piątek, 11 marca 2011

Trzeba się zabezpieczać ;-)

Uszkodziłam się.
Tworzę teraz zgrabny komplecik z umysłem :-/

Wczoraj rzecz miała miejsce.
Robiłam jaja, takie jak w tym poście.
Ozdoby są naklejane klejem z pistoletu, na gorąco...
BARDZO GORĄCO!!!
Machnęłam beztrosko 4 jajca.
Zaczęłam robić piąte.
Nakleiłam jeden kwiatek-bratek i zabrałam się za drugi...
Nie wiem do tej pory jak to się stało, że ten gotujący się klej pociekł mi na palce wskazujący, kciuk i środkowy lewej dłoni.
No jakoś...
Złapałam odruchowo prawą ręką, chcąc się pozbyć palącego jakby nie było problemu ;-)
I wtedy kosmiczna ilość tego ciekłego i oklejającego lepiszcza polała mi środkowy palec prawej ręki, kciuk i trochę na wskazujący prawej ręki...
Ten ostatni wymieniony nieszczęśnik i tak był biedny, bo dzień wcześniej rozjechałam go sobie dość intensywnie i solidnie zardzewiałą śrubą...

Wiecie co?
Ból był tak potężny, że na chwilę całość pokoju zniknęła mi razem z pierdolnikiem robótkowym sprzed oczu...
A potem pogalopowałam do łazienki...
Łapy pod zimą wodę...
I co?
No nic. Klej ładnie zastygł na mojej skórze ;-D
Zerknęłam odruchowo w lustro i zobaczyłam, że ta rozczochrana facetka jakaś mało wyraźna jest, a w uszach słyszę wściekły gwizd...
-Oho! Zaraz glebę zaliczę! Spektakularnie gwizdnę łbem w futrynę i kto mnie pozbiera??
Jakoś dotarłam na kanapę na górę i elegancko zarzuciłam kopytka na oparcie kanapy.
Się kończyło pierwszą pomoc, to się wie co robić z omdlałymi niewiastami ;-)

Może gdybym rozdarła pysk na cały świat i okolice z bólu, nie osłabłabym jak... baba!
Ale jakoś głupio mi było się wydzierać z tak błahego, jak sądziłam, powodu ;-)

Niewiasta nieszczęsna, czyli ja, leżała czas jakiś spokojnie, ale po chwili wściekły ból przywrócił ją do rzeczywistości i zaczęła dmuchać z siłą tornado na sponiewierane paluchy.
Po chwili jednak zrozumiała bezcelowość tych działań, bo klej skutecznie i mocno się zespolił z obolałą skórą.

Co miałam zrobić?
No co?
No musiałam zdjąć tę klejową skórę extra ;-)
Z lewej ręki poszło lajtowo, acz mało przyjemnie.
Środkowy wskazujący wydawał się najmniej sponiewierany...
Nie bolał...
Tjaaaa...
Zdjęłam z niego klej... I nie tylko....

Szczegółów oszczędzę!
Zawołałam tylko Asię i poprosiłam ją o plaster, bo się trochę sparzyłam...
Aś mimo moich ostrzeżeń, że sceny są drastyczne j i może lepiej zastosuję samoobsługę, założyła mi opatrunek.
Dzielna facetka! Nie padła!
A potem?
A potem to ja siedziałam z lodem na kolanie (skorzystało przy okazji) i obie ręce również miałam okręcone okładem lodowym.
Pisać mogłam jedynie palcami serdecznymi ;-)
Nie polecam! Mało wygodne!

Jak mi mężu zmieniał opatrunek, to oniemiał z podziwu nad zdolnościami żony ;-D


Dziś ten środkowy zgniłek dalej nie boli. I niech tak zostanie!
Wprawdzie pani w aptece napomknęła coś, że jej to na początek zakażenia wygląda, ale... ;-)

Na pozostałych palcach wyrosły cudnej urody i wielkości bąble (jeden to se nawet dookoła palca niczym obrączka korzenie zapuścił ;-))

A ja?
No cóż...
Pokornie pojechałam dziś do sklepu ogrodniczego i weszłam w posiadanie prześlicznych rękawiczek z dość grubej bawełny.
Jaja muszę zrobić, bo są zamówione.
A jak coś nie daj Bóg znowu wywinę, to zerwę z rąk rękawiczki z klejem, a nie klej z palcem ;-)

To tak ku przestrodze.
Warto jednak czasem JAKOŚ się zabezpieczyć ;-)
Na pocieszenie trzaskałam dziś paverpolem - chłodny i kojący.
Nadmienię tylko, że... w rękawiczkach ;-DD

czwartek, 10 marca 2011

Potrzebna pomoc

Zapewne większość z Was wie już, o nieszczęściu jakie spotkało mieszkańca gminy Lutowiska.

