czwartek, 5 maja 2011

Prezentowo

Przede wszystkim NIE dziękuję Wam za taką masę życzeń i pozytywnych myśli przesyłanych pod adresem Rabarbary po opublikowaniu poprzedniego postu.
Matura w toku.
Nastrój ogólny dobry.
Błysk w oku wrócił ;-)




A teraz moje prezenty!
Tak więc chwalić się będę!

Zacznę od tzw bardzo zaległej zaległości.
Jeszcze przed świętami przyfrunęły do mnie kury!
Od Ani
Mają służyć jako łapki do garów. Ale póki co pełnią rolę ozdoby kuchennej.
Jakoś nie mam serca zaganiać ich do roboty ;-)
Aniu - nie krzycz! One są takie ładne - szkoda mi ich!
Dziękuję Ci bardzo :-))

Dalej.
Wczoraj dostałam zupełnie niespodzianie przesyłkę od Frasi
Otwieram ja kopertę, a tam...
Druga koperta i kartka z życzeniami :-D
Ale to nie koniec!
W kopercie było też pudełeczko...
Zanim je otworzyłam, złapałam za aparat, bo wiedziałam, że jak zedrę te niteczki z wierzchu, to już ich tak precyzyjnie nie zamotam.
Po otwarciu pudełeczka zobaczyłam bibułkę spod której prześwitywało coś czerwonego:

Cóż to jest???
Proszszsz:

Broszka! Prześliczna, własnoręcznie ufilcowana przez Frasię!
Moja ona!!
Frasiu! To cudeńko! Zaskoczyłaś mnie niesamowicie! I sprawiłaś nie lada przyjemność :-))
Ogromnie Ci dziękuję!!
I zauważ jak genialnie spisała się PP :-DD

Z kolejnym prezentem, który wczoraj dostałam, Poczta Polska też w pewnym sensie się popisała...
Otóż w imieniu i na wniosek mojego taty zamówiłam sobie u Middi igły do frywolitek.
Wysłane priorytetem poleconym szły nieszczęsne równo tydzień!
Bynajmniej nie z Balearów! Z sąsiedniej w sumie dzielnicy - tyle, że po drugiej stronie Wisły :-D
Normalnie jak Rubikon!
Ale są! Piękne moje grubaski do włóczek! Wyczekane i wymarzone :-)

Następnie od mojej maturzystki dostałam kubek...
Obie mamy słabość do fajnych kubasków.
No i kolejny powiększył kolekcję:
To jedna strona.
Natomiast po drugiej...
Jest sobie napisik...
Czyli: wiek średni jest wtedy, gdy twoja głowa jest już w całości, natomiast twoje ciało zaczyna się rozpadać.

Pękłam ze śmiechu i dalej jestem sobie w stanie rozpukniętym :-DD



Młodsze dziecię obdarowało mnie mini laureczką:


I chusteczko-serwetką:

Obie rzeczy hand made by Ania!

A od małża róże.

No nie jedną :-DD
Ale jakoś nie umiałam zrobić im fotki zespołowej ;-)

Powód spływu prezentów?
Jest, a właściwie był w kalendarzu ;-)


Kolejny post już wkrótce.
Będzie tylko o robótkach. Bo trochę się ich zebrało.
Jako zajawka kolejny RR


środa, 4 maja 2011

Tchórzofretka

Tchórzofretka....
Zwierzątko śliczne, drobniutkie, urocze i zwinne.

Zwierzak ten wywodzi się od zwierząt które silnie bronią swojego terytorium i każda próba zakłócenia spokoju w klatce będzie odpierane atakiem. Całymi dniami śpi , a zwłaszcza w okresie jesienno - zimowym . Tchórzofretka potrzebuje dużo przestrzeni aby mogła się wyszaleć . Wtedy będzie odwdzięczać się dobrym humorem , niezwykłą pomysłowością w robieniu figli , a także swoim zachowaniem nieraz rozbawi was do łez . Jako członek rodziny nadaje się wyśmienicie .
Aby oswoić tchórzofretkę potrzeba trochę czasu i cierpliwości . Pierwsze początki przeważnie bywają trudne i zniechęcające . Ale efekty potem są warte tego wysiłku . Musimy pamiętać że tchórzofretka ma bardzo ostre kiełki których potrafi użyć gdy poczuje się zagrożona .

Tyle ciekawostek znalezionych w necie...

Mam taka tchórzofretkę w domu.
Od lat paru. Dokładnie - dwudziestu...

Ma na imię Joanna. Zwana Rabarbarą, a u mnie w komentarzach znana Wam jako Chuda!
Jest typową tchórzofretką!

