niedziela, 19 września 2010

Reklama

Dziś będzie krótko. A przynajmniej taką mam nadzieję.
O reklamie będzie.
Od pewnego czasu dostaję na maila oferty od różnych sklepów prowadzących sprzedaż zarówno internetową jak i "naziemną".
Wygląda to tak mniej więcej:
"Pani blog blablabla... Pani popularność blablabla..." Czyli smarowanie mojego ego słodziutkim miodzikiem.
Po czym następuje konkret:
"Pani napisze posta na temat naszego sklepu, umieści link do niego i na stałe baner na bocznym pasku, a my się odwdzięczymy..."
I tu następuje lista dowodów wdzięczności:
-smycze
-ołówki
-kredki
-długopisy
-kubki
-podkładki pod myszy
-itp...
Otóż chciałam poinformować , że:
-na tego typu maile nie odpisuję
-wyżej wymienione artefakty posiadam w ilościach hurtowych
-reklama sklepów nazwijmy je "obcych" nie znajdzie się na moim blogu.

Na moim pasku bocznym są trzy sklepy, które reklamuję.
Ale należą do dziewczyn BLOGUJĄCYCH!
Nie prosiły o podlinkowanie swoich sklepów. Zrobiłam to, bo je znam, lubię i cenię.

Co innego, gdyby zwróciła się do mnie firma, czy sklep z gadżetami robótkowymi - te przygarnęłabym pod swe opiekuńcze skrzydła na ten tychmiast ;-)

A teraz "konsekwentnie inaczej" będzie reklama ;-)
Od wielu lat mam koleżankę. Poznałam ją na forum robótkowym.
Przepięknie maluje jedwabie, robi cudowne koronki klockowe, prace w technice pergaminowej spod jej palców wychodzą takie, że dech w płucach zapiera...
Ma talentów tyle, że aż dziw bierze, że to się mieści w tak drobnej osóbce jaką jest Ataboh :-)
Tylko ma jedną wadę: jest nieśmiała i nie ma bloga.
To ostatnie wynika także z innego powodu - brak czasu, ponieważ prowadzi gospodarstwo agroturystyczne

Beatko! Nie zamorduj mnie, ale ta reklama należała Ci się ode mnie już od stu lat z okładem!

No i pozostajemy w duchu reklamy...
Zapewne większość z Was już wie o II wielkim spotkaniu podlasko-mazurskim.
Jak ktoś nie słyszał, to biegiem do Krzysi!
U niej na blogu wszystko jest wytłumaczone :-)


A na koniec też w pewnym sensie reklama blogowa.
Jakiś czas temu zobaczyłam na blogu Marty uszyte [przez nią poduszki z kotami. Oniemiałam z zachwytu! A Marta, dobra dusza zaproponowała mi wymiankę :-)
Wiem, że przesyłka już do niej dotarła, więc mogę spokojnie pokazać to, co przygotowałam dla Marty:


Marta nazwała królika Rysiek ;-)

Kocia poducha jeszcze jest w drodze, ale jak już dojdzie zaraz się pochwalę wszem i wobec :-))

No! Chyba po raz pierwszy udało mi się nie rozpisać ponad miarę!

poniedziałek, 13 września 2010

Jestem chora...

Tak jak w tytule.
Nie ma sensu dłużej tego ukrywać. I tak większość z Was wie, że jestem nieuleczalnie chora. Od lat. Nie mam szans na wyleczenie.
I proszę - nie piszcie w komentarzach słów pocieszenia, że będzie lepiej, że bedzie ok! Że kiedyś, ktoś wynajdzie jakieś lekarstwo na moje schorzenie.
Nie! Nie ma takiej możliwości...
Moja choroba jest jak pisałam nieuleczalna, ale nie jest śmiertelna.
Choruję na nią już od wielu lat. Ale nasilenie objawów nastąpiło w niedzielę przed południem, kiedy większość z Was spokojnie zażywała relaksu na łonie rodziny lub przyrody...
Czas na konkrety...
Otóż atak mojej choroby objawił się następująco:
-bezdech
-wytrzeszcz
-cielęca bezmyślność
-i bełkotliwa mowa: o matkojessuuoooo!!
Atak nie nastąpił ot tak!
Przyczyna była zgoła zewnętrzna...
Oto ona:
To jest moja choroba - nieuleczalna!
Bo czyż leczy się MIŁOŚĆ???
To kot rasy main coon. Cudo kociej ferajny! Chyba największy kot domowy. Normalny, udomowiony żbik, proszę Was!.
Tu można poczytać o jego charakterze.

