piątek, 19 października 2012
Ogniste geny
O moim zamiłowaniu i umiłowaniu ognia pisałam całkiem niedawno
Skąd mi się to wzięło, nie licząc praprzodków odzianych w mamucie skóry?
Kilka dni temu, rozpalając w piecu C.O. (nie mylić z kozą vel kominkiem), popadłam w lekkie zamyślenie i co z tym idzie - wspomnienia...
Działo się to lat temu.... sssstrasznie dawno!
Do ogrzewania hangaru służył nam w on czas piec pożerający koks.
W ilościach kilku ton na sezon grzewczy.
Piec tenże wymagał cyklicznego czyszczenia, a co za tym idzie - równie cyklicznego wygaszania i rozpalania na nowo.
W opisywanym dziś dniu. czyszczenie i rozpalanie padło na mła.
W on czas byłam dziewczęciem młodym, acz niepięknym (co trwa do dziś ;-D), w głębokim liceum.
Umiałam rozpalać! I utrzymywać ognisko domowe. Ale ten akurat dzień, nie był moim dniem!
Ni diabła drewno nie chciało "się zająć"!
Okopcona, zniechęcona i w sumie zrozpaczona, czyniłam kolejne i kolejne próby wzniecenie ognia.
Z żadnym skutkiem!
Drewno do rozpałki było mokre, więc nawet sterty gazet obficie podkładanych przeze mnie, nie były w stanie pokonać oporu zamokniętej materii.
Po jakimś czasie, moja Rodzicielka, powodowana zapewne współczuciem, pogoniła mnie precz od wrednego pieca, słowami:
- Idź! JA to zrobię!
Poszłam, nie powiem - z ulgą.
Wyszłam na dwór.
Tata zapytał z pewną dozą zgryźliwości w głosie:
- I co? Udało ci się w końcu?
- Nie... Mama nie wytrzymała i mnie....
Nie dokończyłam, bo z domu dobiegła nas głucha detonacja wybuchu...
Nim zdołaliśmy zrobić choćby najmniejszy ruch, na progu stanął UPIÓR!
Upiór miał na sobie sweterek jakby Mamowy, tylko jakby czarniawy, a nie czerwony.
I dymił ten stwór całością postaci!
Zwłaszcza ręcami i głową!!!
Dżizas!!Obcy atakują!!!
Obcy przemówił, a właściwie wyparskał wraz z dymem z ust swych:
- Wybuchło....
- Coś ty zrobiła?? - zakrzyknął mój ojciec wiedziony, nieomylnym instynktem współmałżonka, rozpoznającego w ziejącym ogniem potworze, swoją ślubną, osobistą połowicę.
- Rozpalałam... - szepnął upiór.
- Czym??????
- Kanister tam był z benzyną. Ten mały. Piątka... - wyszeptał duch ognisty...
- Rany boskie!!! Benzyną rozpalałaś??
- Tak - wyszemrała wstydliwie zjawa. Widać poczuła się głupio, że cenną, limitowaną na kartki benzynę w piecu beztrosko z dymem puszcza.
- Mogłaś się spalić!! Cholera jasna!!! Nie wiesz, że opary wybuchają????
- Teraz już wiem....
Straty?
Zwęglony żywcem sweterek - wyrzucony z bólem serca.
Włosy, wymykające się z kucyka - spalone do skóry (odrosły)
.Zjarana ręka prawa: zagoiła się (po pewnym czasie i wizytach u lekarza).
Moralne sponiewieranie - zostało for ever ;-D
Lat jakieś... dwa później...
Do polewania opornego drewna, mój tatuś zarządził używanie zużytego oleju samochodowego.
Gwoli przypomnienia: dawno, dawno temu, olej w samochodzie zmieniało się samodzielnie. Nikt wtedy nie słyszał o ekologii, oszczędzaniu atmosfery i przyrody w tzw. "ogóle".
Brało się olej, polewało się obficie średnio suche drewno rozpałkowe i po chwili można już było sypać koks i w domu robiło się do życia...
System działał. Do czasu....
Do czasu, aż moja Mama zapała żądzą rozpalania nową, olejową metodą.... Bo taka łatwa, prosta i przyjemna...
W skrócie opiszę.
Bardzo wczesny ranek. Mamuśka oczyściła piec, płonąc żądzą rozpalania domowego ogniska (mimo protestów swego męża, znającego jej zdolności).
Ja jeszcze sobie leżę pod kołderką...
Słyszę stukania i pukania dobiegające z dołu - od pieca.
Chwila ciszy...
I nagle...
HUK!!! ŁOMOT!
Wyskoczyłam z łóżka, dobiegłam do schodów....
W tym samym momencie tata wypadł z kuchni i....
I z impetem otworzyły się drzwi od kotłowni, a w nich ukazał nam się POTWÓR!!!
Cały w sadzy, popiele i jakiś czarnawy taki....
Jedynie oczy błyskały wściekle białkami i błękitem.
Potwór wrzasnął oskarżycielsko w kierunku skamieniałego taty:
- A mówiłeś, że olej nie wybucha!!!
Wybuchł! A właściwie opary.
Mama zbyt długo zwlekała z podpaleniem polanych drewienek i olej zaczął parować. Kiedy w końcu podłożyła ogień, rąbnęło z przytupem aż miło!
Wywaliło żeliwne drzwi od pieca, a podmuch wraz z resztkami popiołu zmiótł moją Rodzicielkę trzy metry w tył - na górę koksu.
