sobota, 8 listopada 2014

Chrzciny maszyny

Uwaga! Uwaga!
Będzie zabawa.


Jak wiadomo moim wiernym czytelnikom, mam nową/stareńką maszynę do szycia. Pokazywałam ją już jakiś czas temu. W tym poście (klik!)

Poprzednia miała imię Zofia. 
Odmieniałam je mniej więcej tak: Zofia, Zosia, Zośka, Ścierwo, Złom.

Obecna jest bezimienna. Bidulka taka. Pracowita jak mróweczka i ciągle nie ochrzczona.
Tak dłużej być nie może!

Zapytałam młodą starszą jakby tu mówić do maszyny.
- Nazwij ją Jadwiga.
- Hmmm. W sumie niegłupio: jadź Jadźka, jadziem z tem koksem Jadziu... Super! Kupuję pomysł!

Młoda młodsza skrzywiła się i powiedziała co następuje:
- Weź coś uszyj, wrzuć na bloga albo na fanpejdża i ogłoś konkurs.
- O! Mega! Kupuję pomysł!

Czy ja już wspominałam, że mam genialne dzieci przerastające mła? ;-)

Tak więc moje drogie i moi drodzy.

Ogłaszam zabawę pod tytułem "Chrzciny maszyny".

Jak zabawa, to nagrody. 
Uszyłam dziś takie ło:


Czyli: zakładka do książki. A jak książka, to miło jest wlewać w siebie coś ciepłego na przykład herbatkę o smaku dowolnym (podkładka czerwona - pod kubek z teiną), albo kawkę (podkładka -beżowa pod filiżankę z kofeiną). 
Jeśli ktoś ma chęć przygarnięcia tej trójeczki, to zapraszam.

A teraz zasady zabawy.

1: Nie wystarczy w komentarzu napisać "chcę, bo chcę". Należy zaproponować imię dla mojej maszyny i UZASADNIĆ dlaczego takie, a nie inne.

2: Na czas trwania zabawy (czyli do 06.12.14) otwieram możliwość komentowania osobom anonimowym (spam mnie wprawdzie zasypie, ale trudno! Miłość wymaga bólu - powiedziała małpa całując jeża po plecach.).

3: Osoby blogujące mogą, ale nie muszą umieszczać link do zabawy u siebie na bocznym pasku bloga.

4: Konkurs ogłaszam również na moim fanpejdżu na FB (a co! Mam to korzystam! :-D)

5: Zapisy przyjmuję do 06.06, do godziny 12:00 w południe. Spośród Waszych propozycji wybiorę jedną. Taką, która najbardziej mi się spodoba. Wieczorem ogłoszę wyniki.

6: Jeżeli nie padnie lepsza propozycja (tu lub na FB), niż zaproponowana przez moją starszą córkę, nagrody widoczne na zdjęciu zostaną przyznane jednej osobie wyłonionej w drodze losowania.

Uff! Tom się naskrobała regulaminu!
To teraz cierpliwie i z ciekawością czekam na Wasze propozycje :-)

sobota, 1 listopada 2014

Zgubne skutki porządków...

Wczoraj wieczorem opanowała mnie dzika chęć zrobienia porządków w posiadanych gazetach robótkowych.
Bez specjalnej przyczyny.
No może jednak powód był, bo sterta prasy sypała się na prawo i lewo bez umiaru.
Wyciągnęłam ładnych kilkanaście kilogramów szczęścia i zaczęłam segregację.
Osobno gazety z frywolitkami, osobno  hardangerowe, zagraniczne, drutowe, szyciowe, "Wena", "TI" i tak dalej...
Podłoga wokół mnie zamieniła się w kolorowe śmietnisko.
Ale przynajmniej przekonałam się, że niesłuszne były moje narzekania na deficyt prasy rękodzielniczej.
Potem ułożyłam wsio rocznikami, a w rocznikach wg. miesięcy. Porządek musi być i basta!

Niestety, zaczęłam również przeglądać co poniektóre gazetki...
I tak oto w jednej z nich znalazłam pomysł na świetną zakładkę do książki.
Kocią zakładkę.

