niedziela, 27 grudnia 2009

No i po...

Było i się skończyło. Szkoda. Lubię te święta. Ta niepowtarzalna mieszanka zapachów i smaków... Kolorowo i ciepło, chociaż zimowo, a właściwie pluchawo.
Jak minęły moje święta?
Ano jakoś...
W nocy z 24 na 25.12 miałam włamanie do domu!
Stwierdziłam to rano, po przebudzeniu.
Co zginęło?
Nic nadzwyczajnego...
Tylko MÓJ GŁOS!!!
Ukradli mi!! Całkiem!!
W zamian bandyci zostawili kaszel!
Szeptałam przez cały pierwszy dzień Świąt.
Myślicie, że ktoś mi współczuł?
Gdzie tam!
Mam wredną rodzinę!
Mój bezgłos wpędził ich w głęboką euforię!
I to jak!!
Siedzimy sobie przy stole i w pewnym momencie mój tata zwraca się do swojego zięciaszka ze złośliwym uśmieszkiem:
-Słuchaj! Jak ty to zrobiłeś? Uciszyć własną żonę! Ja całe życie próbowałem i nic!!

No kurna!! Szacun normalnie! Własny, rodzony ojciec!!

-Mam do niej pilota...
-A kiedy oddasz jej głos? Po świętach? - zainteresowała się Rabarbara.
-Nieeeee. Po nowym roku!

Wiecie jak ja cierpiałam?? Spróbujcie się śmiać szeptem! Myślałam, że się rozpuknę! Sadyści!!
Wieczorem głos zaczął mi cudem wracać.
Baaaardzo powoli, ale jednak zaczęłam być mniej intymna w swoich wypowiedziach.
-O! Widzę, że cię jednak ojciec podgłośnił - stwierdziła empatyczna inaczej Aśka.

Głos już mam. Cokolwiek namiętnie niski i głęboki, ale MAM!

A teraz prezenty ;-)
Na początek pokażę Wam jakie śliczne kartki dostałam od dwóch koleżanek.
Pierwsza wykonana techniką pergamano przez Elę (kacpur)

A druga od Klaudii podpisującej się jako Klarcia
Dziękuję Wam bardzo, moje kochane dziewczyny!!

Najbardziej na prezenty czeka Ania. Dostała to, co sobie wymarzyła (no nie wszystko, bo Mikołaj nie ma prywatnej mennicy ;-)).
Na liście życzeń była też książka. Najnowszy "Mikołajek".
Dostała.
A jakże.
Przyszłam do niej rano, zanim wstała z łóżka, pierwszego dnia świąt i zaszemrałam szeptem:
-I jak? Ciekawy ten "Mikołajek"?
-No - uśmiechnęło się dziecię.
-To masz co czytać - stwierdziłam z zadowoleniem.
-Eeeee...
-No co?
-Ja już przeczytałam...
-COOOO??? Kiedy??
-Zaczęłam wczoraj wieczorem, a dziś rano skończyłam.
Czasem to ja się jej boję! Ona nie czyta książek, nie łyka ich!! Ona je po prostu ŻRE!!
Teraz obrabia Pottera. Część 4.
5 i 6 ze względu na młodociany wiek pani Ani, Aś nie chce jej pożyczyć. I słusznie.
Ania zawsze dostaje w pierwszy dzień świąt torbę słodyczy.
Paczki, a właściwie paki dostają wszystkie nieletnie dzieci nauczycieli mojej szkoły.
W tym roku paczuszka była rozmiarów słusznych.

Kiedy już nie można było sięgnąć do skarbów od góry, Ania wzięła się na sposób i...
Taaa... Potrzeba matką wynalazków ;-)

Teraz prezent mojego taty.
Nie wiedziałam, co ma dostać. Czarna dziura w mózgu.
Do czasu.
Mam znajomego. Człek ten żyje między innymi z rybiego nierządu. Mnoży te płetwiaste, a potem sprzedaje, bądź wtrynia rybska mniej lub bardziej chętnym osobom.
Od dawna chcąc mnie nieudolnie wkurzyć rzuca tekstem:
-Dam ci ryba!
-Nie chcę ryba!
-To dam ci dwa!
Tak też i było tego dnia, kiedy to zadzwonił do mnie w celu bez celu.
I znowu usłyszałam:
-Zołza! Dam ci ryba!
-Oooo! Serio?? Chcę! - olśniło mnie w ułamku sekundy.
-Eeee?? - koleś się zdziwił. Nie spodziewał się takich słów ;-)
-No chcę ryba! Nie dla mnie! Dla taty!
-Dla taty? - ostatnie dwa słowa powiedzieliśmy chóralnie.
-Ty mi powiedz, czy ten ryb może sobie żyć w kuli, bo to tak ładniutko wygląda.
No i się zaczęło!!
Wykład na temat szkodliwości stosowania kuli w hodowli bojownika trwał ok 11 min!
A więc: kula absolutnie wykluczona! Bo ryb dostanie kręćka, a łypiąc ciągle jednym okiem w wypukłe, czy też z jego perspektywy wklęsłe szkło nabawi się wady wzroku. Poza tym musi być przykryty od góry, bo wyskakuje w celu zaczerpnięcia powietrza, bo oddycha tym naszym, a nie tym rozpuszczonym w wodzie tlenem. I nie chodzi o to, że łupnie na dywan, tylko o różnicę temperatury między wodą a powietrzem - zbyt duża może spowodować to, że rybsko się zakaszle, albo kataru dostanie.
Ponieważ perspektywa chodzenia z rybą na wizyty u okulisty, psychiatry i pulmonologa słabo mnie nęciła, zgodziłam się na zakup akwarium. Z przykryciem.
Rzeczony znajomy wynalazł na allegro godne bojownika lokum. Pojechałam. Kupiłam.
I....
Naszła mnie mocno spóźniona refleksja:
"Ojciec mnie zatłucze! Bez konsultacji (z nim, bo z sis i Asiem się porozumiałam) wrobiłam go w ryba! Łeb z płucami mi urwie! Żegnaj życie!"
Ale jak się powiedziało "A", to trzeba dalej brnąc w ten alfabet.
Z racji gabarytów i małej poręczności prezentu zapakowałam tylko wieko razem z filtrem, termometrem i siatką na ryby.
Wtryniłyśmy z młodą to i inne prezenty pod chojaka i pozostało tylko czekać...
-Aśka! Pamiętaj! Najpierw daj dziadkowi tą paczkę! Tu jest piżama. Chciał. To go może dobrze usposobi.
-Dobra! - Baśka poczuwała się jako współwinna do ratowania mi skóry.

Aż w końcu najdeszła wiekopomna chwiła....
Tata dostał paczkę...
Siedziałam na wdechu. Aś też.
Tata otworzył paczkę i..




Się zdumiał:
-Ja nigdy nie hodowałem rybek!
-To zaczniesz!
-A skąd ten pomysł?
-To nie ja! To Mikołaj!
Nie kłamałam! Ten znajomy dziwnym zbiegiem okoliczności ma na imię tak, jak ten szczodry święty ;-)
-Mikołaj??
-Yhy! Resztę prezentu zaraz ci przyniosę, bo się nie zmieścił, a rybka z roślinkami przyjedzie po świętach.
I wiecie co?
Tata bardzo się ucieszył z tego wariackiego prezentu!
Ba! Stwierdził nawet, że jak mu wyjdzie z bojownikiem, to wykopie w ogrodzie staw. I będzie hodował karpie. Na święta ;-D

Teraz ja...
Pamiętacie "Zakłady"?
To co dostałam?













