wtorek, 21 maja 2013

Czyjś NN...


To było wczoraj rano.
Odwiozłam Anię do szkoły. Wracając muszę wyjeżdżając z bocznej ulicy "wpasować się",  na bardzo ruchliwą o tej porze, główną drogę.
Przeczekałam niekończący się sznur samochodów, aż w końcu zrobiła się "dziura" i mogłam ruszyć w swoją stronę.
Mogłam i ruszyłam, ale nie ujechałam dalej niż 3 m.
Przy samym krawężniku zobaczyłam skulonego kotka. Ktoś go potrącił samochodem i tak zostawił...

- O rany! Maluchu! - łypnęłam szybko we wsteczne, czy mi nikt nie zrobi sobie z kufra garażu, jak się nagle zatrzymam. Ale "dziura" dalej trwała, więc włączyłam  awaryjne i podeszłam ostrożnie do beżowego kłębuszka. Nie leciałam do niego na złamanie karku, bo bałam się, że się może przestraszyć i ruszy prosto pod koła na przeciwległym pasie.
Ale kocio nie reagował. Kucnęłam przy nim i kiedy już wyciągałam po niego ręce, usłyszałam wściekłe trąbienie.
Otóż jakiemuś nerwowemu osobnikowi nie spodobała się moja akcja ratunkowa i chyba chciał mnie przepłoszyć z tej jezdni...
Nie udało mu się.
Za to udało mu się zobaczyć mój środkowy palec...

Olałam kretyna, podniosłam kocinę i zaniosłam do samochodu. Nie wożę przy sobie kociego transportera, więc ułożyłam obojętnego na otoczenie brzdąca na podłodze - bałam się, że z siedzenia mógłby mi spaść i
jeszcze bardziej się poturbować.
Kotek nie miał wprawdzie widocznych obrażeń zewnętrznych, ale przecież nie wiedziałam co uderzenie samochodu zrobiło z jego organami wewnętrznymi. Miał tylko zaciśnięte oczka.
Poza tym - cały czas skręcało go w lewo.
Tak jak to widać na zdjęciu:


Zadzwoniłam do mojego weterynarza i zawiozłam znalezisko
Kotek został dokładnie przebadany i obejrzany.
- Nie ma niestety żadnych złamań - Powiedział wet - Mówię niestety, bo dla niego tak byłoby lepiej... Ma bardzo poważne obrażenia głowy. Uderzenie samochodu było na tyle słabe, że nie zginął  na miejscu, ale na tyle mocne, że jego stan jest krytyczny. Ma całkowite porażenie lewej strony ciała - stąd ten spastyczny skurcz, na który zwróciła pani uwagę. Wytworzył mu się krwiak podtwardówkowy... Nastąpiło porażenie centralnego układu nerwowego.
- I? Co robimy?
- Rokowania są praktycznie żadne, ale możemy spróbować. Bo nigdy do końca nie można być pewnym. Nawodnimy go, będę mu podawał lek na zahamowanie tworzenia się krwiaka. Wprowadzę go w stan lekkiej śpiączki farmakologicznej i zaczekamy... No chyba, że zadecyduje pani inaczej...
- No i po co pan pyta? Przecież pan wie i mnie zna nie od dziś.

Kocio leżał sobie pod kroplówką, a ja zadałam dr pytanie:
- Niech mi pan powie: jak to jest? Przecież nawet jak kamień puknie w karoserię to jest taki dźwięk, jakby samochód się rozpadał. To co? Jak kot głową blachę zaliczył, to ten palant za kierownicą głuchy był? Dlaczego bydle nie wysiadło i nie zabrało biedaka??
- Haha - wie pani - zatrzymać się, wysiąść i co dalej? To jest decyzja, która pociąga za sobą konsekwencje. Więc bezpieczniej udawać, że to był tylko kamień.
- Jasssne! Poza tym zapewne tam się pojawił nagle wielki, czerwony napis: "Człowieku - jedź spokojnie dalej - G...ska zaraz tu będzie i uratuje sierciucha! " Ja rozumiem, że wypadki się zdarzają  i to naprawdę tragiczne, ale i tak nie zrozumiem takiej obojętności "bo to tylko zwierzę".
I tak sobie narzekając, rozmawiając tak ogólnie i na zmianę głaszcząc kotka spędziliśmy ponad godzinę...
Co z kociakiem w tym czasie się działo?
Nic dobrego...
Skurcz spastyczny spowodował, że łepetynka kotka była już z całej siły przyciągnięta do lewego boczku. Żadnej poprawy - nawet ciut.
Sprawdzaliśmy czy maluch nie jest zaczipowany, bo jakby nie było to kot rasowy, więc...
Niestety - chipa nie miał.
Weterynarz określił wiek kotka na 5-6 miesięcy - czyli całe kocie życie przed nim...

