wtorek, 11 grudnia 2012

Długi niefinansowe

Znacie ten stary przesąd, że do Wigilii trzeba mieć spłacone wszystkie długi, bo jak nie, to przejdą na następny rok i narobią nowych?
Tak, tak! Do Wigilii, nie do Nowego Roku!
Ja znam i na wszelki wypadek wierzę!
Nie będę sprawdzać słuszności, bądź omylności powyższego stwierdzenia na własnej skórze
I dlatego, na wszelki wypadek, rozliczam się z pierwszej części zaległości, czyli "długów" blogowych.

Zdjęciowo będzie.
Na początek naszyjniki "młynkowe"
                                              

                                              


                                              

                                              


Powyższe to  plagiaty o stąd (klik).
A może użyć niewinnego słówka INSPIRACJA?
E tam! Nadużywane jest zdecydowanie na wielu blogach.
Plagiat i już :-D

Dalej. Też naszyjniki, ale nie plagiatowe, tylko moje ;-)
                                               




                                                


                                                 


                                                 

Wiem, wiem! Już były. Ale nie w tych kolorach :-D

Kolczyki w hurcie:

                                                 


I "zezulce" ;-D
                                  

To tyle zaległości na dziś.
Część kolejna wkrótce.
A czy Wy na pewno macie spłacone WSZYSTKIE długi?
Nie mówię tylko o tych finansowych, ale i o innych: przysłowiowa szklanka cukru od sąsiada,  dług wdzięczności, niespełnione obietnice, pożyczona, ale niezwrócona książka...
 Jak tam u Was to wygląda? ;-D

sobota, 8 grudnia 2012

Przegląd tygodnia


Na szybko dziś.  Zaległości dalej są, ale żeby ich nie pogłębiać, zmobilizowałam się i 
wrzucam fotki z ostatnich moich dokonań.
Czyli przegląd tygodnia. 
Będzie odwrotnie,czyli najpierw od najnowszego do najstarszego wytworu rąk mych zdolnych.

Dziś z drutów spadł kolejny szal boa.
                                    
Tym razem inna włóczka, taka jakby bandażowa ;-)
Długość  całkiem, całkiem - 220 cm. Można się nim  zupełnie przyzwoicie omotać, a nie tylko zawiązać węzęł gordyjski na szyi ;-D

Szal tęczowy:
                                
Krótki, tylko 150 cm. Aniusiowy :-)
Taka długość dla mojej chudzinki jest idealna :-)

I szybciutkie w wykonaniu bransoletki:
                             
Jedna się nie doczekała sesji, bo Chude dziecko dostało i nie dało matce szans na focenie:-D
Inną razą. Cała była zieloniutka i zaopatrzona w kocią zawieszkę :-)


To tyle na dziś.
Reszta zajefajnych artefaktów czeka w aparacie w charakterze surowych zdjęć na przypływ mojej kolejnej weny do "obróbki".
A jakie to artefakty?
Świąteczne! No bo jakie by mogły być o tej porze roku ;-)

czwartek, 6 grudnia 2012

...sobie nie powiem...

Dziś dwie sprawy.
Pierwsza - od dziś do odwołania zamykam możliwość dodawania anonimowych komentarzy.
Ostatnimi czasy wkurzają mnie anonimowi spamerzy zawalający mi bloga swoimi linkami do stron różnych.
"Botom" mówię - stanowczo dziękuję!
Czyli dosadnie - won z bloga!

Nie chcę włączać  weryfikacji obrazkowej, bo wiem z doświadczenia, jak to cholernie zabija oczy i skutecznie zniechęca do napisania jakiegokolwiek komentarza...
Szczerze mówiąc - omijam szerokim łukiem takie blogi.
Ślipienie zamazanych cyferek i połączonych w psychicznie chory ciąg literek kod, doprowadza mnie do szału!
I chcę tego oszczędzić moim komentatorom.

Tak więc od dziś - chcesz coś napisać - się zaloguj...

Sprawa druga, czyli DZIŚ SĄ MIKOŁAJKI!!
Czyli - losowanie w moim tajnym rozdawnictwie :-)

Nie dowierzam generatorom typu random,więc posłużyłam się metodą tradycyjną, czyli uczciwe karteczki i gmeranie łapą własną, w celu wytypowania zwycięzcy.
Zdjęć niestety nie będzie, bo aparat na głodniaka nie chciał zadziałać :/
Akumulatorki zdechły i się ładują.
A ja nie chcę przeciągać Waszego czekania do jutra.
No więc...
Łapa ma "wyciągła" karteluchę z komentarzem.....




