środa, 4 grudnia 2013

Czyja ona??

Szybki i krótki wpis.

Ania wróciła dziś ze szkoły pociągająca. Nosem.
Siąka i siąka.
Do obiadu jeszcze ciut, więc pomyślałam "gdyby nie ten katar, umarłaby z głodu..."
Ale zdjęta matczyną empatią zapytałam z troską:
- Młoda. Katar masz?
- Eeee?
- No bo głos masz taki "kataralny".
- Może trochę mi kapie...
- To jutro może na basen nie pójdziesz?
- Doooobra... - Bez entuzjazmu.

Po godzinie nadchodzi meldunek z pierwszej linii frontu:
- Gardło mnie boli.
- Uuuu! Lipa! Na ceramikę nie jedziemy.
- CZEMU???
- Nie będę cię w tę zimnicę wlokła i narażała na gorączkę!
- Doooobra... - Brak entuzjamu jeszcze się pogłębił.

Leki zapodane, dziecko lekcje zrobiło.
- Lepiej mi.

Po dwóch godzinach:
- Znowu mnie gardło boli :/
- Uuuu! No to jutro nie idziesz do szkoły. Cieszysz się?

I co? Wybuch entuzjazmu? Negocjacje, że w piątek też nie, bo się nie opłaca na jeden dzień? Że lepiej o jeden dzień za długo niż o pół za krótko?

NIE!!!

FOCH! Z przytupem.
Zobaczyłam tylko znikający w korytarzu warkocz i usłyszałam warknięcie:
- NIE!!

Po kolejnych dwóch godzinach młoda przyszła negocjować:
- Czy ja naprawdę muszę jutro NIE iść do szkoły??
- Musisz! W sobotę masz wykład, na niedzielę zaplanowałyśmy z Chudą coś naprawdę super dla ciebie.
- Yhy...
- No co? Czemu się nie cieszysz???
- BO JA LUBIĘ CHODZIĆ DO SZKOŁY!!!!

Moje szybka myśl:
"Nie moja ty córka. Nie ojca swego ty córka. I nie siostry swej ty siostra!"
Czyja ona??

wtorek, 3 grudnia 2013

Znowu sobie poszaleję

W sumie to nie powinno się pokazywać rzeczy zaczętych, a nieskończonych.
Ale co zrobić jak duma i szczęście rozpiera aż po czubek kokardki??
Niezdrowo się tak wstrzymywać ;-)

Zaczęło się w niedzielę, a właściwie w sobotę, kiedy to pewna cudowna osoba  z wielkim sercem zaprosiła mnie do siebie na wspólne, niedzielne szycie :-))
Jak tu nie skorzystać z TAKIEJ propozycji złożonej przez mistrzynię patchworku, czyli przez Annę Sławińską??
Toż to grzech by był niewybaczalny!
Oprócz mnie w indywidualnym bądź co bądź nauczaniu, miała też wziąć udział inna Anna 
 I wzięła, a jakże.
Tylko, że bidula nie wiedziała, że ja tam też będę i przeżyła ciężki szok, kiedy wystawiłam nos zza drzwi w domu u Ani S. i powiedziałam jakże oryginalnie:
- A kuku!
Dobrze, że dziewczyna zawału nie dostała :-DD

Ulokowałyśmy się w pracowni Anny, a potem nastąpiło...

Szycie?
A gdzie tam!

Zwiedzanie prawdziwych i namacalnych patchworków naszej gospodyni!
Ahhhh... Więcej nie jestem w stanie z siebie wydusić. To są takie cuda, że nie da się ich opisać. To trzeba zobaczyć na żywca!
Kiedy nasyciłyśmy mniej więcej nasze oczy i nakarmiłyśmy również zmysł dotyku, ponownie udałłyśmy się do pracowni.

Szyć?
A gdzie tam! :-D

Oglądałyśmy masę cudów patchworkowych stworzonych przez zdolne ręce patchworkujących pań z różnych stron świata.
To była inspirująca burza mózgów :-D
Do tego stopnia, że jakoś tak temat zajęć nam ewaluował i rzuciłyśmy się na coś innego, niż było zaplanowane :-D
Ale jak tu nie zmienić zamierzeń, jak się człowiek dorwie do takiej strony??

Poza tym - tylko krowa nie zmienia poglądów ;-)

Rzecz jasna, każda z nas wzięła sobie na warszat inne obrazki.

Obawiałam się, że moja genialna inaczej "Zofia" padnie jak długa i chińska, kiedy jej zadam szycie z wolnej łapy.
Jednak dała radę! Ale nie tak sama z siebie. O nie!