Się ostatnio zrobiła płochliwa i używa kiełków. Wprawdzie nie do gryzienia, ale do kłapania.
Głównym motywem przewijającym się wczoraj w rozmowach była prośba, czy wręcz błaganie:
-ZABIJ MNIE!! NO PROSZĘ! ZABIJ MNIE!!
-Mowy nie ma! Nie kalkuluje mi się! Ciebie utłukę, a za człowieka pójdę siedzieć!
Czemuż to moja skłonna do figli tchórzofretka.... yyyy... tego Joanna żądała ode mnie unicestwienia??

Oj tam, oj tam!
Nic takiego!

Dziś, właśnie w momencie publikacji tego posta, zamknęły się za nią drzwi...
Drzwi sali, w której rozpoczęła pisanie egzaminu maturalnego z języka polskiego!

Jednym słowem - przyszła kryska na Matyska!
Dziecię me schizuje od przedwczoraj.

Jak bidulka wygląda?

To wyobraźcie sobie trzęsienie ziemi. Takie MEGA!!
A w epicentrum galaretkę.
Może być jakakolwiek - owocowa, mięsna czy jakaś tam.
Tak właśnie wygląda Joanna.
Dygot, taniec świętego Wita, Parkinson...


Przyszła sobie do mnie przedwczoraj rano. Ja siedzę z nosem w gazecie i czytam.
-A co ty tak dygoczesz?? - zapytała mnie latorośl.
-Co?? JA?? Siedzę i się nie ruszam! To chyba tobie obraz przed oczami skacze!
-A możliwe... Nie zdam, wiesz?
-Yhy. Spoko! Nie każdy musi mieć maturę!
-NO WIESZ??
-No co?? A jak coś, to poprawki też dla ludzi. W sierpniu - i spokojnie czytam dalej...
-Mamo!
-Co??
-Nie zdam!
-Trudno. Taki lajf!
-MAMO!!! NOOOO!!! Ja się stresuję!!
Poczułam się w obowiązku pocieszyć dziecię.
-Słuchaj. Wszyscy się denerwowali, bo jakby nie było, to najważniejszy egzamin w życiu. Po latach jeszcze będzie ci się śnił. To takie podsumowanie pierwszego etapu życia. Sprawdzian umiejętności, wiedzy i...
W tym momencie przerwałam, bo zobaczyłam minę mojego dziecka..
-Eeee... No tego... Znaczy jakoś podnieść cię na duchu chciałam... I jak??
-.........
-Znowu w życiu mi nie wyszło... No to co ja mam ci powiedzieć??
-Może już lepiej nic nie mów.
-Dobra!
-MAMO!!! Nooo!! Ja nie zdam!
-Dobrze! Nie zdaj!
-Co??? Jak możesz???

I tak źle i tak niedobrze...

Wczoraj nastąpiła pewna odmiana: zamiast rozdygotanego obrazu przed oczami, moje dziecko popadło w drętwotę.
Ot taki kij od szczotki. Szczęka zaciśnięta, oczy wybałuszone i tylko od czasu do czasu rzucone w moim kierunku błagalne:
-ZABIJ MNIE!

Nie zabiłam.


Dziś rano powitała mnie radosnym:
-Wiesz? Nie zdam!
-Aha.
-No serio!
Po chwili oznajmiła równie pogodnie:
-Będę rzygać!
Nieco później:
-Zaraz mi serce wyskoczy...

Mężu mój, a jej rodzic zawiózł ją do szkoły.
Bo obawialiśmy się oboje, że w stresie dziecko nam zabłądzi w wielkim mieście i będziemy ją listami gończymi poszukiwać...
Podobno w stanie względnej przytomności umysłu wysadził abiturientkę pod szkołą.
Wierzę mu, bo nie mam wyjścia.

Trzymam kciuki córciu!! Dasz radę! Dzielna jesteś facetka! I mądra!


Przyłączycie się do mnie z bardzo mocnym trzymaniem kciuków??

niedziela, 1 maja 2011

Konsternacja...

Takie właśnie uczucie owładnęło zapewne moje czytelniczki po poprzednim wpisie :-D

Jak to tak?
Matka tak spokojnie pisze o balandze młodzieży szkolnej i włosów z głowy nie rwie?? Mało tego - sprawia wrażenie rozbawionej całą tą sytuacją?? Jak tak można!
Sodoma i Gomora!

No cóż...
Ja głowy w piasek nie chowam i nie udaję, że moje dziecko jest inne.
Jest normalne! I dzięki Bogu!
Do tego wiem, co robi, z kim się spotyka - bo mi mówi.
Bo umiemy ze sobą ROZMAWIAĆ!!