Noooo????













Dyskietkę??


















Nie...



















Notes??



















Nieeeeeeeee.......


















PENDRIV'A!!! 8GB
Ha!!! Mam! Mój ci on!! Osobisty!! Tralalalala!!

A na zakończenie podenerwuję Laurę i Dagny.
Bransoletkę se dziergnęłam

Robiłam już ten wzorek , ale teraz zrobiłam srebrną niteczką.
REXANA jest świetna! Samo się z niej normalnie robi. I po raz pierwszy odważyłam się dodać do niej koraliki.
Jak wyszło? Oceńcie same.

środa, 23 grudnia 2009

Karpiowe

Myli się ten, kto sądzi, że będzie o świątecznych apanażach wypłacanych pracownikom sfery budżetowej. Tytuł jest, że tak powiem bezpośredni.
Karp.
Ryba z przeszłością.
Hodowana była już w Chinach w 5 w p.n.e. (krótko mówiąc - made in China).
W XIII wieku do Europy sprowadzili karpia Cystersi i wyhodowali jego szlachetną odmianę znaną nam i dziś, czyli karpia królewskiego.
W wieku XVI karp rozpowszechnił się jako zwierzę spożywane w wieczór wigilijny.
Ku utrapieniu co wrażliwszych jednostek tego świata ;-)

Opowieść wigilijno-karpiowa numer jeden:

Miałam wiosen coś jakby w okolicach 5.
Zwierząt domowych w owym czasie dziwnym zbiegiem okoliczności nie posiadałam.
Ale chciałam...
Więc rodzice chcąc zrobić przyjemność jedynaczce kupili 2 karpie.
Żywe.
I wpuścili je do wanny.
Ależ byłam szczęśliwa!!
Rybcie sobie pływały, ja je pasłam chlebkiem.
W dobroci swego serduszka chciałam zrobić im dobrze i chlupnąć trochę płynu do kąpieli, ale Babcia przyłapała mnie z flachą w dłoni i stanowczo zakazała robienia rybkom pianki.
Mój błogostan trwał krótko...
Dzień przed Wigilią rodzice powróciwszy z pracy zastali swoje spokojne i pogodne dziecię opuchnięte od płaczu i czerwone ze złości.
-Monisiu! Co się stało??
-TA CHOLERNA BABKA RYBKI MI ZATŁUKŁA!!!
Żal za rybkami minął jak ręką odjął przy stole wigilijnym - zawsze kochałam smażone karpiki ;-)
A te smakowały mi wyjątkowo dobrze, bo przecież SAMA je wyhodowałam w wannie.

Opowieść wigilijno-karpiowa numer dwa:

Byłam wtedy chyba w trzeciej klasie podstawówki. Były to jedyne Święta, które mieliśmy spędzić poza Polską. W Niemczech.
Niemcy Niemcami, ale Wigilia i Święta musiały być urządzone wg. polskiej tradycji.
Więc i karp musiał być obowiązkowo.
Moja Mama potwornie brzydziła się ryb. W stanie ożywionym i nieobrobionym.
Szczególnym wstrętem napawały ją karpie.
Powód?
Ktoś, kiedyś, gdzieś powiedział jej, że jakoby karp posiekany już w dzwonka, pyrgał temu komuś po patelni jak żywy.
No ja nie wiem... Fakt, że ryby mają rozproszony system nerwowy, ale AŻ TAK???
Ale Mama przyjęła to jako pewnik.
Niechęć swoją drogą, a tradycja swoją.
Rybska musiały znaleźć się na stole. Niezależnie od jej osobistych fobii ;-)
Poszła więc z koleżanką Danusią do sklepu w celu dokonania obleśnego zakupu.
Upewniła się u sprzedawczyni, że Fische na pewno są tot, ale tak całkiem tot i kupiła.
Sztuk dwie.
Wracały ze wspomnianą koleżanką krokiem relaksacyjnym, gawędząc o wszystkim i o niczym.
Ot - taki mały relaksik przed garowaniem...
W pewnym momencie Danusia machnęła siatką moje Mamy tak sprytnie, że ta obiła ją o nogi, jednocześnie wykrzykując:
-Krysia! One żyją!!!
Rzut, jaki wykonała moja Mama siatką z karpiami godny był mistrzostwa olimpijskiego...
Karpie zamieniły się na chwilę w ryby latające i poszybowały heeeen przed siebie, żeby w końcu wylądować na trawniku z głuchym plaśnięciem...
-O jessssuu... - wyjąkała Danusia - nie wierzyłam, że aż tak się brzydzisz!!
No to się dowiedziała ;-D
Karpie, nawet jeśli żyły, to po takim potraktowaniu nawet nie ośmieliły się użyć swojego rozproszonego systemu nerwowego na patelni, żeby nie naruszać zszarganego systemu nerwowego mojej Mamy ;-)

Opowieść wigilijno-karpiowa numer trzy:

O mojej Sis.
Była wtedy miłym i posłusznym dziesięcioletnim dzieckiem swoich rodziców.
Rzeczeni rodzice nakazali swej jedynej córce zakup karpia.
Miał być żywy!
Więc Agatka udała się wraz ze swoją koleżanką Ewą do sklepu w wiadomym celu.
Karp był. Żywy.
I to jak!
Wypsnął się z rąk sprzedawczyni i łupnął na glebę aż huknęło!
Obie dziewczynki przerażone złapały ryba i pogalopowały z nim do domu.
Ewa dziarsko zabrała się do napełniania wanny wodą.
A co robiła w tym czasie moja Gunia?
Przystąpiła do reanimacji zwierza.
Nie miała respiratora pod ręką, a o masażu serca coś tam mgliście wiedziała, więc przystąpiła do ratowania karpia metodą "usta-usta"...
Trudno mi ocenić, czy rybsko ożyło...
Przyjmijmy, że starania dzielnej ratowniczki nie poszły na marne, bo karpik po wpuszczeniu do wanny pływał z błogą miną.
Do góry brzuszkiem...

*************************************************************************************

A na zakończenie życzę wszystkim moim czytelniczkom - tym znanym mi z imienia i tym anonimowym - ciepłych, rodzinnych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia, spełnienia marzeń i bogatego Mikołaja.