Straty?
Poza sponiewieranym Ego mojej Mamy + siniak na policzku od bliskiego spotkania z koksem, to tylko tyle.
No... Jeszcze jedna była....
Ubył nam człek do rozpalania w piecu... Definitywnie! Jakoś nam się Mama znarowiła i jedynie czasem dokładała koksu, bo do czyszczenia i rozpalania już się nie rwała :-D
Tak więc mój wybuchowy charakter, pozornie spokojnego człowieka, to po prostu zwykły atawizm!
Lub jak kto woli - ogniste geny po kądzieli ;-D
niedziela, 14 października 2012
Obniżone podwyższenie...
Wpis kolorystycznie dopasowany do pory roku.
Czyli do jesieni.
Nie lubię tej pani!
Niesie ze sobą deszcze, mgły, zimno, przymrozki.
Konieczność wkładania na siebie coraz cieplejszych kurtek staje się nudną, wymuszoną codziennością.
Jednym tchnieniem swojego nieświeżego oddechu morduje kwiaty, zamieniając je w brązowo-zgniłe kupki niczego :-/
W pakiecie ma ta pani również kaszle, katary i bolące gardła.
Wolę jej dwie młodsze siostry: wiosnę i lato.
Ale mimo mojej niechęci, nie mogę odmówić jej pewnego wdzięku i uroku.
Kolory ma ta wredota niewątpliwie piękne!
Rwą oko. Wprawdzie krótko, ale jednak.
To taka ściema i uśpienie naszej czujności przed nadejściem tej najgorszej z czterech siostrzyc: zimy :-/
Zanim jednak ta najstarsza zagości na dobre i da się nam we znaki, należy korzystać z pięknych, o dziwo ciepławych dni i wyjść, póki się chce, z bezpiecznych czterech ścian na pachnący butwiejącymi liśćmi świat.
Tak więc dziś poszłyśmy z Anią w ten świat...
Niedaleko - tylko za własną furtkę, czyli do lasu.
Ot tak - się przewietrzyć i posłuchać kompletnej ciszy...
Ale...
Jako, że obie do lasu lubimy chodzić w celu konkretnym, a nie tylko sztuka dla sztuki, miałyśmy cel: zebrać liście klonu na tradycyjne, rok w rok robione o tej porze roku, "róże".
Znalazłyśmy. Zebrałyśmy.
Zrobiłam. Sama, ale w towarzystwie zaczytanej Ani...
Co czytała?
Lekturę łatwą i przyjemną: "Słownik frazeologiczny"...
Wracając do lasu
Tylko liście, to dla nas mało!!
Jak las to i grzyby!
Gąski!
Kto ich nie zna i nie zbierał, nie wie co traci!
A kto zna i zbiera dobrze wie, o czym mówię :-D
Więc melduję: ni ma gąsek :-//
Tzn. Ania znalazła jedną, wysuszoną, porzuconą przez innego grzybiarza. "Żywych" niet!
Chyba jeszcze za ciepło. No i ciut za sucho.
Ale na pocieszenie mamy oszałamiającą ilość (szt 7) podgrzybków, 1 kurkę i 1 sitarza :-D
Żeby nie było nam smutno z powodu mało obfitych łowów grzybiarskich, uruchomiłyśmy hormon szczęścia (serotoninę).
Sposobem domowym.
Pysznym.
I skutecznym ;-)
Czyli ciastem kokosowym:
To działa! Spróbujcie same ;-D
Kokosowiec miał sesję zdjęciową pod daliami.
Wycięłam je z ogrodu w tak zwany "pień", bo zapowiadały się przymrozki. I przyszły!
Normalnie nie tnę kwiatów z ogrodu, bo wolę jak cieszą oczy w naturze, a nie na stole, ale o TEJ porze roku robię ustępstwa.
Jak co roku ;-)
Żeby oszukać czas i przedłużyć chociaż na chwilę iluzję lata...
Iluzję lata może przedłużyć też coś ciepłego na własny, garbaty grzbiet, w zaczepiście energetycznych kolorkach.
Wprawdzie dość mocno jesiennych, ale jednak...
Ten cosiki nie jest jeszcze skończony, wiele mu nie potrzeba, ale jakoś mi do niego pod górkę i pod wiatr (jesienny).
Więc może jak pokażę fragment, to się zmobilizuję i w końcu toto skończę.
Mam tylko 15 rzędów...
Tylko po co???
Przecież nikt nie odwoła zimy z powodu jednej, ogniście kolorystycznej szmatki...
Ehhh!! Jesień wpływa na obniżenie serotoniny ( w mózgu) i melatoniny (w skórze).
Ale także na podwyższenie niskiej samooceny dokonań własnych... ;-D
Czyli do jesieni.
Nie lubię tej pani!
Niesie ze sobą deszcze, mgły, zimno, przymrozki.
Konieczność wkładania na siebie coraz cieplejszych kurtek staje się nudną, wymuszoną codziennością.
Jednym tchnieniem swojego nieświeżego oddechu morduje kwiaty, zamieniając je w brązowo-zgniłe kupki niczego :-/
W pakiecie ma ta pani również kaszle, katary i bolące gardła.
Wolę jej dwie młodsze siostry: wiosnę i lato.
Ale mimo mojej niechęci, nie mogę odmówić jej pewnego wdzięku i uroku.
Kolory ma ta wredota niewątpliwie piękne!
Rwą oko. Wprawdzie krótko, ale jednak.
