niedziela, 14 czerwca 2009

Od oburzenia do rozbawienia...

Dziś z braku czasu i innych okoliczności zamiast drugiej części hardangera wklejam opowiadanko z multiply:

"Cześć! Jak masz na imię? Ile masz lat?" Tak najczęściej poznają się dzieci. Dla nich to normalna forma zapoznania się z drugim człowiekiem ich gabarytów.
Z dorosłymi bywa już inaczej. A pytanie o wiek zdecydowanie nie pada przy pierwszej rozmowie. Chociaż z tym ostatnim stwierdzeniem bywa różnie...
I w zależności od tego ile lat pokazuje nam bezlitosna metryka, nasze reakcje są bardzo rozbieżne.
Przytoczę Wam 4 historyjki. Dwie mojej Mamy i dwie moje.
Co ciekawe - wszystkie wydarzyły się w lipcu (oczywiście w innych latach).

Lipiec 1968 - Bułgaria...

...czyli huk lat temu nazad. Byłam wówczas dziecięciem niewinnym, zaledwie półtorarocznym. Mieszkaliśmy wtedy w Bułgarii, ponieważ mój tata został tam wysłany na kontrakt. Kiedy tata był w pracy, my z Mamą plażowałyśmy na całego.
Woda w Morzu Czarnym w porównaniu z naszym polskim Bałtykiem to normalna zupa, więc moja rodzicielka bez oporów trzymała mnie w wodzie (ku mojej radości). Pod czujnym okiem Mamy pławiłam się przy brzegu, paprałam piachem i ani mi w głowie było zamarznąć, czy się rozpuścić. W czasie jednej z takich długich zabaw do mojej Mamy podeszła starsza pani, Bułgarka i stanowczym głosem powiedziała:
-Weź wyjmij tego dzieciaka z wody i zaprowadź do matki, bo się w końcu przeziębi!
Na wyjaśnienie mojej mamy, że ja to jej córka, pani zareagowała jedynie pogardliwym i pełnym niedowierzania prychnięciem.
Mama była OBURZONA, że nie tylko lekką ręką odebrano jej jedynaczkę, ale posądzono, żem jej młodszą siostrą.

Lipiec 1983 - Pojezierze Mazurskie

Obie z Mamą uwielbiałyśmy wędkować.
Tego dnia wybrałyśmy się na rybki, jak zwykle w celach rekreacyjnych. Poszłyśmy na brzeg śluzy, przy której okonie i płoteczki miały wybitne skłonności samobójcze i same pchały się na haczyk. Stanęłyśmy sobie z kijami zanurzonymi fachowo w wodzie w pewnym oddaleniu od siebie. Jakoś tego dnia rybki olewały mój artystycznie przymocowany do haczyka pęczak (za nic nie nadzieję robala!! ). Natomiast mojej Mamie skrzelodyszne brały jak opętane. Sęk w tym, że moja Rodzicielka brzydziła się zarówno robactwem (też na pęczak łowiła), jak również za żadne skarby świata nie zdjęła z haczyka upolowanej ryby
-Wiesz - one są takie obślizgłe i zimne... Brrrrrrrrr!!
No to oczywiście ja robiłam za nadwornego ściągacza łupów.
A więc tego dnia kilka razy odkładałam swoje wędzisko, maszerowałam do Mamy pozbawić ją kłopotu w postaci miotającej się zwierzyny i wracałam na swoje miejsce. Złapałam się w końcu na tym, że zamiast gapić się cierpliwie na swój osobisty spławik, łypałam nerwowo w kierunku Mamy.
W pewnym momencie spławik Mamy poszedł pod wodę, zobaczyłam jeszcze fachowe podcięcie i z przyzwyczajenia odłożyłam swój kij i wybrałam się do Niej zdjąć kolejny połów. Ale jak się okazało, nie musiałam, bo jeden ze stojących obok Mamy wędkarzy wyręczył mnie w tym procederze. Nie tylko zresztą ten jeden raz. Tak więc spokojnie mogłam zająć się sobą i swoim nieudanym tego dnia "polowaniem". Po jakimś czasie znudziło mi się stanie, bo nic mi nie brało i zwinęłam się razem ze sprzętem. Przechodząc koło Mamy "zawołałam" scenicznym szeptem (rybki i wędkarze!!):
-Mamo! Idę już.
Zero reakcji...
Więc powtórzyłam:
-Mamo! Ja już idę!
W tym momencie zamarłam, bo moja Matka odwróciła się w moją stronę krzywiąc twarz w jakimś dziwnym grymasie, strzelając oczami w bok i w górę i jednocześnie machając rękami.
Podeszłam, żeby dowiedzieć się co jest grane i powtórzyłam raz jeszcze swoją kwestię i... zamarłam słysząc to, co usłyszałam wysyczane w moim kierunku:
-NIE MÓW DO MNIE MAMO!!
Skamieniałam... Odjęło mi mowę... Przecież przede mną stała właśnie ona: moja osobista rodzicielka, a nie jakiś alien z kosmosu.
-Yyyyy... Eeeee.... A jak? Przyzwyczaiłam się szczerze mówiąc...
-Hihihihihihi! Bo wiesz, ten facet co mi rybki zdejmuje myśli, że ty jesteś moją trochę młodszą siostrą.
Mama była ROZBAWIONA...