Tak jakby ciut w tle był tam też pewien pan. Na imię ma Eugeniusz, ale to "Eu" można spokojnie odrzucić i zostawić tylko końcówkę: Geniusz! Okiełznał krnąbrną Zośkę za pomocą zwykłej stopki do cerowania :-D
Dzięki Gieniowi w końcu wiedziałam, czego mam szukać, bo stopka stopce nie równa.
Ba! Gienio naumiał mnie jak regulować napięcie dolnej nici. Z górną nigdy nie miałam problemów, z dolną... No cóż. Bywało różnie! :-DD
Co z resztą dało się zauważyć już po pierwszych ściegach. Więc zaliczyłam prucie :-D

Jak to coś, co szyłam wyglądało po powrocie do domu?
Ano tak:

Lucjusz tradycyjnie musi mi pomagać i sprawdzać co też pani znowu wymyśliła.
A że ostatnio chłopak ma silne parcie na szkło, to i druga fotka z kotem. Bynajmniej nie w tle!


Na szczęście szybko mu się znudziło i położył się na krześle, tuż obok pańci i wygrzewającego się na kaloryferze Fryderyka.
Tak więc mogłam sobie poszaleć. Bo trzeba Wam wiedzieć, że mam już tę czarodziejską stopkę! Zamówiłam ją od razu w niedzielę, a dziś przed południem była już u mnie!

Wraz ze stopką, zafundowałam Zofii hardcore zwany przeze mnie lotem naćpanej pczoły, względnie jazdą pijanym traktorem po kamienistym ugorze.

No więc, po pierwszych próbach maszynowych było tak:



A teraz jest tak:



Z tyłu też fajowo:


Jeszcze tylko lamówka i...

Znowu sobie poszaleję  :-DDD

A co! Jak Zośka daje radę i nie zdycha, to co ma stać w kącie i kurzem zarastać!
Nie po to ją chińskie rączki spreparowały, no nie? ;-D

niedziela, 24 listopada 2013

In memoriam...

Prawie półtora roku temu napisałam ten post.

A dziś...

Kopiuję to, co napisała Dagna na wydarzeniu "Potrzebuję Twojej krwi"

Dziękuję wszystkim, którzy przez 1,5 roku byli z nami, wspierali i pomagali. Tym, którzy przez długi czas oddawali krew na Agę, a także tym, którzy nie mogli pomoc, choć bardzo chcieli. Nigdy nie sądzilam, że ten dzień finalnie nadejdzie.. 


Dziś nad ranem Agnieszka po długim czasie walki z bialaczką odeszla od nas. 
Przeszła znacznie więcej niż tylko nowotwór, przeszczep, liczne transfuzje krwi, ale do końca swoich dni wierzyla, że kiedyś wyzdrowieje... Niestety tak się nie stalo. 



poniedziałek, 11 listopada 2013

Mind full of ideas


Czasem na nasze głowy spada szczęście, o którym nawet człowiek nie myślał.
Ba! Człowiek nawet nie wie, jak to szczęście ugryźć, bo w życiu nie planował naumieć się czegoś nowego.
Takiego zupełnie poza człowieka zdolnościami.
Człowiek niby teorię zna, ogólne założenia gdzieś mu się tam po oczach omsknęły, ale człowiek się w to zupełnie nie wgłębiał.

Do soboty...

Otóż w sobotę człek, czyli ja, odebrał od dobrej Kobiety wielką pakę różności do  scrapbookingu.
Dla moich panienek z kółka robótkowego.
Kim jest ta tajemnicza pani napiszę w kolejnym poście, bo nie tylko jej zawdzięczam fantastyczne akcesoria do działalności różnorakiej z moim pracowitymi mróweczkami.

Ponieważ ze scrapem nigdy mi nie było po drodze, zasiadłam do kompa i zaczęłam wertować liczne strony traktujące o obcobrzmiącej technice.
Oczywiście zaczęłam od tej strony .

I tak sobie serfując od strony do strony doszłam do pewnych wniosków.
A mianowicie: każda technika rękodzielnicza, to już nie zabawa, tylko zwykły przemysł i do bólu rozbudowane konsorcja kuszące różnorakimi "zabawkami  absolutnie niezbędnymi do życia"...
Tak na przykładzie scrapów: te wszytskie tusze, perły w płynie, wykrojniki...
Co to za przyjemność wtrynić kawałek papieru z jednej strony maszynki, pokręcić korbką i już z drugiej strony wyłazi gotowy listek z ożyłkowaniem, rameczka, kwiatuszek itp, itd...
Tylko nakleić na ozdobny papier i już.
To już chyba nie hand made. W zasadzie prawie made in China! Czy może lepiej: made in machina!

