Wprawdzie nie jest to mój blog o garach i o gotowaniu, ale jakoś tematyka wpisu idealnie pasuje do tego akurat bloga.
No więc.
Przedwczoraj byłam z wizytą przyjaźni u bardzo miłej osoby.
Ploteczki, pogaduchy, oglądanie miliarda pięknych szmatek, mizianie kocambra i dalsze Polek rozmowy...
Czas płynął szybko i niepostrzeżenie.
Mus coś zjeść. Koleżanka zarzuciła na obiad karkówkę pieczoną z pieczarkami w sosie.
W stosownym czasie rzeczona świńska część kadłuba powędrowała w naczyniu żaroodpornym do piekarnika na przepisową godzinę, a my ponownie rozpłaszczyłyśmy się zrelaksowane w fotelach, kontynuując rozmowy różne.
Po mniej więcej pół godzinie gościnna pani domu zerwała się z okrzykiem:
- O q...wa! SOS!
No cóż...
Niewiele brakowało, a byłaby karkówka w sosie bez sosu...
Ponieważ karkówka bardzo mi posmakowała, postanowiłam zapodać ją na obiad mojej rodzinie w dniu dzisiejszym. Tak więc wczoraj poczyniłam stosowne zakupy. Niewiele kupowania było, bo prawie wszystko miałam. Nawet ocet balsamiczny. Oraz karkówkę. Brakowało mi (wg. mnie!) jedynie cebuli.
Stoję ja sobie w kolejce do kasy, paczam z zadowoleniem na taśmę z niewielką ilością produktów i...
I nagle olśnienie!
- O q..wa! PIECZARKI!
Karkówka pieczona z pieczarkami w sosie bez pieczarek brzmi trochę głupio...
Udało się! Pieczarki kupiłam. Karkówkę zapodałam. Rodzinę przekarmiłam.
Nie dali rady końskim porcjom. Dzięki temu mam obiad na dwa dni z czaszki :-D
A teraz moje wczorajsze wyczyny kulinarne.
Schabowe nietypowo miałam trzy sztuki. Osób chętnych teoretycznie cztery.
Ja zrezygnowałam z chabaniny bez żalu, bo wolałam posilić się śledziami mistrza szklarskiego.
(Nie szukajcie przepisu, bo go zwyczajnie nie ma sieci. Jak opublikuję, to będzie ;-) )
Tak więc tym samym kotlety były w stosunku jeden do jednego.
Wrzuciłam je do piekarnika razem z frytkami do upieczenia. Zamknęłam piekarnik i poszłam w cholerę szyć.
Po mniej więcej 25 minutach zlazłam na dół w celu ogólnego ogarnięcia kuchni i zapodania rodzinie obiadu.
Idę do piekarnika, a tam...
Frytki jak były blade, tak blade sobie dalej były. Żadnej zmiany.
Tknięta złym przeczuciem wetknęłam rękę do piekarnika, a tam zimno jak w prosektorium!
Piekarnik umarł, zapytacie.
Nieeee...
Działa.
Tylko że jak się włącza termoobieg, to trzeba też drugim pokrętłem włączyć grzałkę...
Sama z siebie nie zadziała.
Rodzinie wygłodzonej usiłowałam wmówić, że to wina frytek wrednych niepiekliwych, że piekarnik się psuje i ogólnie NIE MAM POJĘCIA O CO KAMAN!
Tja...
Z głodu nie padli. Dali radę. Obiad dostali bardzo nieco później niż zwykle. I ŻYJĄ!
I do tego wpisu nie mają pojęcia, dlaczego tak długo czekali na strawę :-D
W sumie nie powinnam tego pisać, bo będę miała przechlapane po całości, ale co tam! Jest ryzyko, jest zabawa ;-)
sobota, 27 stycznia 2018
niedziela, 7 stycznia 2018
Kamienny domek panny Lawendy
Na pewno większość z Was czytała serię książek o Ani autorstwa L.M.Montgomery.
W części drugiej, czyli "Ania z Avonlea", rzeczona Ania lekko zabłądziła i natknęła się na domek panny Lawendy Lewis. Kamienny domek zwany Chatką Ech.
Dlaczego przypominam tę książkę?
Otóż błąkając się po czeluściach internetu, natknęłam się na zdjęcie, które mnie absolutnie urzekło.