A teraz może wypadałoby rzucić trochę światła na ten pokrętny początek ;-)
Byłyśmy z Anią, wczoraj na Międzynarodowej Wystawie Kotów.
Obie kociary nie mogły odpuścić sobie takiej okazji!
A o wystawie dowiedziałam się od Kasi .
Ale o tym trochę później ;-)
Wycieczkę do centrum stolicy zapowiedziałam dziecku nieopacznie już w piątek. Więc nie miałam życia... Zwłaszcza, że od razu zapowiedziałam, że nie jadę samochodem, tylko autobusem, bo nie chce mi się tracić czasu na szukanie miejsca do parkowania. Więc Ania dostała amoku: nie dość, że koty, to jeszcze podróż AUTOBUSEM!! Ot - taka niewinna atrakcja dla dziecka przyrośniętego jak mama do foteli w samochodzie ;-)
Dobrze, że grzyby ją jakoś ukoiły na chwilę!
Lata przerwy w podróżowaniu komunikacją miejską spowodowały, że hm... tego... nie wiedziałam, jak się kasuje bilety :-D
Napisali wprawdzie "paskiem do dołu", ale nie pisali, że mam go puścić do kasownika luzem, a on mi odda!
A ja go trzymałam kurczowo w garści ;-DD
Ale jakoś w końcu udało nam się dojechać nie na gapę ;-)

Po wejściu na wystawę obie dostałyśmy amoku!
Tyle kotów! W jedym miejscu!
I do tego wystawcy nie mieli nic przeciw dotykaniu i głaskaniu sierściuchów!
Ba! Jedna pani hodowczyni sama wepchnęła mi kocie cudo na ręce!
Nie protestowałam!
Oto kot, a właściwie koteczek rasy niebieskiej rosyjskiej


Prawda, że cudny?
Mięciutki, delikatny.. I przestraszony tłumem obcych ludzi...

A to starszy przedstawiciel tej samej rasy:
Jak widać, ten delikwent już jest otrzaskany z ludzką nawałnicą i spokojnie sobie drzemał na puszystym pledziku ;-)

Koty zachowywały się różnie. Jedne spały jak te syberyjskie


To nawiasem mówiąc moja miłość nr dwa, zaraz po main coon'ach ;-)


Inne, jak abisyńskie beztrosko i zawzięcie tłukły się bez opamiętania:


Inne zaczepiały bezpardonowo zwiedzających:






Ten leniwy pers na fotce powyżej wyraźnie zapałał sympatia do mojej Ani i bardzo delikatnie łapał ją puchciatymi łapkami za paluszki nie wysuwając pazurków :-)

Koty większości z nas kojarzą się z puszystym i miękkim futerkiem.
Ale jak wiecie, są też koty jakby to powiedzieć... - łyse jak kolano!

To sfinks.
Nie ukrywam, że podchodziłam do niego z pewnymi oporami...
Taki jakiś glizdopodobny...
Ale ponieważ obiecałam mojej sis, że nie tylko zrobię temu czemuś fotkę, ale również w jej imieniu pogłaszczę tego ufoludka - to musiałam dotrzymać słowa.
Pani hodowczyni nie miała nic przeciwko głaskaniu tego kota, który z buzi przypomina mi Zgredka (kto nie jest Mugolem to wie o czym mówię ;-)).
Pogłaskałam... Czegóż się nie robi dla młodszej siostry!

