Kto niczego nie zbiera, ręka w górę.
Nie widzę, nie słyszę... ;-)
Każdy coś kolekcjonuje: kordonki, włóczki, naparstki, materiały, starocia, filiżanki, kubki, buty, ciuch, samochody, kochanki...
No dobra! Rozpędziłam się!
"Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma. A ja w domu mam..."Nie!Chomika nie mam. I absolutnie nie planuję!
Za to mam grzyby! Sezon grzybiarski w pełni.
Wczoraj po południu wybrałyśmy się z Anią do lasu.
Wyprawa to zbyt szumne stwierdzenie. Po prostu wzięłyśmy łubiankę, wyszłyśmy za bramę i już byłyśmy w lesie.
Dla niezorientowanych: mieszkamy w otulinie Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Tak więc las mam za płotem ;-)
Poszłyśmy bez nadziei na znalezienie czegokolwiek.
Z uwagi na łatwość dotarcia do lasu (kilka autobusów kończy u mnie na wsi swoje trasy), nieszczęsne zbiorowisko drzew przypomina raczej podręczne wysypisko śmieci.
Swoją drogą jestem pełna "podziwu" dla osób, którym chce się z torbą pełną szklanych butelek gnać w las i wywalać je w jeden z lei po bombach, z dala od cywilizacji...
Wory ze śmieciami "dyskretnie" upchnięte pod krzakami to ponura codzienność "mojego" lasu.
Tak więc wracając do naszej "wyprawy" - szłyśmy jak wspomniałam - bez nadziei znalezienia czegokolwiek poza kupami: zarówno śmieci jak i tymi psimi.
Właśnie również miłośnicy tych czworonogów też przyczynili się do degradacji lasu.
Pieski różnej maści i gabarytów puszczane luzem przez głupkowatych właścicieli wypłoszyły lisy, sarny, zające, dziki, bażanty itd...
Nie przyjmuję tłumaczenia:
-Bo się piesek musi wybiegać...
To my jesteśmy gośćmi w lesie! A nie dzikie zwierzęta!
No dobra! Bo mnie zaraz miłośnicy psów od czci i wiary zaczną odsądzać!
A więc: pogoda wczoraj była piękna. Ciepło, przyjemnie. W sam raz na spacer. Nawet niekoniecznie zwieńczony zaplanowanym sukcesem.
Ale jednak miło się rozczarowałyśmy: grzybiarzy tycio, a podgrzybkami napełniłyśmy naszą łubiankę po same brzegi nad podziw szybko!
Upojone szczęściem i powietrzem wróciłyśmy do domu postanawiając, że następnego dnia też idziemy!
Mój małż po powrocie z pracy zapłonął żądzą natychmiastowego udania się do lasu. I żałował, że za późno jest...
Zaproponowałam mu wprawdzie latarkę, ale nie chciał. Nie wiem czemu? Faceci są dziwni!
No a dziś...
O godzinie 5:15 usłyszałam jakieś hałasy dobiegające z kuchni. Wypełzłam zaspana jak nieboskie stworzenia i stwierdziłam, nie schodząc nawet na dół, że mój ślubny smaży sobie jajecznicę. A chwile później śmignął na grzyby. Samochodem. Za Warszawę. Ma jakieś swoje miejsca i tam jeździ.
Oczywiście uczciwie poprzedniego dnia proponował również i mnie jazdę na grzyby, ale niewdzięcznie i z pogardą prychnęłam:
-O 5 rano to ja się na drugi bok przewracam. To barbarzyńska pora dla piekarzy i nawiedzonych grzybiarzy!
A poza tym ja nie jestem długodystansowcem. A mój chłop goni po lesie jak chart afgański! Nie sposób za nim nadążyć! Nie! To stanowczo nie na moje nerwy!!
Tak więc konsekwentnie łupnęłam się do wyrka i obudziłam się jak skowronek o 8:15.
Bez pośpiechu wstałam, nastawiłam pranie, zjadłam śniadanie, podniosłam małą z łóżka. Nie bardzo jej się chciało, ale na hasło:
-Grzyby czekają! - zerwała się jak rączy jeleń.
Na spokojnie ugotowałam zupę, usmażyłam jabłka i wyrobiłam ciasto (przepis niebawem w
Garkotłuku)
No i wyszłyśmy na grzyby.
O 10:30. Wyspane! ;-D
Po wejściu do lasu natychmiast zobaczyłam i usłyszałam dziką tłuszczę.
Znaczy "grzybiarzy".
Gnali w przód wrzeszcząc i tratując runo leśne i siebie nawzajem...
-A lećcie barany! - pomyślałam mało przyjaźnie
Barany poleciały.
A my podreptałyśmy wolniutko na nasze miejsca, zbierając po drodze to, czego barany nie podeptały...
Po dotarciu w to samo miejsce co wczoraj, ja się zamieniłam na moment w barana.
Znaczy zbaraniałam kompletnie.
Mech w wielu miejscach przesyła rosnąć...
On był po prostu PRZERYTY! Wywalony korzeniami do góry!
I tu mój nieśmiały apel do zbieraczy:
Uprzejmie proszę przed wyjściem do lasu o pozostawienie w domu:
-grabi
-motyk
-łopat
-sztucznych szczęk
-i innych narzędzi służących, lub mogących służyć do drapania poszycia...
Nie zachowujcie się w lesie w myśl hasełka:
Po nas choćby koniec świata!
Wracając od naszego grzybobrania.
Ania często znajdowała wycięte trzonki grzybów pozostawione w glebie.
Zgrzytając zębami wyciągała je.
Bo nawet moja dziewięciolatka wie, że grzyby się WYKRĘCA, a nie WYCINA! Po to żeby grzybnia nie zgniła!
A miejsca po grzybie nie zostawiamy rozbabranego, tylko przykrywamy. W ten sposób grzybnia nie wyschnie.
Zbieraczy było sporo. Cóż się dziwić - sobota!
Ale jedna pani wprawiła mnie w nie lada osłupienie...
Otóż przyszła tam, gdzie dreptałyśmy sobie z Anią i wyciągałyśmy podgrzybki jak malowane i łażąc mi po rękach (dosłownie!) zaczęła zabierać nam "nasze" grzybki!
Chyba obca jej jest taka niepisana "umowa" między grzybiarzami: nie włazimy innemu zbieraczowi przed nos! Las jest wielki! I grzybów wystarczy dla wszystkich chętnych!
Chciała być miła i zagaiła rozmowę:
-Ależ grzybki wysypały!
A ja pomyślałam wrogo: "A żeby ci się wysypały! Z koszyka!"
Ale zamiast tego zwróciłam się do dziecka równie niechętnie popatrującego na panią nachalną
-Weź myszko koszyczek, bo ja chcę zapalić a nie mam wolnej ręki. I patrz: tu, tu, i tu i tam, i tam o i tam są grzybki. Zbieraj słoneczko sobie...
Pani chyba pojęła aluzję bo zawróciła do gromko pohukującego na nią męża.
A moje dziecko?
Amoku dostało! Takiej gorączki grzybowej czy coś?
I wczoraj i dziś.
Kosiła grzybki z zapałem. Czasem zbyt dużym ;-)
Zdarzało się, że grzybek w trakcie zrywania tracił głowę...
Za którymś razem ponuro stwierdziła:
-Łeb mu urwałam!
-Po co? - zapytałam
-Zasłużył sobie!
Nieopatrznie uświadomiłam Aniusię jak się zbiera gąski.
No i mam przechlapane! Nie odpuści mi!
Wizja pełzania, ganiania na kolanach i poszukiwania grzybów w piachu metodą Braille'a potwornie pobudziła wyobraźnię mojej panienki ;-)
Miała ochotę JUŻ iść na gąski, ale pohamowałam ją.
-Za ciepło! Za wcześnie! Poczekaj! W październiku się zaczną! Póki co skup się na tym co jest!
Skupiła się. Wróciłysmy do domu.
Męża jeszcze nie było.
Więc rodzinnie obstawialiśmy:
A: jest tak dużo grzybów, że może może wyjść z lasu
B: nic nie ma i głupio mu wrócić do domu
Wrócił kilka chwil po nas...
Tja...
Niech zdjęcia przemówią:
To nasz dzisjeszy zbiór - mój i Ani