Po ponad godzinie, kotek powędrował do szpitalika dla zwierząt, a ja pojechałam do domu.
Miałam wrócić wieczorem i mieliśmy zastanowić się co dalej.

Wieczorem było bez zmian - ani na lepsze, ani na szczęście na gorsze.
Więc kolejna szansa dla malucha.

Rano - tak samo jak wieczorem.
A w zasadzie ciut gorzej - teraz  już obie przednie łapki objął skurcz spastyczny.
- A jak przeżyje, to co będzie?
- Prawdopodobnie może cierpieć na padaczkę, mieć niedowład lub całkowity paraliż tylnych lub przednich kończyn.
- Żaden komfort życia?
- Tak.
- I ciągle o to życie walczy...
- Walczy... To co? Może poczekajmy do południa - żal mi go - Powiedział weterynarz.
- Do południa? OK! To o której mam przyjechac?
- Nooo - tak o 18 :-D

Tak więc dziś południe wypadło ciut później ;-)

Niestety... Jest źle. Bardzo źle...

Daliśmy kłębuszkowi ostatnią szansę - do dziś. Do 22.

Jutro mam  zadzwonić...

Już nie będę musiała jechać do czyjegoś NN...

czwartek, 16 maja 2013

Ofiary mojego myślenia...

Możecie myśleć co chcecie, ale to nie jest normalne...

Wierzę w magię i w czary.
Duchy, całkiem oswojone, szwendają mi się z upodobaniem  po domu , o czym niejednokrotnie już pisałam.

Osobiście próbowałam wróżyć.
Ale się zraziłam  na amen, bo się moje wróżby sprawdzały w stu procentach.
Dziwne?
A jak byście się czuły,  gdybyście wywróżyły własnemu rodzicowi, że se uszkodzi swe ciało i kilka dni później rzeczony łamie sobie rękę??
Albo przyjaciółce, że się rozejdą burzliwie na dłuższy czas z narzeczonym i faktycznie  rozstała się z nim po tygodniu?? Po dramatycznych ekscesach!

Co z tego, że te dobre wróżby też się sprawdzały.

Te złe przepowiednie mnie zniechęciły na wieki wieków!

Ale to "coś" sobie we mnie tkwi...
I wyłazi na wierzch w najmniej oczekiwanych momentach...

Ubiegły piątek.
Chuda błagalnie:
- MAMOOOOOO!! Podrzucisz mnie na przystanek?? PROOOOOSZĘ!!!
- A wiesz, że tak! Łeb mi pęka, podejdę od razu do apteki i coś sobie kupię. - Zwykle jestem niechętna podwózkom i wykazuję się okrucieństwem w stosunku do dziecka starszego - młoda jest, zdrowa, niech leci z buta ten drobny kilometr na przystanek ;-)
Chuda będąc w szoku, że matka taka zgodna, łagodna i spolegliwa, dała się wywlec  z domu  wcześniej, niż rozsądek i rozkład jazdy nakazywał.
Zaparkowałam  w uliczce poprzecznej do głównej i wolnym krokiem, rajcując jak zwykle, popełzłyśmy sobie w stronę apteki i zarazem przystanku.
Chodnikiem, na rowerze, jechał chłopiec. Tak "cirka ebałt" w wieku Ani,  tylko gabarytowo starszy nawet ode mnie.
W zasadzie gnał na tym swoim jednośladzie.
- Za szybko jedzie! Zdecydowanie! - Przemknęło mi przez myśl, kiedy nas mijał.
Jakieś dwie sekundy potem już nie jechał...
Rąbnął na trotuar z hukiem. Nagle! Jakby go coś zatrzymało w miejscu.
- O kur...cze! - wymknęło się nam chóralnie z Chudą.
Ale nie biegniemy z pomocą, bo:
1: nie raz Aś integrował się z glebą i wiemy, że do pierwszej krwi, nie reagujemy
2: chłopak(!) obejrzy zdarte kolano, zabierze się z rowerem w krzaki i tam sobie pozwoli na chwilę ze łzami, a przed ludźmi będzie TWARDZIELEM!