Doznanie było niesamowite!!
To nie łysa, obślizgła skóra. To AKSAMIT! W najdelikatniejszym wydaniu! I jeszcze coś - ciepło! Niesamowite ciepło emanujące z tego drobniutkiego ciałka...
Nieprawdopodobne doznanie!
Gwoli wyjaśnienia: moja ręka to ta po lewej. Ta owłosiona łapa nie należy ani do mnie, ani do Ani ;-)
To inny zwiedzający równie przytkany jak my musiał swoje "odgłaskać" ;-))

Ale...
Ale i tak moją MIŁOŚCIĄ NIEULECZALNĄ będą main coon'y!!


To dla odmiany niespełna czteromiesięczna koteczka właśnie tej rasy. Wielkości mojej dorosłej kocicy :-)


Jak wspomniałam na początku posta, o wystawie dowiedziałam się od Kasi. A dokładnie z tego postu
Tak więc absolutnie nie mogłam odpuścić okazji do poznania w realu przemiłej i tworzącej cudowne rzeczy dziewczyny!!!


Na zdjęciu widocznym powyżej, Kasia broni się przed atakiem głównodowodzącego dragona czyli Uli vel Cebulki ;-)
Ta skądinąd przesymatyczna osoba nakazała Kasi szybkie "doszywanie" kocich zawieszek na komórkę "bo wzięły i wyszły!"
Nie dziwię się! Śliczności tam były takie, że oczy na wierzch wyłaziły!
To jeszcze jeden fragment ich stoiska:

I obie super kobitki w akcji: Kasia szyje, Ula sprzedaje :-)


Mam nadzieję, że głowy mi nie urwą za te fotki, bo uczciwie mówię, że nie pytałam o pozwolenie na publikację!
Dziewczyny! Super, że mogłyśmy się zobaczyć w realnym świecie!
Cieszę się przeogromnie, że mogłam poznać kolejną przesympatyczną blogowiczkę.
I mam nadzieję, że takich spotkań jeszcze wiele przed nami wszystkimi :-))

sobota, 11 września 2010

Mania zbierania

Kto niczego nie zbiera, ręka w górę.
Nie widzę, nie słyszę... ;-)
Każdy coś kolekcjonuje: kordonki, włóczki, naparstki, materiały, starocia, filiżanki, kubki, buty, ciuch, samochody, kochanki...
No dobra! Rozpędziłam się!
"Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma. A ja w domu mam..."
Nie!Chomika nie mam. I absolutnie nie planuję!
Za to mam grzyby! Sezon grzybiarski w pełni.
Wczoraj po południu wybrałyśmy się z Anią do lasu.
Wyprawa to zbyt szumne stwierdzenie. Po prostu wzięłyśmy łubiankę, wyszłyśmy za bramę i już byłyśmy w lesie.
Dla niezorientowanych: mieszkamy w otulinie Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Tak więc las mam za płotem ;-)
Poszłyśmy bez nadziei na znalezienie czegokolwiek.
Z uwagi na łatwość dotarcia do lasu (kilka autobusów kończy u mnie na wsi swoje trasy), nieszczęsne zbiorowisko drzew przypomina raczej podręczne wysypisko śmieci.
Swoją drogą jestem pełna "podziwu" dla osób, którym chce się z torbą pełną szklanych butelek gnać w las i wywalać je w jeden z lei po bombach, z dala od cywilizacji...
Wory ze śmieciami "dyskretnie" upchnięte pod krzakami to ponura codzienność "mojego" lasu.
Tak więc wracając do naszej "wyprawy" - szłyśmy jak wspomniałam - bez nadziei znalezienia czegokolwiek poza kupami: zarówno śmieci jak i tymi psimi.
Właśnie również miłośnicy tych czworonogów też przyczynili się do degradacji lasu.
Pieski różnej maści i gabarytów puszczane luzem przez głupkowatych właścicieli wypłoszyły lisy, sarny, zające, dziki, bażanty itd...
Nie przyjmuję tłumaczenia:
-Bo się piesek musi wybiegać...
To my jesteśmy gośćmi w lesie! A nie dzikie zwierzęta!
No dobra! Bo mnie zaraz miłośnicy psów od czci i wiary zaczną odsądzać!