Zdjęcie uszytka, żeby była jasność.
Pierwsze skojarzenie jakie miałam: kamienny domek panny Lawendy! Nieważne, że ona w ogródku hodowała lawendę, a nie malwy. Domek był kamienny i już!
Żadnych danych odnośnie autora nie było, ale wystarczyło wrzucić fotkę w wyszukiwarkę i niezawodny wujek google doniósł mi, kto jest twórcą. Pisałam do autorki z prośbą o zgodę na uszycie czegoś w ten sam deseń, ale niestety nie odpisała mi. Może mail na blogu nieaktualny? Może inna przyczyna. Nie wiem.
Ale absolutnie musiałam to uszyć! I po prostu mieć. Tylko dla siebie 😁
Ale absolutnie musiałam to uszyć! I po prostu mieć. Tylko dla siebie 😁
Korzystając z tego, że w nowy rok weszłam plując płucami i smarcząc mózgiem (znaczy przymusowo na zwolnieniu byłam), przystąpiłam do szycia.
I uszyłam! I mam! I już wisi w kuchni!
I bardzo jestem z niego zadowolona :-)
W te ponure, bardziej obleśnie jesienne niż zimowe dni, bardzo sympatycznie rozwesela oczy tęskniące za kolorami.
Małe zbliżenia na malwy (yo yo maker sprawdził się doskonale :-D )
Kamienny mur pikowany z wolnej ręki - jestem z niego baaardzo dumna! Wyszedł idealnie, dokładnie tak, jak zamierzałam :-))
Okno na świat, lekko malwami przesłonięte:
Fajnie jest mieć na ścianie ciepłe lato.
Obrazek nie ma imponujących rozmiarów: 35 cm na 55 cm.
Hmm... Jakby to powiedzieć... Bardzo mi się spodobało szycie kamiennego domku panny Lawendy. I już wymyśliłam kolejne dwa. Jeden już zaczynam powoli szykować. Nad drugim jeszcze lekko się zastanawiam ;-)
Za piękne zdjęcia dziękuję mojej córce Joannie :-)
niedziela, 31 grudnia 2017
Więcej narzut już nie uszyję...
Jakoś tak w połowie listopada postanowiłam uszyć narzutę. Znalazłam wzór w gazecie, z której szyłam jabłuszka i nie mogłam pozostać obojętna na jej niekłamany wdzięk i urodę.
Taki klasyczny must have!
Szmaty dziabnęłam ino mig, pozszywałam kawałki w pasy, a pasy w top. I już.
Mężu widząc żonę w ferworze szyciowym zadał klasyczne pytanie:
- Co robisz?
- Szyję. - Odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- A co?
- A narzutę.
- Dla kogo?
- W sumie to dla nikogo. Po prostu bardzo mi się podoba i zapałałam chęcią uszycia. A jeśli znajdzie się jakiś chętny jeleń, to mu, temu jeleniu, oddam z przyjemnością.
- Oooo! To ja chcę! - Zakrzyknął mój mąż.
- Chcesz być jeleniem?!
- TAK!
Top, jako się rzekło, uszyłam szybko - jakoś w dwa, może w trzy popołudnia.
Potem skanapokowałam i...
I pikowanie mnie znudziło.
Na tyle skutecznie, że w międzyczasie poszyłam sporo świątecznych drobiazgów (część z nich pokazywałam w poprzednich wpisach).
Narzuta leżała i czekała cierpliwie, aż mi znudzenie przejdzie.
No i się doczekała. Wczoraj wieczorem wbiłam po raz ostatni igłę przy podszywaniu lamówki.
Tak oto się prezentuje:
Na jej widok Ania westchnęła z zachwytem:
- Jaka super!
- Hola hola! Nie dla ciebie! Dla taty!
I teraz chodzi i pojękuje:
- Taka super. I taka NIE MOJA!
Mąż człek z miękkim sercem przychyla się do zrzeczenia swoich praw do narzuty na rzecz młodszej córki. Może jednak nie chce być jeleniem...
No to teraz zbliżenie na pikowanie, które tak okrutnie mnie wynudziło:
I jeden błąd, na jednym z pasków:
Nieco się marszczy, ponieważ ZAPOMNIAŁAM wypikować go w odpowiednim czasie i tak został bidula pomiędzy wypikowanymi pasami :-D
No cóż - nie myli się ten, kto nic nie robi.