Ale...
Młody twardziel wcale nie wstaje. Młody chowa buzię w koszulkę, ogląda pulchne kolanko i zaczyna płakać!
- O  jejejej! O Jezu!!  O moja ręka! O Jezu! Jak mnie boli! O  Jezu! Nie wytrzymam!
- Chuda! Lecimy! - Wcale nie musiałam mówić,  bo obie byłyśmy już w galopie do biedaczyny.

Co zastałyśmy?
Zgroza!
Kolano zdarte całkiem  solidnie, z buzi leje się krew, ręka spuchnięta i nienaturalnie wykrzywiona...
- Spójrz na mnie! - Zażądałam
Zero reakcji.
- Popatrz na mnie! Pokaż buzię! - Chłopaczyna zalany łzami i krwią posłuchał.
- Ręka! Ręka!
- Spokojnie! Będziesz żył!
Czemu chciałam oglądać mu fizis? Bo się bałam, że zaliczył nią chodnik i że zęby sobie powybijał. Krwotok był solidny!
Bałam się też, że może mieć obrażenia głowy (bez kasku był!!!).
Szczęście w nieszczęściu, że to była tylko rozwalona o kierownicę warga.

W międzyczasie podeszło kilka osób:
- Do szpitala trzeba go! Do CZD! ( gwoli wyjaśnienia - ogólnie znane Centrum Zdrowia Dziecka było po drugiej stronie ulicy).
Tylko, że nikt się nie kwapił do podniesienia z upadku i odprowadzenia bidaka...
Pewnie obie z Chudą robiłybyśmy za dzielne sanitariuszki, ale dzięki opaczności trafił się pieszy patrol policji!
Dwóch młodych, jurnych dżentelmenów mundurowych prawidłowo zareagowało na ludzkie zbiegowisko i przyszło się zorientować w sytuacji.
Dźwignęli młodego z chodnika i upewniwszy się, że da radę sam, z niewielką pomocą, dokuśtykać do izby przyjęć, przejęli ofiarę wypadku.
- Panowie! Rower! Bo ktoś mu rąbnie! - Chuda nieśmiało zwróciła uwagę funkcjonariuszom na służbie...
- A! Dobra! Ty go prowadź, ja wezmę rower.
No i poszli....
Smętny tercet...
Dobrze, że szpital tak blisko i opiekunowie całkiem do rzeczy.


Wczoraj.