Lipiec 1987 Bazar Różyckiego Warszawa

Postanowiłam pojechać na wymieniony w tytule bazar w celu kupna pantofli. Sklepy obuwnicze niewiele miały do zaoferowania, a tam był przybytek dobra wszelakiego. Łaziłam sobie między straganami i oglądałam liczne stroje na stopy. W pewnym momencie zobaczyłam to, czego szukałam: cudne pantofelki, czerwono-czarne, na malutkim obcasiku! Przymierzyłam i achchchchchch! To nie pantofle! To rękawiczka! Miodzio! Uszyte specjalnie dla mnie! Kiedy tak stałam przed lustrem krygując się w prawo,lewo i od przodu, jednocześnie wyobrażając sobie jak cudnie będą pasować do mojej czerwono-czarnej sukienki bombki, przy tym samym straganie stała matka z córką i o coś strasznie się kłóciły. Ponieważ byłam mocno rozanielona swoimi wizjami, docierały do mnie tylko strzępki rozmowy. Wynikało z niej, że dziewczyna upierała się przy jakiś zwykłych trampkach, a matka na siłę wciskała jej pantofle.
W pewnym momencie usłyszałam pytanie skierowane wprost do mnie:
-ILE MASZ LAT??
Obcesowość tego zapytania tak bardzo mnie zdumiała, że odpowiedziałam potulnie:
-Dwadzieścia...
Na co mamuśka do córki nie tracąc rezonu:
-No widzisz!! Też ma szesnaście i buty na obcasie sobie kupuje!!
Fakt, że po mamie odziedziczyłam "smarkatowaty wygląd", ale byłam OBURZONA, że ktoś tak bez skrupułów wyrwał mi cenne 4 lata z życiorysu!!

Lipiec 2008 Warszawa

Czasem chadzam na rehabilitację.
Wszyscy zatrudnieni w przychodni osobnicy zarówno płci żeńskiej jak i męskiej, są dobierani wg jakiegoś specjalnego klucza - mili, sympatyczni, z poczuciem humoru i ogromną dozą cierpliwości dla marudnych pacjentów (nie wyłączając piszącej te słowa ;-) ) Wszystkie zabiegi przebiegają tam wg harmonogramu, bez nerwówki i przepychanek.
Poza innymi wynalazkami zalecane mam takie coś, co się zowie fizykoterapia. Dziwaczne urządzenia, jeszcze dziwniejsze (wg mnie) niekompatybilne z nimi oprzyrządowanie takie jak: folijki, rzepy, gąbki i inne pierdoły.
Uczęszczając tam na kolejną z rzędu turę rehabilitacji, trafił się na fizyko pewien pan... Nazwę go Pan Incognito. Podłączając mnie do dziwacznych, wspomnianych wcześniej przeze mnie urządzeń udawał ogromne niezadowolenie, że pacjentka niegotowa, bo nie ma folijek i rzepów i on nieszczęśnik musi tego naboju szukać. Oczywiście wsio zawsze było na miejscu, ale co szkodzi sobie trochę pomarudzić - no nie?
Otóż w opisywanym przeze mnie dniu postanowiłam zaskoczyć i ubiec Pana Incognito - zgarnęłam folijki, rzepy zgromadziłam w jednym miejscu i grzecznie sobie czekałam. No może niezupełnie grzecznie, bo zakrzyknęłam gromko:
-Ja tu czekam i czekam, a pana magistra nie ma!
-Zaraz! - odpowiedział pan magister
-Zaraz to taka duża bakteria - odkrzyknęłam niezmiernie inteligentnie
Pan Incognito przyszedł po chwili, kiedy już spacyfikował innego pacjenta i zapytał:
-A co to za alarm?
-Spieszę się dziś do domu.
-A po co?
-Bo muszę zwolnić starsze dziecko z pilnowania młodszego.
-To pani ma dzieci?
-No mam. Dwie sztuki. Całkiem niezłe.
-A w jakim wieku?
-Starsza ma 18 lat, a młodsza 7.
-ILE LAT MA STARSZA???
-18
-A to jest pani własne, własne, takie, że tak powiem - osobiste dziecko?
-Jak najbardziej. Jeśli mogę użyć stwierdzenia, chociaż głupio zabrzmi - własnoręcznie ją urodziłam
-Yyyyyy... Eeeee... Chciałem o coś zapytać, ale nie!
Na co ja śmiejąc się:
-41
-Akurat! Może za dziesięć lat!

