sobota, 13 czerwca 2015

Milczenie jest... narzutą. Silence is ... a quilt.

Jak zapewne wiecie, od pewnego czasu spotykamy się na comiesięcznych mityngach paczłorkowych.
Nie inaczej było również i w maju.

Mimo, że  samozwańczo podjęłam się roli skryby spotkaniowego, nic o tym naszym ostatnim zlocie nie napisałam.
Wcale nie dlatego, że skleroza mnie zeżarła, czy inne niechciejstwo opanowało.
Co to to nie!
Powód był zgoła inny.

As you probably know, for some time we’ve been meeting monthly with patchwork in mind. It was no different in May. Although, I imperiously undertook the role of our meetings scribe, I didn’t breathe a word about our last gathering. It's not because sclerosis devoured me or any other laziness stroke. Far from that! The reason was quite different.


Otóż złożyłam śluby milczenia.
Ich złamanie groziło mi urwaniem nóg, rąk, oskalpowaniem, amputacją języka, a na koniec zostałabym usmażona na wolnym ogniu. Najlepiej piekielnym.
Inne uczestniczki spisku, a było nas sporo, również obejmował ten sam zakaz.
I również pary z paszczy nie puszczały. A jeśli nawet którejś z dziewczyn wymknął się jakiś "opar pary", to był on delikatny i dla postronnego obserwatora nic nie znaczył.

Well, I submitted a vow of silence. For breaking it I was threatened with tearing off my arms and legs, scalping, cutting off my tongue and frying over a slow fire at the end. Hell fire preferably. Other participants of the plot, and there were quite a few, were also covered with the same „anathema”. They also kept their lips zipped. And even if somebody let the slightest whisper out, it was vague and undecipherable for the outside observers.

Skąd ta jednomyślna i solidarna zmowa milczenia trzydziestu pięciu (35!) kobiet?
Jakie zdarzenie spowodowało taką szaloną dyskrecję?

Cofnijmy się trochę w czasie...

Na fejsbuku mamy grupę paczłorkujących Polek.
Członków, a właściwie członkiń liczy sporo.
Jedne osoby są bardziej aktywne inne mniej.
Jedne dopiero raczkują, inne doskonalą się w trudnej sztuce zszywania kawałków szmatek w sensowną całość.

Why this unanimity and solidarity conspiracy of silence of thirty-five (35!) women? What caused such a frantic discretion? Let's get back in time ... There is a group of Polish women quilters on facebook and it actually has a lot of members. Some people are more active than others. Some are rookies, others constantly improve their skills in the difficult art of sewing scraps into a meaningful entirety. 

Są też osoby, które patchwork mają w małym palcu.
I to nie tylko od strony praktycznej, ale również teoretycznej. Patchwork jest ich pasją, miłością niekłamaną i czują się w tym temacie jak rybka Nemo w oceanicznych toniach.

Takich dziewczyn jest we wspomnianej grupie patchworkowej sporo.
Ale dziś skupię się tylko na jednej z nich.

There are also persons who got patchwork at the fingertips. Not only practicaly but also theoreticaly.
Patchwork is their passion and unfeigned love and they feel in this sphere like Nemo fish in the ocean depths. Such girls are in that group quite a few. But today I will focus on just one of them. 

Danusia.
Danka była dobrą duszą naszej grupy.
Zawsze znała odpowiedź na najdziwniejsze nawet pytania w temacie patchworkowym, wynajdowała dla nas różne ciekawostki
Dzieliła się wszelkimi informacjami i znalezionymi w czeluściach sieci wiadomościami.
Nikomu nie odmawiała pomocy.
Zawsze można było na nią liczyć.
Dwa lata temu, dzięki jej staraniom kilka dziewczyn z Polski miało możliwość pokazania swoich prac na wystawie "Polski patchwork - tradycyjny, współczesny, nowoczesny" podczas trwania Textil-Art Berlin 2013. To było ogromne wyróżnienie i możliwość zaistnienia na międzynarodowej arenie.
Szczegółowo pisała o tym Ania o tu 


Danusia.
Danka had always been a good soul of our group. She knew the answer to the strangest questions in the subject and picked up for us tasty tidbits. She shared all the information and news found in the depths of network. Never refused her help. We could always count on her. Two years ago, thanks to her efforts, a few girls from  Poland had the opportunity to show their works at the exhibition "Polish patchwork - traditional, contemporary, modern" during the Textil-Art Berlin 2013. It was a great honor and opportunity to come onto the international arena.
Ania wrote about it in details here

Zasługi Danusi dla nas, paczłorkarek, można mnożyć  w nieskończoność.
Dość powiedzieć, że to dusza człowiek z sercem na dłoni.