To taka ściema i uśpienie naszej czujności przed nadejściem tej najgorszej z czterech siostrzyc: zimy :-/
Zanim jednak ta najstarsza zagości na dobre i da się nam we znaki, należy korzystać z pięknych, o dziwo ciepławych dni i wyjść, póki się chce, z bezpiecznych czterech ścian na pachnący butwiejącymi liśćmi świat.
Tak więc dziś poszłyśmy z Anią w ten świat...
Niedaleko - tylko za własną furtkę, czyli do lasu.
Ot tak - się przewietrzyć i posłuchać kompletnej ciszy...
Ale...
Jako, że obie do lasu lubimy chodzić w celu konkretnym, a nie tylko sztuka dla sztuki, miałyśmy cel: zebrać liście klonu na tradycyjne, rok w rok robione o tej porze roku, "róże".
Znalazłyśmy. Zebrałyśmy.
Zrobiłam. Sama, ale w towarzystwie zaczytanej Ani...
Co czytała?
Lekturę łatwą i przyjemną: "Słownik frazeologiczny"...
Wracając do lasu
Tylko liście, to dla nas mało!!
Jak las to i grzyby!
Gąski!
Kto ich nie zna i nie zbierał, nie wie co traci!
A kto zna i zbiera dobrze wie, o czym mówię :-D
Więc melduję: ni ma gąsek :-//
Tzn. Ania znalazła jedną, wysuszoną, porzuconą przez innego grzybiarza. "Żywych" niet!
Chyba jeszcze za ciepło. No i ciut za sucho.
Ale na pocieszenie mamy oszałamiającą ilość (szt 7) podgrzybków, 1 kurkę i 1 sitarza :-D
Żeby nie było nam smutno z powodu mało obfitych łowów grzybiarskich, uruchomiłyśmy hormon szczęścia (serotoninę).
Sposobem domowym.
Pysznym.
I skutecznym ;-)
Czyli ciastem kokosowym:
To działa! Spróbujcie same ;-D
Kokosowiec miał sesję zdjęciową pod daliami.
Wycięłam je z ogrodu w tak zwany "pień", bo zapowiadały się przymrozki. I przyszły!
Normalnie nie tnę kwiatów z ogrodu, bo wolę jak cieszą oczy w naturze, a nie na stole, ale o TEJ porze roku robię ustępstwa.
Jak co roku ;-)
Żeby oszukać czas i przedłużyć chociaż na chwilę iluzję lata...
Iluzję lata może przedłużyć też coś ciepłego na własny, garbaty grzbiet, w zaczepiście energetycznych kolorkach.
Wprawdzie dość mocno jesiennych, ale jednak...
Ten cosiki nie jest jeszcze skończony, wiele mu nie potrzeba, ale jakoś mi do niego pod górkę i pod wiatr (jesienny).
Więc może jak pokażę fragment, to się zmobilizuję i w końcu toto skończę.
Mam tylko 15 rzędów...
Tylko po co???
Przecież nikt nie odwoła zimy z powodu jednej, ogniście kolorystycznej szmatki...
Ehhh!! Jesień wpływa na obniżenie serotoniny ( w mózgu) i melatoniny (w skórze).
Ale także na podwyższenie niskiej samooceny dokonań własnych... ;-D
Etykiety:
Ania,
druty,
Ku pokrzepieniu serc,
różności,
słodkości
wtorek, 2 października 2012
Atawizm
To ma być początek tygodnia?
MIESIĄCA??
No dzięki! Ja wymiękam!
Poproszę o następny zestaw pytań i atrakcji!
Ranek. Wczorajszy.
Bynajmniej nie obłędnie blady świt.
Małolatę odwożę na 8:45. Pospać ciut dłużej można i w ogóle, na lajcie tydzień dzięki temu się zaczyna.
No nie?
NIE!
Odwiozłam swoje w sumie obie, bo starsza wczoraj zaczęła drugi rok studiów.
A ja, jako osoba posiadająca miesiąc niedziel, niespiesznym krokiem (czy jak kto woli), nie spiesznym kołem, udałam się po zakupy do Lidla, bo w lodówce miałam ino światło.
Zaparkowałam obok samochodu dość dużego gabarytowo. Wysiadając zerknęłam do środka i na przednim siedzeniu zobaczyłam miśka. Zwykłego pluszaka, ale w rozmiarach słusznych.
Panda to była. Z głupią miną i do tego mocno przechodzony (vide - kochany).
-Uhhh! Ależ masz minę! Nic dobrego to nie wróży! - pomyślałam, paczając na pluszową paszczę zabawki.
Miałam rację...
Pierwsza rzecz, którą zobaczyłam przed wejściem do lidla był wielki napis:
W DNIU DZISIESZYM PŁATNOŚĆ JEDYNIE GOTÓWKĄ. PRZEPRASZAMY.
Ożeszszsz!!!
Listę miałam długą.
No może nie zakupy życia, ale jednak...
Gotówki tyle, co nic.
Więc zgrzytnęłam zębami, ale polazłam.
Kupiłam minimalne minimum na wczorajszą strawę obiadową i stanęłam grzecznie w kolejce do kasy.
Przede mną była pani, której koszyk wprawdzie nie kipiał od towaru, ale był obfitszy od moich planowanych zakupów.
Uczciwie i miło zaproponowała mi, że mnei puści przed siebie.
Zrobiło mi się miło, ale podziękowałam i stałam sobie dalej.
W międzyczasie, przepchnął się między nami osobnik duży, z wyglądu męski.