Nie włażę na koturny dorosłości, doświadczenia życiowego i nie patrzę zarozumiale z góry na młodszych ode mnie.

Nazywajcie to jak chcecie: głupotą, lekkomyślnością, lenistwem, nadmiarem zaufania.
Ja to nazywam - TOLERANCJA!
I wyznaję zasadę starego górala: Jak się nie psewrócis, to sie nie naucys!
Moją rolą jest stać obok i pomóc wstać, oczyścić rany i zadrapania, przytulić i podać chusteczkę do nosa- o ile będę o to poproszona.

To tyle w temacie Absolwent day

Dziś napiszę jeszcze tylko o tym jak uchronić własnego bloga przed bezpowrotną utratą jego treści.
Wiele blogów na blogspocie zniknęło w niebycie.
Z powodów bliżej nieznanych.
Nie będę na ten temat się rozwodzić, bo nie wiem, a domysłów można snuć wiele, a i tak będzie to przypominać teorię spiskową dziejów.
Kiedyś pisała o problemie znikających blogów Ania
Sprawa jakby przycichła.
Jak wspomniałam wyżej problem zaczął ostatnio przybierać na sile.
Więc teraz szybki prosty sposób na zachowanie naszych pisanin:

Wchodzimy w Pulpit nawigacyjny,
następnie - Zarządzaj blogami.
Dalej: trzeba wejść w Ustawienia - wybrać Narzędzia bloga
Następnie Eksportuj bloga.
Klikamy i zapisujemy bloga na twardym dysku własnego kompa.
Proces przebiega szybko i bezboleśnie.
Polecam robić tak po każdym wpisie.

A na zakończenie zapraszam do Garkotłuka
Są tam dwa nowe przepisy.

piątek, 29 kwietnia 2011

Absolwent day...

Do dzisiejszego dnia sądziłam, że dziwaczne sytuacje przytrafiają się głównie mnie.
Jak bardzo się myliłam, przekonałam się po dzisiejszej opowieści mojej Joanny...

Dziś było zakończenie roku szkolnego młodzieży maturalnej.
Czyli między innymi również mojej Rabarbary.
Po odebraniu świadectw ukończenia Technikum Fotograficznego, absolwenci udali się nad Wisłę.
W celu...
No...
Spożywania soczków i dyskutowania o poezji śpiewanej itp... ;-)
Po prawej stronie Wisły we Warsiawie są takie betonowe cyple wchodzące wgłąb królowej polskich rzek.
Tam też przyszłość narodu się rozsiadła. W celach wyżej wspomnianych.
Wcześniej zaobserwowali starszego pana (zapewne był w moim wieku!) pływającego w nurtach burawej rzeki.
Na ich zdumione i pełne podziwu okrzyki powiedział, że on tak lubi i ogólnie często tam się pluska.
Po czym udał się na leżaczek.

Dzieciny siedziały na cyplu, gawędząc na tematy poważne i ogólne.
Po jakimś czasie, zarówno moja Joanna jak i jej koleżanka Larva, poczuły gwałtowną chęć przypudrowania sobie nosków.
Udały się więc na stronę, a po powrocie zastały towarzystwo w stanie mocno rozbawionym i roześmianym...
Cóż się stanęło podczas ich nieobecności??
No nic takiego...
Po prostu świadectwo ukończenia szkoły, niejakiego Tomasza, wzięło i popłynęło z biegiem Wisły... Do Zatoki Gdańskiej...

Nie dopłynęło!
Nie dali mu szansy! Złowili!

Widziałam je...
Hmmm...
NIE WYGLĄDA :-DDDD
Dobrze, że duplikaty dają :-DD

Ale to nie koniec!
Po jakimś czasie wyżej wspomniany kolega Tomasz szukając wygodniejszej pozycji, cokolwiek się pokręcił odwłokiem...
Nie dziwota! Wszak beton cyplowy mało miękki jest...
Iiiii....
Z kieszeni wyjściowego garniaka wysunęła się jego komórka i lekkim ślizgiem wpadła w nurt rzeki...
-Ojejj!! - powiedziała młodzież
Ekhem... - inaczej powiedziała, ale ja nie znam tych obco brzmiących słów ;-)
Tomasz skamieniał...
-Nooo... Tegoooo... Znaczy wolny jestem... Tylko karty SIM mi szkoda - wydukał zszokowany.
Moje dziecko przejęło inicjatywę:
-Tomasz! Idziemy do tego gościa co tu pływał! Może wyłowi!
Poszli.
Dziecię me zagaiło:
-Proszę pana! Czy nie miałby pan ochoty znowu popływać??
-A co?
-Bo koledze komórka do wody wpadła.
-Dobra! Sporo telefonów już wyłowiłem.
Pan się starał.