A jak ktoś wymyśli narzędzia do robienia frywolitek? Albo naszyjnków koralikowych? Toż to już nie będzie to samo! Z wyglądu będzie idealne, ale nie będzie tam miejsca na idywidualność. Wszystko będzie takie samo.

Na szczęście moich dylemató nie podzielała córka ma  młodsza, która z absolutną żądzą w oczach przeglądała skarby, które matka przytargała do domu.

- No?! Robimy??
- Robimy. Przecież muszę wiedzeć czym to się je, zanim zapodam dzieciom na kółku nową zabawę.

Wypakowałyśmy część skarbnicy scrapowej.


Początkowo wyglądało to nobliwie i spokojnie...

Potem jednak, w ferworze pracy, reszta rzeczy, plus nasze domowe przydasie stopniowo zaczęły okupować stół:



Miejsca do pracy robiło się co raz mniej...


Aż w końcu połowa naszego warszatu pracy wylądowała na podłodze :-D



A trzeba było rozłożyć stół na całość, a nie tylko na pół gwizdka...

No nic!

Cóż wynurzyło się z tego chaosu?

Na początek karteczka zrobiona przez Anię:


Młoda wykorzystała gotową bazę do kartek. Pomalowała ją akwarelami, ponaklejała pierdoły, w środku opieczątkowała i już :-)

Ja w tym czasie przerobiłam ramkę ze zdjęciem Ani:


Jak widać poleciałam w różowy... Bo Ania przechodzi aktualnie opóźnioną fazę zachwytu jedynie słusznym dziewczyńskim kolorem :-D

Następnie rzuciłam się na zrobienie kartki. Bo wszak do tego głównie scrap służy i tego chcę nauczyć dzieci.
Zrobiłam dwie.
Pierwsza - łatwiutka okrągła:


Druga o wdzięcznej nazwie kaskadowa:


Kurs na obie kartki jest tu.

No a później obie tworzyłyśmy sobie notesy.

Ania ma teraz taki:



A ja wykorzystałam resztę papieru z ramki i mam...

...notesik różowiutki jak prosiaczek :-D
Notesy są naszą absolutną twórczością radosną, nie opartą na żadnych kursach.
Ot! Utylizacja różnych resztek ;-)

W końcu nie od parady obie mamy...


... mind full of ideas :-D

Tak na posumowanie: scrapy to nie moja bajka.
Ale wiem, że dzieciakom się spodoba ta zabawa. I z całą pewnością dobrze się będą bawić przy robieniu kartek, albumów i innych takich tam, bo mimo, że nie czuję do scrapów pociągu, to JAKIEŚ tam pomysły mi się wylęgły w rozczochranej i zamierzam je zrealizować wspólnie z robótkarkami ;-)))

sobota, 9 listopada 2013

Ursynów kontra logika... Lub vice versa.

Z pewnych powodów byłam dziś na Ursynowie.
Dla osób spoza Warszawy - to jedna z dzielnic naszej pięknej "stolnicy".
I do tego dziwna dzielnica.
W sensie oznakowania ulic.
To, że plan Warszawy mówi swoje, nie oznacza, że ma to odzwierciedlenie w realu.
Czyli: ulice sobie, numeracja sobie, życie sobie, a człek niezorientowany w temacie błądzi...
Ba! Nawet najmądrzejszy dżipies odmawia współpracy w tej dziwnej i nie dającej się ogarnąć okolicy!

Było to ładnych parę lat temu.
Musiałam dowieźć dziecko młodsze (wtedy jeszcze baaardzo młode) na nagranie reklamówki "danonków" do TV.
Wymyślili spece od rekalmy, że odbędzie to w jednym z ursynowskich przedszkoli.
Adres podali, godzinę rozpoczęcia nagrania tyż i już.
Więc wpakowałam "gwiazdę" do samochodu i powiozłam het, na drugą stronę królowej polskich rzek...