O jessuuuu, nawet sobie nie powiem.... Ata, nawet sobie.... i szary z czarnym najbardziej ślinotok wywołuje, ale co Pani dasz to i tak mi pasuje.

Aniu! Twój adres mam, ale żeby formalności stało się zadość, napisz proszę w komentarzu poniżej, czy w dalszym ciągu jesteś zainteresowana posiadaniem szyjogrzeja z gatunku boa ;-)

A pozostałym uczestnikom zabawy bardzo dziękuję, że tu zaglądacie i może nie zawsze komentujcie, ale JESTEŚCIE :-)
To tyle na dziś :-)

wtorek, 4 grudnia 2012

Stypendystka

Się działo dokładnie tydzien temu.
A zaczęło się jakoś tak prawie dwa tygodnie temu. A w sumie to we wrześniu, chociaż chyba bardziej w czerwcu...
O matko!
Ale zamotałam!
To może od początku...
Pod koniec czerwca moja panna Anna została wytypowana przez Dom Kultury, do którego uczęszcza od ładnych paru lat na zajęcia z ceramiki, do stypendium dla dzieci uzdolnionych artystycznie.
Jakoś nie dowierzałam...
- Ania?? Ale jak to?? Za co?? Czemu akurat ona??
- Nie marudź - powiedziała stanowczo pani od ceramiki - tylko zbieraj papierki i kseruj dyplomy.
Nie marudziłam, tylko jakoś nie wierzyłam w powodzenie przedsięwzięcia.
Czasu miałam w huk! Do 15.09. Więc odłożyłam myślenie i działanie "napowakacjach".
"Powakacje" nastąpiły szybciej, niż człek by sobie życzył i czas się zaczął kurczyć dramatycznie.
Muszę się przyznać, że mam pewną wadę: nienawidzę papierkologii stosowanej! Wysypki dostaję, jak mam coś naskrobać urzędowego, zgromadzić papierki i do tego złożyć je w TERMINIE!!
 Tu jednak stawka była wysoka...
Ogarnęłam się, zmobilizowałam się i rzutem na taśmę (14.09) złożyłam wymagane dokumenty w wyznaczonym miejscu.
Nawet przeżyłam coś w rodzaju zdumienia, jak zobaczyłam NA RAZ ile to dyplomów, wyróżnień i nagród zdobyło moje dziecko w konkursach ogólnopolskich, mazowieckich, warszawskich itp!


I...


I wzięłam i o sprawie po prostu zapomniałam, przywalona bardzo ponurą i przerastającą mnie i moje poczucie humoru, w owym czasie, codziennością.
Minęło sporo czasu.
Aż tu nagle, późnym, piątkowym wieczorem, dzwoni mój telefon i głosem wspomnianej pani od ceramiki oznajmia mi co następuje:
- Hej! Wiesz? Ania dostała to stypendium!
-.... Eee... NO CO TY???!!! Ale mega!! Serio???
- No!!!!
- Aaaaaaaaaa!!!!! Jessssuuuuuu! No nie wierzę!!!!

A jednak.
27.11 na Ratuszu odbyło się uroczyste wręczanie stypendiów dwudziestu trzem dzieciakom z województwa mazowieckiego, uzdolnionym w różnych dziedzinach artystycznych.

Oto pani Ania odbierająca swoje stypendium z rąk Wojewody Mazowieckiego.
                            
Ta pani w czerwonej garsonce, to Konsul Ambasady Kanadyjskiej.
Aha ! Nie napisałam wcześniej, że stypendium jest przyznawane przez kanadyjską fundację, powołaną do wspierania dzieci wyżej wspomnianych :-)


Fotka grupowa
                          
Ta skwaszona kobieta w czerni, to burmistrz dzielnicy Wawer ;-)

Tradycyjnie już, co mnie nie dziwi i odruchowo pozwalam pytających mnie  o zgodę redaktorów, Aniusia udzieliła wywiadu do Polskiego Radia dla Zagranicy:
                        
Jedna córka - celebrytka TV, druga wyżeracz radiowy...
Jak ja mam z nimi, taka szara mysz, żyć pod jednym dachem?? ;-DD 

Jak ja mam podsumować?
DUMA MNIE ROZPIERA, proszę Was!
Ale to chyba normalne w takiej sytuacji, no nie? ;-D

Ps: no to teraz muszę się zmobilizować i pokazać przynajmniej część ceramicznych dokonań stypendystki...

niedziela, 2 grudnia 2012

Siekierezada


Działo się to lat temu hohohoho!
A może i dawniej...