Przegiął! Zdecydowanie, ale wiecie co? Byłam ROZBAWIONA, że mi tak chapnął 10 lat z życiorysu.

piątek, 12 czerwca 2009

Obnażam się, czyli hardagerowej serwetki powstawanie (cz.1)


Na początek się pochwalę: dziś dostałam kolejne wyróżnienie - tym razem od Lilki
Bardzo dziękuję!

Ponieważ niedawno typowałam 5 blogów, to tym razem pozwolicie, że nagrodę dostaną wszystkie te osoby, które dotrą do końca tego postu i nie oszaleją od mojego dziwacznego kursu ;-)


Obiecałam jakiś czas temu, że stworzę coś na kształt kursu hardangerowego. Ale nie ma sensu wyważanie otwartych drzwi. Od dawna kursami i to na poziomie profesjonalnym zajmuje się Krzysia - czyli mój guru hardangerowy :-))
Tak więc ja nie będę uczyła w ścisłym tego słowa znaczeniu, tylko będę pokazywać kolejne etapy powstawania serwetki. Tak krok po kroku.

Oczywiście, jeśli któraś z moich miłych czytelniczek zechce się przyłączyć będzie mi bardzo miło :-)
Poproszę wówczas o maila i wzorek powędruje.

Od czego zaczynamy? Oczywiście od wybrania odpowiedniej serwetki.
Czyli przekopujemy się przez kilka gigabajtów schematów i z rozpaczą stwierdzamy, że NIC NIE MA!! Po kilku godzinach mamy jednak kilka upatrzonych wzorków i dokonując selekcji negatywnej wybieramy ten jeden aktualnie właściwy.
Ja zdecydowałam, że będzie to taki wzór:

Teraz bierzemy w się za... królową nauk, czyli matematykę. Musimy policzyć ile trzeba będzie chapnąć drogocennego materiału. Ja używam Unifilu DMC zwanego tu i ówdzie dość nieszczęśliwie Etamine.
Unifil ostatnimi czasy bardzo obniżył jakość i trzeba trochę pokombinować, żeby wzór się zmieścił na przyciętym kawałku materiału.
A więc teraz liczymy w taki sposób: ( cytuję za Krzysią)- szerokość pozostaje bez zmian, czyli kiedy policzymy ilość bloczków i pomnożymy to przez 4 to nadal dzielimy przez 10, co da nam wymiar w cm; - długość natomiast dzielimy przez 9 - mam na myśli długość tkaniny, bo haft możemy zaplanować inaczej.