sobota, 19 grudnia 2009

Zwyczajnie

No właśnie.
Zwyczajnie jest.
Chyba tylko u mnie, bo jak widzę na innych blogach, szaleństwo przedświąteczne w toku.
Ja tam się nie zabijam ze ścierą i obłędem w oczach.
Czy przez to święta moje i mojej rodziny będą gorsze?
Możliwe.
Bo nie myłam okien, nie prałam firan, nie trzepałam dywanów, nie odsuwałam mebli od ścian, nie robiłam miliarda innych rzeczy "dobrze widzianych".
Bo?
Bo uważam, że jak się sprząta regularnie, to z powodu świąt nie trzeba wpadać w histerię gospochy-czyściochy.
Nikomu psa naleśnikiem nie zabiłam (powiedzenie Rabarbary), więc pokuty odprawiać nie muszę.
Poza tym - ja dla domu, czy dom dla mnie?
Stawiam na to drugie ;-)
I tak stresów świątecznych jest wystarczająco dużo, to po co sobie jeszcze ten jeden maraton dokładać?
Taaak...
LEŃ!!
Możliwe. Wcale się nie wypieram.
Ale przynajmniej nie będę "odparowywać" rok i sześć niedziel po przygotowaniach świątecznych.
Tak więc na spokojnie, bez pośpiechu upiekłam i zamroziłam pasztet, zakupy poczyniłam dawno temu bez kolejek i po normalnych cenach.
Chujaka zanabyłam drogą kupna i przywiozłam do domu. Nawiasem mówiąc w czasie transportu dysponowałam jedynie szybą przednią i lewym lusterkiem bocznym, bo resztę skutecznie zasłaniała świerczyna ;-)
Dość hardcorowo się jechało ;-DD
I dzięki Najwższemu nie napotkałam miśków z suszarkami, bo miałabym dla Was kolejną opowieść z cyklu "Policyjnie"...
Prezenty już popakowane i czekają w ukryciu.
A wczoraj razem z dziewczynami upiekłyśmy górę pierniczków.
Ciasto dojrzewało sobie w lodówce jak przepis nakazywał 5 tygodni.
Zdjęcia są. A jakże!
U Asi na fotoblogu
Dziś uszyłam sobie koszyczek na pieczywo.
Taki próbny
Motyw jak widać bardziej wiośniany, ale bałam się użyć cudnych szmatek od Ani , bo nie daj Bóg coś by mi nie wyszło, to bym się łzami zalała!
Może jednak jutro zaryzykuję i spróbuję się odważyć i będzie "chlebaczek" nieco bardziej w duchu świątecznym ;-)
No i zaległe kolczyki
Zdjęcie tradycyjnie krzywe i do bani!
Więc powiem tylko, że są srebrne i mają średnicę 5cm.

środa, 16 grudnia 2009

Zakłady

Przyjmuję zakłady pt "Co w tym roku dostanę od męża pod choinkę?"

Prezenty... Śmierć w oczach! Najłatwiej z dziewczynami - jedna konkretne
linki do aukcji na Allegro podeśle, druga skrobnie list do Mikołaja i
luzik.
Dla reszty trzeba się nagimnastykować, ale zawsze coś tam się wymyśli.
A ja?
No cóż. Wymagań jakiś specjalnych nie posiadam. Ani potrzeb. Kordonki,
koraliki, surówki to sobie sama kupuję i luz.
Ale ciśnięta presją np. męża, któremu palpituje w tym okresie chęć
dowiedzenia,

że pamiętający i starający jest, muszę coś wymyślić.
Tak więc dwa lata temu:
-Co chcesz pod choinkę?
-Nie wiem. Chyba nic. Wszystko mam.
-Wymyśl coś.
Myślałam.
Myślałam.
Wymyśliłam:
-Kup mi rękawiczki. Ale taki najzwyklejsze. Włóczkowe. Na bazarze.
Tylko

broń Boże skórzane!
Wiesz, że nie chodzę w rękawiczkach w największy mróz. Używam
tylko do

otwierania bramy, bo żelastwo za zimne nawet dla mnie.
-Dobrze. A w jakim kolorze?
-Czarne. Będą mi pasować do butów i torby.
-Ale weź coś jeszcze wymyśl, bo tak głupio jak tylko jeden prezent
wyciągniesz.
-Wystarczy mi. Nie chcę nic więcej.
Ale...
Robiłam zakupy w Carrefourze i pchając wielki kosz wyładowany
dobrem
wszelakim przechodziłam koło sklepu z bielizną...
I stanęłam jak wryta...

Na wystawie zobaczyłam komplet...
Biustonosz + figi.
Cóż w nich było takiego nadzwyczajnego?
Nic, tak szczerze mówiąc. Komplet był brązowy, przehaftowany
turkusową,
delikatną niteczką. Ale...
Ale miał takie delikatne koronkowe wstaweczki.
Cudo! Zawsze chodziłam w
barchanach bawełnianych i gaciach z golfem,
więc zapałałam żądzą
posiadania takiego cuda...
I pomyślałam, że oto właśnie mam pomysł na prezent dla mnie.
Wieczorem powiedziałam mężowi o moim cudownym objawieniu.
-Ale ja nie wiem jak to wygląda.
Podałam mu nazwę sklepu, obiecałam spisać moje rozmiar na kartce.
-I tak nie będę widział jak to wygląda.
No to poszukałam na Allegro. I znalazłam bardzo podobny. Zawołałam
ślubnego i pokazałam mu.
Popatrzył chwilę i powiedział:
-Chyba zgłupiałaś?
-Raczej nie... - powiedziałam niezbyt pewnie.
-Raczej tak! Sądzisz, że ja COŚ takiego ci kupię?? I jak ty to sobie
wyobrażasz? Że co? Wyjmujesz to przy wszystkich spod choinki??
Przecież to
WSTYD!!
-Jaki wstyd? Mogę ci obiecać, że mierzyć przy wszystkich nie będę.
-Mowy nie ma!
Gwoli wyjaśnienia - ci "WSZYSCY" to wówczas: moje dzieci, mój tata i
teść... I koniec audytorium.
Przyszła gwiazdka.
Dziewczyny wyciągają kolejne paczki wręczając adresatom.
No i wpływa moja paczuszka...
Płaskie pudełeczko. Już się domyślam, że w środku są rękawiczki -
skórzane niestety...
I owszem... Były...
A kolor?
Kto zgadnie?












No??















Nie macie pomysłów??
















Nie czarne....

















Uwaga!!



























POMARAŃCZOWE!!!




Zdębiałam! Kompletnie!
I zadałam bezradnie pytanie:
-A czemu nie czarne?
-Będą ci pasować do płaszcza.
Gwoli wyjaśnienia - płaszcz mam beżowy...

Ale to nie koniec! Druga paczuszka. Większa. Miękka.
Rozrywam papier z
ciekawością, chociaż wiem,
że gabaryty wykluczają wymarzony komplecik.

A w środku?
Piżama... Zielona...
W zielonym wyglądam jakbym umierała na galopujące suchoty,
a piżam nie
noszę, bo nie lubię. Używam jedynie koszul nocnych
i to o wielkości
namiotów ;-)
Piżamę po kryjomu oddałam Asi.
Dobrze, że obie jesteśmy tak samo chude
;-)

Rok temu zaparłam się jak mulica papieska i powiedziałam,
że ABSOLUTNIE
niczego nie chcę i nie potrzebuję!!
Ale dostałam...
Komplet: krem i tonik do paszczy...
Gdzie pies pogrzebion?
W dwóch miejscach.
Po pierwsze to był dobry skądinąd Loreal,
ale ja mam na niego uczulenie.

I paszcza mi się po nim robi najpierw czerwona i swędząca, a potem
kroszczata ;-D
A po drugie... I to jest najśmieszniejsze:
ten komplet był dla pań powyżej 60 roku życia! :-DDD
Oddałam go mamie mojej siostry (co miał 18 lat mi w szafce zalegać) -
bardzo się ucieszyła ;-)

No i w tym roku znowu podjęłam ryzyko! A jak!
Zażyczyłam sobie bezczelnie pendriva! 4GB!
-Przecież masz jednego. Wystarczy ci.
-Jakby mi wystarczył, to bym nie prosiła. Już cały zapchany, a jak coś
chcę na niego nagrać, to coś muszę skasować. Trochę bezsensu,
nieprawdaż?
Nic mąż nie odrzekł...