Czerwony Kur był jak zwykle bezlitosny...


Pan Witold stracił wszystko.
Cały dorobek życia.




Pierwsza wzmianka na ten temat ukazała się na blogu Jagody


Wiele blogerek stara się pomóc w miarę swoich możliwości i pomysłowości.

Do nich należy również Maryna.
Maryna ogłosiła na swoim blogu akcję-aukcję.
Każda z nas może dołączyć do niej.

Zachęcam Was.
Robicie piękne rzeczy, które z całą pewnością znajdą nabywców, a dochód ze sprzedaży zasili konto pana Witolda.
Jak przebiega aukcja i kto do niej dołączył możecie przeczytać na blogu Maryny.
Osoba, która wylicytuje wybrany przez siebie przedmiot wpłaca pieniądze na konto podane TUTAJ, wysyła kopię dowodu wpłaty na maila Maryny lub osoby sprzedającej i wtedy następuje wysyłka wylicytowanego przedmiotu.
Ja ze swojej strony też dołączam do aukcji.
Póki co, tylko tym postem, ale wkrótce również i konkretną rzeczą :-)

Proszę Was również o rozpropagowanie aukcji Maryny na Waszych blogach.

Pomagałyście już wiele razy i wiem, że można na Was liczyć.

sobota, 5 marca 2011

Zarażona...

Dnia pięknego, acz mroźnego rzecz się zaczyna...
Telefon zadzwonił. No nic nadzwyczajnego. Po to jest jakby ;-)
A po drugiej stronie moja szalona i niezrównana w swych pomysłach Sylwia bez zbędnych wstępów oznajmiła mi, że jest NORMALNIE CHORA! I to nieuleczalnie!
Na paverpola...
W czym rzecz wiedziałam, bo o paverpolu pisała i swoje zapierające dech w piersiach cuda pokazywała już Ataboh na blogu.
Figury tak zwiewne, że aż nierealne... Same zobaczcie! I wszelkie pytania kierujcie do niej, bo to Beata jest mistrzynią. Ja jestem tylko początkującym uczniakiem.

No i wracając do mojej zarażonej Sylwii.
Ku mojemu przerażeniu usłyszałam:
-Musimy się tego nauczyć!!
-Nooo... Co ty??? Rzeźby ogrodowe będziemy trzaskać?? Ja się na to nie piszę! Mowy nie ma! Ja mam astygmatyzm i perspektywy nie chwytam i nie ogarniam!
-Oj zaraz tam rzeźby! BIŻUTERIĘ!!!
-Aaaaa... Oooo! Nooooo!!! Dobra! Czemu nie!

I tak oto zostałam wciągnięta w kolejne szaleństwo.
I wcale nie mówię, że stawiałam stanowczy opór.
Rzekłabym, że wręcz przeciwnie ;-)
Często gęsto molestowałam Sylwię pytaniami typu:
-No to kiedy Beata w końcu przyjedzie??
-Nie wiem! Jak będę wiedzieć, to ci dam znać!

No i w końcu ku mojej radości nadszedł TEN DZIEŃ!!

Rzecz się działa wczoraj w gościnnym domu Sylwii.

Po przyjeździe wpadłam od razu w ramiona Beaty, nie bacząc na to, że ramiona owe zajął już wcześniej najmłodszy w rodzinie Sylwii, Szymon ;-)
No a później...
A później to musiałyśmy ze strojów bardziej takich "między ludzi" przedzierzgnąć się w stroje ochronne.
Ania bez większych oporów zanurzyła małe łapki w paverpolu i cichutko jak myszka działała sobie skromniutko w tatulowej koszulinie ;-)


...pod okiem naszej niezrównanej i cierpliwej nauczycielki Ataboh


Dziecina zrobiła takie ło maleństwa:

Obiecała, że będzie mi pożyczać zawieszkę ;-)
Pozostałe dwa maleństwa będą broszkami.


Pełna zadowolenia przyklapnęła na kanapie i podziwiała swoje dzieło:




Ja też na początek dziobnęłam malutkie takie tam broszeczki:

Są twarde jak głaz i spokojnie mogą służyć do wybijania zębów wrogom ;-)


Poprawiła je oczywiście nasza Beatka:
Czy widzicie ten piękny wisior na jej szyi? To też poverpol!