Zakładka jest słusznych rozmiarów i raczej trudno będzie ją zgubić ;)

A ponieważ nabrałam rozpędu, no i maszyna do szycia i tak już została wywleczona z kąta, to postanowiłam wprowadzić w czyn swój dawny zamysł, ciągle spychany na kiedy indziej.

Mianowicie: mam kalendarz nauczyciela. Rzecz przydatna, acz okładką nie powala. Wręcz nudzi.
Poza tym, oprócz mnie, takie kalendarze ma cała kadra pedagogiczna w mojej szkole w liczbie ponad 80 osób.
Wszystkie kalendarze jednakie... Często dochodzi do pomyłek i koleżanka koleżance nieświadomie podkrada kalendarz. Trudno się temu dziwi, skoro one tak samo wyglądają: nostalgiczny widoczek morski z palmami w egzotycznym kraju bliżej nieokreślonym.

Chyba tylko po to, żeby uświadomić nauczycielskiej braci, że tropiki za swoją pensję, to nauczyciel raczej tylko na obrazku może se pooglądać.

No to ja już nie będę pławić oczu w otchłani mórz ciepłych. W końcu zrealizowałam swój pomysł na spersonifikowanie kalendarza.
Okładką:


Kocią! No bo jakby inaczej mogłoby być! :-D

W środę mam radę pedagogiczną. Się będę lansować, że hohoho! I nikt się nie pomyli i mi nie rąbnie mojej własności. Nie ma bata! Drugiej takiej okładki po prostu nie ma :-D
A przynajmniej u mnie szkole ;-)


Szablon pierwszego kota pochodzi z gazety "Wena", a drugi z internetu (ogólnie dostępny).

sobota, 25 października 2014

Bombki w majtasach



Ubrałam bombki w koralikowe majtasy.

Jeśli ktoś jest ciekaw skąd pochodzi pomysł, to na moim blogu recenzenckim znajdzie odpowiedź ;-)

Zapraszam do czytania i komentowania.

sobota, 18 października 2014

Poduszka funkcyjna

Jak Wam już wiadomo, nowy/stary Łucznik szyje i to całkiem nieźle szyje.
No nie sam!
Mną.
Tyle, że "mną" ma jakby deficyty czasowe i rzadko może robić to co by się robić chciało.

Ale jakoś tak w środę po powrocie z pracy stwierdziłam, że mam nagle nadmiar wolnych chwil i warto by je było jakoś konstruktywnie spożytkować.

Pytanie jak?

No jak?
Szyjąc! :-D

A co?
Coś szybkiego i paczłorkowego.

Pomysł pojawił się niejako samoistnie.
Otóż moje młodsze dziecko podłącza komórkę do ładowania na noc. W łóżku własnym.
Ponieważ kontakt ma po jednej stronie łóżka, a szafkę nocną po drugiej, komórka musi leżeć grzecznie pod kołdrą, bo w innym przypadku, Ania zwyczajnie zaplątałaby się w kabel od ładowarki.

A przy porannym ścieleniu barłogu, komórka dostaje skrzydeł i sfruwa z hukiem na glebę. Sądzę, że pozytywnie na zdrowotność jej to nie wpływa...

Tak więc mus było coś na to zaradzić. I to pilnie.

Poskrobałam się w rozczochraną, wyciągnęłam resztki dżinsów z szycia narzuty, jakąś szmatę w duże ziamaje, pocięłam, zszyłam, przepikowałam i już.

Pod dwóch godzinach Ania dostała poduszkę funkcyjną:



 Swoją rolę spełnia - komórka ma przytulne i bezpieczne mieszkanko ;-)

sobota, 4 października 2014

Łucznik 466 - obsługa subiektywna.

No to poszły konie po betonie...

Jak już wiecie, bo pisałam o tym ło tu, jedna maszyna mi padła, a drugą oddałam do fachowca.
Miała być do odbioru w środę, ale już w poniedziałek dostałam esesmana, że czeka na mnie.
Pojechałam po zreanimowane szczęście wagi super ciężkiej we wtorek po pracy.
No i mam!