Joanna, czyli moje dziecię starsze (żeby nie powiedzieć - stare), miała wtedy 4 miesiące.
Jej rodzic, a mój małż, często-gęsto opuszczał nas,wyjeżdżając w delegacje.
Czasem krajowe, czasem zagramaniczne.
W opisywanym dziś dniu, był gdzieś w Polsce.
A my z Chudą (w on czas Pulchną) w domu.
Samiutkie, bo moi rodzice przebywali na tzw. placówce.

Nie pierwszy raz przyszło nam zaludniać hangar zwany domem ino we dwie, więc nie robiło to na nas wrażenia.
Znaczy głównie na mnie - bo Aś głównie jadł i spał (hmmm... jak i teraz!).

Wieczorem, przed pójściem spać, poszłam podłożyć do pieca, co by niektórym pielucha w nocy nie przymarzła do kupra.
Kiedy już wychodziłam z kotłowni, mój wzrok padł na siekierę. Stała tam sobie, cichutko, nie wadząc nikomu.
Z niezrozumiałych dla mnie powodów, zapragnęłam ją mieć w nocy przy sobie.
Ot tak. Przytulanka taka ;-)
Chyba na zasadzie: strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Głos jakiś w mojej głowie też zakrzyknął:
- BIER JĄ!!! BIER!!!
No to wzięłam ją w garść, zaniosłam do sypialni, postawiłam koło wezgłowia i spokojnie udałam się na spoczynek.
Zasnęłam.
Śpię...
Nagle, coś mnie obudziło.
Jakiś dziwny dźwięk.
Podniosłam zaspaną  rozczochraną z poduszki i rzuciłam okiem w kierunku łóżeczka z cenną zawartością.
Zawartość sapała równomiernie, nie generując dziwnych dźwięków...
Opadłam na zad na poduchę w celu ponownego pogrążenia się w przytulnych objęciach Morfeusza...
Nie dane mi było, bo hałas się powtórzył.
Tym razem zlokalizowałam go jako chrobot w drzwiach!
W celu lepszej słyszalności, założyłam na nos okulary i rozwiesiłam uszy
 Ktoś gmera w zamku!
Mało tego!
POKONAŁ GO, bo słyszę jak delikatnie otwiera drzwi wejściowe!
- O żesz ty mendo niedomyta! Włamywać ci się zachciało?? No to pożałujesz, że się urodziłeś! O ile zdążysz wyrazić swe żale!
Złapałam siekierę (już zrozumiałam, ten głos wewnętrzny) i niczym Indianin na podchodach,  bezszmerowo spłynęłam pod drzwi łączące przedpokój z resztą domu.
Płynąc tak po tych schodach, poczyniłam założenie, że ten włamywacz nie zna rozkładu domu i trochę się najpierw zamota, zanim znajdzie odpowiednie drzwi.
Trzeba Wam wiedzieć, że mało komu udaje się za pierwszym razem opanować inwazję drzwi na dzień dobry u mnie w domu ;-D
Stanęłam sobie cichutko za tymi właściwymi wrotami, siekierę mam nad ramieniem naszykowaną do ataku (znad głowy, wbrew pozorom, wymach nie jest tak piorunująco mocny).
I czekam...
Kroki, cichutkie i dość niepewne, powoli kierują się moją stronę...
- Co? Kontaktu nie wymacałeś, lebiego i po ciemaku ściany macasz? - pomyślałam mściwie, wzmacniając chwyt na trzonku.
Drzwi się uchylają...
- Jeszcze chwilka... Poczekam, aż łeb tu wsadzi... - zbyt szybki atak spaliłby na panewce... Wszak muszę zatłuc, a przynajmniej ogłuszyć gada, a nie tylko  uszkodzić mu rękę!
Łeb się wsuwa...
Walę siekierą na oślep!
Raczej w próżnię.
Może i dobrze, bo razem z hukiem zatrzaskiwanych drzwi usłyszałam:
- KOCHANIE!! TO JA!!!

Rany boskie! Mężu wrócił dzień wcześniej z delegacji.
Nie chciał nas pobudzić i się skradał...
Przypominam - nie istniały wtedy komórki. Stacjonarny był w sferze marzeń... Więc uprzedzić nieszczęśnik nie mógł swej połowicy...
I tak oto nie zostałam mężobójczynią.
Dzięki refleksowi ślubnego.

A jakby się udało?
Hmmm.... Już bym zapewne wyszła na wolność - za dobre sprawowanie ;-D