Niestety, nasza fejsbukowa sielanka z Danką w roli głównej trwała tylko do końca stycznia tego roku.
Na skutek zawirowań podłego losu, Danusia podjęła decyzję o usunięciu swojego konta na FB.

Oj brak nam Danusi, bardzo brak!
Nie raz, nie dwa wspominałyśmy o niej tęsknie.

I tak oto z tej tęsknoty, na kwietniowym spotkaniu warszawianek paczłorkujących została przegłosowana uchwała, która przeszła przez kobiecy sejm jednogłośnie i bez przepychanek partyjnych: "Szyjemy narzutę dla Danki!"
Niech politycy z prawa, z lewa i ze środka uczą się  od nas jednomyślności w podejmowaniu decyzji.
I tempa w ich wdrażaniu w życie.

Danusia’s merits for us, quilters, can be multiplied indefinitely. Enough to say that she wore her heart on her sleeve for us. Unfortunately, our facebook idyll with Danka in the leading role lasted only until the end of January this year. As a result of the wretched fate turmoil, Danusia had decided to close her account on FB. Oi, we miss Danusia very much! Not once, not twice we recollected her wistfully. And as a result of this desire, at the April meeting of quilting varsovians a resolution was voted and accepted by the women parliament unanimously and without parties wrangling: "We will sew a quilt for Danka! " Let the politicians of the right, the left and from the center take an example of our unanimity in decision-making. And the pace of their implementation. 

Pomysłodawczynią tego przedsięwzięcia była Jolcia , która w lutym rzuciła taki pomysł.Wprawdzie fizycznie nieobecna na spotkaniu, ale jej duch unosił się nad nami i sączył w nas (ten duch) ustami Ani wizję wspólnego szycia.
Roboczy temat narzuty: domki.
Każda z nas miała uszyć jeden kwadrat.
Musiałyśmy mieć ze sobą stały kontakt i dlatego na FB powstała tajna grupa o wdzięcznej nazwie Narzuta für Danka.
W skrócie NfD.

The rain maker of this project was Jolcia , who in February came with the idea. And although she was not physically present at the meeting, but her spirit hovered over us and seeped into our ears through Ania’s mouth, a vision of the common sewing. The working theme for the quilt was: cottages. Each of us had to sew one square. We had to stay in constant contact with one another and aptly a secret group named  A Quilt für Danka was formed on FB. In short NFD.

Podczas obrad, z gronem powiększonym do 35 osób z całej Polski zainteresowanych wspólnym szyciem, temat nieco ewaluował i zamiast domków każda z nas miała uszyć kwadrat z czymś charakterystycznym dla swojego miejsca zamieszkania.
Czyli pełna dowolność i inicjatywa w rękach każdej z nas.
To znaczy nie był to taki nieposkromiony hurraoptymizm!
Pewne zasady musiały zostać określone - choćby tak z pozoru banalne jak wielkość kwadratu, czy grubość ociepliny użytej do pikowania.

Natomiast już bez żadnych odgórnych zaleceń i ograniczeń każda z nas wszywała w kwadrat dobre myśli i choćby kawałeczek serca. Dla Danusi.

Kwadraty szyłyśmy indywidualnie.

During the assembly, which grew already to 35 people from all over Poland interested in a common sewing, the theme evolved a bit and instead of cottages, we agreed that everyone will sew a block with something characteristic from one’s place of residence. Full freedom and initiative stayed the hands of each and everyone. I didn’t, however, mean a total untamable freedom! Some rules had to be determined - even something as seemingly trivial as the size of the block or the thickness of wadding used. However, without any guidelines or restrictions, everyone stitched into own block a bunch of good thoughts and a piece of heart. For Danusia.

Blocks were sewn individually.