A więc: pogoda wczoraj była piękna. Ciepło, przyjemnie. W sam raz na spacer. Nawet niekoniecznie zwieńczony zaplanowanym sukcesem.
Ale jednak miło się rozczarowałyśmy: grzybiarzy tycio, a podgrzybkami napełniłyśmy naszą łubiankę po same brzegi nad podziw szybko!
Upojone szczęściem i powietrzem wróciłyśmy do domu postanawiając, że następnego dnia też idziemy!
Mój małż po powrocie z pracy zapłonął żądzą natychmiastowego udania się do lasu. I żałował, że za późno jest...
Zaproponowałam mu wprawdzie latarkę, ale nie chciał. Nie wiem czemu? Faceci są dziwni!

No a dziś...
O godzinie 5:15 usłyszałam jakieś hałasy dobiegające z kuchni. Wypełzłam zaspana jak nieboskie stworzenia i stwierdziłam, nie schodząc nawet na dół, że mój ślubny smaży sobie jajecznicę. A chwile później śmignął na grzyby. Samochodem. Za Warszawę. Ma jakieś swoje miejsca i tam jeździ.
Oczywiście uczciwie poprzedniego dnia proponował również i mnie jazdę na grzyby, ale niewdzięcznie i z pogardą prychnęłam:
-O 5 rano to ja się na drugi bok przewracam. To barbarzyńska pora dla piekarzy i nawiedzonych grzybiarzy!

A poza tym ja nie jestem długodystansowcem. A mój chłop goni po lesie jak chart afgański! Nie sposób za nim nadążyć! Nie! To stanowczo nie na moje nerwy!!
Tak więc konsekwentnie łupnęłam się do wyrka i obudziłam się jak skowronek o 8:15.
Bez pośpiechu wstałam, nastawiłam pranie, zjadłam śniadanie, podniosłam małą z łóżka. Nie bardzo jej się chciało, ale na hasło:
-Grzyby czekają! - zerwała się jak rączy jeleń.
Na spokojnie ugotowałam zupę, usmażyłam jabłka i wyrobiłam ciasto (przepis niebawem w Garkotłuku)
No i wyszłyśmy na grzyby.
O 10:30. Wyspane! ;-D
Po wejściu do lasu natychmiast zobaczyłam i usłyszałam dziką tłuszczę.
Znaczy "grzybiarzy".
Gnali w przód wrzeszcząc i tratując runo leśne i siebie nawzajem...
-A lećcie barany! - pomyślałam mało przyjaźnie
Barany poleciały.
A my podreptałyśmy wolniutko na nasze miejsca, zbierając po drodze to, czego barany nie podeptały...
Po dotarciu w to samo miejsce co wczoraj, ja się zamieniłam na moment w barana.
Znaczy zbaraniałam kompletnie.
Mech w wielu miejscach przesyła rosnąć...
On był po prostu PRZERYTY! Wywalony korzeniami do góry!

I tu mój nieśmiały apel do zbieraczy:
Uprzejmie proszę przed wyjściem do lasu o pozostawienie w domu:
-grabi
-motyk
-łopat
-sztucznych szczęk
-i innych narzędzi służących, lub mogących służyć do drapania poszycia...
Nie zachowujcie się w lesie w myśl hasełka:
Po nas choćby koniec świata!

Wracając od naszego grzybobrania.
Ania często znajdowała wycięte trzonki grzybów pozostawione w glebie.
Zgrzytając zębami wyciągała je.
Bo nawet moja dziewięciolatka wie, że grzyby się WYKRĘCA, a nie WYCINA! Po to żeby grzybnia nie zgniła!
A miejsca po grzybie nie zostawiamy rozbabranego, tylko przykrywamy. W ten sposób grzybnia nie wyschnie.

