Wtorek. Sprzed paru tygodni. A dokładnie 15.10.
Wtorki mam wolne (od pracy zawodowej), więc po odwiezieniu Ani do szkoły, niespiesznie i relaksacyjnie, zahaczyłam o placówkę handlową typu Lidl. Zaparkowałam przed szybą i zobaczyłam, że odbijam się w niej tylko jednym okiem! Czyli, że znowu moje autko zeżarło żarówkę! Tym razem od strony kierowcy.
A więc, jako człowiek wykształcony i
przyuczony (mniej więcej) przez męża własnego wiedziałam już, co i jak mam robić.
Tak więc, po powrocie do domu, otworzyłam maskę, zdjęłam osłonę reflektora i mamrocząc pod nosem przystąpiłam do dzieła:
- Ok! Osłona pokonana... Pikuś! To teraz trzeba tę obudowę zdjąć. ZDJĄĆ, a nie POŁAMAĆ!
Zdjęłam! CAŁĄ!! Tralalala!
A trup żarówki? Jak se tkwił w relektorze, tak se dalej w nim mieszkał.
I wcale nie miał zamiaru opuścić przytulnego mieszkanka!
- Co za cholera?? Powinnaś wyleźć! WYŁAŹ!
Nie chciała...
Więc przechyliłam swe ciało pod kilkoma kątami w kierunku przodu samochodu tak, aby ma twarz patrzyła w tym samym kierunku co reflektor i BINGO!
Tam jeszcze był taki jakiś jakby zatrzask! I on trzymał żarówkę w ryzach!
O zatrzasku nie wiedziałam, bo mężu wcześniej mnie
pogonił kilka dni wcześniej, niż dotarłam do rzeczonego urządzonka :D
Ale co to dla mnie!
Pyk myk! I samochodzik znowu świeci na 100%!
A ja przeżyłam swój dzień triumfu: kolejny męski bastion z hukiem się zawalił!
Tylko w sumie po co...? ;-)
Ale bez porównania większy triumf, jakąś godzinę później przeżył mój dzielny kot Fryderyk.
Sąsiedzi mają kota. Wielkiego, puchatego białasa.
Taki jakby pers, ale nie do konca, bo twarz ma normalną, a nie rozpłaszczoną po dzikim biegu na ścianie ;-)
Białas ten regularnie spuszczał manto spokojnemu pacyfiście Fredziowi.
Ba! Raz go nawet spławił w kanałku!
Fredzio cierpiał...
Nie fizycznie. Gorzej - psyche miał przeoraną...
Czas płynął.
W domu zaistniał Lucek.
Mała, kocia zadziora.
Tłukł Fredzia ile wlezie. Początkowo bezkarnie, ale do czasu. Fred się w końcu zniecierpliwił i walnął małego raz, a dobrze. Potem poprawił z liścia. I sierpowym. I zębem! I ogólnie walki obu kotów stały się rutyną wrastającą w codzienny krajobraz domowy.
Krzywdy sobie nie robiły. Tłuką się, bo lubią!
Reagowałam, jak było za głośno, albo jak chłopcy za bardzo się rozhuśtali w pomysłach desantowych...
W opisywany wtorek, po triumfie żarówkowym poszłam do kuchni i działałam w najlepsze, kiedy to przyszedł do mnie tata i powiedział:
- Ty weź idź i coś zrób, bo Fredek kota sąsiadów wykończy!
- Co???
- No idź! Wrzeszczą obaj przy wiacie!
Poleciałam. I oczom mym ukazał się następujący widok:
Fredek siedzi okrakiem na białasie, całą paszczą wyrywa mu futro i ze wstrętem wypluwa po to, żeby za chwilę znowu dalej skalpować znienawidzonego do szpiku kości wroga!
- Zemsta jest rozkoszą bogów! Jak ja cię Fredziu rozumiem! - pomyślałam.
Ale... Żal mi się zrobiło białego nieszczęśnika i wkroczyłam do akcji.
Białas z wyraźną ulgą prysnął przez płot i kanałek na swoje włości, a Fred został na ubitej ziemi plując resztkami wroga, które zaplątały mu się między zębami.
Zawołałam mojego dzielnego wojownika do domu.
Przyszedł.
Krokiem zwycięzcy i triumfatora:
A jak wyglądało pobojowisko po lekkiej ingerencji wiatru?
Ano tak:
Kot sąsiadów żyje. Ma się dobrze. Łysy nie jest.
I znowu przyłazi z masochistycznym upodobaniem, wystawiając się na ataki Fredzia broniącego swojego terenu.
Dziś też był. Nie dostał po futrze, bo Fred zajęty był eksploracją kontenera z gruzem i starymi meblami przed płotem u innych sąsiadów i nie miał czasu na pierdoły ;-)
Reasumując: warto jest zmierzyć się z czymś, co wydaje nam się niewykonalne i niemożliwe do zrealizowania. Nawet jeśli trzeba pokonać w sobie wrodzoną niechęć do bezpośrednich konfrontacji.
I tego się trzymajmy!
HOWG!