I tak prezentują się po kolei:

Here they come

Mazury/ Lake District Masuria- Jo Ho



Kapcie domowe, warszawskie, rozmiar 38/Warsaw slippers, size 38 - Ula



Słonecznik/ Sunflower  - Lenka


Zachód słońca / Sunset - Abulinka


Polskie wybrzeże od Gdańska do Świnoujścia / Polish coastline from Świnoujście to Gdańsk - Marzena



Domek / Cottage - Terenia:



Plac Grunwaldzki w Szczecinie / Grunwald Square in SzczecinJolcia


Blok, w którym mieszkam nocą / The block of flats I live in, nightime - Jo Ho


Krajobraz z kwiatami / Landscape with Flowers Ania:


Domek z drzewkiem / House with a Tree - Ula:


Park / ParkAnia

Zamek / Castle  - Renata:

Łoś, który przychodzi pod dom / Moose, which comes to the house  - Ania:



Domy na Ursynowie/ Blocks of flats in Ursynów - Tereska:



Dmuchawce / Dandelions  - Marzena:


Kamienne krzaki / Stone Bushes  - Marzena:


Ratusz w Zamościu / City Hall in Zamość  - Joanna:



Niechaj narodowie... / Let the nations...  - Marzena:



Domek z tarasem i ogródkiem / Cottage with terrace and garden  - Hania:



Krajobraz z okolic Saalbrucken / The Landscape from Saalbrucken - Basia:



Chatka Baby-Jagi / Baba Yaga hut Kasia:



Brama / Gate - Basia:



Ogród / Garden - Bożena:

Podróżniczka Danka / Danka the Traveller  - Katarzyna:


Wiejska chata z makami i chabrami przy płocie / Country cottage with poppies and cornflowers at the fence  - Wiesia:


Don Kichot i Sancho Pansa / Don Quixote and Sancho Panza- Beata (Galeria Koral Art)


Mury toruńskiej starówki z ceramicznymi rzeźbami lokalnych artystów / The walls of the Old Town in Toruń and ceramic sculptures by local artists - Marzena:


Ser Koryciński Swojski z Podlasia / Homemade cheese from Korycin in Podlasie  - Ula:


Krajobraz, łąka / Landscape, meadow  - Ania:

Żubr / Bison  - Grażyna:



"Warszawa prosto" / Warsaw – straight on  - Jo Ho:


Lasek brzozowy / Birch grove - Grażyna:


Bloki o zachodzie słońca / Blocks of flats at sunset  - Ania:





Maja na łące koło Danki domu / Maja the dog on the meadow near Danka’s house  - Ania



Chata z palmami / Huts with palm trees  - Joanna:


Kamieniczki na Starym Mieście / The tenement houses in the Old Town - Renata:




Warszawa, Zamek Królewski / Royal Castle in Warsaw  - Lenka:



Domy na Ursynowie, Warszawa / Houses in Ursynów, Warsaw  - Terenia:



Pierwszy polski samochód osobowy "Warszawa" / First Polish passenger car „Warszawa” - Beata:



Pole z wierzbami / Field of Willows  Ania:



Drzewa/ Trees  Marzena:



Lniany Żyrardów / Żyradów of Linen  - Anna:

Kawa włoska wypita na Podlasiu w kubku skandynawskim / Italian coffee drank from the Scandinavian mug in Podlasie  - Ula:


Las w Międzylesiu / Forest in Międzylesie  - Monika


Dżdżownice na podlaskim chodniku / Earthworms on the sidewalk, Podlasie  Ula:


Szczyt Giewont w Tatrach / Giewont Peak in Tatra Mountains - Małgosia:



Śledzik, ogórek kiszony, do tego seta i woda sodowa / Herring, pickled cucumber, schnapps and soda water  Ania:


Zamek książąt Pomorskich w Szczecinie / Castle of the Pomeranian Dukes in Szczecin -Jolcia:

Chata z Torunia / Cottage in Toruń - Halina


Berlin / Berlin  Jolcia:


Syrenka Warszawska / Warsaw’s Coats of Arms - Mermaid Marysia:



Plaża / Beach Jo Ho:


Drzewa / Trees  - Halina:


Barbakan w Warszawie / Barbican in Warsaw  - Jolanta:



Krzywy domek w Sopocie / Crooked House in Sopot - Halina:


Mlecze na Podlasiu / Dandelions in Podlasie  - Ula:


Maszyna model "Narzuta fur Danka 2015" wielofunkcyjna i wieloosobowa / The sewing machine model "Quilt fur Danka 2015" multi-purpose and multi-player  - Ania:


A wielkie zszywanie i dopasowywanie nastąpiło 28 maja na spotkaniu u Ani.

Stitching and matching the pieces took place on May 28th at a meeting at Ania’s 



Zbiorowe myślenie pt: jakby to, kurna ładnie spasować...

Collective brain storm, heck, how to match those pieces...




Szycie maszynowe grupowe:

Machine sewing in groups...



Szycie ręczne indywidualne...

 Individual hand stitching...








I w podgrupach:

and in subgroups...


Prasowanie...

Ironing...