I zażądał policzenia swoich odstawionych na bok zakupów. Zaargumentował, że kupował, ale nie miał gotówki, udał się do bankomatu i ma. I drugi raz w kolejce stać nie będzie.
Kasjer lekko się skonfundował i zapytał, czy pani nie będzie mieć nic przeciwko.
NIESTETY NIE MIAŁA!!
W tym momencie pożałowałam, że jednak nie stanęłam przed nią! Gość poczekałby grzecznie na moją płatność i tej pani...
On miał pełen kosz!! Wypchany po brzegi!!
A my duuuuuużo mniej!
Kasjer młody, mało wprawny, liczył i przeliczał w cholerę długo...
Wydłubywanie z kosza poszczególnych zakupów trwało w nieskończoność.
Przyszło do płacenia:
- 269, 54.
Pan dał trzy stówy.
Kasjer nie miał wydać.
Latał po innych i rozmieniał.
UDAŁO SIĘ!
- A paragon? - zapytał kupujący
- Aaaa... Eeeee... Noooo... Nie wydrukował się.
Zapowietrzyło mnie! Normalnie myślałam, że pęknę z hukiem, a moje flaki zawisną ozdobnie na sufitach i regałach...
Chyba ściągnęłam gościa wzrokiem na siebie, bo tylko zerknął i wybąkał:
- Nooo... To nie wszystko dla mnie, ale jakoś sobie poradzę.
Polazł w niwecz!
Pani przede mną szybciutko się obsprawiła i już.
Kiedy wrzuciłam mocno okrojone zakpupy do samochodu, okazało się, że ten misiek panda należy do tego upierdliwego gościa, co to po gotówkę zasuwał, a potem bez kolejki się uiszczał...
Pomyślałam sobie, że misiek nie bez kozery miał wredną i spraną minę...
Pojechałam ja dalej.
Po pieczywo, do sklepu zwykłego.
I na dzień dobry usłyszałam znajomy mi głos.
Mojej koleżanki.
Ja ją bardzo lubię. Ale nie tego dnia!
Na mój widok przywdziała minę żałobną i zagadnęła:
- Co u Ciebie? Co robisz?
- A bułeczkę krojoną kupuję - i błysk w oku pt: MILCZ!!! NIE MÓW O MNIE!!
NIE CHCĘ TEGO PUBLICZNIE!!
Nie zmilczała...
Dobrze, że jej przy ludziach tętnicy nie podgryzłam, bo byłam bliska!
Wywlokłam ją przed sklep i tam już normalnie pogadałyśmy. Bez zbędnych świadków.
Pojechałam do domu. Chce sobie skręcić w mą drogę i lipa!!
Zatarasowana!
Ciężarówa po byku plus koparko-ładowarka.
Panowie sprzątali resztki strupieszałego asfaltu po ostatnim laniu tegoż podłoża na nieutwardzoną powierzchnię drogi.
Po raz kolejny tego dnia zgrzytnęłam zębami, aż iskry poszły i porzuciłam samochód gdziekolwiek, jakieś 50 m przed własną bramą.
Któryś z nich (sześciu ich było) ośmielił się zagadnąć:
- Może se pani gdzie indziej zaparkować?
Pani nie zareagowała, bo dobrze zaparkowała - niczego nie blokowała i nie utrudniała mimo wściekłości parującej uszami!
Pani dość ostentacyjnie, rzekłabym, wyciągnęła zakupy z samochodu i wspierając się nogą numer trzy, pokuśtykała do domu.
Tamże zrobiła sobie kawę, ochłonęła nieco po porannych przebojach i odmóżdżała się w świecie wirtualnym.
Beztroskę przerwał jej rodzony ojciec.
Wszedł był do niej i nieśmiało, acz podstępnie zapytał:
- A gdzie twój samochód?? Bo nie widzę...
W ten oto sposób, rodzic mój chciał mnie przygotować łagodnie na wieść, że ktoś się ośmielił i rąbnął mi moje dziewięcioletnie, ukochane od dnia pierwszego jeździdło.
- Przed mostkiem porzuciłam. Stoi sobie "błękitna szczała".
- O?? A czemu??
Zapewne pamięta, jak to kiedyś lata świetlne temu jeżdżąc kaszlakiem, benzynę do cna wyjeździłam, i nie wystarczyło na dojazd do domu (też ok 50 m ;-DD).
- Burdel po laniu asfaltu sprzątali i zastawili wjazd. Zaraz pójdę i przyprowadzę kobitkę na zad do domu.
Rodzicowi ulżyło.
A ja...
Odczarowałam chyba złą "karmę" dłubiąc sobie w tempie światła na drutach i piekąc smakowitości na obiad.
I dla pewności odczyniania złych uroków, rozpaliłam domowe ognisko we własnej kozie, szumnie i miło zwanej przez miłych znajomych, kominkiem.
Ogień ma moc oczyszczającą, motywującą i pragmatycznie grzejącą.
Migoczące płomienie są hipnotyczne...
I inspirujące.
I bezpieczne...
I kojące...
Nigdy i nigdzie nie myśli mi się tak dobrze, jak siedząc z kolanami pod brodą, przed płonącymi pięknym płomieniem polanami dębu...
Atawizm to jednak silna rzecz...
Odczarowałam ten upierdliwy, pierwszy dzień tygodnia-miesiąca.
Tak sądzę - po dzisiejszym dniu ;-)
Jak nie, to doniosę ;-D
MIESIĄCA??