A ja przyjmuję zakłady:
co dostanę zamiast pendriva?
Ja stawiam na dyskietkę, ew. płytę CD-R, i może... notatnik?
Wszak mogę
przepisać to, co chcę nagrać ;-)))

sobota, 12 grudnia 2009

Zmęczenie materiału

Tak jakbym zmęczona była...
Przygotowaniami świątecznymi - pomyśli ktoś.
Ano nie. Te sobie idą spokojnie i bez histerii. W zasadzie nie mam jeszcze tylko choinki i suszu na kompot.
Sił też nie mam.
Tych fizycznych, bo umysłowo raczej bez zmian ;-)
Dlaczego?
Otóż 03.12 , czyli w ubiegły czwartek zostałam poinformowana, że w mojej bibliotece będzie zmieniana podłoga i malowane ściany (sufit rzecz jasna też).
Zarówno wymiana podłogi jak i malowanie są bardzo potrzebne, bo:
1: płytki PCV pamiętają czasy wczesnego Gomółki
2: ściany ostatnio były malowane kiedy to szkoła, w której obecnie pracuję miała zaszczyt gościć mnie w swoich podwojach jako uczennicę ;-).
Więc jak widać - cokolwiek syficzne mauzoleum!
Z jednej strony ucieszyłam się bardzo, ale z drugiej skóra mi ścierpła.
Do wyniesienia miałam 36 regałów i 5 szaf.
Co przekłada się na ok 18 tys woluminów...
Czas?
3 dni.
Czyli poniedziałek, wtorek, środa, bo w czwartek regały miały być wyniesione precz, a ekipa miała wkroczyć w piątek (czyli wczoraj).
Najpierw oklapnęłam w sobie (czwartek).
Potem wypchnęłam "to" z mojej głowy (piątek).
Następnie zaczęłam się przyzwyczajać do perspektywy totalnej rozpierduchy (sobota).
Opracowałam szczegółowy plan działania (niedziela).
W poniedziałek ruszyłam od rana do akcji i przez 5 godzin wyniosłam zawartość 9 regałów.
Sama.
Nie pytajcie mnie dlaczego, bo k...ca do tej pory mnie strzela!
Tak to wyglądało po pierwszym dniu działania:
Pozornie bez zmian, bo te puste regały stoją za tymi na pierwszym planie. Jedynie biurko po prawej jest "przemeblowane", bo zwyczajowo stoi frontem do klienta.
We wtorek miałam już dwoje pomocników
Moją osobistą Rabarbarę i jej kolegę Michała zwanego Pasztetem vel Brzydkim (przeze mnie zowion Starszy Sikawkowy ).

Czekając na ich przybycie machnęłam 2 regały i pół szafy z dokumentami.
Wespół w zespół zrobiliśmy 17 regałów (w ok 4 godziny). Czyli tempo mieliśmy całkiem przyzwoite.Pod koniec dniówki nawet moje gadatliwe dziecko zamilkło i bez słowa targało kolejne sterty.

Jak łatwo policzyć do "obróbki skrawaniem" zostało 8 regałów + 4,5 szafy.

Tak wygląda zawartość 8 regałów

To fragment czytelni z 4 regałami.


W środę stanowczo zażądałam od dyrekcji wypożyczenia mi uczniów. Dwóch. Silnych i inteligentnych.
Trudno było spełnić moje wygórowane żądania, ale jakoś się udało i z pomocą Mateusza i Kuby poszło jak z płatka.







Zostawiłam sobie do zrobienia jedynie pół szafy z dokumentami (to musiałam sama) i polazłam na fajkę. W drzwiach zderzyłam się z księgową, którą też w dzikim pośpiechu przenosili z tych samych powodów co i mnie.
-Wiesz już?
-Nie. A co?
-No tak, skąd masz wiedzieć jak i ja się dopiero co dowiedziałam. Ekipa nie przychodzi w piątek...
-A kiedy? Jutro - zapytałam głupio zadowolona, że wcześniej zaczną to i wcześniej skończą.
-Nie... We wtorek...
Zamurowało mnie. Kompletnie! To ja flaki z siebie wypruwam. Lecę jak pies z wywieszonym ozorem, żeby zdążyć na czas, a tu taka siurpryza??
To po huk ja tak się szarpałam??
-Żarty??
-Nie.
-To ja pierdolę. Nie robię. Idę do domu. I tak nie powinnam tu być! Środy mam wolne, a poza tym wczoraj też ponad wymiarowo tyrałam!
-Idź! Pewnie, że tak!
-Cześć! Do jutra! Nie wiem o której jutro się pojawię!
Pojawiłam się spóźniona. Z premedytacją. I bez wyrzutów na czymkolwiek!
Za to połamana kompletnie. W sensie, że się ruszać nie mogłam. Humor to ja miałam taki więcej wredny.
Przyszli dozorcy wynosić regały. Okutani w swetrach jak na Syberii! U mnie w szkole jak nie grzeją to jest lodówka! A jak grzeją to hohoho! Afryka dzika!
Więc działam w krótkim rękawie, bo teraz właśnie jest sezon grzewczy.
Panowie zaczęli od otwierania okien. Pizgać zaczęło jak na stepie! Więc zamknęłam okna warcząc:
-Myć się trzeba, a nie wietrzyć!
-Ale gorąco jest!
-To se swetry zdejmijcie!
Nie zdjęli. Ich sprawa. Ale okien nie otworzyli ;-)


Pojawiła się woźna.
-O rany! Jaki tu syf!
-Prawda? - powiedziałam słodziutko...
-Noooo!
-Ciekawe, kto tu sprząta?
Poszła jak zmyta i wróciła po jakimś czasie z miotłą ;-)
Nie byłam miła! O nie! Zmęczenie materiału przesłoniło mi mój ironiczny stosunek do świata.
Teraz biblioteka wygląda tak:


Czyli, nie wygląda ;-)
Te dziwne malunki na ścianach to sposób na zamaskowanie śladów po wymianie instalacji elektrycznej jakieś 4 lata temu.
Robiła to uczennica za... dopuszczający z polskiego ;-D
I tak na zakończenie: teraz u mnie w szkole jest zorganizowany konkurs pt: "Państwa świata". Polega na tym, że sale mają być przystrojone w dekoracje charakteryzujące dany kraj.
Więc ja stwierdziłam, że nie wezmę w nim udziału, bo jestem bezkonkurencyjna.
Wystarczy, że nad drzwiami biblioteki umieszczę napis "SAHARA" i wygrywam w cuglach!
Cały pokój nauczycielski przyznał mi rację i zabronił brania udziału w konkursie ;-)
No to idę wciągnąć nogi...

piątek, 4 grudnia 2009

Patologia...