Ta sama uliczka. A przy niej mój wiejski sklep. Ponieważ nie było w nim tego, co chciałam, zmuszona byłam powędrować do innego. Jakieś 50, może 100 metrów dalej.
Idę więc.
A właściwie mknę jak torpeda na swoich trzech nogach.
Po drodze wyprzedzam panią.
Bardzo dużą panią, na bardzo dużych koturnach.
- Takie koturny, taka waga i takie tempo??? Za szybko idzie!
Wyprzedziłam ją, zrobiłam dosłownie dwa kroki i usłyszałam za plecami solidne "jebut!" i:
- O Jezu! O Jezu!
Nawet się nie zastanawiałam - zrobiłam zwrot na pięcie i już byłam przy spoziomowanej na asfalcie kobiecie...
- O Boże! O Boże! Nie mogę wstać! Moja noga!
- Proszę pani! Jestem! Wszystko będzie dobrze! Może mi pani podać rękę? Pomogę pani wstać.
- Nie dam rady! Moja noga!
- Proszę pokazać.
Pani podwinęła spódnicę - faktycznie -zdarte kolano i lekko zewnętrzna strona łydki.
- Będzie dobrze - to tylko stłuczenie i obtarcie. Proszę podać mi rękę, pomogę pani.
- Nie dam rady! - I łzy jak grochy!
Bogu dzięki, że znalazły się jeszcze dwie panie do pomocy i razem dźwignęłyśmy bidulę do pionu.
- Niech mnie pani weźmie pod rękę i powolutku pójdziemy do apteki. Tam panią opatrzą i pomogą. Pomalutku. Damy radę!
Kiedy to mówiłam, miałam na myśli siebie i te dwie dodatkowe pomocnice.
Ale jak przyszło co do czego, to zostałam sama na placu boju - obie dwie się stleniły!!
Podniosły delikwentkę i uznały, że ich rola się skończyła.
Mój mąż skomentował krótko:
- Co chcesz? Zobaczyły krzepką blondynkę na trzech nogach, to zwiały! Jak to było? Wiedzie ślepy kulawego? :-D
- Taaa... Masz poniekąd rację: kulawa kulawą :-DDD
Kuśtykałyśmy sobie pomalutku, a pani nie przestając płakać, wyjęczała:
- O Boże! Żeby tylko nie była złamana! Tak strasznie mnie boli!
- Nie jest złamana. Gdyby tak było, to by pani kroku nie zrobiła. Pewnie jest tylko mocno skręcona.
Dopełzłyśmy do apteki, posadziłam panią na krzesełku i podeszłam do okienka:
- Czy możecie panie udzielić pomocy tej pani? Przed chwilą przewróciła się na ulicy i dość mocno się potłukła.
Co usłyszałam od bądź co bądź sił fachowych?
- Ło jesssu! Ło jessu!
Siły w osobie dwóch farmaceutek wyległy poza ladę, obejrzały obolałą kostkę (zaleciły na wszelki wypadek RTG), wnikliwie przyjrzały się startemu kolanu i ruszyły na zad za ladę. I zaczęły się miotać między półkami....
-Ty! Ale my nie mamy takich dużych plastrów!
A ja naiwna sądziłam, że w aptece mają apteczkę pierwszej pomocy i nie będą szukać po   zwykłych półkach z towarem dla zwykłych klientów!!
No cóż....
Teraz już wiem ;-)
Stwierdziłam, że nic już po mnie i powiedziałam do ofiary mojego myślenia:
- Myślę, że mogę już panią zostawić. Jest pani pod dobrą opieką :-)
- Och! Dziękuję pani! Bardzo dziękuję! Dziękuję!
- Absolutnie nie ma za co! Proszę na siebie uważać. Wszystkiego dobrego i do widzenia.

Poszłam... Miotana wyrzutami sumienia...
To samo miejsce.
Podobne myślenie.
Hmmm...
Ciekawe, czy to miejsce plus moje myślenie tak działa, czy może tylko myślenie...
Mam kilka osób, które mi ostatnimi czasy podpadły dość mocno...
Spróbować? :-D

wtorek, 14 maja 2013

Zapraszam chętnych na słodkości

Tort można zrobić własnymi rękami.
Tort można kupić. Również własnoręcznie.
Tort można dostać.
A ja tort uszyłam!
A co!
 
Metodą PP.

Z okazji, bez okazji?
A nieee!
Z okazji urodzin mojej Sis.
Jest to osobniczka, która słodkiego nie przyswaja.
A tortów w szczególności!
Ale co to za urodziny bez tortu?
No nieprawdziwe i niedokończone!

Więc czy chciała, czy nie chciała,
tort o starszej siostry młodsza dostała ;-D

Nietuczący, zerokaloryczny, bez daty przydatności do spożycia.

Z powodów powyższych, tort znalazł uznanie w oczach obdarowanej ;-D

Ale ja jednak preferuję prawdziwe słodycze, więc upiekłam dziś dwa rodzaje muffinek z niespodzianką

Ciut zabawy przy nich było, ale warto!

I tak je sobie pogryzając na zmianę jasną i ciemną, zastanawiam się, czy może by tak kolejne muffiny jednak po prostu USZYĆ?? ;-D
Co Wy na to? :-D

wtorek, 30 kwietnia 2013

Hilaria Sklerozja

Działo się to w ubiegły czwartek.
Ranek, skoro świt.
Dziecko młodsze spełza na dół na śniadanie i zadaje matce zaspanej konkretne pytanie:
- Słuchaj - czy nie spotkałaś się gdzieś przypadkiem z moimi okularami?
Yyyyy. A ja wiem?? Ostatnio wczoraj, na jej nosie, ale luzem - raczej nie.
- Nooo nie. A co?
- A bo ich nigdzie nie ma.
- Gdzie je zdjęłaś?
- Wieczorem. Jak szłam się myć. Czyściłam je, włożyłam do etui, a teraz nie ma!
- Żydzi na kijach wynieśli? - Zapytałam zgryżliwie.
- Możliwe.
- Zjesz, to pójdziesz szukać.