No dzięki! Ja wymiękam!
Poproszę o następny zestaw pytań i atrakcji!
Ranek. Wczorajszy.
Bynajmniej nie obłędnie blady świt.
Małolatę odwożę na 8:45. Pospać ciut dłużej można i w ogóle, na lajcie tydzień dzięki temu się zaczyna.
No nie?
NIE!
Odwiozłam swoje w sumie obie, bo starsza wczoraj zaczęła drugi rok studiów.
A ja, jako osoba posiadająca miesiąc niedziel, niespiesznym krokiem (czy jak kto woli), nie spiesznym kołem, udałam się po zakupy do Lidla, bo w lodówce miałam ino światło.
Zaparkowałam obok samochodu dość dużego gabarytowo. Wysiadając zerknęłam do środka i na przednim siedzeniu zobaczyłam miśka. Zwykłego pluszaka, ale w rozmiarach słusznych.
Panda to była. Z głupią miną i do tego mocno przechodzony (vide - kochany).
-Uhhh! Ależ masz minę! Nic dobrego to nie wróży! - pomyślałam, paczając na pluszową paszczę zabawki.
Miałam rację...
Pierwsza rzecz, którą zobaczyłam przed wejściem do lidla był wielki napis:
W DNIU DZISIESZYM PŁATNOŚĆ JEDYNIE GOTÓWKĄ. PRZEPRASZAMY.
Ożeszszsz!!!
Listę miałam długą.
No może nie zakupy życia, ale jednak...
Gotówki tyle, co nic.
Więc zgrzytnęłam zębami, ale polazłam.
Kupiłam minimalne minimum na wczorajszą strawę obiadową i stanęłam grzecznie w kolejce do kasy.
Przede mną była pani, której koszyk wprawdzie nie kipiał od towaru, ale był obfitszy od moich planowanych zakupów.
Uczciwie i miło zaproponowała mi, że mnei puści przed siebie.
Zrobiło mi się miło, ale podziękowałam i stałam sobie dalej.
W międzyczasie, przepchnął się między nami osobnik duży, z wyglądu męski.
I zażądał policzenia swoich odstawionych na bok zakupów. Zaargumentował, że kupował, ale nie miał gotówki, udał się do bankomatu i ma. I drugi raz w kolejce stać nie będzie.
Kasjer lekko się skonfundował i zapytał, czy pani nie będzie mieć nic przeciwko.
NIESTETY NIE MIAŁA!!
W tym momencie pożałowałam, że jednak nie stanęłam przed nią! Gość poczekałby grzecznie na moją płatność i tej pani...
On miał pełen kosz!! Wypchany po brzegi!!
A my duuuuuużo mniej!
Kasjer młody, mało wprawny, liczył i przeliczał w cholerę długo...
Wydłubywanie z kosza poszczególnych zakupów trwało w nieskończoność.
Przyszło do płacenia:
- 269, 54.
Pan dał trzy stówy.
Kasjer nie miał wydać.
Latał po innych i rozmieniał.
UDAŁO SIĘ!
- A paragon? - zapytał kupujący
- Aaaa... Eeeee... Noooo... Nie wydrukował się.
Zapowietrzyło mnie! Normalnie myślałam, że pęknę z hukiem, a moje flaki zawisną ozdobnie na sufitach i regałach...
Chyba ściągnęłam gościa wzrokiem na siebie, bo tylko zerknął i wybąkał:
- Nooo... To nie wszystko dla mnie, ale jakoś sobie poradzę.
Polazł w niwecz!
Pani przede mną szybciutko się obsprawiła i już.
Kiedy wrzuciłam mocno okrojone zakpupy do samochodu, okazało się, że ten misiek panda należy do tego upierdliwego gościa, co to po gotówkę zasuwał, a potem bez kolejki się uiszczał...
Pomyślałam sobie, że misiek nie bez kozery miał wredną i spraną minę...
Pojechałam ja dalej.
Po pieczywo, do sklepu zwykłego.
I na dzień dobry usłyszałam znajomy mi głos.
Mojej koleżanki.
Ja ją bardzo lubię. Ale nie tego dnia!
Na mój widok przywdziała minę żałobną i zagadnęła:
- Co u Ciebie? Co robisz?
- A bułeczkę krojoną kupuję - i błysk w oku pt: MILCZ!!! NIE MÓW O MNIE!!
NIE CHCĘ TEGO PUBLICZNIE!!
Nie zmilczała...
Dobrze, że jej przy ludziach tętnicy nie podgryzłam, bo byłam bliska!
Wywlokłam ją przed sklep i tam już normalnie pogadałyśmy. Bez zbędnych świadków.
Pojechałam do domu. Chce sobie skręcić w mą drogę i lipa!!
Zatarasowana!
Ciężarówa po byku plus koparko-ładowarka.
Panowie sprzątali resztki strupieszałego asfaltu po ostatnim laniu tegoż podłoża na nieutwardzoną powierzchnię drogi.
Po raz kolejny tego dnia zgrzytnęłam zębami, aż iskry poszły i porzuciłam samochód gdziekolwiek, jakieś 50 m przed własną bramą.
Któryś z nich (sześciu ich było) ośmielił się zagadnąć:
- Może se pani gdzie indziej zaparkować?
Pani nie zareagowała, bo dobrze zaparkowała - niczego nie blokowała i nie utrudniała mimo wściekłości parującej uszami!
