Rowery w ilości sztuk dwóch na dachu, bagaże w bagażniku i luzem w samochodzie.
Jadziem panie Zielonka!
Blisko, bo tylko 190 km. Ale koooorki po drodze takie, że hoohohoho!
No nic! Jakoś się udało. Po prawie 4(!!) godzinach!!
Opis położenia domku mieliśmy dość dokładny, ale pominę go milczeniem, bo do tej pory ze śmiechu zajady mi pękają :-D
Ostatni domek pod lasem.
No i takowy był.
Tyle, że kompletnie bez dojazdu!
Tzn był chodnik + hydrant obok, ale ja człek miejski zaparłam się wszystkimi czterema łapami i za nic nie chciałam jechać!
Nie ma ulicy = nie ma jazdy = nie ma bata!
Mężu udał się się na poszukiwanie tambylca z kluczami od domku i w celu informacji JAK TAM DO CHOLERY SIĘ WJEŻDŻA???
No więc się wjeżdżało! Po chodniku właśnie! W pionie, po trawie!
No co? JA NIE DAM RADY??? Dałam!
Hydrant stoi do tej pory - samochód nie obdrapany.
Po wstępnych oględzinach domku, Chuda stwierdziła, że ma dość integracji rodzinnej i śmiga do lasu. Na rekonesans.
Wróciła. Jak niezapłacony weksel lub bumerang - po jakiś 15-20 minutach.
Oczywiście nie sama. W towarzystwie...
Reszta rodziny zawyła z zazdrości i zażądała natychmiastowego okazania miejsca zbrodni vel koszenia upraw leśnych ;-)
Joanna łaskawie się zgodziła, pod warunkiem nakarmienie jej obiadkiem.
Spełniliśmy to żądanie! Zawiozłam cokolwiek wygłodzoną rodzinkę do Nidzicy w celu napchania brzucholów.
No i wtedy Chuda zgodnie z obietnicą pokazała nam gdzie to takie okazy jej wyrosły.
Hmmmm....
W sumie, to można powiedzieć, że NIGDZIE! W życiu bym nie zerknęła na te krzaczki wzdłuż pól uprawnych...
Ale uczciwie przeszukaliśmy zarówno to coś, jak i pobliskie brzegi lasu. Z efektem równym zeru!
Jedynie najmłodsza była happy, bo beztrosko galopowała po rżysku olewając starania starszej części rodziny o grzybki do (na ten przykład) bigosiku:
Ponieważ w rzeczonych krzaczorach i brzegach leśnych nic nie było, pojechaliśmy dalej.
Tyle, że droga przestała mi się podobać (doły!!) i zawróciłam.
Następnego dnia, mój nieustępliwy w temacie grzybów ślubny dopadł kolejnego tambylca i przycisnął go na okoliczność grzybów.
Zestresowany i zastraszony zapewne człek powiedział, że trza jechać dalej tymi wybojami i siem dojedzie do miejsc z grzybami.
Samochodem da radę!
Tjaaa... TYLKO KUŹWA JAKIM???
A więc rankiem skoro świt (godzina coś koło 11:00, bo Chuda i Mała niestety lubią spać!) pojechaliśmy na dalszy rekonesans.
To była krótko mówiąc DROGA PRZEZ MĘKĘ!!!
Takich dołów i zapadlisk moja dzielna i wierna "błękitna szczała" jeszcze nie zaliczała :-DD
W pewnym momencie, kiedy wydawało się, że drogi WCALE NIE MA, Chuda zapytała mnie niepewnie:
-Mamo? Dasz radę?
-Co! Ja nie dam rady??? Potrzymaj mi piwa! (kto wie o co chodzi, to już wie ;-)))
A prawda jest taka, że po plecach ciurkiem płynął mi strumyczek potu.
Oczami wyobraźni widziałam co następuje: urwane zawieszenie, uszkodzona miska olejowa, pęknięty zbiornik paliwa, zderzaki żegnajcie...
Jednak życie przerosło kabaret...
Kiedy w końcu wyjechałam po ładnych paru kilometrach i po setkach siwych włosów na normalny leśny trakt, rodzina orzekła (wyjątkowo jednogłośnie)
-O! Tu!
-No dobra! Spoko! Tam jest cień, to się tam zatrzymam.