Łucznik - uczciwy, leciwy, ale co najważniejsze - DZIAŁAJĄCY!


Mam dowód na to, że latek kobieta ma już trochę:

To strona tytułowa instrukcji obsługi. A w niej, napisana ręką Mamy, data zakupu...

Maszynę odebrałam od naprawcy jako się rzekło, we wtorek. Oprócz niej, wraz ze mną przyjechało ze mną do domu kilka dodatkowych stopek, które zaginęły w akcji na przestrzeni lat, a bez nich ani rusz :-D
We wtorek przejechałam sobie na próbę prostymi ściegami po szmatkach. Ot tak - sprawdzić, czy faktycznie działa.
NO DZIAŁA!!! I skubana ciszej działa niż chińska Zofia!
Kto by się spodziewał!
W środę nie miałam czasu napawać się szczęściem, więc dopiero w czwartek zasiadłam na dobre i przepikowałam z liniałem kawał szmaty.
Oczywiście nie tak sobie - sztuka dla sztuki, tylko z konkretnym zamiarem.
Zamiar nazywał się rękawice kuchenne:


No i zamiar przybrał konkretne, funkcjonalne kształty. Jak widać na załączonym obrazku.
Są RÓWNE! To tylko mój  niekłamany talent do robienia zdjęć je zdeformował :-D

A teraz moje odczucia po wielu latach nieużywania Łucznika 466.
Najpierw minusy:
Pkt. 1 - ciężka jak cholera! Jak ją już się raz postawi na stole, to niech stoi! Bo jeleni brak do targania.
Pkt. 2 - z powodu jak wyżej - musi stać na czymś, co uchroni stół przed dewastacją (koc, gruby ręcznik). Nie ma bata - odciśnie się nawet na MDF'ie!
Pkt. 3 - brak wolnego ramienia dał mi w kość przy obszywaniu rękawic dookoła przy wykończeniu. Wolę nie myśleć, jakbym szyła, gdybym zdecydowała się na lamówkę! Brrr! Prędzej bym siebie wykończyła niż rękawice ;-D
Pkt. 4 - brak zintegrowanego z maszyną obcinacza nici. Oj duży mankament! Duży! Się człek rozwydrzył na jednym, bezproblematycznym ruchu ręki typu: pyk! i obie niteczki obcięte bez wysiłku ;-)

A teraz plusy:
Pkt. 1 - DZIAŁA! I to niweluje te powyższe wady :-D
Pkt. 2 - ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu jest cicha! Mimo, że to solidny wyrób zakładów zbrojeniowych w rozkwicie, nie dudni jak czołg! Jest cichsza i to sporo niż wspomniana wyżej Zofia.
Pkt. 3 - Nie wpada w histeryczny dygot i wibracje przy dużych prędkościach.
Pkt. 4 - silna jest i daje radę przeszyć bez zająknienia, łamania igieł i zatrzymania 8 (Tak, tak! Osiem!) warstw grubych tkanin.
Pkt. 5 - rusza od pierwszego kopa i zatrzymuje się bez zająknienia tam gdzie ja chcę, a nie tam gdzie jej się wydaje i ma ochotę.
Pkt. 6 - łatwo się manewruje tkaniną przy WŁĄCZONYM (co podkreślam szczególnie) transporterze - nie blokuje, nie buntuje się, daje się przesuwać po łuku (a nawet po łuczkach) jak po maśle.
Pkt. 7 - chyba subiektywny - mimo, że nawlekanie igły jest bardziej upierdliwe, jakoś szybciej mi to idzie. Może dlatego, że wtykam nić w igłę z boku, a nie od frontu?

Tak więc - nie jest źle.
 Ba!
Jest całkiem dobrze :-D
Teraz trenuję kobietę na trapunto. Zobaczymy co mi powie, jak jej pikowanie lotem naćpanej pczoły zapodam :-D