Potem stwierdziłam, że czas na większą formę wyrazu możliwości paverpola i capnęłam serwetkę zakupioną w ciucholandzie.
Utytłałam ją jak należy i nałożyłam na formę z odwróconej michy


Później dopieszczałam i głaskałam pełna zadowolenia:

Ostateczną formę miska vel serwetka nabrała dzięki zgrabnym i zdolnym dłoniom mojej dzielnej fotoreporterki Joanny:

Ja bym nie miała tyle cierpliwości do wywijania brzeżków z taką precyzją!





Następnie suszenie, suszenie i suszenie:

W normalnych warunkach miseczka schła by sobie sama, ale przecież musiała wrócić z nami do domu. A klejąc się nie bardzo się nadawała do wstawienia do samochodu ;-)

Tak wygląda miseczka dziś:

Jeszcze nie ma tej idealnej paverpolowej twardości, ale z każdą godziną jest co raz bliżej ;-)

A co w tym czasie robiła główna sprawczyni tego spotkania, czyli Sylwia?
Oczywiście też działała!


Poza drobiazgami, które możecie zobaczyć na jej blogu, również i ona rzuciła się na serwetkę.
No nie na moją! Swoją miała ;-)


A później z równym mojemu upodobaniem głaskała swoją własną miskę, owiniętą serwetką ;-)

I oto efekt pieszczot na półmetku:

Jak wygląda gotowa miseczka, też zobaczycie na blogu u Sylwii

Ale za to potem...
A potem to ja siedziałam i się gapiłam (nie bezmyślnie!!)
Bo oto nieustraszona w działaniach robótkowych wspomniana nie raz jeden już dziś pani S. zabrała się za...
No za co???
No oczywiście! Za rzeźbę!!
Zwróćcie proszę uwagę na pełną skupienia minę artystki. I jeszcze jedna mała uwaga: w tym momencie Sylwia NIC nie mówiła!! :-DDD




No do czasu!
Bo jako osoba wieloczynnościowa robiąc szkielet Tanecznicy prowadziła równolegle rozmowy telefoniczne na wysokim szczeblu ;-)


Jak wspomniałam - w tym czasie ja już nic nie robiłam poza pożeraniem wzrokiem czynności twórczych koleżanki Sylwki
I zostałam przyłapana na podglądactwie przez Rabarbarę


Ale nie byłam odosobniona w niemym podziwianiu wyczynów kreatywnej Kobiety:
Jej osobiste dzieci też wpadły w podziw dla własnej mamy i tego, że całkiem duże, żeby nie powiedzieć bardzo dorosłe panie też lubią się paćkać. Jak dzieci ;-)

Krótko potem pojechałyśmy do domu, a kobitki dalej działały przy Tanecznicy.
Jaka wyszła?
A to już Sylwia pokazała!
Uważajcie na szczęki, bo ja do tej pory szukam kawałków uzębienia pod biurkiem ;-)

Dziewczyny! Dziękuję Wam za cudowne popołudnie!

Sylwii dziękuję za gościnę, za zarażenie mnie nowym bzikiem i za niezrównany zapał do pokonywania kolejnych wyzwań.
Teraz już wiem, że nawet ja mogę spróbować się pokusić o machnięcie "architektury ogrodowe" ;-)
Beatce dziękuję za kurs, za cierpliwość i poświęcony nam czas.
Mam nadzieję, że zobaczymy się ponownie wcześniej, niż za kolejne 4 lata ;-)
I ostrzegam solennie: będę częstym gościem na twoim poverpolowym poletku blogowym i będę Cię zasypywać gradem pytań, bo jak znam życie i siebie nie będzie ich mało ;-)

Podziękowania należą się również wspomnianej już Asi.
Gdyby nie ona, nie byłoby tego fotoreportażu.
I jak to zwykle bywa - szewc bez butów chodzi, tak i ona nie miała żadnego zdjęcia, nie licząc tego z dłońmi.
Więc żeby nie było!
Oto ona: paparazzi w niepełnym jeszcze rynsztunku bojowym, przed wyruszeniem na imprezę Ostatkową

Róg obfitości

Ostatnio znowu wysypało mi się prezentowo ;-)

Zacznę od zawieszki od Frasi
Już wcześniej prezentowałam taką śliczną, czerwoną, która teraz ozdabia moją osobistą komórkę.
Ponieważ Asia zapłonęła żądzą posiadania takiej samej, tylko że zielonej, zaproponowałam wymiankę.
Frasia ku mojej uldze zgodziła się i oto przyszła: zielona w towarzystwie niebieskiej :-D
Zielonej nie mogę pokazać, bo jest wyjątkowo ruchliwa i mobilna - jak jej właścicielka.
A ta niebieska w niedalekiej przyszłości będzie Ani... ;-)

Co Frasia dostała ode mnie możecie zobaczyć u niej na blogu :-))


Jak wiecie, niczym rasowy i uzależniony hazardzista zapisuję się na różne candy.
No i wygrywam! :-DD
I wczoraj, jak by się dziewczyny umówiły, przyszły do mnie trzy przesyłki!!

