Zima jaka jest, każdy widzi. Wystarczy wyjrzeć za okno. Pogodziłam się z tym zimnym, białym paskudztwem tym łatwiej, że już bliżej niż dalej do wiosny!!
I wcześniej, czy później to ohydztwo zniknie bezpowrotnie na (miejmy nadzieję) dłuuuugie lata.
Tak w związku ze śniegiem mam trzy takie sobie historyjki.
Pierwsza
Działo się to lat temu hohohohoho! A może i wcześniej ;-)
Moja chrzestna była wtedy dziecięciem niespełna dwuletnim, albo coś koło tego.
Tatus jej rodzony (mój wujek) postanowił zrobić dziecku dobrze i zabrał je na saneczki. Ale przyszedł do niego jego brat ( mój wujek nr dwa), człek pełen pomysłów niezwykłych...
-Co tam będziesz sam z sankami latał! Psa weź przyczep i już!
Wujkowi nr jeden nie trzeba było długo tłumaczyć. Prosta konstrukcja została wykonana i dziecko na sankach plus pies via sznurek stworzyli zgrabną całość.
Poszli na ulicę. Jeden z panów stanął na jednym końcu ogrodzenia, drugi na drugim i na zmianę wołali do siebie psa.
Psisko poczciwe i cierpliwe bez wysiłku i chętnie biegało w tę i na zad.
Raz do jednego, raz do drugiego...
Do czasu jednak...
Dopóki na horyzoncie nie pojawił się kot...
No i wtedy żegnaj rozum!!
Co tam sanki, co tam niewygoda uprzęży!!
Hajda trojka, śnieg puszysty!!
Aby tylko sierściucha dopaść!!
Obaj panowie gnali na złamanie karku za psem kidnaperem, ale jakież mieli szanse na dwóch nogach z oszalałym czworonogiem? Znikome, chociaż suma ich nóg też wynosiła cztery ;-)
Na szczęście śnieg w on czas był solidny i dziecko z sanek się wzięło i wykopyrtnęło w zaspę. Kiedy zdyszani wynalazcy psiego zaprzęgu z duszą na ramieniu dopadli dziecinę, ta cała i szczęśliwa gramoliła się ze śniegu rozpromieniona tak niespodziewanym olśniewającym kuligiem!
Druga.Ileż to ja miałam wtedy wiosen? Coś koło 3-4. Wyjechaliśmy z rodzicami w góry. Nie pomnę już które. Polskie niewątpliwie.
Była sobie jakaś górka. Znaczy nie Kasprowy. Niższa nieco.
Rodzic mój uzbroił się w sanki i zabrał swą latorośl (mnie znaczy) na zimowe szaleństwa.
Zjechaliśmy raz. Tak z połowy górki. Drugi raz. Trzeci...
Ale za czwartym poszliśmy na samą górę górki.
Tata siadł z tyłu, ja przed nim.
I pomknęliśmy w dół jak formuła jeden!
Cudnie było!!
Na samym dole było sobie ogrodzenie z siatki. Nie do końca zrobione. A mianowicie brakowało podmurówki.
Rozpędzone sanki wraz z zawartością gnały wprost na spotkanie z przeznaczeniem...
Tata z racji swoich gabarytów i wzrostu wyhamował na siatce rękami.
A ja?
A ja głową.
Konkretnie jakoś tak w okolicach oka...
Siatka była ostra i nieprzyjazna dla delikatnej skóry.
W sekundę zalałam się krwią.
Ludzie, którzy również jak my, korzystali z przyjemności zjazdów zaczęli wrzeszczeć pod adresem mojego taty:
-Bandyta! Dziecko chciał zabić!
Mama pokrykiwała na tatę też w tym duchu.
A ja?
A ja wstałam z sanek, otarłam rękawem rzeźnię z własnego lica i powiedziałam:
-Ale fajnie było! Jeszcze raz chcę!!
"Jeszcze razu" już nie było. Zupełnie nie wiem czemu? Przecież było fajnie!! ;-D
I do dziś nie rozumiem, czemu Mama o mało nie zatłukła swojego ślubnego?
Trzecia:Moje dziecko młodsze jest uparte jak osioł! Jak się zaprze, to nie ma bata!!
Przedwczoraj Asia zaproponowała:
-Anka! Jutro przyjeżdża Momo (chłopak młodej) i zabieramy cię na sanki. Co ty na to?
Myślałam, że Ania podskoczy pod sufit z radości, jak każde normalne dziecko...
A tu siurpryza - po raz kolejny przekonałam się, że Ania jest niedefiniowalna!
-Nie chcę na sanki.
-Eeeeee??? - zdziwiłyśmy się chóralnie z Rabarbarą.
-Ja już jestem za duża na sanki - oznajmiła nam z wyższością ośmiolatka.
I się zaczęło. Młoda przekonywała małą, ja też wtrącałam swoje trzy grosze i jak grochem o ścianę!
Nie i już!
W końcu siostry się wzięły i pokłóciły. Kłaki wprawdzie nie fruwały, ale... ;-)
Następnego dnia, siedząc z Anią w poczekalni u neurologa zaczęłam ją przekonywać do idei sanek.
-NIE!
-Kupię ci rolki! (marzenie Ani)
-Dobra!
-Pod warunkiem, że pójdziesz na sanki z Asią i Momem.
-To nie będzie rolek - stwierdził osioł.
-Na łyżwy cię zabiorę!
-Dobrze!
-Pod warunkiem, że pójdziesz na sanki z Asią i Momem.
-To nie będzie łyżew!
I tak dalej i tak dalej...
Do pani neurolog weszłyśmy lekko skłócone.
Pani doktor też usiłowała przemówić jej do rozsądku, ale wszystkie próby spełzły na niczym.
Przyjechał Momo.
-No to idę po Anię.
-Nie uda ci się - stwierdziłyśmy chóralnie
-Uda!
-NIE!
-Idę!
-Idź!
Debata trwała czas jakiś. Nie podsłuchiwałam zbyt dokładnie, ale coś tam mi wpadło do ucha:
-Ania! Idziesz z nami na sanki!
-Nie!
-Tak!
-Nie!
-Tak!
-Nie!
-Ania! Ja się bujam w twojej siostrze, a ciebie muszę błagać??
-Tak!
No normalnie rozmowa na wysokim poziomie!
Wróciłam do garów.
Po chwili słyszę, że schodzą z góry.
Marcin (Momo ma również prawdziwe imię) oparł się o futrynę w kuchni i oznajmił mi:
-No to idziemy!
-Ania też???
-A jak!
-Jestem pełna podziwu! A jakich argumentów użyłeś?? Żebym na przyszłość wiedziała!
-Ekhmmmm... - Momo chrząknął lekko skonfundowany..
-Noooo??? - ponagliłam niecierpliwie.
To co usłyszałam zwaliło mnie z nóg!
Sto lat bym myślała i na COŚ takiego bym nie wpadła!!
Cytuję:
-Anka! Jak z nami nie pójdziesz, to Aśka nasra ci na dywan!
-Dobra! Idę!
Swoją drogą ciekawych rzeczy uczą teraz na metodyce pedagogicznej... Ja takich zaczepistych wykładów nie miałam! Ale być może program się zmienił ;-)
No i jeszcze jedna konkluzja, którą podzieliłam się z młodzieżą:
-Weź Aśka pomyśl, jak cię młodsza siostra postrzega, skoro uwierzyła w taką bzdurę!!
Byli na sankach. Wrócili utytłani jak bałwany!
Oto dowody rzeczowe:

Trzy Aniołki:
Od lewej:
Momo, Asia, Ania

Młodsza siostra czasem się przydaje, choćby po to, żeby podnieść starszą z "anielskiego" upadku

A to pomysłowy Dobromir i młoda:

Zdjęcia powyższe za zgodą Asi skopiowałam
z jej bloga No a skoro post potrójny, to i robótki też potrójne jakby ;-)
Uszyłam dziś trzy koszyczko-torebki dla małych dam:

Torebeczki: niebieska i różowa i poszewka w Ani torebce są uszyte z materiałów kupionych u Ani w
Szmatce ŁatceŚrodkowa, ta z "prawdziwymi" kotami jest dla mojej upartej, małej mądrej kozy.
Już od dawna miałam coś uszyć z tych zaczepistych kotów. I wpadły mi w ręce te koszyczki!
Wybierając podszewki moje dziecko po raz kolejny mnie zdumiało:
-A jaką chcesz podszewkę? - myślałam, że usłyszę zwyczajowo: niebieską. A tu niespodzianka! Kawał wykładu i to jakiego!!
-Wiesz? Odczuwam zdecydowany przesyt niebieskiego... Tak myślę, czy nie zmienić swoich preferencji... Tak sądzę, że różowa będzie odpowiednia. Tym bardziej, że różowego mam deficyt.
Tjaaaaa.... Co z niej wyrośnie???
Chwalić Boga, że oprócz wygłaszania wykładów i zżerania książek w ilościch hurtowych (mam odwrotny problem, niż zwyczajowo rodzice) chętnie wyżywa się plastycznie.
Wczoraj machnęła portret jednej z rybek dziadka

A dziś zostałam obdarowana króliczkiem z plasteliny:

No to teraz ostatnia z trzech części dzisiejszego wpisu.
Otóż brałam udział w candy u
Moniki i...
Wygrałam!!
Nagroda wygląd tak:

Ale oprócz widocznych na fotce (z bloga Moniki) kota i chustecznika dostałam też śliczną zakładkę, przepyszne ciasteczka, a do nich jeszcze pyszniejszą mieszankę herbatek :-)
No i bardzo miły i ciepły liścik.
Moniko!
Bardzo Ci dziękuję! Sprawiłaś mi ogromną przyjemność i radość! Dla takich chwil warto żyć!