Muszę zacząć od pewnego wyznania.
Ale nie jest mi łatwo o tym pisać.
O nie!
To przecież głęboko skrywana tajemnica rodzinna...
Pochodzę z rodziny patologicznej...
I to takiej z tego gorszego gatunku - na zewnątrz wszystko cacy i ok, a w środku... Szkoda gadać! Piekło na ziemi!
Moja rodzina celuje w znęcaniu się nad dziećmi.
W jaki sposób?
Ano małolaty są głodzone!
I to z pokolenia na pokolenie!
Dowody?
Proszszsz:
Miałam wtedy coś około 3 wiosen. Pojechaliśmy z rodzicami na wczasy. Takie jak to kiedyś było, czyli z tak zwanym "pełnym" tak zwanym "wyżywieniem".
Za mała byłam, żeby pamiętać jak i czym karmili na tej stołówce, ale wieść gminna niesie, że podobno bardzo nie bardzo.
Pewnego dnia na pierwsze danie, jak to zwykle bywa podano zupę.
Jak się nazywała można było dowiedzieć się z jadłospisu, bo z tego co było na talerzu nic nie wynikało.
Otóż była to zupa koperkowa.
Wyglądała podobno jak woda po ścierce od brudnych podłóg. Pachniała podobnie.
U co poniektórych szczęśliwców pływał łysy baldach kopru...
Towarzystwo stołówkowe gmerało niepewnie łyżkami w talerzach nic nie mówiąc i nie przyswajając tego podejrzanie wyglądającego płynu...
Cisza panowała jak makiem zasiał.
Nagle to milczenie zostało przerwane radosnym dziecięcym szczebiotem:
-Ach! Jaka pyszna zupka! Babcia takiej nie umie gotować!
Jakież to dziecię o anielskim głosiku wygłosiło tę kwestię?
No kto??
No JA oczywiście! Biedactwo niedożywione!
Jakoś tak dwa lata później.
Tegoż dnia z przedszkola odbierał mnie mój tata.
Miał biedak pecha, bo trafił na strasznie zły humor swojej jedynaczki.
Bo po pierwsze: Mama po mnie nie przyszła.
Bo po drugie: Mama po mnie nie przyszła.
Bo po trzecie: tego dnia ogólnie byłam na NIE i PRZECIWKO!
Takie wiecie PSM pięciolatki ;-)
Idąc u boku rodzica ponura jak chmura gradowa nie reagowałam na jego żarty i chęci rozruszania upartej ośliny.
No słowem miałam w poważaniu wszystko. I wszystkich. I to głęboko!
W końcu jednak eksplodowałam:
Wyrwałam rodzicielowi rękę i na środku ulicy zrobiłam mu karczemną awanturę, której tematem przewodnim było... jedzenie!
-Mam dość! Ciągle tylko ten suchy chleb we mnie wpychacie! Nic tylko ten chleb i chleb! Ja od was ucieknę! Do Babci! A wy sobie jedzcie te WAPNOWANE JAJA!!
Wprawdzie zbiegowiska nie było, ale ci co słyszeli, pękali ze śmiechu.
Mała, pyzata, ZAGŁODZONA furia wzbudziła powszechną wesołość.
Tata nie zapadł się pod ziemię chyba tylko dlatego, że staliśmy na betonowym chodniku ;-)
A tak wyglądało to biedne, spuchnięte z głodu dziecko:

Boże młyny mielą wolno, ale dokładnie...
Mija wiele lat.
Zagłodzona blondyneczka sama ma dziecko. Asię.
W wieku lat siedmiu Aś poszła do szkoły. Jakoś tak 2-3 tygodnie po rozpoczęciu roku szkolnego pielęgniarka ważyła i mierzyła nowy uczniowski narybek. Wszystko było pięknie i ładnie, dopóki moja córunia nie wlazła na wagę.
Pielęgniarka w pierwszej chwili oniemiała, a w drugiej złapała moje dziecię za łapę i siłą powlokła na stołówkę, pocieszając ją po drodze:
-Nie martw się! Tu będziesz miała co jeść. Zaraz załatwimy darmowe obiadki!
Asia zaparła się wszystkimi łapami i zębami:
-Ale ja mam wykupione obiady! Mama mi kupiła! Ja jem na stołówce!
-Tak, tak! Ja wiem - wstydzisz się, ale nie ma czego. Bieda to nie wstyd!
-ALE JA JEM OBIADY! TU I W DOMU TEŻ!!
-Dobrze, dobrze! Ja wszystko rozumiem...
Dopiero kucharki ostudziły żywieniowe zapędy przejętej pani pielęgniarki potwierdzając to, co moje dziecko mówiło.
A czemu ta dobra kobieta tak zareagowała?
Asia mając tak około 124cm ważyła 18kg...
Model Oświęcim proszę Was!
Dowód rzeczowy:
Kliknijcie na fotkę. Zobaczycie, że na niej można się było uczyć anatomii. Zdjęcie było robione miesiąc przed tą akcją w szkole.
Oczywiście pani pielęgniarka przyznała mi się do nieudanej akcji pt "dokarmiamy", ale zasugerowała zrobienie badań.
-Bo pewnie ma robaki, albo anemię.
-Nie ma. Ona tylko tak wygląda. Każdy lekarz, który widzi ją pierwszy raz zleca szczegółowe badania, a potem okazuje się, że wyniki ma jak górnik przodkowy.
Naturalnie podziękowałam jej za troskę, bo przecież chciała jak najlepiej dla dziecka :-).
A teraz..
Uhhhh!!
Z tego tygodnia...
Dokładnie ze środy.
Pojechałam do szkoły odebrać moje młodsze maleństwo.
Pani wychowawczyni podeszła do mnie z dość zmieszaną miną:
-Mam do pani prośbę, czy raczej pytanie... Czy może pani robić Ani kanapki do szkoły?
Wybałuszyłam oczy.
-Yyy.. Ale... yyy... A czemu?
-No bo ona płacze, że jest głodna. Jak wracamy ze stołówki po zupie (maluchy drugie danie jedzą na kolejnej przerwie, a nie ciurkiem pierwsze z drugim), to Ania zaraz płacze, że jest głodna. To może mogłaby pani dawać jej kanapki?
Zaczęłam się śmiać:
-Dawałam jej kanapki, ale ona je przynosiła do domu w stanie nienaruszonym. Więc w końcu przestałam. Tym bardziej, że powiedziała, że nie chce, bo nie jest głodna, bo obiad jej wystarcza. Na wszelki wypadek dostaje batonika i coś do picia. Batony też wracają albo w całości, albo raz nadgryzione.
I zwróciłam się do głodzonej córki:
-Czemu nic mi nie mówiłaś?
-Bo zapomniałam - padła tradycyjna odpowiedź mojego dziecka.
Spojrzałyśmy na siebie z panią z trudem hamując śmiech.
Pani powiedziała:
-Aniu! Przecież możesz zawsze poprosić o dokładkę.
-Na pewno nie dostanę - powiedziało ponurym głosem moje optymistyczne inaczej dziecko.
-Dostaniesz, dostaniesz! Panie kucharki bardzo lubią i się cieszą jak dzieci proszą o dokładki.
Mimo, że się śmiałam, to dokładnie wiedziałam, co poczuł mój tata, jak z nim wojowałam machając mu przed nosem "suchym chlebem" niczym orężem.
Ale zupełnie nie rozumiem, czemu mój rodzic po wysłuchaniu opowieści zaśmiał się złośliwie i rzekł z satysfakcją w głosie:
-DOBRZE CI TAK!!!
Kanapki małej znowu robię.
I co?
WRACAJĄ!
Wczoraj nadgryziona dwa razy, dziś w stanie nienaruszonym!
Tłumaczenie córuni:
-Bo nie byłam głodna.
Wrrrrrrrrr!
No to żeby nie zagłodzić do końca moich szkieletonów, upiekłam dziś ekspresowe "rogaliki" z nadzieniem czekoladowym:
Przepis ktoś sobie winszuje?
A prosiem bardzo:
Kupujemy np. w Lidlu gotowe, świeże (nie mrożone w sensie) ciasto francuskie i Nutellę.
Ciasto rozwijamy, kroimy na kwadraty. Każdy kwadrat smarujemy Nutellą, zwijamy w mniej więcej rogaliki, smarujemy wierzch rozbełtanym żółtkiem i pieczemy w temperaturze ok 200 stopni ok 10-15 minut.
Przepis dostałam wczoraj u Ani ze Szmatki Łatki . A wiecie co tam robiłam?
Ha! Odbierałam moje zakupy! Bo Ania sprzedaje cuda na Allegro. A niedługo będzie działał jej sklep!
I co jeszcze dla mnie jest ogromną radością - Ania mieszka ode mnie tak mniej więcej o rzut moherowym beretem!
Tak więc moim dzieciom w oczęta ich niewinne zagląda widmo głodu - matka całą kasę przeputa na szmatki ;-DD

