poniedziałek, 8 listopada 2010

Smutek szarych dni...

Ten rok jest pechowy...

Musiałam uśpić Supła. To było 06 lipca. Nie pisałam o tym, bo jakoś nie miałam chęci...
Był ciężko chory. Zapadł w śpiączkę mocznicową. Odszedł nasz puchatek po 14 latach...


Została kocica zwana Brzydulą.
Pieszczocha z miękkim jak aksamit futerkiem. Kocia łagodność. Nigdy, nawet w zabawie nikogo nie drapnęła.
Dziś ok 10:30 zadzwonił mój tata i powiedział, że ktoś mi ją otruł. Leżała na podwórku, krzyczała i pluła krwią...
Wybiegłam z pracy, pojechałam do domu i zawiozłam ją do weterynarza.
Osłuchał ją.
Diagnoza:
-Tępe, bardzo silne uderzenie w klatkę piersiową. Ktoś albo ją kopnął, albo potrącił samochodem.
Rtg wykazał pęknięte prawie na całej długości płuco...
Nie miała szans...
Przeżyła Supła o 4 miesiące i dwa dni.
Była z nami 5 lat.

piątek, 5 listopada 2010

007

Są takie powiedzenia filmowe, które na stałe weszły do powszechnego obiegu, żyjąc własnym życiem.
"Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie"
"
Ciemność, widzę ciemność, ciemność widzę."

Tytułowy agent 007 przedstawia się ogólnie znanym:
My name is Bond, James Bond.

No to ja spolszczając agenta Jej Królewskiej Mości mam przyjemność przedstawić się moim szanownym czytelniczkom:

Maj nejm is Błąd. Wiel Błąd.

Błąd nr 1
Ot herbaciarka taka:

Jeszcze w trakcie lakierowania i dlatego ma oklejone zamknięci w celu ochrony przed upaćkaniem.
Założenie miałam takie: dół ciemny, spękany jednoskładnikowym cracklem na jasno.
Wieczko jednolicie jasne z truskawkami i ciachem 3D.
Proste?
No pewnie! Jak konstrukcja cepa.
Takich "krakowych" rzeczy mam na koncie już sporo, więc i tym razem miało być lekko, łatwo i przyjemnie.
A więc przystąpiłam do działania: farba ciemna, crackle i po przepisowym czasie jasna farba.
No i czekam w upojeniu na spękania.
Czekam...
Czekam...
Ciągle czekam...
W końcu zaczęło coś się dziać. Ale niekoniecznie to, na co czekałam.
Zaczęły się robić jakieś dziwne burchle, kratery i zmazy. Tu i ówdzie farba zaczęła ściekać...
Mało brakowało, a zeszłabym na zawał!
-No co jest?? Dziesiątki razy to robiłam! Wiem, czym to się je. To co jest do diabła???
No i diabeł zesłał na mnie objawienie. Po czasie, niestety...
Crackl był PRZETERMINOWANY!!!
I to solidnie.
Dusza ma zawyła, a ja z nią.
Zapasowej surówki herbaciarkowej już nie miałam, bo równolegle robię drugą, o taką:

Jak widać technika najprostsza z możliwych, czyli przecierka.

Tak więc pomyślałam, że tę nieszczęsną owocowo-ciastkową dam radę uratować robiąc ją też przecierką.
Po prostu poczekam, aż te koszmarne bąble wyschną, wezmę w łapę papier ścierny i srrrru po całości.
Nie do żywca! O nie! Nie mam aż takiej cierpliwości.
Gładź absolutna mnie usatysfakcjonuje w zupełności.
Dałam pudełku 24 h na wyschnięcie.
Przetarłam uczciwie papierem..
Farby ciemna i jasna stworzyły litą i gładką strukturę, więc stwierdziłam, że wystarczy mojej katorgi i machnęłam brązikiem po całości. Wieczko też.
Zostawiłam zbuka i poszłam przecz.
Po 3 godzinach postanowiłam nałożyć drugą warstwę brązu.
Kiedy zobaczyłam pudełko, szczęka mi glebnęła...
Bo oczom mym ukazał się taki oto widok:

SPĘKAŁO!!!
Inaczej niż to jest przyjęta i niż oczekiwałam, ale też fajnie.
Więc wróciłam do wersji pierwotnej.
Co się z tym wiązało?? No jak co?
Konieczność przemalowania wieczka na jasno...