Nie obeszło się oczywiście bez fotki grupowej - obie pod tytułem: "Latające Anie dwie"


Group photo – „Two Flying Annes”



Ciąg dalszy  zszywania i PIKOWANIA (!) narzuty odbył się zdecydowanie w bardziej kameralnym gronie: Ania, Wiesia i przyjaciółka Ani - pani Marzena:

Sewing and quilting (!) continued in a smaller group: Ania, Wiesia and a friend of Ania - Mrs. Marzena




Udało się! Skończone!

We made it! Finished!




(Zdjęcie autorstwa sąsiada Ani - zawodowego fotografa)

Photo taken by the professional photographer (Ania’s neighbour)


Ściąga, kto co szył jest wyżej ;-)

List of the quilteres is  above ;-)


Tak narzuta prezentuje się w naturalnym środowisku:

This is how it looks in the natural environment:



A tak na wypadła przymiarka na łóżku:

Bed trial:



Teraz tylko pakowanie i wysyłka do miejsca docelowego.

Now just packing and shipping to its destination.




I aż do dziś - ani mru mru! :-DDD

And until today not a whisper!

Tak więc jak widać w tekście powyżej - milczenie nie jest złotem.

As you could notice in the above text – silence is not gold.


Milczenie jest narzutą!

Silence is a quilt!

Tłumaczenie na angielski: Lenka.

English translation: Lenka.

niedziela, 24 maja 2015

Dwa lata...

Hej!
To ja. Lucuś Wasz ukochany. Koci gwiazdor i namber łan wśród sierściarzy.
Kilka dni temu minęły dwa lata od umieszczenia przez moją mamusię  tego wpisu.

Okazałem się jednak zawziętym zawodnikiem i przeżyłem.
I żyję do dzisiejszego dnia.

Życie mam ogólnie całkiem spoko. Chociaż  swobodne poruszanie się tam gdzie chcę mogę sobie już tylko powspominać na fotkach:



Zostałem spacyfikowany szelkami i smyczą...
Wcale mi się to nie podobało na początku.
Podobno to dla mojego dobra.
Bo jestem chory, Na padaczkę pourazową i nie mogę już żyć swobodnie i nieskrępowanie.  Ten co mnie puknął zderzakiem, nie zabił mnie na śmierć, ale w głowie mi się coś popsuło i miewam ataki.
W styczniu dochodziłem nawet do takich co dwie godziny i trwały po kilka minut.
Oprawca przysolił mi końską dawkę leków na padaczkę i odpukać jest ok.
Wprawdzie wiąże  się to z badaniami mojej krwi raz na kwartał, ale już mnie nie rzuca po podłodze w kaskadach śliny i w krępującym mnie ogromnie zasiusianiu...
Coś za coś...

Mamusia kupiła szeleczki i smyczkę pod kolor moich oczu, doczepiła drugą, długą i automatyczną smycz. Tłumaczyła to tak, że nawalony lekami jak stodoła koci ćpun, samopas nie będzie jej się szwendał po okolicy bez nadzoru
Teraz jestem wyprowadzany na dwór i palikowany na trawniku i w innych miejscach ogrodu niczym koza.
Lepsze to, niż oglądanie plenerów przez szybę...


Zimą, to mnie nie rusza, Lubię sobie siedzieć w domku i się wygrzewać u Chudej:




Ale jak już się zrobi cieplutko i słoneczko przygrzewa całkiem konkretnie, to plaża mnie ciągnie. Oj ciągnie!



W domu mi się nudzi jak licho!
A złe ludzie z mamusią na czele ciągle mają o coś do mnie pretensje i stawiają zakazy.
Na przykład nie wolno mi włazić za pralkę.
Bo podobno się tam klinuję i trzeba mnie wyciągać za kark, albo co gorsza za ogon, bo mordę drę jakby mnie ze skóry obdzierali.
Każdy by się darł, jakby się nie mógł obrócić w żadną stronę...
Nie wolno mi włazić do szafki pod zlewozmywakiem, bo wywalam kosz ze śmieciami.
Dementuję - ten kosz to się  SAM przewraca! Ja tam tylko zaglądam...
Nie wolno mi łazić po stole, bo ludzie z mamusią na czele też po stołach nie biegają i wymagają ode mnie tego samego.
Mamusia ogólnie jest wyrozumiała i cierpliwa. Tyle, że jak na mój gust, za rzadko mogę się uwalić u niej na kolanach. Ciągle jest w ruchu, ciągle coś robi. Tylko późnym wieczorem, na krótko mam ją na wyłączność. Tylko wtedy, kiedy  siedzi przy laptopie.
Bo mamusia  nie chce ze mną spać.
Nie rozumiem, dlaczego nie podoba jej się to, że ją myję?
Co w tym złego? Przecież przed snem trzeba się starannie wypucować, a ja nigdy nie widziałem, żeby mamusia się lizała. Pewnie nie ma czasu, albo i siły po całym dniu, to ją chcę wyręczyć.
I co mnie za to spotyka???
Mamusia łapie mnie pod pachę i  mówi krótko i niekulturalnie mocno zaspanym głosem, wystawiając mnie za drzwi: WON LIZUSIE!
No to popłakując z cicha idę sobie spać gdzie indziej.
Najlepiej z Fredziem:



Nie wolno mi też zabierać dzwonków z kolekcji Ani. Każda taka próba kończy się awanturą i inwektywami pod moim adresem.
Że podobno imbecyl jestem, szkodnik, kretyn i takie tam różne inne...

Ale co ja poradzę na to, że jestem kleptomanem? Co się w zęby mieści, to moje!
Jak już nie mam co, to i bombkę z choinki rąbnę:

Tylko, żeby nie było! Nic nie ginie bezpowrotnie!
Wszystko znoszę do swojego składziku z zabawkami za fotelem w salonie.
To moja tajna skrytka, o której wie tylko mamusia ;-)

Tak ogólnie to w sumie nie narzekam. Mogłem gorzej trafić.
Lubią mnie te dwunożne, co zamieszkują w domu ze mną i mamusią. Młode samice mnie czasem pieszczą i masują boczki specjalną łapą:

Duży samiec pozwala się lizać i nawet sam czasem podsuwa mi rękę do mycia i zaprasza na wspólne oglądanie telewizji. Nie odmawiam.
No może czasami... ;)

Ogólnie mam się dobrze i fajnie mi jest.

Aha! Ten wpis to mamusia zmajstrowała, bo mnie się nie chciało pisać.
Ja ten post wymruczałem, siedząc sobie u niej na kolanach.

Pozdrawiam serdecznie swoich fanów kilka dni po moich drugich (powtórnych!) urodzinach.



Ps: wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście robiła mi  Asia.

piątek, 8 maja 2015

Ogłaszam przerwę

Dawno, dawno temu znalazłam ten filmik:

Polecam obejrzenie przed dalszą lekturą, żeby zrozumieć mój koszmarny błąd...
Jest krótki, jak coś.

Zapałałam dziką chęcią uszycia takiego czegoś. Bo to proste, łatwe i szybkie.
Tylko Jelly Rolls'a nie miałam.
Ale to pikuś! Przecież są Ładne Tkaniny
No i Ania ,  którą molestowałam w kwestii kolorystyki. Wytrzymała dziewczyna! Żyje do dziś :-D
Kolory musiały być konkretne, bo nie miałam szyć sztuka dla sztuki, tylko dla konkretnej osoby, z określoną kolorystyką sypialni.
Wybór padł na taką roleczkę. Nooo w sumie to na dwie, bo bałam się, że jedna może nie wystarczyć.
Nie od razu po zakupie przystąpiłam do szycia.
O nie!
Najpierw musiałam się nacieszyć tym co mam.
Macałam roleczki, wąchałam i głaskałam z miną niekoniecznie inteligentną...
Nie mogłam uwierzyć, że je po prostu MAM!

No ale ile można się rozpływać nad szmatkami.
Przystąpiłam do szycia.
Brałam jak leciało z rolki i zszywałam zgodnie z zaleceniem pokazanym w filmiku. A potem ciachałam. I szło zgrabnie do czasu, aż rozłożyłam to, co uszyłam na brązowym tle, w celu zwizualizowania sobie całości. Doszłam do wniosku, że jest nieźle, ale mogłoby być lepiej. W sensie, że więcej powinno być. I zamiast od razu przystąpić do dalszego szycia, odłożyłam robotę na czas późniejszy. Bo miałam inne mocno absorbujące zajęcia i obowiązki. Piętnaście kwadratów  czekało na doszycie kolejnych pięciu jakieś dwa-trzy tygodnie.
W końcu jakoś czas lekko wyhamował i mogłam pozszywać kolejne pasy.
Pozszywałam. A jakże.
I pocięłam. I złożyłam je do kupy w konwencji wertykalno-horyzontalnej.
Coś mi się na tym etapie nie zgadzało... Jakoś te kwadraty pod prostokąt mi podchodziły... Zgrzytało mi i uwierało, ale dzielnie parłam do przodu.
Potem pocięłam po przekątnych...
I umarłam!
Po czasie dotarło do mnie, że jak cięłam to co pozszywałam z 4 pasków JR, to machnęłam się dokładnie o centymetr! I do tego dokładnie w KAŻDYM kawałku! Czyli zamiast pociąć z długości tyle, co miała szerokość, jakimś cudem zgubiłam centymetr!
Więc nie miało to prawa się zejść idealnie.
Wprawdzie każdy kwadrat jest prostokątem, ale nie każdy prostokąt jest kwadratem.
Bolesna ta prawda, znana od lat z geometrii, dotarła do mnie po czasie.