środa, 25 listopada 2009

Policyjnie cz.3

Dziś ostatnia część moich dość spektakularnych przygód z policją.
Ostatnia na dzień dzisiejszy, bo wszak życie niesie ze sobą masę niespodzianek i nie wiadomo co nas może spotkać tuż po opuszczeniu progów własnego domu.
Tak też i było w opisywanym teraz przeze mnie dniu.
Dokładnie miało to miejsce 10.11. Roku tegoż (znaczy bieżącego).
Po powrocie do domu znalazłam awizo.
Z jednej strony bardzo się ucieszyłam, bo wiedziałam, że przyszło zamówienie z Bostara z pierdołami do kolczyków. A z drugiej strony zazgrzytałam zębami aż iskry poszły, bo na pocztę to ja baaaardzo nie lubię jeździć :-/
Nie dość, że muszę się przedzierać przez gigantyczne korki, to do tego będąc już w urzędzie zmuszona jestem odprawiać tzw. godzinki... Na pięć okienek w porywach czynne są 2-3.
Ale trudno! Jak mus to mus!.
Wsiadłam więc w samochód i ruszyłam.
Teraz mały rys topograficzny.
Ulica przy której mieszkam z jednej strony jest notorycznie zajęta przez parkujące na niej samochody. Dla jeżdżących zostaje tylko jeden pas ruchu. Jadąc w stronę głównej ulicy te parkujące są po lewej, więc jadący z naprzeciwka muszą (zgodnie z kodeksem) przepuścić samochody jadące do głównej ulicy.
Mam nadzieję, że nie zagmatwałam?
Tak więc dla jasności: jechałam do głównej ulicy, więc ja miałam pierwszeństwo.
I z tegoż założenia wyszłam, kiedy zobaczyłam nadjeżdżający vis a vis samochód.
Nie byle jaki ;-)
Radiowóz.
Więc przemknęło mi dość głupio przez głowę, że kto jak kto, ale oni przepisy chyba znają i powinni stosować.
O naiwna ja!
Więc jadę dalej.
Oni też. Mieli gdzie zjechać, żeby mnie przepuścić, ale nie!
Gdzie tam!
Prą do przodu jak dzielni pancerni w swoim wiernym Rudym!
A ja?
Ja też! Hehehe!
No i w pewnym momencie się spotkaliśmy - maska w maskę...
Nie, nie. Do zderzenia nie doszło.
Stanęłam. Oni też.
I tak sobie stoimy reflektor w reflektor świecąc sobie po oczach.
-No i kto kogo? - pomyślałam. Zerknęłam na zegarek. Do zamknięcia poczty miałam jeszcze dwie godziny, więc specjalnie mi się nie spieszyło.
Radyjko gra, fajnie jest...
W końcu z radiowozu wygramolił się młodzieniec (tym razem mundurowy!), podszedł do mnie i zastukał w szybę.
Opuściłam w dół i zapytałam:
-Słucham?
-Niech pani jedzie!
-Chętnie. Ustąpcie mi miejsca.
-Przecież może nas pani minąć.
-Jak? Którędy?
-No chodnikiem! Zmieści się pani.
Faktycznie - mogłam.
-Nie ma mowy!
Niebieski wywalił oczy.
-Co?? A dlaczego??
-Po chodniku się nie jeździ - pouczyłam mundurowego.
-Yyyyy... No tak, ale przecież ma pani dużo miejsca i może pani nas minąć!
-Nie ma mowy - powtórzyłam - chodnik jest dla pieszych.
-Ale nikogo przecież na nim nie ma! Może pani jechać!
-Taaaa! Jasssne! Ja pojadę po chodniku, a wy mnie za 50m zatrzymacie i wlepicie mandat właśnie za jazdę po nim! Nie ma mowy! Nie ruszę się!
-Nie wlepimy! Niech pani jedzie!
-Nie! Ja mam pierwszeństwo i to wy mi musicie ustąpić.
W ostatniej chwili dziabnęłam się w jęzor, żeby nie poradzić mu wezwania policji w celu roztrzygnięcia naszego idiotycznego sporu.
Młody stójkowy próbował jeszcze negocjować, ale w końcu poddał się i wrócił do kupla w oznakowanym samochodzie policyjnym...
Chwilę jeszcze postali i...
NIESAMOWITE!! Wsteczny im działa!
Wzięli i zjechali z drogi zawziętej, rudej babie!
Taaaa...
Jednym słowem - twardym trza być, a nie miętkim! ;-)
A teraz trochę nowości, bo się zebrało:
W kuchni miałam abażur. Stary i mało ładny. Więc uszyłam sobie nowy :-D

Jak jest za oknami, każdy widzi - niezbyt przyjemnie oględnie mówiąc...
Więc, żeby spojrzenie miało okazję spocząć na czymś bardziej ożywionym i kolorowym niż zeschnięta trawa i łyse badyle uszyłam sobie takie hmmmm... nazwijmy to zazdrostki inaczej ;-)

Okna mam dwa, więc na drugim będzie (jutro) to samo ;-)
Kanapa w salonie dostała poduszkę w nowym ubranku:

A ponieważ święta tuż-tuż trzeba zadbać o jakieś gadżety.
Jak święta, to choinka:

Na choince wiesza się np. Ciastki ;-)

Można też bombki:


Tej na ostatnim zdjęciu nie polecam do wieszania na drzewku - no chyba, że na stuletnim dębie - jest ciężka i wielka :

Kolejne bombki się zrobią - jutro będę miała nowe papiery ze sklepu naszej Ani !!
Już nie mogę się doczekać ;-)