Pani dość ostentacyjnie, rzekłabym, wyciągnęła zakupy z samochodu i wspierając się nogą numer trzy, pokuśtykała do domu.
Tamże zrobiła sobie kawę, ochłonęła nieco po porannych przebojach i odmóżdżała się w świecie wirtualnym.
Beztroskę przerwał jej rodzony ojciec.
Wszedł był do niej i nieśmiało, acz podstępnie zapytał:
- A gdzie twój samochód?? Bo nie widzę...
W ten oto sposób, rodzic mój chciał mnie przygotować łagodnie na wieść, że ktoś się ośmielił i rąbnął mi moje dziewięcioletnie, ukochane od dnia pierwszego jeździdło.
- Przed mostkiem porzuciłam. Stoi sobie "błękitna szczała".
- O?? A czemu??
Zapewne pamięta, jak to kiedyś lata świetlne temu jeżdżąc kaszlakiem, benzynę do cna wyjeździłam, i nie wystarczyło na dojazd do domu (też ok 50 m ;-DD).
- Burdel po laniu asfaltu sprzątali i zastawili wjazd. Zaraz pójdę i przyprowadzę kobitkę na zad do domu.
Rodzicowi ulżyło.
A ja...
Odczarowałam chyba złą "karmę" dłubiąc sobie w tempie światła na drutach i piekąc smakowitości na obiad.
I dla pewności odczyniania złych uroków, rozpaliłam domowe ognisko we własnej kozie, szumnie i miło zwanej przez miłych znajomych, kominkiem.
Ogień ma moc oczyszczającą, motywującą i pragmatycznie grzejącą.
Migoczące płomienie są hipnotyczne...
I inspirujące.
I bezpieczne...
I kojące...
Nigdy i nigdzie nie myśli mi się tak dobrze, jak siedząc z kolanami pod brodą, przed płonącymi pięknym płomieniem polanami dębu...
Atawizm to jednak silna rzecz...
Odczarowałam ten upierdliwy, pierwszy dzień tygodnia-miesiąca.
Tak sądzę - po dzisiejszym dniu ;-)
Jak nie, to doniosę ;-D
poniedziałek, 24 września 2012
Pierwsze wyzwanie
Wystawiłam moje potffory na wyzwanie w Art - Piaskownicy.
Rzutem na taśmę, bo zabawa trwa tylko do jutra :-)
niedziela, 23 września 2012
Arachnofobia...
Wczoraj było potffornie. Dziś będzie KOSZMARNIE!
Arachnofobia, czyli lęk przed pająkami...
Mam to. Wcale się z tym nie kryję. Ci, którzy mnie znają od lat i są ze mną, że się tak wyrażę kolokwialnie, blisko wiedzą, że na widok pająków dostaję ataku paniki.
Typem staję się upiornym:
Twarz mi blednie, włos mi rzednie,
Psują mi się zęby przednie.
Przestaję oddychać, oczy mi wyłażą na wierzch i jestem w stanie wydać z siebie coś w rodzaju syku w przedagonalnym stadium:
- PAJĄK!!!!
Nieważne, czy on jest średnicy milimetra, czy wielkości bydlaka typu pająk ptasznik, czy inna czarna wdowa.
Skąd mi się to wzięło?
Sięgnijmy najpierw do teorii zaczerpniętej z cioci Wikipedii:
Arachnofobia (stgr. αράχνη, arachne – pająk, stgr. φοβία phobia – strach) - jedna z odmian fobii, objawiająca się bardzo silnym lękiem przed pająkami lub innymi bezkręgowcami zbliżonymi do nich wyglądem.
Teoretycznie przyczyny tego lęku mogą być różnorodne.
Nikt mnie nie straszył, w szafie nie zamykał. Rodzice też na widok pająków nie reagowali histerycznie.
Podłoże to ja mam zupełnie inne! No może behawiorystyczne...
Dawno to było.
Bardzo dawno temu.
Miałam wtedy jakieś dwa i pół roku. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale pamiętam tę sytuację do dziś...
Mieszkaliśmy wtedy, tam gdzie teraz tyle, że w domu wybudowanym jeszcze przed wojną.
Pod oknem kuchennym miałam piaskownicę. Tak z powodów pragmatycznych - zarówno Mama jak i Babcia miały na mnie oko, szykując jakąś strawę.
Było lato. Upał. Babrałam się w piachu z zapałem typowym dla małoletnich, budując kolejne zamki, czy inne babki piaskowe. Ubrana byłam w nic, czyli jedynie majciochy.
W pewnej chwili poczułam, że coś mnie łaskocze po plecach.
Otrząsnęłam się z niechęcią, bo właśnie napełniałam wiaderko piaskiem.
Otrząśniecie nic nie pomogło, a łaskotanie przeniosło się nieco wyżej...
Obejrzałam się, łypiąc swym błękitem ocząt na fragment własnych pleców...
I zobaczyłam go!!
PAJĄKA!!!
Lazł do góry, nic nie robiąc sobie z moich starań, mających na celu pozbycia się intruza!
- On mnie zje!!! Całą!!!
Strach jaki mnie ogarnął był nie do opisania! Paraliż totalny.
Przypominam! Miałam dwa i pół roku.
Rzuciłam wiaderko i zaczęłam wrzeszczeć!!! I to jak! Darłam się tak potwornie, że do tej pory pamiętam!
Pamiętam też, mój paniczny strach. Taki nie do opanowania!
Babcia wybiegła z domu, złapała mnie na ręce:
- Monisiu!! Co się stało!!