Szlag mnie trafił! I to tak absolutny szlag, że nawet nie pomyślałam, żeby jednak nie poddawać się i uszyć raz jeszcze kolejne, tym razem udane i dopasowane do pierwszych wielkością, kwadraty.

Teraz wyjaśnię dlaczego nie mogłam zwyczajnie podocinać tych gotowych do mniejszego wymiaru.
Otóż - gdybym chlasnęła nożem po całości, to niestety skutecznie zlikwidowałabym narożniki. Kwadraty powstałe z szycia pasów byłyby koślawe i nierówno by się wszyły w obramowanie.

Tak więc zgrzytając zębami nad własną głupotą, pozszywałam to, co miałam i skanapkowałam:




Potem przepikowałam i powstała taka oto narzutka:

Dobre dusze radziły mi na  warszawskim spotkaniu patchworkarek, żebym jeszcze "piknęła" ręcznie supełkami na skrzyżowaniach. Spróbowałam. I zdecydowanie nie podobało mi się. Tak więc jest taka jaka jest.

Najważniejsze, że spodobała się mojej Sis. Bo to jest jej prezent ode mnie na urodziny.
Obiecałam jej, że za rok dostanie ładniejszą ;-)

A teraz ogłaszam przerwę w patchworkowaniu. Tak do drugiej połowy listopada. Wiosna, lato i wczesna jesień nie są łaskawe dla robótek ręcznych. Zwłaszcza dla siedzenia przy maszynie do szycia. Ogród swoje prawa ma i ja się im podporządkowuję. Coś tam może dłubnę z doskoku, ale raczej bez szaleństw.
Odpoczniecie od mnie ;-)

środa, 29 kwietnia 2015

Instrukcja obsługi pokoju dla nastolatki

1: Biurko.

Jak sama nazwa wskazuje, służy do prac typu biurowego. To taka dość wygodna i spora podkładka do pisania i rysowania. Rozumiem niespełnioną miłość do gór, ale tworzenie w miejscu pracy makiety Himalajów to nie jest do końca trafiony pomysł.
Podręczniki i ćwiczenia spokojnie mogą sobie mieszkać na rogu biurka.
Sugeruję układanie ich w następującej  konfiguracji: na dole te najszersze, a im wyżej, tym węziej. Odwrotny układ musi runąć wcześniej czy później. Zgodnie z prawami fizyki.
Gdyby starożytni Egipcjanie budowali piramidy od czubka jako podstawy, do Gizy nikt by nie jeździł, bo nie byłoby już po co.

Papierki typu: opakowanie po wafelkach, batonikach, czekoladkach, lizakach itp. najrozsądniej jest wywalać bezpośrednio po konsumpcji do kosza na śmieci.
Rzeczony kosz znajduje się po lewej stronie biurka.
 Aha! On jest typem prymitywnym i nienowoczesnym - nie ma opcji samoopróżniającej.
 Trzeba znieść do kontenera. Wymieniony kontener jest w piwnicy i ma czarny kolor. UWAGA! Nie gryzie!
Zużyte wkłady do pióra też wyrzucamy na bieżąco. One są jednorazowego użytku. Co oznacza, że jak są puste, to takie już zostaną po wsze czasy. Atramentu z powietrza nie przyssą.
Pasję rysownika popieram, jako i wszelkie inne przejawy pasji rękodzielniczej. Ale jak coś nie wychodzi i trzeba użyć gumki do ścierania, to te starte gumkowe "flaczki" również będą się idealnie wpisywać w krajobraz kosza na śmieci.

Słowniki jako podkładka pod głośniki to pomysł zaiste nowatorski i prekursorski, ale może czas pomyśleć o zmianach?

Aparat fotograficzny (wraz z obiektywem),  rozmiarów słusznych musi być pod ręką każdego rasowego fotografa, ale nie należy tego rozumieć zbyt dosłownie.