Kiedy w końcu nakleiłam motywy i pociągnęłam pierwszą warstwą lakieru odetchnęłam pełnym, acz nikłym w swym rozmiarze biustem.
I jednocześnie złożyłam sobie solenne przyrzeczenie:
NIGDY NIE UŻYJĘ ŻADNEGO PREPARATU DO DECU PRZED SPRAWDZENIEM JEGO DATY WAŻNOŚCI!!!
Za dużo nerwów mnie to kosztowało ;-)

Błąd nr 2

Mitenki:
Czarne. Normalne. 100% wełny. Szaleją po blogach niczym wirus grypy po przychodniach. Trzasnęłam ich już sporo. Ale jakoś żadne nie zdążyły wejść w obiektyw - widać parcia na szkło nie miały. Wolały iść w świat ;-)
Te na zdjęciu są MOJE!
To były pierwsze, które zrobiłam ze wzorem warkoczowym po bardzo wielu latach rozbratu z drutami.
Opierałam się na szablonie znalezionym na tej stronie
Oczywiście wprowadziłam kilka zmian.
Rozpisałam sobie jak to to ma wyglądać. Wyznaczyłam, gdzie będzie warkocz, jaka będzie mieć szerokość i przystąpiłam do dzieła.
Ponieważ mitenki nie zajmują zbyt wiele miejsca na drutach, robię od razu dwie hurtem.
Tak tez było i tym razem.
Zrobiłam.
Zakończyłam.
Zszyłam.
Przewlokłam na prawą stronę.
Założyłam...
No i co?
No jak co??
Się okazało, że zrobiłam se... kurna mać!!
DWIE LEWE!!
"troszku" się wkurzyłam!
Ale machnęłam zaraz dwie prawe i luzik ;-)
Następnego dnia zadzwoniłam do Laury pochwalić sie jej jaka to ze mnie bystrzacha.
Laurka zgodnie z oczekiwaniem ryknęła zdrowym śmiechem, ale...
Ale jak już jej przeszło powiedział mi coś, co mnie przy życiu trzyma;
-Wiesz co? To teraz możesz mówić, że skoro ci dwie lewe ni pasują, to znaczy, że nie masz DWÓCH LEWYCH RĄK!

O!!
I tej wersji będę się trzymać!
Ręce mam dwie. Standardowy komplet: prawa i lewa.
A to dowód:
Asiowe mitenki.
Na komplecie dłoni mych. ;-)
Bo Aś nie może prezentować dzieła mego dla niej zrobionego, bo jest nie teges recami i dysponuje tylko jedną - żeby było śmieszniej - lewą ;-)
Ale o tym inną razą.

wtorek, 26 października 2010

Kolorowo

W przeciwieństwie do poprzedniego, niekulturalnego postu, dziś będzie okropnie zdjęciowo.
Tak więc ostrzegam lojalnie - dziś mało czytania, raczej więcej oglądania.
Od czego zacząć?
No to może błyskotliwie ;-)
Jesień jest, jakby ktoś nie zauważył.
Nie lubię tej pory roku, bo ponieważ za nią stoi już dysząc niezdrowym, morowym powietrzem zima.
Ale nie mogę nie dostrzec uroków tej aktualnie nam panującej.
Kolory ma zapierające dech w piersi. Zapach też jest niepowtarzalny. \Inny rano, kiedy jeszcze z lekka zaspane wychodzimy z Anią z domu.
Inny po południu, inny wieczorem...
Ale tak naprawdę zapach jesieni można poczuć w lesie.
W minioną sobotę wywlokłam dziecko młodsze na spacer do lasu. Tzn konkretnie za furtkę ;-)
Musiałam użyć lekkiego podstępu, bo Ania na hasło "spacer" reaguje alergicznym okrzykiem "NIE!!"
Tak więc oznajmiłam:
-Idziemy do lasu. Bierzemy aparaty!
No! Jak Aniusia usłyszała "aparat" to w sekundę stała przed drzwiami w blokach startowych ;-)
Mały paparazzi lubi focić:

A jest co:


Same powiedzcie - czyż nie mieszkam w pięknej okolicy??
I kto by pomyślał, że to "stolyca" ;-)



Ania trzaskała fotki z takim zapałem, aż się jej akumulatorki wyładowały. Ale mała fachura miała przy sobie komplecik zapasowy ;-)


Na zdjęciu poniżej tyci fragmencik kurtki Aniusiowej, która to kurtka została przez nas sponiewierana w trakcie spaceru...

A czemuż??
A temuż, że nam na drodze wyrosły gąski
I co?? Miałyśmy je tak zostawić?? Mowy nie ma!
A nie byłyśmy przygotowane na grzybobranie.
Więc mamusia niewiele myśląc odpięła dziecku kaptur od kurtki i już miałyśmy pojemnik na grzybki ;-)
Wiele ich nie było, ale... ;-)

Oj fajnie było... Cieplutko, słonecznie i tak... jesiennie :-)))

A teraz czas na zaległości!
Się trochę zebrało!
A więc w kolejności chronologicznej:
Poznajecie??

