O moim zamiłowaniu i umiłowaniu ognia pisałam
całkiem niedawno
Skąd mi się to wzięło, nie licząc praprzodków odzianych w mamucie skóry?
Kilka dni temu, rozpalając w piecu C.O. (nie mylić z kozą vel kominkiem), popadłam w lekkie zamyślenie i co z tym idzie - wspomnienia...
Działo się to lat temu.... sssstrasznie dawno!
Do ogrzewania hangaru służył nam w on czas piec pożerający koks.
W ilościach kilku ton na sezon grzewczy.
Piec tenże wymagał cyklicznego czyszczenia, a co za tym idzie - równie cyklicznego wygaszania i rozpalania na nowo.
W opisywanym dziś dniu. czyszczenie i rozpalanie padło na mła.
W on czas byłam dziewczęciem młodym, acz niepięknym (co trwa do dziś ;-D), w głębokim liceum.
Umiałam rozpalać! I utrzymywać ognisko domowe. Ale ten akurat dzień, nie był moim dniem!
Ni diabła drewno nie chciało "się zająć"!
Okopcona, zniechęcona i w sumie zrozpaczona, czyniłam kolejne i kolejne próby wzniecenie ognia.
Z żadnym skutkiem!
Drewno do rozpałki było mokre, więc nawet sterty gazet obficie podkładanych przeze mnie, nie były w stanie pokonać oporu zamokniętej materii.
Po jakimś czasie, moja Rodzicielka, powodowana zapewne współczuciem, pogoniła mnie precz od wrednego pieca, słowami:
- Idź!
JA to zrobię!
Poszłam, nie powiem - z ulgą.
Wyszłam na dwór.
Tata zapytał z pewną dozą zgryźliwości w głosie:
- I co? Udało ci się w końcu?
- Nie... Mama nie wytrzymała i mnie....
Nie dokończyłam, bo z domu dobiegła nas głucha detonacja wybuchu...
Nim zdołaliśmy zrobić choćby najmniejszy ruch, na progu stanął UPIÓR!
Upiór miał na sobie sweterek jakby Mamowy, tylko jakby czarniawy, a nie czerwony.
I dymił ten stwór całością postaci!
Zwłaszcza ręcami i głową!!!
Dżizas!!Obcy atakują!!!
Obcy przemówił, a właściwie wyparskał wraz z dymem z ust swych:
- Wybuchło....
- Coś ty zrobiła?? - zakrzyknął mój ojciec wiedziony, nieomylnym instynktem współmałżonka, rozpoznającego w ziejącym ogniem potworze, swoją ślubną, osobistą połowicę.
- Rozpalałam... - szepnął upiór.
- Czym??????
- Kanister tam był z benzyną. Ten mały. Piątka... - wyszeptał duch ognisty...
- Rany boskie!!! Benzyną rozpalałaś??
- Tak - wyszemrała wstydliwie zjawa. Widać poczuła się głupio, że cenną, limitowaną na kartki benzynę w piecu beztrosko z dymem puszcza.
- Mogłaś się spalić!! Cholera jasna!!! Nie wiesz, że opary wybuchają????
- Teraz już wiem....
Straty?
Zwęglony żywcem sweterek - wyrzucony z bólem serca.
Włosy, wymykające się z kucyka - spalone do skóry (odrosły)
.Zjarana ręka prawa: zagoiła się (po pewnym czasie i wizytach u lekarza).
Moralne sponiewieranie - zostało for ever ;-D
Lat jakieś... dwa później...
Do polewania opornego drewna, mój tatuś zarządził używanie zużytego oleju samochodowego.
Gwoli przypomnienia: dawno, dawno temu, olej w samochodzie zmieniało się samodzielnie. Nikt wtedy nie słyszał o ekologii, oszczędzaniu atmosfery i przyrody w tzw. "ogóle".
Brało się olej, polewało się obficie średnio suche drewno rozpałkowe i po chwili można już było sypać koks i w domu robiło się do życia...
System działał. Do czasu....
Do czasu, aż moja Mama zapała żądzą rozpalania nową, olejową metodą.... Bo taka łatwa, prosta i przyjemna...
W skrócie opiszę.
Bardzo wczesny ranek. Mamuśka oczyściła piec, płonąc żądzą rozpalania domowego ogniska (mimo protestów swego męża, znającego jej zdolności).
Ja jeszcze sobie leżę pod kołderką...
Słyszę stukania i pukania dobiegające z dołu - od pieca.
Chwila ciszy...
I nagle...
HUK!!! ŁOMOT!
Wyskoczyłam z łóżka, dobiegłam do schodów....
W tym samym momencie tata wypadł z kuchni i....
I z impetem otworzyły się drzwi od kotłowni, a w nich ukazał nam się POTWÓR!!!
Cały w sadzy, popiele i jakiś czarnawy taki....
Jedynie oczy błyskały wściekle białkami i błękitem.
Potwór wrzasnął oskarżycielsko w kierunku skamieniałego taty:
- A mówiłeś, że olej nie wybucha!!!
Wybuchł! A właściwie opary.
Mama zbyt długo zwlekała z podpaleniem polanych drewienek i olej zaczął parować. Kiedy w końcu podłożyła ogień, rąbnęło z przytupem aż miło!
Wywaliło żeliwne drzwi od pieca, a podmuch wraz z resztkami popiołu zmiótł moją Rodzicielkę trzy metry w tył - na górę koksu.
Straty?
Poza sponiewieranym Ego mojej Mamy + siniak na policzku od bliskiego spotkania z koksem, to tylko tyle.
No... Jeszcze jedna była....
Ubył nam człek do rozpalania w piecu... Definitywnie! Jakoś nam się Mama znarowiła i jedynie czasem dokładała koksu, bo do czyszczenia i rozpalania już się nie rwała :-D
Tak więc mój wybuchowy charakter, pozornie spokojnego człowieka, to po prostu zwykły atawizm!
Lub jak kto woli - ogniste geny po kądzieli ;-D