- Paaajjjąąąk!!! Zje mnie!!
Babcia pająka utłukła, zrobiła mi kakao z pianką na pocieszenie, ale to nic nie pomogło...
Lęk przed pająkami został we mnie na zawsze...
Sięgnijmy ponownie do przemądrzałej ciotki Wiki.
Jednym ze sposobów opanowania arachnofobii jest desensytyzacja i wygaszanie reakcji. Terapia taka polega na stopniowym konfrontowaniu pacjenta z przedmiotem jego lęku. Może to następować gwałtownie, gdy pacjent jest od razu konfrontowany z tym, co budzi najsilniejszy lęk, przykładowo wielkim włochatym pająkiem, którego kładzie się mu np. na twarz (terapia implozywna). Odwrażliwianie może następować także stopniowo.
Jako osoba już całkiem dorosła, żeby nie powiedzieć stara, postanowiłam skonfrontować się ze swoim lękiem. Całkiem świadomie i z premedytacją.
To znaczy nie położyłam sobie na twarz włochatego potwora z niepoliczalną ilością odnóży, bo pewnie już bym tu nic nie pisała, tylko wąchałabym kwiatki od spodu po rozległym zawale ;-)
Postanowiłam zastosować metodę znaną osobom skacowanym po hucznych imprezach - KLIN KLINEM!
Pierwszym krokiem było kupno zegarka.
Jest wielki. Na moim chudym nadgarstku wygląda jak... No nie wiem jak! W każdym razie - widać zegarek - rękę niekoniecznie ;-)
Na cyferblacie jest wielki, spasiony, srebrny pająk!!
Robiłam do tego zegarka ze trzy podejścia, zanim go kupiłam.
Ale mam. I bez wstrętu i strachu kontroluję na nim godziny.
To jednak trochę mało, jak dla mnie.
Wczoraj, na FB przemiła Danusia, wrzuciła link do bloga, na którym były sobie pająki...
Koralikowe.
OCZAROWAŁY MNIE!!
Nie zareagowałam obrzydzeniem, czy wstrętem.
Pomyślałam sobie, że to może kolejny krok do walki z fobią?
Sprawę postanowiłam przespać i pomyśleć o tym rano, niczym moja ulubiona Scarlett ;-)
Z przemyśleń sennych wyłoniła się niezłomna wola zrobienia sobie takiego pająka.
Ot tak. Z ciekawości, czy trzymanie za odnóże, nawet takiego sztucznego potwora, nie doprowadzi mnie na skraj histerii.
Nie doprowadziło...

Po pierwszym, próbnym powstały kolejne.

Ten wyżej miał być cały czarny, ale niestety nie miałam wystarczającej ilości "patyczków" euroclassów w kolorze black. Więc jest lekko złagodzony srebrem
Zielony podobno kolorem nadziei:

W sumie to bardziej jak skarabeusz wygląda, ale to jednak PAJĄK!!
Przynajmniej w założeniu ;-)
Tego niżej moja asystentka Ania nazwała dość dla mnie szokująco:
PANNA MŁODA...

Uhhh...
No nie wiem... Ale kłócić się nie będę ;-)
Aniusia (lekko zasmarkana) nie siedziała obok mnie na tzw. biegu jałowym, tylko też sobie machnęła własnego pająka.
Dla przyjemności. Nie w celu zwalczania fobii ;-)

Jak widać - niebieski cały czas jest jej kolorem wiodącym :-D
A poniżej - pajączyska razem:

Co z nich będzie?
Zawieszki na szyję, lub broszki. Sprawa jest otwarta.
I wiem, że będą następne.
Walka trwa! :-D
Może ma ktoś namiary na takie włóczkowe potwory?? Albo inna techniką robione?
Arachnofobia, czyli lęk przed pająkami...
Mam to. Wcale się z tym nie kryję. Ci, którzy mnie znają od lat i są ze mną, że się tak wyrażę kolokwialnie, blisko wiedzą, że na widok pająków dostaję ataku paniki.
Typem staję się upiornym:
Twarz mi blednie, włos mi rzednie,
Psują mi się zęby przednie.
Przestaję oddychać, oczy mi wyłażą na wierzch i jestem w stanie wydać z siebie coś w rodzaju syku w przedagonalnym stadium:
- PAJĄK!!!!
Nieważne, czy on jest średnicy milimetra, czy wielkości bydlaka typu pająk ptasznik, czy inna czarna wdowa.
Skąd mi się to wzięło?
Sięgnijmy najpierw do teorii zaczerpniętej z cioci Wikipedii:
Arachnofobia (stgr. αράχνη, arachne – pająk, stgr. φοβία phobia – strach) - jedna z odmian fobii, objawiająca się bardzo silnym lękiem przed pająkami lub innymi bezkręgowcami zbliżonymi do nich wyglądem.
Teoretycznie przyczyny tego lęku mogą być różnorodne.
- Fobia może być nabyta poprzez warunkowanie klasyczne - gdy dana osoba kojarzy pająka z niebezpieczeństwem. Na przykład jako dziecko mogła być straszona pająkami, zamknięta w szafie, gdzie był pająk lub widziała paniczne reakcje swoich rodziców na pająka. Takie wyjaśnienie oferują teorie behawiorystyczne
Nikt mnie nie straszył, w szafie nie zamykał. Rodzice też na widok pająków nie reagowali histerycznie.
Podłoże to ja mam zupełnie inne! No może behawiorystyczne...