Zjadła i poszła. I wsiąkła.
Czas sobie płynie.
Nie wiem, czy zauważyłyście, ale rano, tuż przed wyjściem, gna na łeb naszyję...

Anny nie ma.
Więc polazłam na górę, co by połączyć siły śledcze.
Okularów nie ma!

- Ania! Wieczorem myłaś głowę. Przypomnij sobie, co było. Tak po kolei.
- No poszłam do łazienki, położyłam je na szafce, ty mnie czesałaś, a potem  CHYBA je zabrałam...

Zeznania, jak widać, cokolwiek się zaczęły różnić na przestrzeni 10 minut...

Okularów dalej nie ma!
 Ani za łóżkiem, ani pod biurkiem, ani pod szafkami.
Zaginęły w akcji!
A właściwie w drodze z łazienki do pokoju via przedpokój i korytarz!

 JAK DO DIABŁA, MOŻNA ZGUBIĆ OKULARY, KTÓRE SIĘ NOSI CIĄGLE????
Nie rozumiem!
A do tego W DOMU!!
Tym bardziej NIE ROZUMIEM!!

Zgrzytając zębami i całkiem nie hamując głosu i słowotoku, powlokłam młodą młodszą do przedsionka, celem wywiezienia do szkoły.
Bez okularów.
Anna się buntowała:
- Nie pójdę! Bez okularów! To bez sensu! Nic nie będę widziała!
Młoda starsza poradziła litościwie:
- Usiądź w pierwszej ławce!
- Ja zawsze siedzę w pierwszej!
- To usiądź pod samą tablicą! - Joanna jak zwykle ma lekarstwo na wszystko
Dalszej konwersacji nie słuchałam, bo pognałam po samochód, a pannice zostały w przedsionku.
Młoda młodsza dalej zbuntowana i zapuchnięta od płaczu wsiadła do samochodu i z cicha chlipała nad swym ciężkim,  ślepym losem...
- Anka! A mózgu nie zgubiłaś? A nie, faktycznie - to ja posiałam... - Chuda popadła w lekkie zamyślenie.
- Jak można zgubić okulary?? No jak?? Mam dwie pary! I nie gubię! Czasem w robótkowych z rozpędu w samochód wsiądę, ale NIE GUBIĘ!!! O czym ty myślisz?? Czy ty w ogóle myślisz??? - To ja dawałam popis elokwencji.
- Nie wiem - Wysiąkała dziecina.

Poszła do szkoły w nastroju niekoniecznie wiosennym. Do tego słabowidząca.

Żal mi jej było, ale do licha! Ma prawie 12 lat, więc niech jakoś się ogarnie i PAMIĘTA, gdzie i co kładzie!

Wróciłam do domu.
Mężu był w on czas na urlopie i zadał mi radosne pytanie:
- I jak? Hilary znalazł okulary?
- A gdzie tam! Ślepa pojechała! Idę szukać.

Poszłam.
Znalazłam. Wylegiwały się w łóżku. Na kołdrze, pod kocem.

Zapakowałam je w etui, zniosłam na dół i pokazałam mężowi:
- Paczaj, co mam!
- O!! Znalazły się?
- Mną się znalazły :-D Zaraz jej zawiozę.
- Ani się waż!
- Cooo??
- A pewnie! Niech się nauczy!

No w sumie... Ale z drugiej strony...
Sześć lekcji plus kółko przyrodnicze. W sumie siedem godzin bez oczu...
- Ej, no! Weź! - Rzuciłam pojednawczo w stronę męża.
- NIE!!
Łypnęłam na plan lekcji
- Ej, no! Weź! Matma, dwa polaki... Zamęczy się skleroza...
Chwila ciszy:
- Dooobra! Jedź! :-D

Dostała swoje patrzałki jeszcze na pierwszej lekcji.