Oto pierwsza:
Od Agnieszki M: jajo karczoch, w woreczku są przydasie przydatne dla każdego chomika robótkowego. A super naszyjnik już wczoraj miał swój debiut.
Agnieszko! Super niespodzianka! Bardzo Ci dziękuję!!

Kolejna przesyłka od Bożeny z blogu Czary Mary
Czyli jak widać: ubranko na jajeczko i zakładka, która można dzięki zapięciu przemienić w uroczą bransoletkę :-)
Bożenko - obie niespodzianki są urocze! I z całą pewnością będę z nich korzystać :-))
Bardzo Ci dziękuję :-))

I trzecia przesyłka.
Wygrana w candy u Anuli
Po otwarciu pudełka moim oczom ukazał się taki oto widok:

Otwieraniom paczuszek i podziwianiu zawartości nie było końca!!
A tak zawartość wygląda z lotu ptaka:
Cóz tam jest? Wszystko co oczy cieszy! :-DD
I kolczyki z zawieszką i superancka zakładka-aniołek i tasiemki i motylki i kwiatki i słodkości.
No po prostu - róg obfitości!!
Kochana! Nawet nie wyobrażasz sobie, jak obie z Anią "sroczyłyśmy" nad zawartością tej MEGA paki! Nie spodziewałam się AŻ takiego wysypu cudowności!!
Bardzo, bardzo dziękuję!!

Jak widać na fotce w paczce są przede wszystkim przydasie do scrapbookingu.
I teraz napiszę coś, co być może Was zdziwi.
Otóż na tę zabawę u Anuli zapisałam się nie dla siebie, tylko dla takiej jednej kobitki, która robi prześliczne kartki scrapowe. Mam kilka i niezmiennie mnie zachwycają.
I tak sobie pomyślałam, że ona z tego zrobi doskonały użytek.
No i może w ten sposób zmobilizuję ją w końcu do założenia bloga? ;-)
KLAUDIA!! DO CIEBIE MÓWIĘ!!! :-PP
Aha! scrapowe przydasie do Ciebie trafią. Reszta MOJA!! NIE DO ODDANIA!!

A na koniec zapowiedź kolejnego posta:

Proszę o cierpliwość...
Wieczorem będzie duuużo zdjęć i trochę tekstu ;-)
Póki co nic nie powiem!
O!

czwartek, 3 marca 2011

Huk

Dziś będzie ultrakrótki post. Mało słów i mało fotek. Bo czasu minimum ;-)

Wiem, że do Wielkanocy jeszcze huk czasu, ale nie chcę jak zwykle ocknąć się z ręką w nocniku.
Tak więc przystąpiłam do czynności dekoracyjno-ozdobnych.
Wielkanoc z czym się kojarzy?
No jasne! Z jajami!
A więc i ja zaczynam twórczość jajeczną. Niczym dzielna kurka-nioska.
Chociaż w zasadzie dzielna strusiowa nioska będzie bliższa prawdy ;-)
Oto mojej jaja.
Tzn wyprodukowane przeze mnie ;-)
Pierwsze jajco:

Jak widać - białe z forsycjami.

Drugie - zielone

I trzecie jeszcze jakby w trakcie roboty, bo brakuje mu całkowitego wypełnienia

I fotka grupowa:




Kolejne jajca w planach i przygotowaniach.
Gdyby ktoś miał ochotę je zrobić, to proszszsz!
Ale...
To nie jest robota dla porządniś! Bajzel przy tym powstaje nieprzeciętny!!
Oto dowód:
W tle widać Aniusię, która była zachwycona, że nie tylko ona i jej starsza sis potrafią wyprodukować wokół siebie potężny chaos :-DD
Zastanawiałam się, czy to w ogóle sprzątać, skoro i tak znowu będę tworzyć następne jajca.
Ale...
Ale osobisty kot z turbo ADHD zwany Fryderykiem rozwiał wszelkie wątpliwości i z pokorą uprzątnęłam ten "tfurczy" nieład.
Wizja kota we wstążkach i kwiatkach podziałała na mnie baaaardzo dopingująco ;-)

Słowo się rzekło - krótko jest!