Brzmi strasznie? To tylko pozory! W naszej serwetce wyliczanka wygląda tak:
Szerokość czyli bok dłuższy składa się z 72 bloczków, mnożymy je przez 4 i dzielimy przez 10:
72 x 4 = 288 : 10 = 28,8cm, czyli tyle szerokości będzie mieć nasza serwetka
Długość liczymy już nieco inaczej:
60 (liczba bloczków) mnożymy przez 4, ale dzielimy przez 9 (to efekt właśnie tej złej jakości materiału)
60 x 4 = 240 : 9= 25,5 cm (ok!) czyli tyle będzie mieć bok krótszy.
Dodajemy do każdego boku po 5 cm i lecimy z nożyczkami w stronę szmaty ;-)

Teraz musimy zrobić na niej fastrygę, wyznaczającą nam środek materiału.
A więc składamy nasz materiał na pół:

I jeszcze raz na pół, jednocześnie dość mocno "przyprasowując" brzegi
Rozkładamy i mamy elegancko wyznaczony środek:

A więc teraz nitka i igła w dłoń i linie pomocnicze czas zacząć.
Fastryga jest robiona co 4 nitki - to widać wyraźnie po powiększeniu fotek

Wypadałoby teraz jakoś zabezpieczyć brzegi przed strzępieniem.
Polecam do tego celu zwykłą, papierową taśmę malarską.
Oklejenie brzegów, to najszybsza część pracy w hardangerze ;-)
A teraz czas na nici.
Najlepsza, a co za tym idzie i najdroższa jest perłówka DMC. Nieco gorsza i tańsza jest Petra.
Ja od jakiegoś czasu używam polskiej Mai i jestem z niej zadowolona. Zarówno z ceny jak i jakości.

Do hardangerowania potrzebne są nam dwie grubości kordonka:
5 - grubszy do haftowania m.in. bloczków
8 - cieńszy do obrabiania przęsełek i innych elementów, ale do tego dojdziemy w kolejnych odsłonach serwetki.
Przed rozpoczęciem haftowania konieczne jest wyliczenie, w którym miejscu należy rozpocząć robotę. Pomocne są w tym właśnie te linie, które zrobiłyśmy wcześniej. W tej serwetce nie musiałam się wysilać i liczyć samodzielnie, na piechotę ze schematu, bo w opisie wyraźnie napisali: odliczyć 46 nitek wzdłuż krótszej linii środkowej.
Teraz bierzemy w łapkę igłę, nawlekamy Mają nr 5 i...
Po chwili mamy połowę pierwszego elementu ;-)
Ciąg dalszy nastąpi wkrótce...

Zmęczone? To na podtrzymanie mdlejącego ciała i ducha zrobiłam placek z truskawkami na maślance wg przepisu Kass
Częstujcie się śmiało! Dla wszystkich wystarczy :-)

środa, 10 czerwca 2009

Jak uświadamiać dzieci, czyli mały poradnik matki tyranki.