Zbieraczy było sporo. Cóż się dziwić - sobota!

Ale jedna pani wprawiła mnie w nie lada osłupienie...
Otóż przyszła tam, gdzie dreptałyśmy sobie z Anią i wyciągałyśmy podgrzybki jak malowane i łażąc mi po rękach (dosłownie!) zaczęła zabierać nam "nasze" grzybki!
Chyba obca jej jest taka niepisana "umowa" między grzybiarzami: nie włazimy innemu zbieraczowi przed nos! Las jest wielki! I grzybów wystarczy dla wszystkich chętnych!
Chciała być miła i zagaiła rozmowę:
-Ależ grzybki wysypały!
A ja pomyślałam wrogo: "A żeby ci się wysypały! Z koszyka!"
Ale zamiast tego zwróciłam się do dziecka równie niechętnie popatrującego na panią nachalną
-Weź myszko koszyczek, bo ja chcę zapalić a nie mam wolnej ręki. I patrz: tu, tu, i tu i tam, i tam o i tam są grzybki. Zbieraj słoneczko sobie...
Pani chyba pojęła aluzję bo zawróciła do gromko pohukującego na nią męża.
A moje dziecko?
Amoku dostało! Takiej gorączki grzybowej czy coś?
I wczoraj i dziś.
Kosiła grzybki z zapałem. Czasem zbyt dużym ;-)
Zdarzało się, że grzybek w trakcie zrywania tracił głowę...
Za którymś razem ponuro stwierdziła:
-Łeb mu urwałam!
-Po co? - zapytałam
-Zasłużył sobie!

Nieopatrznie uświadomiłam Aniusię jak się zbiera gąski.
No i mam przechlapane! Nie odpuści mi!
Wizja pełzania, ganiania na kolanach i poszukiwania grzybów w piachu metodą Braille'a potwornie pobudziła wyobraźnię mojej panienki ;-)
Miała ochotę JUŻ iść na gąski, ale pohamowałam ją.
-Za ciepło! Za wcześnie! Poczekaj! W październiku się zaczną! Póki co skup się na tym co jest!
Skupiła się. Wróciłysmy do domu.
Męża jeszcze nie było.
Więc rodzinnie obstawialiśmy:
A: jest tak dużo grzybów, że może może wyjść z lasu
B: nic nie ma i głupio mu wrócić do domu
Wrócił kilka chwil po nas...
Tja...
Niech zdjęcia przemówią:
To nasz dzisjeszy zbiór - mój i Ani


A tak wyglądaj na tle tych małża...




Ale...
Jak wspomniałam - ten nasz las jest zadeptany dosłownie i do bólu. Poszłyśmy dość późno i na krótko.
Tak więc nie jest źle ;-)

Później nastąpiło czyszczenie.

Zdjęcie autorstwa Rabarbary. Robione przy użyciu obiektywu tzw rybie oko. stąd ten efekt kulistości.
Mamy mnóstwo suszu grzybowego. Przydadzą się np. do krupniku i bigosu :-)
Powiększa się też kolekcja grzybków marynowanych - mężu robi, nie ja!
I co dosyć nam tego leśnego owocu?
NIEEEE!!!
Wszak mania zbieracza nigdy nie zasypia ;-)

A na zakończenie taka krótka historyjka. Autentyk opowiedziany mi przez brata ciotecznego.
Było to kilkanaście lat temu.
Rodzinka złożona z mamy, taty i trójki dzieci zbiera grzyby. Dzieci niezbyt wprawne w zbieractwie co chwila darły się z różnych części lasu:
-TATO! Co to za grzyb???
Tata leciał, wydawał wyrok i wracał w swoje grzybodajne miejsce. Za chwilę z innej części lasu, kolejne dziecko miotane wątpliwościami drze paszczę:
-TATO! Co to za grzyb??
Po kilkukrotnym galopie w tę i na zad tata się zniecierpliwił i ryknął do swoich pociech:
-ZBIERAĆ WSZYSTKO! W DOMU SIĘ PRZEBIERZE!!

sobota, 4 września 2010

Słownie i konsekwentnie


Jestem raczej słowną osobą. Tzn tak mi się wydaje ;-)
Natomiast wiem, że jestem konsekwentna. Czasem aż do przesady i zdarza się, że "na złość swojej mamie odmrażam sobie uszy!". BO TAK!
No dobra! Nieważne...