A tak wyglądaj na tle tych małża...

Ale...
Jak wspomniałam - ten nasz las jest zadeptany dosłownie i do bólu. Poszłyśmy dość późno i na krótko.
Tak więc nie jest źle ;-)
Później nastąpiło czyszczenie.

Zdjęcie autorstwa Rabarbary. Robione przy użyciu obiektywu tzw rybie oko. stąd ten efekt kulistości.
Mamy mnóstwo suszu grzybowego. Przydadzą się np. do krupniku i bigosu :-)
Powiększa się też kolekcja grzybków marynowanych - mężu robi, nie ja!
I co dosyć nam tego leśnego owocu?
NIEEEE!!!
Wszak mania zbieracza nigdy nie zasypia ;-)
A na zakończenie taka krótka historyjka. Autentyk opowiedziany mi przez brata ciotecznego.
Było to kilkanaście lat temu.
Rodzinka złożona z mamy, taty i trójki dzieci zbiera grzyby. Dzieci niezbyt wprawne w zbieractwie co chwila darły się z różnych części lasu:
-TATO! Co to za grzyb???
Tata leciał, wydawał wyrok i wracał w swoje grzybodajne miejsce. Za chwilę z innej części lasu, kolejne dziecko miotane wątpliwościami drze paszczę:
-TATO! Co to za grzyb??
Po kilkukrotnym galopie w tę i na zad tata się zniecierpliwił i ryknął do swoich pociech:
-
ZBIERAĆ WSZYSTKO! W DOMU SIĘ PRZEBIERZE!!