A poza tym - to moja ostatnia narzuta. Kolejnych nie będzie...
... w tym roku rzecz jasna! :-D
To na zakończenie dane techniczne:
wtorek, 19 grudnia 2017
Pierwsza polska patchworkowa!
Dawno nie było u mnie na blogu recenzji. Jakoś czasu brak i weny na pisanie jakby mniej.
Ale od wczoraj aż mnie palce świerzbią, żeby podzielić się z Wami moją opinią na temat najnowszej książki, jakiej właśnie od wczoraj jestem szczęśliwą posiadaczką!
Takiej na polskim rynku jeszcze nie było.
Tzn., żeby być w zgodzie z rzeczywistością - były. I owszem. Ale nie polskich autorów. Wszystkie to tłumaczenia z innych języków.
Tak więc proszę państwa oto ona! Pierwsza, polska patchworkowa i zapewne nie ostatnia książka Marzeny Krzewickiej:
Ale od wczoraj aż mnie palce świerzbią, żeby podzielić się z Wami moją opinią na temat najnowszej książki, jakiej właśnie od wczoraj jestem szczęśliwą posiadaczką!
Takiej na polskim rynku jeszcze nie było.
Tzn., żeby być w zgodzie z rzeczywistością - były. I owszem. Ale nie polskich autorów. Wszystkie to tłumaczenia z innych języków.
Tak więc proszę państwa oto ona! Pierwsza, polska patchworkowa i zapewne nie ostatnia książka Marzeny Krzewickiej:
Zdjęcie ze strony Mananko
Część zasadniczą recenzji zacznę może od przedstawienia autorki.
Jak możemy dowiedzieć się z tylnej okładki, Marzena Krzewicka:
- z wykształcenia archeolog śródziemnomorski
- z zawodu dziennikarka
- z zamiłowania quilterka (...)
A prywatnie: gaduła zakochana w kolorze niebieskim, roztargniona okularnica ceniąca artystyczny nieład i bardzo kontaktowy człowiek ;-)
To teraz skupmy się na zewnętrznej stronie książki, czyli na pierwszym efekcie wizualnym:
okładka w kolorze szafirowym, (co nie powinno dziwić w świetle zamiłowania kolorystycznego autorki) z pomysłowo wkomponowanymi w formie heksagonów fragmentami prac Marzeny.
Oprawa jest bardzo fajna w dotyku - taka ja wiem? Satynowa?
Ale co tam okładka. Wszak nie ocenia się książki po okładce.
Teraz część zasadnicza, czyli pokaż kotku, co masz w środku ;-)
Zdjęcie ze strony Mananko
Pierwszy rozdział to po prostu bardzo szczegółowy opis tego, co do szycia patchworków jest niezbędne. Od wyboru odpowiedniej maszyny, stopek, radzenia sobie z ewentualnymi drobnymi awariami sprzętu szyjącego, przez igły, nici, dobór kolorystyczny materiałów, markery, pisaki, cięcie, wypełnienia itp itd...
Zdjęcie ze strony Mananko
Rozdział drugi to już konkret. Czyli JAK SZYĆ, żeby nie zwariować! Sposoby na okiełznanie tkanin, jak szyć ekonomicznie i poprawnie. Jak zwalczać uparte szwy, chętnie tworzące na środku pracy mniej lub bardziej "artystyczne" wulkany.
Osobiście bardzo mocno przewertowałam rozdziały o trójkątach i o okręgach. To śmierć moja! Raz mi się udają, a innym razem... Ekhemm.... Spuśćmy zasłonę milczenia ;-)
Zdjęcie ze strony Mananko
Po szyciu następuje PIKOWANIE, czyli rozdział nr trzy.
Jak zrobić kanapkę - z agrafkami czy ze szpilkami (mała przekąska na ostro ;-) ).
I gdzie ją zrobić: na stole czy może na podłodze? Jak okiełznać chlebek, masełko i szyneczkę? Yyyy... Znaczy spód, wypełnienie i wierzch. A potem w jaki sposób pikowaniem wydobyć z naszego dzieła całe piękno i urodę.
Koniec wieńczy dzieło, tak więc czas na rozdział czwarty i ostatni.