Obiecałam w poście "Romantycznie czy cóś", że pochwalę się zdjęciami sesyjnymi mojej fotografki, która wystąpiła w nietypowej dla siebie roli modelki.
Aś lubi stać po drugiej stronie obiektywu, bo może się "wyżywać" na modelach i dyrygować nimi w dowolny sposób, odpowiadający jej wizji artystycznej. I co ciekawe - ma dziewczyna intuicję i co tu dużo mówić - talent w tej dziedzinie.
A modele słuchają jej ślepo jak guru i źle na tym nie wychodzą ;-)
I na zdjęciach też się prezentują, że mucha nie siada!

Ale jak już da się na mówić i wypuści aparat ze łapek, to też nie jest źle.
Nie wypada mi napisać, że jest SUPER! ;-D
Pokażę Wam kilka zdjęć z sesji. Było ich... no nie wiem! Dużo. MEGA DUŻO!!!
Dlaczego Rabarbara zgodziła się na tę sesję?
Bo fotograf ujął ją stwierdzeniem, że ma piękne oczy!
No bo ma!





Czasem (stanowczo za rzadko!!) wkłada na nos różowe okulary



Od czasu do czasu, jak jej mama wpada w nastrój nostalgiczno-romantyczny ;-)



Najczęściej jednak walczy jak lwica z całym światem (czasem bez powodu - tak na wszelki wypadek ;-))



A jak boksowanie daje mierne efekty, to pokazuje dobitnie, gdzie ma cały świat i jego okolice...



Ale cały czas jest moją kochaną, słodką córeczkę :-))


I tym sposobem wyszła mi kontynuacja posta urodzinowego ;-)

A teraz będę się stosunkować.
Bez kosmatych myśli bardzo proszę!
Do komentarzy pod "Pocieszajką"

Tak jak tam pisałam - moich komentarzy pod tamtym postem nie będzie. BO TAK!

Przede wszystkim bardzo Wam dziękuję, że tak chętnie i licznie bierzecie w niej udział :-))
To dla mnie ważne, bo wiem, że to co sobie w przerwach od życia dłubię może się podobać i Ktoś chce to mieć :-))
DZIĘKUJĘ!
A teraz do rzeczy.
Otóż zdecydowana większość chętnych do losowania osób spełnia warunki mojej zabawy.
Ale nie wszystkie osoby, niestety.
Zasady nie są zbyt skomplikowane, więc... ;-)
Kilka z Was napisało błędną datę zakończenia zabawy.
Dziewczyny!
Nie 14.09, tylko 14.10!
O miesiąc się "kropnęłyście" ;-)


Druga rzecz - nagroda z drugiego zdjęcia będzie rozlosowana spośród WSZYSTKICH uczestników zabawy, tak jak i ta z pierwszej fotki.
Warunkiem jaki był konieczny do jej losowania było 50 komentarzy.
A ponieważ jest już powyżej moich nieśmiałych oczekiwań, więc... ;-)

A do niektórych komentarzy muszę się odnieść bezpośrednio:
Koroneczko: kotki, jak to kotki - się wzięły i przybłąkały ;-) Jak to zwyczajowo moje koty ;-)
A wakacje BYŁY i się ZMYŁY, więc jakby NIEBYŁY ;-))
A jak lenia nie pogonisz, to sama wiesz... ;-P

Irenko - a jak myślisz - co do tej pory "robiło" u mnie za podkładkę do kawy? Poszłam o krok dalej niż Ty i użyłam karty czytelnika - szersza w biodrach ;-)