A po południu:
Asia, wróciwszy wcześnie z uczelni, zapała żądzą pojechania wraz ze mną po młodszą.
Ot tak - się stęskniła za siostrzyczką ;-)
Anna wsiada do samochodu rozpromieniona:
- Wiesz? Dostałam dziś trzy piątki!
- Łaaa! Ale super! A z czego?
- Z polaka, matmy i z historii.
Chuda się odzywa:
- Dobrze, że ci mama okulary przywiozła, bo byś nie widziała jakie stopnie ci stawiają :-P
Anna nie zareagowała.
- A z przyrody to mogłam mieć szóstkę, ale mały błąd zrobiłam i pół punktu mi zabrakło.
- Nooo! Ania! Pół punktu! Jak ty to zobaczyłaś??? Aaaaa! Zapomniałam! Mama okulary ci znalazła! - Chuda w swoim żywiole!


- No właśnie! Gdzie je znalazłaś? Młoda przejawiła zainteresowanie własnymi, cudem odzyskanymi brylkami.
- Spały sobie w twoim łóżku, pod kocem, na kołdrze. Ciekawe, jak one z etui tam prysnęły... Pewnie je źle czyściłaś i uciekły...
- Aaaaa! Bo ja wieczorem czytałam i je zdjęłam. I położyłam na kocu. Iiiiiiii... eeeeeeeee....
- Właśnie! Iiiiiieeeee! Tata był przeciwny, żebym ci je zawiozła. Ja w sumie też. Ale ulitowaliśmy się nad ślepą sklerozą. Ale kara musi być. Od dziś będziesz się nazywać HILARIA SKLEROZJA!

Aniusia nie jest zbyt zadowolona z nowych imion ;-)
Trudno! Konsekwencje muszą być! O!  :-DD

sobota, 27 kwietnia 2013

Wyskoczyłam przed orkiestrę...

Na początku wpisu muszę i chcę Was zaprosić na nowo powstałą stronę.

Szkoła patchworku.
To nówka sztuka, ale za to rozwojowa!
Warto o niej pamiętać, czy też zapisać ją w ulubionych, bo o ile znam autorki (Anię i Marzenę), to się tam będzie działo, że hoho!

Osobiście przestudiowałam stronę wnikliwie.

Jako pilną uczennicę, zainteresowało mnie zwłaszcza "Kalendarium".
I z lekko się zdeprymowałam, bo w czerwcu przewidziane są zajęcia z takiego czegoś, co się nazywa Paper Piecing.

Skąd moja konfuzja?
No bo wyskoczyłam przed orkiestrę...

PP znalazłam zupełnie przypadkowo.
Owszem - spotykałam patchworki szyte tą techniką na wielu blogach, ale nie wgłębiałam się w temat.
Ot - wzdychałam sobie z cicha i twierdziłam z całą stanowczością, że TO NIE DLA MNIE!!

Ehe! Taaa...
Jak już wspomniałam, znalazłam PP w necie i o dziwo nie zaczęłam wzdychać, tylko zagłębiłam się w temat.
I stwierdziłam:
- To dla mnie! Kupuję ten pomysł!
Kupiłam.
Uszyłam sobie na początek dwie prościutkie wprawki i i próbki.
Nie sfociłam, bo nie ma się czym chwalić.
A poza tym - są tylko uszyte, ale nie skończone ;-D

Ponieważ ta zabawa szalenie mi się spodobała, pogrążyłam się w otchłaniach netu bardziej wnikliwie i znalazłam sobie wzór (free!) na takie coś, co się nazywa "cup of coffe"

Jak widać, uszył się ten "kapof" ;-)
Hmmm...
Skoro mam już pierwszy "kap", to może by uszyć mu kolegę?
Uszyłam.

Apetyt rośnie w miarę szycia/picia ;-)

I tak oto powstał następny, trzeci, zbiornik na płyny gorące:



A potem czwarty:

Prawie komplet.
Tylko co z tym zrobić??
Podkładek nie używam, kolejna poduszka z kubka/filiżanki też mi się jakoś nie uśmiechała.
Położyłam te "kapyof" obok siebie...
Iiiii...

I se bieżnik uszyłam.
 
Na ławę.
Rozmiar całkiem, całkiem: 84 cm x 38 cm.
Jest puchaty, mięciutki i cieplutki.Niekoniecznie jak bieżnik, tylko jak... ;-)
Potraktowałam go jako preludium do czegoś PRAWDZIWEGO ;-D
Tylko to PRAWDZIWE musi poczekać, bo ogród swoje nieugięte prawa ma i jak się człowiek chce nim cieszyć, to plany i pierdoły musi odłożyć na plac dalszy.
Ot co!