O tym w jaki sposób "obrobić" ostatecznie nasz patchwork, żeby go nie zbrzydzić sobie i otoczeniu. Prosto, czy "na herbatnika"? A może metodą "na poszewkę". Lamówka pojedyncza, czy może podwójna? Ozdobna bordiura też kusi...
Podsumowując: bardzo się cieszę, że w końcu mam taką zarąbistą książkę, w której jest wszystko to, co do sz(ż)ycia jest mi potrzebne.Wbrew tytułowi nie jest to książka adresowana tylko do osób początkujących. Absolutnie nie.
To takie bardzo wygodne kompendium wiedzy dostępne w każdej chwili zwątpienia. Bo przecież czasem takie uczucia ogarniają patchworkujące osoby. Nie tylko początkujące. I zdecydowanie wygodniej i szybciej jest sięgnąć ręką na półkę po książkę niż gmerać w internecie w poszukiwaniu rozwiązania nurtujących nas wątpliwości.
Książka jest napisana bardzo przystępnym językiem, lekkim stylem i z werwą. W każdym zdaniu widać pasję Marzeny.
Pasję i ogromne umiłowanie patchworków i quiltów, trwające nieprzerwanie od lat.
Pięknie napisała o tym we wstępie:
(cyt:) Niniejsza książka jest niczym patchwork mojej wiedzy - składa się z kawałeczków doświadczeń prawie trzydziestu lat szycia"
Ogromnym atutem książki są zdjęcia. Jest ich dokładnie 568 (!). Idealnie uzupełniają i współgrają z tekstem. Czyli jak ktoś nie zrozumie słowa pisanego - podpiera się zdjęciem. I na odwrót - zdjęcie niewiele mówi? W treści jest odpowiedź.
To teraz będzie Ata i jej prywata :-)
Autorką zdjęć (no nie wszystkich, rzecz jasna!) jest moja osobista córka Joanna!
No i ja też mam tyciusieńki udział w tej książce, co zostało ujęte w podziękowaniach Marzeny i wydawnictwa FIBRUM:
Dostałyśmy z Chudą egzemplarze autorskie ze specjalnymi dedykacjami.
Moja brzmi następująco: Współquilterce i ulubionej Modelce ze str. 124
Mogę się założyć, że te osoby, które mają już książkę Marzeny, właśnie ją wertują w poszukiwaniu modelki :-D
To dodam jeszcze, że w zdecydowanie mniejszym fragmencie "jestem" również na stronie 127 ;-)
A jeśli ktoś nie ma książki?
Nic straconego! Można to zmienić bardzo szybko! Na blogu Marzeny są podane wszystkie szczegóły dotyczące zakupu książki.
Dodam jeszcze, że książkę można również kupić stacjonarnie u Ewy i u dziewczyn w Outlecie tkanin.
Marzenko! Życzę Ci, aby Twoja pierwsza, polska patchworkowa książka była rozchwytywana jak świeże bułeczki i żeby konieczny był szybki dodruk ;-)
Życzę Ci również, aby ta pierwsza książka nie była Twoją ostatnią. Bo jesteś osobą, u której wiedza teoretyczna idzie w parze z praktyczną. Ty umiesz ten duet pięknie przedstawić i przekazać innym.
A to niesłychanie rzadko się zdarza :-)
sobota, 16 grudnia 2017
Tutorial - zrób sobie choinkę
Choinkę można samodzielnie kupić, albo samodzielnie zrobić. Wybór należy do nas.
Po dzisiejszym poszukiwaniu odpowiedniego drzewka świątecznego stwierdziłam, że taniej i szybciej będzie własny hand made.
Oto dowód.
Na dzisiejszą sobotę zaplanowałyśmy z dzieckiem starszym zakup choinki. Pora jakby najwyższa, bo za tydzień to ja raczej w garach będę tkwiła i czasu na zakupy drzewianne mieć nie będę.
Wyjechałyśmy z domu o godzinie 11:00. Wróciłyśmy o 13:30...
Dwie i pół godziny szukania chujaka to naprawdę ciut za wiele jak na nasze nerwy!
Nie to, że my takie kapryśne, tylko nie było w czym wybierać.
Wszędzie świerki były albo za wielkie (4 i pół metra to jakby więcej niż nasze wymagane 2 i pół na maksie), albo za małe (1 metr, w porywach półtora to nadal za mało).