Madziu - u mnie póki co dyrekcja twardo obstaje przy 17.06. Tym bardziej, że tak jest na stronie MEN. Ale większość szkół faktycznie kończy nietypowo, bo w środę 22.06.
A u mojej Ani w szkole jeszcze nie wiedzą, kiedy kończą :-DD

Dorota - zaintrygowałaś mnie!! Tym bardziej, że ja TEŻ kończyłam TĘ szkołę, w której teraz pracuję! Wprawdzie było to w czasach, kiedy mamuty hodowało się w przydomowych ogródkach, ale może jakoś zahaczyłyśmy o siebie :-). Zaraz maila skrobnę!

A ogólnie?
Ano tzw "pałera" mam... I to takiego, że aż sama siebie się boję!
Nawet nie sądziłam, że taka ze mnie mrówko-pszczółka...
Ale to już inna bajka ;-)

środa, 1 września 2010

Początek pocieszajkowy

Tak więc wakacje niestety można uznać za niebyłe :-(
Dwa miesiące zleciały szybko.
Za szybko!
Za oknami szaro, buro, leje i ogólnie jest schizowo i ohydnie.
Konieczność porannego wstawania na rozkaz nieczułego budzika też nie jest zbyt nęcąca.
Pocieszam się tym, że jeszcze TYLKO 290 dni (z dzisiejszym) i znowu WAKACJE!!!
Tym razem zaczną się 17.06!!!!
Ach! Już odliczam dni ;-)

A żeby ten czas jakoś szybciej upływał no i na pocieszenie postanowiłam ogłosić na moim blogu zabawę zwaną z angielska "candy".
Ponieważ język polski jest na tyle bogaty, że nie muszę się podpierać protezą obcojęzyczną nazwałam swoją zabawę

"POCIESZAJKA"

Trzeba się jakoś podbudować z powodu kończącego się nieuchronnie lata.
Skończonych wakacji.
Nieuchronności nadejścia długich, zimnych, ciemnych i pluchawych dni.

Kolejny powód (niebagatelny!) - biorę udział w wielu zabawach blogowych i ku mojemu zdumieniu i przeogromnej radości czasem wygrywam!
Więc najwyższa pora na odwzajemnienie dobroci, która na mnie spływa z Waszych przyjaznych i ciepłych blogów.

Następny powód, też bardzo istotny: liczba moich obserwatorów przekroczyła już dawno temu 200 osób. Na dzień dzisiejszy jest Was 224!!
Liczba odwiedzin na blogu ponad 45.500!
Oszałamiające liczby!

A więc nie przedłużając.
Do wygrania są jak widać na fotce: frywolitkowa zakładka do książki, tą samą techniką zrobiona podstawka pod kubek (np. z kawą popijaną przy ciekawej lekturze) i kotek (większość robótkarek to zaprzysiężone kociary).


Ale...
To nie wszystko.
Jeżeli liczba chętnych do losowania przekroczy 50, rozlosuję nagrodę pocieszenia:


Zasady:
1. Osoby posiadające bloga proszone są oprócz pozostawienia komentarza pod tym postem, o umieszczenie informacji o "Pocieszajce" u siebie na blogu wraz ze zdjęciem i aktywnym linkiem do mojego bloga. Najlepiej na bocznym pasku bloga.
2. Osoby anonimowe proszone są o pozostawienie w komentarzu adresu mailowego (może być bez domeny - sam początek).
3. Osoby posiadające konto na blogerze, ale nie posiadające bloga - proszę o zastosowanie się do pkt nr 2.

Uwaga! Będę skrupulatnie sprawdzać!

Pod tym postem nie będzie moich komentarzy. Tylko Wasze :-)

No i jeszcze taki tyci, ale dość istotny szczegół:
"Pocieszajka" trwa od dziś, czyli 01.09 do 13.10 do północy.
Losowanie 14.10 czyli (no jakby inaczej!) w Dniu Edukacji Narodowej.

Serdecznie zapraszam!

To jak? Są chętni? ;-)