Żeby podtrzymać mój mit matki sadystki przedstawię Wam z grubsza w jaki sposób należy uświadamiać dzieci. Niekoniecznie w TYM temacie, o którym myślicie ;-)
Na początek mały "rys historyczny".
Zawsze (z małymi przerwami) mieszkałam tu, gdzie mieszkam - niby Warszawa, ale na szczęście przedmieścia.
Czyli prawie wieś w mieście. No i jak to na wsi bywa, hodowane u nas były różne zwierzęta: kaczki, kury, kozy (niestety te ostatnie nie za moich czasów), raz nawet świnie (2 sztuki!) no i króliki.
Właśnie na tych ostatnich się skupię.
Królikami zajmowałam się ja. W czasach bardzo głębokiej podstawówki dostałam od sąsiadki króliczka. Małe to to było, zapyziałe. Ale udało mi się ją odkarmić i wyrosła na kawał dorodnej królicy o wdzięcznym imieniu Zofia.
Moje koleżanki też hodowały kłapouchy, więc dokonywałyśmy rozmnażania na skalę wręcz przemysłową. Jesienią typowałam, które króliki zostają w charakterze reproduktorów na następny rok, a które... niekoniecznie.
Przychodził pan oprawca, rzecz załatwiał szybko i sprawnie. Tym co wyhodowałam i osiągnęło stan nieruchomy zajmowała się moja Mama. Pasztety były pyyycha!Dodam tylko, że Zofia dożyła sędziwego wieku w spokoju i dobrobycie i zeszła z tego świata w sposób naturalny, bez zewnętrznej interwencji.Potem w czasach licealnych hodowla zamarła. Aż do czasu, kiedy wyszłam byłam za mąż.
Mój ślubny, człek ze wszech miar miastowy, zapałał żądzą posiadania zwierząt innych niż koty, czy psy. Więc króliki wróciły "na wokandę".
Na tym łez padole gościła już Asia (moje starsze dziecię). Razem z tatą karmiła, głaskała i gadała z futrzastymi mieszkańcami klatek..
Mając miękkie serce, nie mogłam i nie umiałam powiedzieć kilkuletniej dziewczynce brutalnie powiedzieć, że te puchate zwierzaki są hodowane na pyszny pasztecik...
Kiedy przychodził czas mordu i króliki znikały z klatek, mówiłam dziecku, że jest jesień, mało trawy i króliczki zdychały. A na wiosnę będą nowe. To do niej przemawiało i doskonale to przyswajała.
Pasztet z królika jadła, aż jej się uszy trzęsły. Wiedziała co je, ale jakoś królik i pasztet z tegoż, to były dla niej zupełnie odrębne formy życia (czy może stanu skupienia).
Tak sobie trwała w tym przekonaniu dłuuuugie lata...
Aż pewnego dnia, wiozłam ją na jakąś imprezę. Razem z jej koleżanką. Obie pannice miały po 17 wiosen. Aśka zaczęła mi udowadniać jak to ona już jest dorosła, mądra i wszystko wie i nic jej nie zdziwi. Ten świat ogólnie zna od podszewki z całym jego złem...
No to diabeł we mnie wstąpił i zakrzyknęłam wojowniczo:
-Pamiętasz króliczki??
-Pamiętam. A co?
-I co się z nimi działo?
-Noooo... Zdychały jesienią, bo trawy nie było...
-Taaaaa! Naiwniaczko! Twój rodzić je mordował! Pasztet to niby z czego był?
-Z królika... - wyszeptało "dorosłe" dziecko - MAMO! Jak możesz?? To nieprawda!!
-Ależ tak! Prawda! Smaczny pasztecik?
-Smaczny - jęknęła.
-No! To jeszcze cię dobiję! Jak oddał ducha Groszek? ( jej kanarek).
-Zdechł ze starości? - bardziej zapytała niż stwierdziła oczywistą do tej pory dla niej prawdę.
-O nie moja kochana! Twój osobisty kot Supeł go zeżarł! Razem z piórami! Tylko dziób i łapy zostały!
-Nieprawda! Grób mi pokazałaś! Pod bzem!!
-Hahahaha! To fikcja była! Ja wiedziałam, że będziesz dociekać, gdzie Groszka pochowałam, więc szufelką od koksu poruszyłam ziemię!
Koleżanka młodej płakała ze śmiechu.
A Aśka zamiauczała:
-Jak możesz odzierać mnie ze złudzeń?
-Twierdziłaś, że już jesteś CAŁKIEM dorosła, no to czas najwyższy spojrzeć prawdzie prosto w oczy! Aha! Lalki Barbie też ci NIE KUPIĘ!!
Jednym słowem zorałam "kruszynce" (o głowę wyższej od mnie) dziecięcą psychikę. Na krótko, jak sądzę ;-)
Za to ona funduje starej matce traumatyczne przeżycie codziennie. Od lat. Dlaczego i jakie?
A proszę, to jej pokój:
Tu teoretycznie sprząta.
No Rabarbaro! Obiecałam wpis na bloga? Słowa dotrzymałam ;-)
Ps: dziękuję za fotkę :-*

Up date:
Właśnie dostałam wyróżnienie od Elisse
Ogromnie się cieszę! I zgodnie z zasadami typuję 5 blogów:
Irenkę
Ewę
Elę
Anię
Kasię

czwartek, 4 czerwca 2009

Strasznie śmiesznie!