Ulicę w sumie znalazłam...
Tak jakby.
Bo jak w nią wjechałam, to się okazało, że niekoniecznie to jest ta ulica... Nazwa niby się zgadzała, ale numeracja szła jakoś tak zupełnie inaczej niż to jest zwyczajowo przyjęte - czyli zgodnie z biegiem Wisły.
Ona (ta numeracja) była jakaś taka od czapy!
Zaczynała się od nr 43, a potem obok była szesnastka!
A przede mną wyrósł dodatkowo zakaz wjazdu.
Więc zawróciłam grzecznie i ponownie spróbowałam wbić się w ulicę z innej strony.
Wbiłam się...
Na parking strzeżony!
No to kolejna nawrotka i kolejna próba.
Bez efektu.
I znowu od początku.
I ciagle bez zmian!!!!
W końcu zatrzymałam się i poczekałam, aż mi się na horyzoncie pokazał jakiś tambylec.
- Przepraszam! Jak mam dojechać do ulicy...? Szukam przedszkola nr...
- Oj... Nie wiem! Mieszkam tu od dwóch lat, ale nie orientuję się!

Się nie zdziwiłam...
Kolejny autochton był już chyba dłużej osiadły w tym koszmarze spreparowanym dla przypadkowych turystów i powiedział tak (cytuję):
- Musi pani jechać cały czas prosto. A jak pani dojedzie do końca uliczki, to niech pani skręci w lewo i kogoś dopyta.
- Ale tu jest zakaz wjazdu!
- A kto by się nim przejmował! Wszyscy tu jeżdżą! - zarżał radośnie informator.

Yhhhh!!! Jedyny przepis, który łamię nagminnie, to ograniczenie prędkości! Innych przestrzegam!

No ale, co było robić! Wzięłam i pojechałam.

Faktycznie! Mimo zakazu, droga sobie była. W miarę równa i nawet jakby prosta.
I tak sobie pojechałam...
Do pewnego momentu...

Musiałam dać po heblach, bo nie miałam wyjścia...

Stanęłam. I przez chwilę siedziałam całkowicie oniemiała i cokolwiek sparaliżowana...

Wyłączyłam silnik i wysiadłam z mojego dwuśladu, żeby unaocznić bezpośrednio to, co zobaczyłam przez szybę...

Wyszłam z samochodu i paczałam dłuższą chwilę.
Na moment zamknęłam oczy, prosząc Najwyższego, żeby mnie obudził. I to natychmiast, bo to, co ja widzę i to, co się rozpościeara bezpośrednio przed maską mojego samochodu, to może być tylko zły sen.
BARDZO ZŁY SEN!

Niestety - to nie był zły sen. To była koszmarna jawa!

A cóż to takiego było?

Nic nadzwyczajnego w sumie...
To tylko krzesełka... Takie stadionowe...

Otóż wylądowałam swoim jeździdłem na koronie jakiegoś lokalnego stadionu! Przede mną rozpościerała się zielona płachta płyty do piłki kopanej. Bramki też były.
A ja stałam sobie samochodem centralnie na samej górze!
Nie powiem - widok na stadion miałam rewelacyjny, ale NIE TEGO szukałam!!
Rozpacz mnie ogarnęła! I to taka totalna!
- Dżizas! Do konca dni moich tu zostanę! Ja nie ograniam! Ja nie rozumiem! Ja chcę do domuuuu!!

I tak stałam czas jakiś, aż nagle na horyzoncie pojawił mi się biegacz.
Pan sobie pomykał lekko i bez wysiłku.
Ale jak mnie zobaczył to się zatrzymał, nie przerywając przebierania nogami (w miejscu zaczął truchtać).
Zwróciłam się do niego z rozpaczą i skargą w głosie:
- Ja nie chciałam tu wjechać! Samo wyszło! Tak mnie pokierowali!

Biegacz zaśmiewąjc się,  łypnął na moją rejestrację:
- A! Inna dzielnica? - Bardziej stwierdził niż zapytał - Pani się nie przejmuje! Tu się jeździ! :-D
- Jest pan pewien?
- No! A gdzie pani chce dotrzeć? Bo tu normalnie to się nie da.

Powiedziałam gdzie.
Okazało się, że jestem prawie u celu. Musiałam tylko strawersować jakąś górkę gęsto zarośniętą kasztanowcami plus wyleniały trawnik.
I miałam się nie przejmować! Tylko jechać! Bo inaczej się nie da!
A wyjechać podobno z przedszkola można całkiem normalnie. Tylko ten wjazd jest karkołomny i gotujący krew w żyłach.
Bo wjechać normalnie się nie da, bo trzeba by było jechać pod prąd!

Logiki na Ursynowie nie ma po co stosować.

Przekonałam się o tym na własnej skórze nie raz i nie dwa będąc w tym największym skupisku mrówkowców w Warszawie.

Dziś zostawiłam ją w domu i pojechałam "na szagę". I dojechałam. Jak po szmurku! :-D