Klawiatura i mysz czują się świetnie na półce wysuwanej  spod blatu biurka. Gadżety z monitora czasem odpadają, ale chyba tęsknią za swoimi kolegami i chętnie do nich wrócą. Niestety - głupie są i same nie umiom, trza im pomóc siłą własnych mięśni ;-)

Temperówka do ołówków nie piszczy "tak jakoś dziwnie", bo jej baterie zdechły, tylko dlatego, że ilość obrzynków przerosła jej pojemność. Obrzynki wyrzucamy do kosza. Kosz nie zmienił miejsca pobytu i stoi w tym samym miejscu, o którym już wspomniałam.


2: Fotel biurowy.

Często mylony z szafą podręczną. To może i dobry pomysł, żeby wszystkie bluzy narzucać lekką ręką na jego oparcie, zwłaszcza jak się człowiek bladym świtem spieszy do autobusu i nie ma czasu na wybieranie ciuchów. Ale jak już brakuje miejsca do siedzenia...
Wróć!
 Jak już miejsce do siedzenia jest zmniejszone do powierzchni spodeczka pod szklankę, to nie jest dobrze i czas interweniować.
Bluzy kochają mieszkać w szafie. Każda na osobnym, własnym wieszaku. Są tam bardzo kontente i bezpieczne. Żaden szurnięty kot nie będzie im tam obgryzał suwaków, szarpał za rękawy(Lucjusz), lub robił sobie z nich legowiska (Fryderyk). Aha! Mieszczą się bez trudu! I wcale się nie gniotą!

3: Szafka nocna.

Wbrew pozorom nie pojawia się tylko nocą. Ona tam stoi 24 godziny na dobę. Ma szufladę, która chętnie przysysa i przechowuje pierdylion zegarków naręcznych, tajnych notesików i  skarbów bliżej nieokreślonych.
 Oraz latarkę (o niej będzie w kolejnym punkcie instrukcji).
Blat szafki nocnej chętnie przygarnia książki czytane tuż przed zgaszeniem lampki, ale ilości oscylujące w granicach 20 sztuk to zdecydowana przesada.
I stwarza poważne zagrożenie życia osoby śpiącej tuż obok tej hałdy.
Na nadmiar mnożących się przez podział/pączkowanie/zakupy lektur doskonale nadaje się jej dolna część (półka pod szufladą). Mieści idealnie i w pionie i w poziomie dużo więcej niż by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać.

4: Łóżko.

Mebel wygodny i bardzo pożądany. Zwłaszcza przed szóstą rano w dzień powszedni.
Generalnie służy do spania. Pod warunkiem, że ilość jaśków i poduszek nie trwa w niecierpliwym oczekiwaniu na stugłowego smoka.
Przestrzeń między łóżkiem a ścianą jest raczej niewielka i upychanie w niej:
a: królika
b: konia
c: hipopotama
to już przegięcie.
Zwierzętom wyżej wymienionym zdecydowanie bardziej komfortowe warunki zapewnia "zwis maskotkowy" wiszący przy drzwiach wejściowych (po prawej stronie jak coś).
Sądząc po ilości papierków  po wafelkach na głód nie cierpiały, a latarka oświecała im mroki odosobnienia, ale gwarantuję, że zdecydowanie jest im lepiej w towarzystwie innych pluszopodobnych stworzeń.


5: Komoda nr 1:

Książki piętrzące się w dwóch stertach pod sam sufit można zniwelować o 3/4 i ustawić na półkach w komodzie. Pod warunkiem wyciągnięcia spomiędzy setki książek naukowych: farb akwarelowych, plasteliny, zużytych bloków technicznych i rysunkowych, książek typu "Muzyka. Podręcznik dla klas 4-6". Się idealnie pomieściło, co się pomieścić nie chciało.


6: Komoda nr 2

UWAGA! PORZĄDEK! Gry planszowe na dwóch półkach leżą idealnie poukładane! SZOK!


7: Witryna (część dolna).

Książki mieszczą się bez problemu, pod warunkiem, że zmieni się ich położenie ze skosów bezładnych na piony uporządkowane. Wystarcza spokojnie miejsca nawet na wspomniany w punkcie pierwszym aparat fotograficzny i jego instrukcję obsługi.Mieszczą się oboje bez najmniejszych problemów i jeszcze jest luz.


8: Witryna (część górna).
Złamałam się i poddałam...

