko na mnie napadła...
Stoję ja sobie, podziwiam już pomontowane półeczki, zapełniam je w myślach i nurzam się w zadowoleniu jak kot w śmietanie kremówce.
KAP!
-O szlag! Zalali mnie! - i głowa w górę na sufit (nade mną są mieszkania nauczycieli). Sufit suchy i dziewiczo biały.
KAP!
-Co za cholera??
Głowa dla odmiany na podłogę.
-O! Krew. A skąd ona się tu wzięła??
KAP!
-ŁOOOO! To ja! :-DD
Nawet nie poczułam, ze rozwaliłam sobie palec o szybę.
Zazgrzytałam zębami - nie, nie z bólu, bo przecież nic nie czułam - ze złości, bo same dobrze wiecie, jak takie skaleczenia potrafią utrudnić zwykłe czynności (choćby zmywanie).
Polazłam do sekretariatu po plaster, dramatycznie wykrzykując od progu:
-Ratuj Bożenko! Wykrwawiam się!!
Tak więc jeśli ktoś ma ochotę popełnić spektakularne samobójstwo podcinając sobie żyły szybą w szafie bibliotecznej w towarzystwie opasłych słowników treści wszelakiej, to serdecznie zapraszam ;-)
A później cóż zrobiłam?
Jak to co?? To przecież oczywista oczywistość!
Zainstalowałam sobie znowu swoje okno na świat :-D
Poczułam się pełnowartościowym pracownikiem i po sprawdzeniu poczty pomaszerowałam dumna, zakurzona i pocięta do domu.

Wtorek:
Dwie pierwsze godziny pucowałyśmy z moją woźną wszystkie meble. Nawiasem mówiąc wykazałam się czujnością owsika i zabrałam z domu stertę szmat i gumczate rękawice, bo meble były baaaaardzo brudne.
Po krótkiej przerwie zabrałam się za ustawianie książek.
Machnęłam 3 regały i 1 pudło (o nich później).

Środa:
Chociaż tego dnia nie pracuję, przyszłam na 2 godziny i ogarnęłam 2 regały i 2 pudła.

Czwartek:
Do przodu o 6 regałów, pół szafy i 6 pudeł!
Ile mi zostało?
Ojjjjj tam...
Raptem 25 regałów, 4 i pól szafy i niepoliczalna póki co ilość pudeł.
Teraz o pudłach.
Jak wiecie pracuję w bibliotece szkolnej. reforma w oświacie goni reformę. Zmieniają się podstawy programowe, a wraz z nimi też i wykazy lektur.
A ja nie umiem i nie chcę lekką ręką wywalić setek książek tylko dlatego, że wypadły z programu.
A jak wiatr historii powieje z drugiej strony, to co ja wtedy zrobię? Skąd wytrzasnę kasę na zakup nowych-starych lektur?
To nie są pojedyncze egzemplarze, tylko tak od 20 do 50 sztuk jednego tytułu.
Tak więc pakuję je w pudła z trudem zdobywane w okolicznych sklepach (najbardziej pudłodajne są apteka i warzywniak ;-)). Potem je spiszę i pójdą do Archiwum X...
Na przeczekanie.
A co zapakowałam?
Antygona złożyła śluby panieńskie i odprawiła posłów z, których jeden powrócił z popiołem i diamentem. W tym czasie stary człowiek z ojcem Goriot nocami i dniami szkicowali węglem książkę nad książkami, pokrzykując groźnie w stronę fircyka w zalotach: a jak królem, a jak katem będziesz w folwarku zwierzęcym i poczytasz opowiadania Iwaszkiewicza, to popioły cię zasypią w roku 1984.
Szybki konkurs:
Ile tytułów poszło do pudeł?
Dla pierwszej osoby, która udzieli prawidłowej odpowiedzi (jedna osoba - jedna odpowiedź - nie można się poprawiać!) misiek. Jak na fotce niżej, ale nie jeden z nich ;-)

Zamiśkowało mnie. Poczytajcie o akcji na blogu u Edyty
Czasu jeszcze jest sporo, więc może i któraś z Was zechce się jeszcze dołączyć?
Ja swoją siedemnastkę wysyłam w przyszłym tygodniu.

Teraz akwarium.
Jest. Rybki też.
Mateusz, Ania i Marta mają się dobrze, a nawet bardzo dobrze ;-)


A na zakończenie chciałam podziękować Wam za życzenia urodzinowe, które zostawiacie dla mnie w komentarzach pod poprzednim postem
Bardzo się cieszę, że tak wiele osób już się zapisało i zapraszam te jeszcze niezdecydowane - zarówno anonimowe, jak i "zblogowane" ;-)

piątek, 1 stycznia 2010

Zapraszam ponownie!

Nowy Rok czas zacząć.
Tak więc z tego jak i jeszcze jednego powodu ogłaszam zabawę na moim blogu.
Dla wszystkich. Czyli dla osób posiadających bloga oraz dla anonimowych "czytaczy". Wiem, że jest sporo osób, które tu zaglądają, bo zainstalowałam sobie czas jakiś temu licznik ;-)
Tak więc żeby zachęcić do pozostawiania po sobie śladu zapraszam do losowania.
Zasady:
1: Osoby posiadające bloga pozostawiają pod tym postem swój komentarz i umieszczają informację o mojej zabawie wraz ze zdjęciem nagrody i aktywnym linkiem na swoim blogu.
2: Osoby anonimowe również pozostawiają komentarz, ale podpisany imieniem i pierwszą literą nazwiska (jakoś przecież trzeba Was odróżnić przy losowaniu ;-))
Zapisywać się można (a nawet trzeba!) do 18.01.2010 do 23:59.
Losowanie odbędzie się 19.01.2010.
Dlaczego taka data?
Hmmm...
Urodziny wtedy mam.
Które?
Kolejne :-P
No a do wygrania jest komplet frywolny. Złoty (taki jak na zdjęciu poniżej), lub srebrny.
Osoba wylosowana sama wybierze sobie kolor nagrody :-)

Tak więc
ZAPRASZAM!! :-))