I się postarał!
Komórka odzyskana.

Aś opisując mi jej stan, przypomniała mi takie "obrazki", jakie sprzedają nad morzem: między dwiema szybkami zamknięta woda, a na dole coś imitującego piasek. Całość na ruchomej ramce. Jak się przekręci o 180 stopni, to "obrazek" się zmienia.

W komórce Tomasza było podobnie, tylko bez piasku ;-D
Ale kartę odzyskał!

Dalej...
Do cypelka okupowanego przez młódź przypłynęła policja.
Niby wodna, ale prawdziwa.
Dowody skontrolowali, zdjęcia na rzeczonych obejrzeli i stwierdzili, że Pokemonów nie zbierają i oddali.

Pełna komitywa z władzą mundurową.
I jeszcze poinformowali, gdzie te soczki najlepiej spożywać, żeby nie narażać się na monitoring wiślany ;-)
Tak więc zakończenie edukacji szkolnej dziatwy fotograficznej przebiegło dość radośnie i trudno je będzie zapomnieć.
Ale na wszelki wypadek ku potomności, za zgodą Joanny upubliczniam ;-)

piątek, 22 kwietnia 2011

Sama sobie robię dobrze...

Ja nie wiem, czy Wy też tak macie.
Jak już drzewiej wspominałam jestem generatorem dziwnych sytuacji.
Niby robię rzeczy zwyczajne, ale wychodzi mi tak, że szok!
Ot dzisiaj...
Piekę, gotuję, piorę, sprzątam.
Czyli wykonuję zwykłe czynności przedświąteczne.

W tym roku postanowiłam, że z ciast będzie tylko jeden mazurek i jeden sernik.
Nie ma co się zarzynać.
W końcu to tylko dwa i pół dnia. No dobra - powiedzmy trzy dni...
Bez histerii i bez zadęcia. Żadnych tam bab drożdżowych, kilku rodzajów mazurków itp.
Kto to da radę zjeść??
Pułku wygłodzonego wojska ruskiego nie przewiduję w swych progach.

Tak więc, jak wspomniałam - sernik!
Jako iż moje panny za serowcami nie przepadają (w przeciwieństwie do mnie), piekę rzeczonego ino raz w roku.

Sama sobie robię dobrze.

Akurat TEN sernik przyswajają. Może dlatego, że z kajmakiem.
Zrobiłam go prawie wedle przepisu.
Prawie - bo zmieniałam proporcje.
Wstawiłam do piekarnika.
I poszłam precz szaleć z Włodkiem i Zdzichem (odkurzacz i mop).
Po mniej więcej 40 minutach przypomniałam sobie, że w piekarniku jest moje ciasto.
Pomknęłam niczym rącza kozica do kuchni, a tam..
A tam Gucio! I Cezar...
Znaczy nic się nie dzieje. Piekarnik se grzeje, a sernik bez zmian.
Dla pewności wbiłam w niego patyk.
Się okleił serem, jak porzucony lizak mrówkami.
Szlag!!
-Piecz się cholero - wywarczałam do sernika
Cholera ani drgnęła...
Po godzinie bez zmian!

W między czasie objawiły mi się w domu Aś i jej koleżanka Larva.
Powitałam je radosnym:
-Żelazko nie prasuje, odkurzacz nie ciągnie, sernik się nie piecze!! Coś jeszcze???
-Eeeee... Święta?? - Zapytała Larva.
-No! To jest wytłumaczenie.
Ponownie pognałam do piekarnika. I spłynęło na mnie coś w rodzaju olśnienia...
W przepisie stało jak wół:
"Piec ok. 30 minut. Później sprawdzić, czy się za bardzo nie przypieka. Jeśli tak, przykryć folią aluminiową i piec dalej przez 20 minut."

A co ja zrobiłam?
Jak co??
Od razu przykryłam folią! No bo jak miałam w planach szaleństwa z odkurzaczem i innymi artefaktami sprzątalniczymi, to gdzie ja miałam głowę, żeby o serniku pamiętać. Więc żeby oszczędzić sobie ganiania w tę i na zad w celu sprawdzania stanu przypalenia ciacha, otuliłam je od razu folią...
No i efekt był taki, że biedny sernik się wziął i zagotował!!! :-DD
Puknęłam się w pustostan zwany przez pobłażliwych głową i wywaliłam folię.
Efekt?
Po dwóch godzinach od wstawienia do piekarnika sernik się wziął i upiekł!
Chyba jest jadalny, bo ciut skubnęłam z boczku - MNIAM!! :-DD
Przepis wrzucę. I fotkę też.
Inną razą ;-)