Zatrzymałam się. A jakże!
Z dziwnym efektem dźwiękowym :-/
-Co to było?? - znowu chóralna jednomyślność.
Nic takiego...
Po prostu tylnym kołem zmiażdżyłam butelkę po piwie.
"Tatra" jeśli to kogoś obchodzi.
-Ja jej nie widziałam! - zamiauczałam rozpaczliwie!
-No jakim cudem mogłabyś ją zobaczyć w tej trawie?? - znowu jednomyślność rodziny.
-No tak... ALE JA JEJ NAPRAWDĘ NIE WIDZIAŁAM!!! Ło jesu, ło jesu!! - to znowu ja.
-Nic się nie stało!
No nie do końca... Opona wprawdzie nie jest dziurawa, ale ma taką jakby "zdartą skórę". I tak sobie wisi kawałeczek gumowego flaczka...
Nowiutka opona!!
Pseudo grzybiarzom z piwem w garści, życzę szybkiego zatrucia sromotnikiem...
Tak więc wracając do grzybobrania...
Obie z Joanną wiedziałyśmy, że JEDZIEMY na grzyby, ale jakoś się nam to nie połączyło z tym, że ZBIERAMY grzyby...
Tak więc: ona była bez okularów, a ja bez stabilizatora...
Ot - się wzięły i z nami nie zabrały...
Efekt: obie pełzałyśmy po lesie na czworaka. Każda z innych powodów :-DD
Ale nie było źle!
Wiadro grzybów marki kurki wspólnymi siłami mimo suszy (tak, tak SUSZY!!) utłukliśmy!
Może byłoby i więcej, ale chmury jakieś mało przystojne nadciągnęły i pojechaliśmy dalej.
Ot tak - w celu bez celu i pozwiedzania okolic nam nieznanych.
W jednym miejscu poczułam się niczym Kordian Mickiewicza z III cz. "Dziadów":
Jam jest posąg człowieka...
W Nidzicy zostałam zakuta w dyby!!
Pewnie tkwiłabym tam do dziś, gdyby Chuda nie zapytała:
-No dobra mamuśka! To gdzie masz kluczyki??
Oszsz ty!!! Wyrwałam się!
Teraz kurna ja się wyżyję na bachorze!
My w dybach, to pikuś. Pan Pikuś!
Za to mój mężu...
Widok skutego męża - BEZCENNY! Za wszystko inne... ;-)
Obok były jeszcze takie fajne kajdany. Niestety - dostałam głupawki i jakoś nie mogłam udawać nieszczęsnej więźniarki.
Krótko mówiąc - nie wczułam się w rolę.
W przeciwieństwie do Anny...
... i Joanny
No dobra...
Kiedy my sobie beztrosko zwiedzaliśmy okolice, przez "naszą" wioskę przetoczyła się ulewa. I to podobno taka fest!
Pozostawiła po sobie mgły...

Zdjęcie powyżej to nieretuszowany i niepoprawiany w fotoszopie autentyk!
A wcześniej widzieliśmy tęczę. CAŁY ŁUK!!
Na zdjęciu tylko fragment:
A po drodze Aś musiała koniecznie sfocić... drogę.
Ku niezadowoleniu i protestom męża mego.
Dopóki nie zobaczył tego zdjęcia powyżej, nie rozumiał, czemu żona osobista zatrzymuje się cierpliwie na każdy okrzyk starszej córki...
A nad stawem prezentowanym już wyżej tylko, że bez mgły było tak:
Kolejnego dnia nastąpiła tzw powtórka z rozrywki , czyli ogólnorodzinne zbieranie grzybów.
Reasumując: było fajnie, nie było komarów (nie do uwierzenia!), w pobliżu nie było jeziora z prawdziwego zdarzenia (takiego do pochlapania się), było trochę grzybów, się nie zagryźliśmy w czterech ścianach ciasnego domku, kołdra cięższa ode mnie mnie nie zabiła(chociaż się starała) ;-)
Czyli ogólnie ok ;-)
No i te widoki...
Mam lekki niedosyt - rybek se nie łowiłam :-((
Nic to! Może jeszcze kiedyś...
Wszystkie zdjęcia (oprócz tego z grzybami) są autorstwa Asi.
Więcej na jej fotoblogu