Siedzę sobie i się śmieję. Jakiejś głupawki chyba dostałam, czy co?
Ale może po kolei.
Zaczęło się rano. Zwlokłam zwłoki jak zwykle o 6:25. I okazało się, że właśnie dziś jest poranek, w którym czas leci na złamanie karku niezależnie od naszych czynów.
Zwykle ok 6:50 jestem już po śniadaniu i idę sobie na pierwszą fajeczkę ( w myśl zasady: po dobrym jedzeniu Polak myśli o paleniu ;-) ). Dziś śniadanie skończyłam konsumować za trzy siódma. Więc fajeczka musiała poczekać i poszłam budzić obie moje panny. Poszło nawet szybko. Ania myła się, a ja poszłam naszykować jej ubranie. Zobaczyłam, że na łóżku leży jej strój do WF.
-Skleroza - pomyślałam. Wzięłam worek i włożyłam do plecaka. W trakcie wkładania zarejestrowałam, że nie ma tam piórnika. Pomyślałam, że jest w drugiej kieszeni i niewiele myśląc odsunęłam suwak... Chryste!! To co tam zobaczyłam powaliło mnie na kolana! Otóż dziecku wylał się jogurt, który dostała jako deser na stołówce w szkole... Jakiś tydzień temu, sądząc po stanie kieszeni... Wydłubałam z największym obrzydzeniem butelkę po jogurcie i stwierdziłam, że poziom penicyliny osiągnął już stan wrzenia.
Zabrałam cały ten nabój do łazienki i rozpoczęłam przesłuchanie:
-Kiedy ci się to wylało?
-Nie pamiętam - padła tradycyjna odpowiedź.
-Nieważne. Czemu mi od razu nie powiedziałaś? Przecież to nic strasznego. Każdemu może się zdarzyć.
-Nie pamiętam - padło konsekwentnie.
Na odświeżenie pamięci trzepnęłam w spodnie od piżamy, tam gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.
-A gdzie jest piórnik?
Teraz dla odmiany zapadła cisza. Dziecko poszło do pokoju. Ja za nią upierdliwie drążąc temat piórnika.
-Aniu! Gdzie jest piórnik.
Cisza...
-Gdzie jest twój piórnik?
Cisza...
-Zabrał ci ktoś?
Cisza...
-Zgubiłaś?
Cisza...
-Aniu! Słyszysz mnie??
Kiwnięcie głową. I cisza....
-GDZIE JEST PIÓRNIK???
Cisza...
Do pokoju wchodzi Asia:
-Mamo, idź. Ja z nią pogadam.
Poszłam. Nie, nie poszłam! Wymiotło mnie! Furie mnie pognały!
Słyszę, że gadają. Czas płynie nieubłaganie... Za chwilę młoda doniosła:
-No nie chce powiedzieć!!
Weszłam znowu do pokoju małego uparciucha. I mój wzrok padł na biurko. Patrzę i widzę - piórnik. Wprawdzie inny, ale jej. Biorę go do ręki i widzę, że wszystko w nimi jest. I pióro i ołówki i kredki itp.
-Aniu. Tego piórnika używasz?
-Tak. - cud! Dziecko odzyskało mowę!
-A gdzie jest ten stary?
-A tu, w szafce.
Ręce mi opadły niżej odwłoka.
-Czemu od razu nie powiedziałaś, jak cię pytałam??
-Bo myślałam, że mi nie pozwolisz nosić tego małego, bo tamten jest dla mnie za duuuuużyyyy - i ryk! Łzy jak groch. Aśka stoi w drzwiach i też ryczy - ze śmiechu. Normalnie jak w ruskim cyrku!!
Przy czesaniu starsza siostra podarowała młodszej kolejny piórnik - Diedla, czyli tak zwany lansik wśród małolatów ;-)
Ania uszczęśliwiona zaczęła przepakowywać artykuły piśmiennicze do nowego nabytku.
Czas sobie płynie...
W tzw. międzyczasie poszłam na żebry do młodej po plecak dla małej, bo przecież z tą hodowlą pleśni nie mogła iść do szkoły! Chociaż, gdyby wpakowała strój do WF nie wiedziałabym, co tam moje młodsze ma. Bo dość rzadko sprawdzam jej porządek w plecaku, wychodząc założenia (może błędnego), że sama musi pilnować swoich rzeczy i o nie dbać - ja jej nie zamierzam wyręczać.
Plecak dostałam, spakowałyśmy z Anią zadowoloną z obrotu sprawy.