Jeśli już spełniały wymagania wysokości i szerokości w biodrach (szersze dwa razy niż my obie z Chudą razem), to igły miały jakby żółte. Albo gałązki zwiędnięte (cięte w październiku były, albo co...).
Do ostatniego punktu sprzedaży drzewek nazwanym przeze mnie "lest czens" (ostatnia szansa) dotarłyśmy mocno zniechęcone, zmarznięte i zniesmaczone.
Weszłyśmy na placyk i... I obie wystartowałyśmy do tej samej choinki. Obie na raz złapałyśmy ją w objęcia. Bez słowa. No prawie. Bo ja się wydarłam konkretnie:
- HALOOO! CZY KTOŚ TU JEST OD TYCH CHOINEK???
Pan był i wychynął zza igliwia.
- Czy może pan potrzymać choinkę, żeby córka oceniła, bo potrzebuję wsparcia?
Pan się chętnie zgodził i potrzymał.
Pokiwałyśmy z Chudą zgodnie głowami, pan zapakował chujaka w siatkowego kondoma, a potem wrzucił zgrabnie do samochodu, inkasując wcześniej należność.
Co nas aż tak urzekło w zwykłym świerku?
SZYSZKI! Wielkie! Prawdziwe, długie, świerkowe. I wyglądają tak, jakby je ktoś specjalnie powiesił na jednej wysokości dookoła całej choinki.
Czegoś takiego jeszcze nie widziałyśmy, bo i siłą rzeczy nie miałyśmy!
Przemarznięte, ale nieziemsko szczęśliwe, wróciłyśmy do domu, po drodze napawając się niesamowitym zapachem świerku.
Kiedy już odtajałam i zdarłam z siebie warstwę zmarzliny stwierdziłam, że w sumie to szybciej i taniej byłoby zrobić sobie samemu chujaka. Zwłaszcza, że wszystkie potrzebne materiały mam w domu.
I tak, niewiele myśląc, ruszyłam najpierw do komórki, a potem w ogród własny.
No to teraz przystępujemy do działania.
Rzeczy niezbędne do wykonania własnej choinki:
- nożyce do blachy/drutu
- siatka metalowa (taka cienka, sześciokątna - dostępna w każdym markecie budowlanym za grosze)
- sekator ogrodowy
- krzaczor z igłami do cięcia (u mnie tzw. "kłujak", czy jak mu tam jałowiec srebrny płożący)
- pieśni radosne, świąteczne
Zaczynamy od wyprawy do komórki i wychapania nożycami do blachy kawała siatki.
Wracamy do domu. Bierzemy sekator i idziemy zrobić ciachu-ciachu jałowcowi. Na oślep, bo ciemno jak w... No... Każdy wie jak w czym.
Tniemy tak mniej więcej karton gałązek:
Wracamy do domu.
Odpalamy świąteczną muzę i radośnie fałszując robimy z drutu stożki imitujące kształt choinek:
Następnie w dziury siatkowe wtykamy gałązki.
Oczywiście nie zapominamy o radosnych pieniach wespół w zespół z muzą odtwarzaną na czymkolwiek ;-)
I po kilkunastu minutach mamy chujaka większego, około półmetrowego:
A ponieważ mamy drugi stożek, zapał do roboty i muza dalej rżnie na całego, robimy drugą. Ciut mniejszą, ale od razu ozdabiamy szyszuniami:
No! Gotowe! Szybko idzie i ładnie pachnie :-)
W dziurki stożków można wtykać nie tylko jałowiec, ale i inne zimozielone chabazie.
Do dzieła! Zabawa fajna, efekt szybki i pachnący.
Polecam :-)
U mnie powstanie tych choinek jeszcze więcej, bo nie żałowałam sobie ani w cięciu siatki, ani w chapaniu jałowca :-D
Po dzisiejszym poszukiwaniu odpowiedniego drzewka świątecznego stwierdziłam, że taniej i szybciej będzie własny hand made.
Oto dowód.
Na dzisiejszą sobotę zaplanowałyśmy z dzieckiem starszym zakup choinki. Pora jakby najwyższa, bo za tydzień to ja raczej w garach będę tkwiła i czasu na zakupy drzewianne mieć nie będę.