piątek, 20 listopada 2009

Bombuś


Bombuś to kot. Dokładnie kot rasy syjamskiej.
Urodził się 23.04.1993.
Najpierw wyjaśnię, skąd takie imię.
Bombuś przyszedł na świat... w kurniku ;-). Miał 2 siostry. Jedna była zwykłą, uroczą dachową koteczką, a druga prześliczną srebrną persicą.
Kiedy kociaki miały tak koło 4 tygodni kocica po prostu je zostawiła i poszła w tango dorabiać kolejne pokolenia sierściuchów.
Syjamy rodzą się prawie łyse, więc Bombuś pozbawiony ciepłego futerka mamy złapał dość silne przeziębienie. Chodziłyśmy z nim do lekarza o nazwisku Bąbik. Moje dziecko (wówczas jedyne) słysząc, jak rozmawiam z Mamą, że trzeba znowu iść do Bąbika na kolejny zastrzyk, szybciutko złożyła sobie kota i weterynarza i wyszło takie coś:
Bąbik + kotek = Bąbek.
Żeby jednak skojarzenia nie były zbyt bliskie i może niezbyt miłe dla sympatycznego weterynarza, szybko przechrzciłyśmy kota na BOMBEK.
Oczywiście, wytłumaczyłyśmy panu doktorowi, skąd się wzięło takie dość podobne fonetycznie do jego nazwiska imię.
O dziwo dr Bąbik był mile zaskoczony, a nawet zadowolony :-).
Bombuś jak na "błękitną krew" przystało zachowywał się u pana doktora w sposób elegancki i bardzo zrównoważony. Z godnością znosił wszystkie zastrzyki, oglądanie uszu, zębów itp.
Do czasu...
Pewnego dnia przytrzasnęłam nieszczęśnika drzwiami. Strzeliłam go tak mniej więcej na wysokości bioder.
Zaznaczam, że NIECHCĄCY! Nie zauważyłam go, a drzwi zamykałam "z łokcia", bo ręce miałam zajęte.
Następnego dnia Bombek zwlókł się z łóżka opierając się tylko na przednich łapach, a kompletnie bezwładny zadek ciągnął za sobą nie bardzo rozumiejąc, co się stało.
Moja Mama podniosła lamet:
-O Jezu! Kota mi zabiła! Uśpić go teraz trzeba będzie! Kręgosłup w drzazgach!
Zapakowałam więc paralityka do samochodu i pojechałam z nieszczęśnikiem do znajomego weterynarza.
Postawiłam futrzaka na stole i tłukąc czołem w blaszane obicie, powiedziałam jak skrzywdziłam i prawie zabiłam pupilka własnej Matki.
Bombuś stał sobie spokojnie na dwóch przednich łapach i nic sobie z tego nie robił, że doktor majta mu biodrami we wszystkie boki i strony.
-To rwa kulszowa, Zwykły zbieg okoliczności. Uszkodzić kotu kręgosłup wcale nie jest tak łatwo. Dostanie zastrzyk i będzie ok. Dla formalności zmierzę mu jeszcze temperaturę.
Co powiedział, chciał wprowadzić w czyn.
Jednak ledwo uniósł kotu ogon rozpętało się piekło!
Spokojny dotąd kot dostał ataku furii!
Wyszczerzył kły, wydał z siebie głuchy warkot i pazurami usiłował złapać za rękę doktora.
Chłop miał refleks i się cofnął w porę.
Ja nie mogłam, bo trzymałam zwierzę. W tym momencie Bombuś widząc, że nic nie zrobi lekarzowi, a musiał gdzieś wyładować swoją frustrację, odwrócił się do mnie i dziabnął mnie dwa razy zębami w kciuk.
Bólu po ugryzieniu przez kota nie da się z niczym porównać!
Puściłam odruchowo sierściucha i teraz zaczął się horror!
Bombek ruszył przed siebie.
Normalnie - na czterech łapach!
I to jak ruszył!
Jaka rwa?? Jaki tam paraliż??
To co stało na szafkach wylądowało na podłodze, papiery z biurka pokryły gabinet białą warstwą poszarpanych ścinków. Ryk jaki z siebie wydobywał z siebie dystyngowany hrabia podobny był to ryku szarżującego nosorożca (tak sądzę).
W tym czasie, kiedy książę kot obracał w perzynę miejsce pracy dr Bąbika, ja poczułam, ze robi mi się dziwnie...
Szare jakieś to wszystko, rozmyte i odjeżdża sprzed oczu, a ja zaczynam słyszeć przez burą, grubą watę...
-Chyba mi słabo - powiedziałam niezbyt pewnym głosem (doświadczenia w omdlewaniu kompletnie nie miałam).
Biedny weterynarz nie wiedział kogo ma najpierw łapać: wściekłą, beżową furię, czy słaniającą się na nogach właścicielkę potwora.
Na moje szczęście zdecydował się na samarytański uczynek i złapał mnie nim doleciałam do podłogi.
Posadził na krześle i kazał schylić głowę.
Popatrzył na kota i mruknął:
-Zmęczy się, to przestanie.
faktycznie - po pewnym czasie Bombuś zaprzestał biegania po ścianach i suficie, ograniczając się do demolowania tego co sam wcześniej zwalił na podłogę.
Po czym usiadł w kącie i dysząc jak smok wawelski po zjedzeniu owieczki z siarkowym nadzieniem patrzył z dumą swym zezowatym wzrokiem na spustoszenie jakiego dokonał w gabinecie...
Minęło tak ok 10-11 lat.
Ponownie ten sam gabinet. Najpierw formalności. A potem:
-No to proszę wyjąć kotka.
Otworzyłam torbę. Bombuś wystawił na zewnątrz swą brązową, lekko już posiwiałą twarz...
Reakcja weterynarza była natychmiastowa: cofnął się kilka kroków, zbladł i wydusił z siebie:
-O Boże! To on! Ja go pamiętam!
Hehehe! Ja też! Od tamtej pory będąc u weterynarza zakładam skórzane, grube rękawice do łokci ;-)
W dzieciństwie Bombuś przejawiał skłonności do alkoholu...
Ale klub AA nie wkroczył do akcji ;-) - kot sam się wyleczył.
Miał wtedy ok 5 miesięcy. Siedziałyśmy sobie z Mamą pod jabłonką w ogrodzie i sączyłyśmy piwko. Koty plątały się koło nas. Bombuś zwęszył nagle, że obie pańcie mają coś apetycznego, coś co pachnie upojnie, a on tego nie zna...
Podszedł do nas. Zaczął pchać łeb w kierunku puszki. Nie dawał się odpędzić.
W końcu dałam mu resztkę, która została na obrąbku puszki.Ile tego było?
Maleńko.
Ale kot też duży nie był...
Wypił z lubością na trzy lizy. A potem...
Zrozumiałam powiedzenie "latać jak kot z pęcherzem".
Drzewa, płot, krzaki, parapety - wszystko jedno! Jest ryzyko - jest zabawa!
Wesolutki jak skowronek podrzucał do góry kawałki patyków. Zwinnie niczym wiewiórka zwieszał się z gałęzi głową w dół.
W końcu wylądował na ziemi. Jak stał tak padł. Zapadł w pijacką drzemkę. Po czym ocknął się, zwrócił nadmiar jedzenia i resztki %. Beknął jak stary chłop i od tamtej pory wszelkie alkohole omijał z daleka.
Historyjek związanych z Bombusiem jest więcej.
Pewnie kiedyś je opiszę, żeby nie zapomnieć.
Coś tam pisałam wcześniej TU

Bo nowych już nie będzie.

Dziś o 14:00, po ponad 16 latach życia, Bombuś odszedł do swojej ukochanej, rozpuszczającej go ponad wszelką miarę Pani...