Dawno to było.
Bardzo dawno temu.
Miałam wtedy jakieś dwa i pół roku. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale pamiętam tę sytuację do dziś...
Mieszkaliśmy wtedy, tam gdzie teraz tyle, że w domu wybudowanym jeszcze przed wojną.
Pod oknem kuchennym miałam piaskownicę. Tak z powodów pragmatycznych - zarówno Mama jak i Babcia miały na mnie oko, szykując jakąś strawę.
Było lato. Upał. Babrałam się w piachu z zapałem typowym dla małoletnich, budując kolejne zamki, czy inne babki piaskowe. Ubrana byłam w nic, czyli jedynie majciochy.
W pewnej chwili poczułam, że coś mnie łaskocze po plecach.
Otrząsnęłam się z niechęcią, bo właśnie napełniałam wiaderko piaskiem.
Otrząśniecie nic nie pomogło, a łaskotanie przeniosło się nieco wyżej...
Obejrzałam się, łypiąc swym błękitem ocząt na fragment własnych pleców...
I zobaczyłam go!!
PAJĄKA!!!
Lazł do góry, nic nie robiąc sobie z moich starań, mających na celu pozbycia się intruza!
- On mnie zje!!! Całą!!!
Strach jaki mnie ogarnął był nie do opisania! Paraliż totalny.
Przypominam! Miałam dwa i pół roku.
Rzuciłam wiaderko i zaczęłam wrzeszczeć!!! I to jak! Darłam się tak potwornie, że do tej pory pamiętam!
Pamiętam też, mój paniczny strach. Taki nie do opanowania!
Babcia wybiegła z domu, złapała mnie na ręce:
- Monisiu!! Co się stało!!
- Paaajjjąąąk!!! Zje mnie!!
Babcia pająka utłukła, zrobiła mi kakao z pianką na pocieszenie, ale to nic nie pomogło...
Lęk przed pająkami został we mnie na zawsze...
Sięgnijmy ponownie do przemądrzałej ciotki Wiki.
Jednym ze sposobów opanowania arachnofobii jest desensytyzacja i wygaszanie reakcji. Terapia taka polega na stopniowym konfrontowaniu pacjenta z przedmiotem jego lęku. Może to następować gwałtownie, gdy pacjent jest od razu konfrontowany z tym, co budzi najsilniejszy lęk, przykładowo wielkim włochatym pająkiem, którego kładzie się mu np. na twarz (terapia implozywna). Odwrażliwianie może następować także stopniowo.
Jako osoba już całkiem dorosła, żeby nie powiedzieć stara, postanowiłam skonfrontować się ze swoim lękiem. Całkiem świadomie i z premedytacją.
To znaczy nie położyłam sobie na twarz włochatego potwora z niepoliczalną ilością odnóży, bo pewnie już bym tu nic nie pisała, tylko wąchałabym kwiatki od spodu po rozległym zawale ;-)
Postanowiłam zastosować metodę znaną osobom skacowanym po hucznych imprezach - KLIN KLINEM!
Pierwszym krokiem było kupno zegarka.
Jest wielki. Na moim chudym nadgarstku wygląda jak... No nie wiem jak! W każdym razie - widać zegarek - rękę niekoniecznie ;-)
Na cyferblacie jest wielki, spasiony, srebrny pająk!!
Robiłam do tego zegarka ze trzy podejścia, zanim go kupiłam.
Ale mam. I bez wstrętu i strachu kontroluję na nim godziny.
To jednak trochę mało, jak dla mnie.
Wczoraj, na FB przemiła Danusia, wrzuciła link do bloga, na którym były sobie pająki...
Koralikowe.
OCZAROWAŁY MNIE!!
Nie zareagowałam obrzydzeniem, czy wstrętem.
Pomyślałam sobie, że to może kolejny krok do walki z fobią?
Sprawę postanowiłam przespać i pomyśleć o tym rano, niczym moja ulubiona Scarlett ;-)
Z przemyśleń sennych wyłoniła się niezłomna wola zrobienia sobie takiego pająka.
Ot tak. Z ciekawości, czy trzymanie za odnóże, nawet takiego sztucznego potwora, nie doprowadzi mnie na skraj histerii.
Nie doprowadziło...

Po pierwszym, próbnym powstały kolejne.

Ten wyżej miał być cały czarny, ale niestety nie miałam wystarczającej ilości "patyczków" euroclassów w kolorze black. Więc jest lekko złagodzony srebrem
Zielony podobno kolorem nadziei:

W sumie to bardziej jak skarabeusz wygląda, ale to jednak PAJĄK!!
Przynajmniej w założeniu ;-)
Tego niżej moja asystentka Ania nazwała dość dla mnie szokująco:
PANNA MŁODA...

Uhhh...
No nie wiem... Ale kłócić się nie będę ;-)
Aniusia (lekko zasmarkana) nie siedziała obok mnie na tzw. biegu jałowym, tylko też sobie machnęła własnego pająka.
Dla przyjemności. Nie w celu zwalczania fobii ;-)

Jak widać - niebieski cały czas jest jej kolorem wiodącym :-D
A poniżej - pajączyska razem:

Co z nich będzie?
Zawieszki na szyję, lub broszki. Sprawa jest otwarta.
I wiem, że będą następne.
Walka trwa! :-D
Może ma ktoś namiary na takie włóczkowe potwory?? Albo inna techniką robione?
Subskrybuj:
Posty (Atom)