7:18 - Ania zaczyna jeść zupkę. O dziwo szybko poszło, potem porcja znienawidzonego Cavintonu i szybki wymarsz.
7:35 - o tej porze ruszam zwykle sprzed bramy, ale dziś nie. Dziecku zachciało się kichać i z całym namaszczeniem wyciągała z "nowego" plecaka chusteczki, pomstując na rodzicielkę, że ją katarem zaraziła! Nie wiem jakim cudem!! Bo kataru nie mam! No i stwierdziła, że jedna paczka chusteczek to jej na pewno nie starczy i wybierała się po zapasowe. Zdecydowanie dałam odpór każąc się ubierać w kurtkę i buty, a sama poleciałam na górę po smarkatki.
Spod bramy ruszyłam ok 7:40... Jakimś cudem udało mi się nie spóźnić do pracy.
Wyjęłam komórkę z torebki i szok! Cały wyświetlacz rozmazany! Coś mi się z oczami porobiło! Widzę przez mgłę! Zamrugałam energicznie i... Nic! Żadnych zmian! Łypnęłam na regały - widzę normalnie. No pięknie! Wyświetlacz się chrzani!
-Trudno - pomyślałam - jakoś tam widać. Może gdzieś kupię nowy.
Do głowy mi nie przyszło, że za 3 godziny będę miała nie telefon, tylko słuchawkę! Jak w "Seksmisji" - ciemność widzę! ciemność!
Więc zadzowniłam (ze stacjonarnego) do autoryzowanego punktu napraw. Zapytałam ile kosztuje nowy wyświetlacz i po raz drugi tego dnia powaliło mnie na kolana:
129 zł!
-W życiu!! Tyle kasy???
Siadłam przed kompem i odpaliłam gg. Odpisywałam cos koleżance i... Amba Fatima - było i ni ma! Gg wzięło i wcięło!
-Nic to! Mam na serwerze. Zaraz sobie importuję.
Jasssne! Importowałam! Jeden kontakt!! Resztę wcięło! Na szczęście to nr "pracowy", a na nim miałam niewiele kontaktów. Jakby nie mówić - w pracy nie za bardzo mam czas, żeby siedzieć na gg.
Po pracy pojechałam na bazar (ten kompasodajny ;-) ) . Pan w budzie na moje pytanie o wyświetlacz niechętnie odparł:
-Może się jakiś znajdzie - i siedzi dalej bez ruchu, gapiąc się na mnie leniwie.
-No to może się poszuka? - zasugerowałam panu.
Młodzian sięgnął ręką po pudełko z wyświetlaczami. Wszystkie jak jeden mąż były sobie gołe i wesołe - bez folii, bez opakowań, bez zabezpieczenia. Gmerał czas jakiś mamrocząc pod nosem:
-Ten nie, ten nie i ten też nie. O ten może być. Tak, tak! To do tego telefonu.
I podał mi jakieś coś obdrapane.
-Ile to kosztuje?
-80 zł.
-Ile??
-80 zł z montażem.
-A bez montażu?
-Tyle samo.
-Wie pan co? Na allegro bez montażu, za to z kosztami przesyłki i roczną gwarancją kosztują 42 zł!
I se poszłam.
Zreanimowałam stary aparat, ale to wyjście doraźne i mało wygodne, bo nie mogę z niego wysyłać smsów. Tzn mogę, ale niestety komórka żyje własnym nieposkromionym życiem i śle smsy nie tylko do nadawcy, ale też na tzw. prawo i lewo. Nie tnąc mi przy tym kasy z konta...

Same rozumiecie dlaczego siedzę i się głupio śmieję? Inaczej się nie da ;-D.
A na zakończenie przydługiego posta coś dla oka - parę dni temu skończyłam "dziurawca"

Jest równy! Ja nie wiem, czemu nie umiem robić przyzwoitych fotek! Rozumiem, że obiektyw mnie nie kocha, ale żeby i wizjer??

środa, 3 czerwca 2009

Szaleństwo na blogach!

Dziś miałam zamiar coś tam napisać i pokazać, ale jestem tak wkurzona, że brak mi słów na klawiszonach!!
Ograniczę się jedynie do informacji o dwóch zabawach blogowych.
Pierwsza u Daisy - wcale nie ukrywam, że czaję się na to zielone cudo ;-)


A druga u Ewy Do wylosowania są piękne aniołki

To tyle na dziś. Idę warczeć i gryźć ;-)