Tak!! Jestem przeszczęśliwą posiadaczką serduszka od Jolinki!!
Dostałam! I ciągle nie mogę w to uwierzyć!
A oprócz niego fajne drobiazgi przydasiowe, prześliczne materiałki i słynne jolinkowe guziczki!!
Jolu! Jeszcze raz przeogromnie Ci dziękuję!!

Kolejna przesyłka przyszła do mnie od Agaty

Jakiś czas temu, dośc dla mnie niespodziewanie wygrałam u niej poszewkę na poduchę! No i mam!!
Ha!
Agatko - jest super! Bardzo Ci dziękuję :-)) Jestem pełna podziwu dla osób szyjących patchworki. Mnie to przerasta :-))

No i wczorajsza przesyłka. Od Janeczki.
Za co? Ano napisałam u niej na blogu komentarz z nr 1000 :-DD
Zupełnie nie o tym nie wiedziałam i to było niesamowite zaskoczenie!
W przesyłce oprócz dzwoneczka i bombki były też ciacha z muesli, ale... Się zjadły, nim doczekały sesji zdjęciowej. Ale przepis jest u Janeczki na blogu, więc możecie zobaczyć jakie pychoty dostałam!
Janeczko, dobry Duszku! Serdeczne i stokrotne dzięki!

Wiecie co?
Jestem szczęściarą i już! :-DDD

No a teraz czas na mnie.

Znaczy na moje "wytfory"
Najpierw coś, co nade mną wisiało jako ten miecz Damoklesa, czyli słowniki z zabawy RR.
Rzutem na taśmę WYROBIŁAM SIĘ w terminie! Czas był do końca października.
Tak więc mogę zarozumiale napisać, że skończyłam przed czasem ;-)
I zbliżenie na pierwszy obrazek


Drugi z RR-ów, czyli staniki, się ma wyhafcić do końca listopada. Się wyhafci, bo nie widzę inaczej! ;-)
Domki w czwaretk wysyłam do Anety

A teraz dynie-breloczki
Są malutkie - jak to breloczki. Uszyłam je z polaru.
Inspirację podsunęła mi osobista Rabarbara.
Rzuciła mi fotką z pytaniem, czy któraś z moich koleżanek nie mogłaby tego zrobić na ten przykład na szydełku.
Więc zawracałam głowę Ewie...
W końcu się ogarnęłam, puknęłam w czerep i... uszyłam :-D
Zyskały aprobatę ;-)

A teraz na zakończenie to co mnie teraz wciągnęło, pochłonęło i zajmuje mnie bezkonkurencyjnie (oprócz dziergania na drutach - ale o tym inną razą ;-))

Naszyjniki. Jak to określił mój małż:
-Hurt na detal ;-)


1:




2:




3: (srebrny - na zdjęciu kiepsko widać połysk nici)




4:




5:




6:




7:





8:


Jeśli którejś z Was, dziewczyny spodobał się naszyjnik i chciałybyście go mieć - zapraszam na maila - cena nie jest wygórowana.
A długość mogę dostosować do indywidualnych potrzeb :-)


Właśnie do mnie dotarło, że nie sfociłam jeszcze dwóch.
Trudno!

piątek, 22 października 2010

Niekulturalnie

A więc będzie niekulturalnie.
Czyli jak zniechęcić dziecko własne do opery ;-)