Z eksploracji dalszych części pokoju mojej nastolatki na wszelki wypadek zrezygnowałam...

wtorek, 28 kwietnia 2015

Z opóźnieniem

To ja. Wasz dzielny Koszałek Opałek. Czyli skryba warszawskich, comiesięcznych Spotkań Patchworkowych.

Jak wiadomo, krasnoludki są ludkiem zapracowanym po czubek spiczastej czapeczki i siwej brody, w związku z tym nie mogłam spełnić swojej kronikarskiej powinności na ten tychmiast po spotkaniu.
"Czejs" mi gna na złamanie karku, niczym spłoszona pchła na wyleniałym psie.

Ale na szczęście czas można zatrzymać dość skutecznie.
Na zdjęciach - jakby ktoś nie wiedział ;-)

I teraz ostrzegam: rzeczonych fotek będzie od pyty! Jeszcze takiej ilości chyba nie umieszczałam na blogu w jednym wpisie.
Więc uprzedzam - będzie duuuużo oglądania. A i tak nie wszystko wkleję w ten post.

Postaram się jakoś w kronikarskim skrócie opisać jak to na spotkaniu było.

Ano było nas 14 kobitek.
Znaczy nie hurtem i nie na raz, tylko od południa do godzin wieczornych.


Jak już wspomniałam, nasze spotkanie 23.04 (w dniu imienin Jerzego i Wojciecha), odbywało się pod znakiem Akcji Serduszkowej dla CZD.

Dzielne szwaczki pracowały pełną parą:




Niektóre na stojąco:



Inne klasycznie i po bożemu:




Bywało, że i na cztery ręce:

Hania i Ania

W tandemie:

Hania i Ewa

W pojedynkę:
Na pierwszym planie Jadzia




Tereska




Ania Sławińska



I z pędzlem w ręku:




Materiałów do tworzenia zdecydowanie nie brakowało:

Od lewej: Lenka i Jadzia


Nawiasem mówiąc - ten regał, wraz z zawartością, za Lenką i Jadzią, to mój mroczny obiekt niezdrowego pożądania :D

Jak ktoś osłabł i podupadł, miał miejsce do wskrzeszenia omdlałego ducha (i ciała):

Ewa


Przytulny i słodko pachnący kącik kusił. Oj kusił nad wyraz skutecznie :-D

Po lewej... (zabijcie mnie! nie pomnę :-( ) Po prawej: Ula  


Koszałek Opałek też tam koczował, ale na szczęście nikt mu fleszem w zęby nie strzelał ;-)

Były również dyskusje i ogólne zgromadzenia:

Od lewej: Marzena, ?, Ula i Ania 



A jak dyskusje, to i podziwianie tego, co się tworzy.

Tym razem padłyśmy z zachwytu na widok tego, co tworzy Lenka (niestety - niezblogowana :-( )

Fragment narzutki dla dzieciny płci żeńskiej autorstwa Lenki:



Nasze nabożne skupienie i podziw:



Jej kalejdoskop (in progress)


Lenka chyba sama doszła do wniosku, że będzie z tego coś niesamowitego i wraz z nami padła uczciwie na własne kolana przed osobistą pracą:

Narzutka z męskich koszul, czyli recykling taki, że mucha nie siada:


A to będzie cudna kołderka dla siedmioletniej siostrzeniczki Lenki:

Lenka szyje nie tylko patchworki w formie plaskatej. 
Co powiecie na taką kurteczkę?


Ewa miała ochotę  dać w niej w długą, ale Lenka była czujna i nie dała :-D

Starcie nie skończyło się rozlewem krwi wbrew pozorom. Ewa grzecznie, acz z wielkim żalem kurteczkę oddała ;-)

Było super, świetnie i naładowało mi akumulatory po same klemy :-D.

Dziękuję Ci Aniu za ponowne spotkanie. Za atmosferę, za klimat i tak ogólnie za całokształt oraz nieziemską cierpliwość. Wiem, że nie było Ci łatwo - przeziębienie i katar niczym Niagara odbiera chęć do życia nawet takim energicznym osobom jak Ty :-)))

A co powstało w trakcie spotkania? No serduszka rzecz jasna!
Ale celowo o nich teraz nic nie piszę. Dopiero po całkowitym zakończeniu Akcji zrobię podsumowanie.
Dziś, póki co, umieszczę tylko jedną fotkę na wabia i na zachętę:


Ps: zdjęcia są autorstwa Ani (naszej cierpliwej gospodyni) i Tereski (dobrego ducha Akcji Serduszkowej).