Działo się to lat temu hohohoho!
A może i dawniej...
Joanna, czyli moje dziecię starsze (żeby nie powiedzieć - stare), miała wtedy 4 miesiące.
Jej rodzic, a mój małż, często-gęsto opuszczał nas,wyjeżdżając w delegacje.
Czasem krajowe, czasem zagramaniczne.
W opisywanym dziś dniu, był gdzieś w Polsce.
A my z Chudą (w on czas Pulchną) w domu.
Samiutkie, bo moi rodzice przebywali na tzw. placówce.
Nie pierwszy raz przyszło nam zaludniać hangar zwany domem ino we dwie, więc nie robiło to na nas wrażenia.
Znaczy głównie na mnie - bo Aś głównie jadł i spał (hmmm... jak i teraz!).
Wieczorem, przed pójściem spać, poszłam podłożyć do pieca, co by niektórym pielucha w nocy nie przymarzła do kupra.
Kiedy już wychodziłam z kotłowni, mój wzrok padł na siekierę. Stała tam sobie, cichutko, nie wadząc nikomu.
Z niezrozumiałych dla mnie powodów, zapragnęłam ją mieć w nocy przy sobie.
Ot tak. Przytulanka taka ;-)
Chyba na zasadzie: strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Głos jakiś w mojej głowie też zakrzyknął:
- BIER JĄ!!! BIER!!!
No to wzięłam ją w garść, zaniosłam do sypialni, postawiłam koło wezgłowia i spokojnie udałam się na spoczynek.
Zasnęłam.
Śpię...
Nagle, coś mnie obudziło.
Jakiś dziwny dźwięk.
Podniosłam zaspaną rozczochraną z poduszki i rzuciłam okiem w kierunku łóżeczka z cenną zawartością.
Zawartość sapała równomiernie, nie generując dziwnych dźwięków...
Opadłam na zad na poduchę w celu ponownego pogrążenia się w przytulnych objęciach Morfeusza...
Nie dane mi było, bo hałas się powtórzył.
Tym razem zlokalizowałam go jako chrobot w drzwiach!
W celu lepszej słyszalności, założyłam na nos okulary i rozwiesiłam uszy
Ktoś gmera w zamku!
Mało tego!
POKONAŁ GO, bo słyszę jak delikatnie otwiera drzwi wejściowe!
- O żesz ty mendo niedomyta! Włamywać ci się zachciało?? No to pożałujesz, że się urodziłeś! O ile zdążysz wyrazić swe żale!
Złapałam siekierę (już zrozumiałam, ten głos wewnętrzny) i niczym Indianin na podchodach, bezszmerowo spłynęłam pod drzwi łączące przedpokój z resztą domu.
Płynąc tak po tych schodach, poczyniłam założenie, że ten włamywacz nie zna rozkładu domu i trochę się najpierw zamota, zanim znajdzie odpowiednie drzwi.
Trzeba Wam wiedzieć, że mało komu udaje się za pierwszym razem opanować inwazję drzwi na dzień dobry u mnie w domu ;-D
Stanęłam sobie cichutko za tymi właściwymi wrotami, siekierę mam nad ramieniem naszykowaną do ataku (znad głowy, wbrew pozorom, wymach nie jest tak piorunująco mocny).
I czekam...
Kroki, cichutkie i dość niepewne, powoli kierują się moją stronę...
- Co? Kontaktu nie wymacałeś, lebiego i po ciemaku ściany macasz? - pomyślałam mściwie, wzmacniając chwyt na trzonku.
Drzwi się uchylają...
- Jeszcze chwilka... Poczekam, aż łeb tu wsadzi... - zbyt szybki atak spaliłby na panewce... Wszak muszę zatłuc, a przynajmniej ogłuszyć gada, a nie tylko uszkodzić mu rękę!
Łeb się wsuwa...
Walę siekierą na oślep!
Raczej w próżnię.
Może i dobrze, bo razem z hukiem zatrzaskiwanych drzwi usłyszałam:
- KOCHANIE!! TO JA!!!
Rany boskie! Mężu wrócił dzień wcześniej z delegacji.
Nie chciał nas pobudzić i się skradał...
Przypominam - nie istniały wtedy komórki. Stacjonarny był w sferze marzeń... Więc uprzedzić nieszczęśnik nie mógł swej połowicy...
I tak oto nie zostałam mężobójczynią.
Dzięki refleksowi ślubnego.
A jakby się udało?
Hmmm.... Już bym zapewne wyszła na wolność - za dobre sprawowanie ;-D