Wczoraj byłam na comiesięcznym zebraniu w szkole u mej młodszej córci.
Było jak zwykle. Podpisywanie sprawdzianów (się oczywiście będę chwalić - same piątki z plusem!!), sprawy finansowe (a jakże - szkoła wszak publiczna, bezpłatna!).
A na koniec jeden z rodziców ogłosił, że udało mu się załatwić bilety dla dzieci na operę do Teatru Wielkiego pt: "Czarodziejski flet."
Cudem niejako załatwił, bo najbliższe terminy były na luty. Jakaś wycieczka zrezygnowała i się dziura w operze zrobiła...
Przedstawienie ma być 03.11. O godzinie 18:00.
To jest środa. Następnego dnia Ania maszeruje do szkoły na 8:00. Ja też.
Ja to pikuś. Pan Pikuś.
Ale mała lubi spać.
Ja już nie mówię, ile czasu będę jechać w tamtą stronę... Na zad też to zabierze trochę czasu.
Więc wg moich wyliczen Ania poszła by spać ok godziny 22:00.
Niby nie jest to późno. I jednorazowy wyskok. Ale ja znam swoje dziecko i wiem, że bez traktora, kombajnu i wuwuzeli nie ściągnę jej rano z łóżka!
A poza tym - nie sądzę, żeby dziewięciolatka była w odpowiednim wieku na odbiór dość jednak trudnej opery Mozarta.
Mam doświadczenie z Rabarbarą, która do tej pory twierdzi, że "Dziadek do orzechów" to nudna OPERA!! (sic!) Na nic się zdają moje tłumaczenia, że to do cholery jest balet! Jej jest wszystko jedno w tej kwestii i niezmiennie twierdzi, ze było nudno i że gadali coś bez sensu!
Na mój protest, że nic nie gadali, upiera się, ze owszem!
-Chyba pani Ewa ci mówiła 'Aśka! Nie gadaj!'
-Możliwe...
Tak więc jadąc do domu kombinowałam jak koń pod górę, co by tu zrobić, żeby Anię zniechęcić do tej eskapady. Nie chcę zniechęcić jej do muzyki poważnej. A obawiam się, że takim pchaniem jej na siłę w objęcia Wielkiej Muzy osiągnę skutek odwrotny od zamierzonego jak w przypadku Asi.
Rozmyślając intensywnie zajechałam do domu i poszłam do pokoju Ani.
Otwieram ja biedna drzwi i cóż me uszy słyszą??
Dziecina se odtwarzacz włączyła... I na cały pokój leci... CHOPIN proszę Was!
Tjaaa...
I jak tu melomankę zniechęcić??
No to zaczęłam tłumaczyć, że to trudne w odbiorze, że długie, że to nie teatr, że głównie śpiewają. Itp, itd...
Aś pokrzykiwała ze swojego pokoju dokładając jeszcze bardzo "logiczne" argumenty:
-Nie idź! Opera jest głupia! Tylko wyją!! I nic nie zrozumiesz - tak wyją!!
Ani to nie przekonywało.
Więc starsza sis się wzięła i wykorzystała wujka google.
-Młoda! - ryknęła w stronę małej - cho no tu na chwilę.
Młoda vel mała poleciała jak na skrzydłach do zwyczajowo zakazanej dla niej strefy pokoju strszej siostry.
Ja też, bo już czułam co Aś wykombinował, ratując matkę z opresji.
Ale to co wykombinowała, normalnie mną glebnęło!
Ania zasiadła z nabożnością na brzeżku tapczanu swojego Guru i wpatrzyła się w monitor, na którym to dość pulchna pani wydając z siebie dziwne dźwięki wygrażała pani wystraszonej, acz szczupłej.
To oczywiście był fragment "Czarodziejskiego fletu". A jakże!
Ania siedziała, patrzyła i mina jej się wydłużała....
-No tak... Faktycznie! Nic nie rozumiem...
-Widzisz! - starsza sis promieniowała - i tak będzie cały czas!
-To ja chyba nie chcę jednak iść!

Cel osiągnięty?

Oczywiście!

Skoro się dziecku niewinnemu strzeliło po uszach wersją germańską!!

I tak oto wyszła moja słoma z butów - dziecka nie chcę odchamić! Proszę o łagodny wymiar kary.
Dla mnie.
I Rabarbary tyż! ;-D

czwartek, 14 października 2010

Koniec pocieszajki

Myślałam, że się nie uda zdać dziś relacji z losowania.
Powód - banalny - net odmówił współpracy na dwa dni :-/
Tak więc nie zwlekając przystępujemy do losowania.
W zabawie wzięło udział ponad 100 osób!
W związku z tym postanowiłam zwiększyć pulę nagród o jeszcze jedną :-)

Uprawnionych do losowania było 105 osób.
Kilka osób nie spełniło wymagań zabawy, tak więc nie mogłam wziąć ich pod uwagę w losowaniu.

A teraz najważniejszy moment wieczoru:
Jako ta njastarsza z rodu pierwsza wtryniłam łapsko do miski z losami.

Nagroda główna, czyli kotek, duża zakładka i podkładka pod kubek wędrują do....



Kolejną szczęściarę wylosowała zgrabna ręka mojej starszej córki

A jest nią...
Makneto - do Ciebie powędruje żółty kotek w kwiatki i mała zakładka :-)

No i jako się rzekło, czas na trzecią nagrodę. Tu w misce zanurzyła się łapka Ani:

A wylosowaną osobą jest:

Dziewczyny! Gratuluję!
I czekam na Wasze adresy do 17.10, do godziny 18:00.
Jeśli do tego czasu nie dostanę Waszych danych do wysyłki, przeprowadzę kolejne losowanie.

Pozostałym uczestniczkom bardzo dziękuję za tak liczną chęć wylosowania mojego rękodzieła :-)
Jest mi niezmiernie miło, że takie drobiazgi cieszyły się AŻ takim powodzeniem :-))
Obiecuję, że niedługo będzie kolejna zabawa. Na moich zasadach, rzecz jasna ;-)
Ale szczegóły za... No za troszkę :-D

A teraz mała zajawka tego, co mnie ostatnio pochłania.
I jeszcze coś. Ale o tym inną razą ;-)