Wyjechałyśmy z domu o godzinie 11:00. Wróciłyśmy o 13:30...
Dwie i pół godziny szukania chujaka to naprawdę ciut za wiele jak na nasze nerwy!
Nie to, że my takie kapryśne, tylko nie było w czym wybierać.
Wszędzie świerki były albo za wielkie (4 i pół metra to jakby więcej niż nasze wymagane 2 i pół na maksie), albo za małe (1 metr, w porywach półtora to nadal za mało).
Jeśli już spełniały wymagania wysokości i szerokości w biodrach (szersze dwa razy niż my obie z Chudą razem), to igły miały jakby żółte. Albo gałązki zwiędnięte (cięte w październiku były, albo co...).
Do ostatniego punktu sprzedaży drzewek nazwanym przeze mnie "lest czens" (ostatnia szansa) dotarłyśmy mocno zniechęcone, zmarznięte i zniesmaczone.
Weszłyśmy na placyk i... I obie wystartowałyśmy do tej samej choinki. Obie na raz złapałyśmy ją w objęcia. Bez słowa. No prawie. Bo ja się wydarłam konkretnie:
- HALOOO! CZY KTOŚ TU JEST OD TYCH CHOINEK???
Pan był i wychynął zza igliwia.
- Czy może pan potrzymać choinkę, żeby córka oceniła, bo potrzebuję wsparcia?
Pan się chętnie zgodził i potrzymał.
Pokiwałyśmy z Chudą zgodnie głowami, pan zapakował chujaka w siatkowego kondoma, a potem wrzucił zgrabnie do samochodu, inkasując wcześniej należność.
Co nas aż tak urzekło w zwykłym świerku?
SZYSZKI! Wielkie! Prawdziwe, długie, świerkowe. I wyglądają tak, jakby je ktoś specjalnie powiesił na jednej wysokości dookoła całej choinki.
Czegoś takiego jeszcze nie widziałyśmy, bo i siłą rzeczy nie miałyśmy!
Przemarznięte, ale nieziemsko szczęśliwe, wróciłyśmy do domu, po drodze napawając się niesamowitym zapachem świerku.
Kiedy już odtajałam i zdarłam z siebie warstwę zmarzliny stwierdziłam, że w sumie to szybciej i taniej byłoby zrobić sobie samemu chujaka. Zwłaszcza, że wszystkie potrzebne materiały mam w domu.
I tak, niewiele myśląc, ruszyłam najpierw do komórki, a potem w ogród własny.
No to teraz przystępujemy do działania.
Rzeczy niezbędne do wykonania własnej choinki:
- nożyce do blachy/drutu
- siatka metalowa (taka cienka, sześciokątna - dostępna w każdym markecie budowlanym za grosze)
- sekator ogrodowy
- krzaczor z igłami do cięcia (u mnie tzw. "kłujak", czy jak mu tam jałowiec srebrny płożący)
- pieśni radosne, świąteczne
Zaczynamy od wyprawy do komórki i wychapania nożycami do blachy kawała siatki.
Wracamy do domu. Bierzemy sekator i idziemy zrobić ciachu-ciachu jałowcowi. Na oślep, bo ciemno jak w... No... Każdy wie jak w czym.
Tniemy tak mniej więcej karton gałązek:
Wracamy do domu.
Odpalamy świąteczną muzę i radośnie fałszując robimy z drutu stożki imitujące kształt choinek:
Następnie w dziury siatkowe wtykamy gałązki.
Oczywiście nie zapominamy o radosnych pieniach wespół w zespół z muzą odtwarzaną na czymkolwiek ;-)
I po kilkunastu minutach mamy chujaka większego, około półmetrowego:
A ponieważ mamy drugi stożek, zapał do roboty i muza dalej rżnie na całego, robimy drugą. Ciut mniejszą, ale od razu ozdabiamy szyszuniami:
No! Gotowe! Szybko idzie i ładnie pachnie :-)
W dziurki stożków można wtykać nie tylko jałowiec, ale i inne zimozielone chabazie.
Do dzieła! Zabawa fajna, efekt szybki i pachnący.
Polecam :-)
U mnie powstanie tych choinek jeszcze więcej, bo nie żałowałam sobie ani w cięciu siatki, ani w chapaniu jałowca :-D
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