środa, 18 listopada 2009

Policyjnie cz. 2

Obiecana część druga moich zmagań ze stróżami porządku.
Jakoś tak rok temu to było. Siedzę spokojnie w swojej bibliotece. W pewnym momencie uchylają się drzwi, a przez szparę wsuwa głowę kierowniczka administracyjna z miną konspiratora.
-Pani Moniko. Czy może pani do nas na chwilę przyjść?
"Do nas" tzn do księgowości.
Poszłam.
Wchodzę, a tam oprócz wspomnianej wyżej i księgowej był też ex dyrektor.
Po konwencjonalnej wymianie uprzejmości, padło co najmniej dziwne pytanie:
-I co? Ma pani już wezwanie?
-????? Gdzie??
-Na policję.
-Ja? A po co?
-W sprawie komputerów. A dokładnie tych u pani w pracowni multimedialnej.
-Nie dostałam. Przecież kompy są! Nikt ich nie ukradł póki co!
-To nie o to chodzi.
-A o co?
-No też nie wiemy. Ja dziś idę. A panią i tak wezwą, bo pani podpisy są pod protokołami z odbiorem pracowni.
Tak to mój ex powiedział, jakby się cieszył, że razem będziemy jeść suchy chleb popijając zimną wodą z blaszanego kubka w jednej celi.
Hehehe! Zapomniał, że więzienia nie są koedukacyjne ;-)
Tak więc jak tego samego dnia zdzwonił telefon, nie zdziwiłam się, że po drugiej stronie kabla wisiała komenda.
-Dzień dobry. Mówi.... (stopień, nazwisko). Czy mogę rozmawiać z panią Moniką...
-Przy telefonie. Słucham.
-Dzwonię z wezwaniem na przesłuchanie.
-Aha. Pewnie w sprawie komputerów?
-A skąd pani wie? - zapytał z rozpędu. A potem dodał już profesjonalnym tonem:
-Nie mogę powiedzieć o co chodzi.
-No wie pan. Ponieważ nikogo nie napadłam, nie okradłam, więc wiem po co pan dzwoni. Poza tym w szkole mi powiedzieli.
-Kiedy może pani przyjść?
Umówiliśmy się na następny dzień. Miałam zgłosić się do pana o nazwisku "P" o godzinie 13:30.
O 13:20 zameldowałam się dyżurnemu. Podałam mu dowód i po sprawdzeniu mojej tożsamości, zostałam poproszona o zajęcie miejsca w poczekalni.
-Pan P zaraz do pani zejdzie. Właśnie dzwoniłem.
-Dziękuję.
Usiadłam i czekam.
Czekam...
Czekam...
I CIĄGLE CZEKAM!!
Tak mniej więcej o 13:40 wstałam i zwróciłam się do dyżurnego:
-Czy pan P ma zamiar w końcu przyjść? Umówieni byliśmy na 13:30. Już ma 10 minut spóźnienia. Za kolejne 10 ja wychodzę. To i tak będzie więcej niż akademicki kwadrans.
-Jak to pani wychodzi??
-Normalnie - rzuciłam niedbale - tak jak weszłam. Drzwiami!
-Ale pani nie może!
-Bo? aresztowana jestem? Proszę ponownie zadzwonić do pana P i poinformować go, że mój czas jest cenny i nie zamierzam go marnować w poczekalni lokalnej komendy policji. To panu P zależy na moich zeznaniach, a nie mnie, żeby je składać.
Widząc, że nic nie wskóra z upartą babą dyżurny (skądinąd miły facet) jeszcze raz poprosił, żebym usiadła.
Posłuchałam. A jakże! Patrząc wymownie i bezczelnie na przesuwające się wskazówki zegara na wprost jego nosa.
Nagle po krótkiej chwili, z hukiem otworzyły się drzwi prowadzące nie wiem dokąd.
Ale myli się ten, kto sądzi, że stanął w nich pan P.
O nie!
To była kobieta (z założenia przynajmniej). Trochę starsza od mojej Rabarbary. Wyglądała mało sympatycznie - oględnie mówiąc. W kilku susach (bo nie krokach!) znalazła się przy mnie i wydarła paszczorę na całą poczekalnię:
-IMIĘ I NAZWISKO!!
Wzdrygnęłam się lekko, nie spodziewając się wrzaskliwego ataku małoletniej z włoskami ściągniętymi gumką recepturką w imitację kucyka.
Spojrzałam na nią niechętnie i odparłam:
-Słyszała pani o ochronie danych osobowych? Bo ja tak i nie mam zamiaru ujawniać swoich personaliów przy obcych ludziach. To po pierwsze.Po drugie: to pani winna najpierw się przedstawić - już choćby z powodu różnicy wieku, jaka nas dzieli.
Dziewoję zatchnęło.
Dobrze, że nie na amen, bo bym odpowiadała za słowne uszkodzenie funkcjonariuszki na służbie ;-)
Fuknęła coś pod nosem i poleciała do dyżurki.
Ja spojrzałam na dyżurnego i wymownie pokazałam mu zegar.
Kiwnął nerwowo głową, ponownie łapiąc za telefon.
Po chwili z innego pomieszczenia wyszedł sobie jakiś młodzian o posturze Pudziana.
Przespacerował się leniwie, od niechcenia prezentując swój pistolecik.
Znaczy tego... Gnata miał w kaburze pod pachą ;-)
Kiedy zakończył tę promenadę niczym rasowa modelka, podszedł do mnie i uśmiechając się promiennie, acz łagodnie zapytał:
-Jak się pani nazywa?
"Pogięło ich tu czy co??"
Ale zamiast pysknąć, odbiłam piłeczkę z równie seksownym uśmiechem:
-A pan?
Tak zdurniał, że się przedstawił.
-Aha! To nie na pana czekam.
I straciłam nim zainteresowanie, przerzucając się na zegar.
Młodzieniec postał chwilę i wzruszając ramionami poszedł do dyżurki.
Punktualnie o 13:50 wstałam i podeszłam do drzwi. W tym momencie usłyszałam za sobą okrzyk.No nie! Nie: "stój bo strzelam!", tylko:
-Proszę nie wychodzić! P już schodzi do pani!
-Taaak? Od 20 minut schodzi i dojść nie może. Z czubka Pałacu Kultury tu podąża? Do widzenia.
I kiedy położyłam rękę na klamce, otworzyły się drzwi prowadzące na klatkę schodową i stanął w nich...
Jak Wam opisać tego pana?
Może tak: przypomnijcie sobie wszystkie filmy kryminalne, jakie znacie. Nieważne czy rodzime, czy wręcz przeciwne.
Wszystkich tych boskich przystojniaków, na widok których większość z nas planowała swoją przyszłość jeśli już nie w wiernej służbie policji, to przynajmniej u boku takich macho bezwzględnych dla przestępców, a czułych dla swych kobiet.
Przypomnijcie sobie tę ich sprawność fizyczną.
Tę "samczość" ziejącą z ekranu.
Tę błyskotliwość widoczną na pierwszy rzut bystrego, kobiecego oka...
Już?
To ok!
No więc pan P wyglądał...
Wprost przeciwnie, niestety...
Przede mną stał pan wzrostu mojego (czyli żadnego), z brzuszkiem dość mocno opiętym sweterkiem a'la słynny swego czasu Kononowicz, ze wzrokiem udręczonym, i przerzedzoną górną częścią czaszki.
-Nazywam się P. Pani do mnie? - ni to zapytał, ni to stwierdził.
Zamiast paść mu w ramiona, jak to z wdzięczności powinnam zrobić, bo w nareszcie skończyło się moje czekanie, ja zakrzyknęłam:
-No! Nareszcie! Ma pan farta! Już wchodziłam!
-Przecież byliśmy umówieni - powiedział pan P trochę oburzony.
-TAAAK??? A o której??? 20 minut temu!
-A bo to kolega panią umawiał, nie ja...
-Przez posły wilk nie syty!
-Może pójdziemy na górę? - zaproponował ugodowo.
-Na nic innego nie czekam! To jakieś kpiny! Do czego to podobne! Ile można czekać? To poważna instytucja czy ochronka dla małolatów? Co to za zwyczaje? Najpierw pan się spóźnia, potem napada mnie jakaś małoletnia z przetłuszczonym owłosem drąc na mnie paszczę. Potem jakiś Adonis się pręży i też ma jakieś wąty do mnie?? Co to ma być ja pytam?! I się dziwicie, że ludzie was nie lubią i dowcipy się o was mnożą jak króliki na wiosnę??
Tak trując jak nakręcona, leciałam po schodach w górę. Stanęłam na piętrze i zapytałam:
-A teraz gdzie?
-Jeszcze wyżej - szepnął pan P.
-Noooo pięęęknie! I windy tu też oczywiście nie ma? Ja rozumiem gnać przestępców z kulą u nogi w ramach resocjalizacji, ale spokojnych obywateli???
W świetle moje pyszczenia ten "spokojny obywatel" chyba nie wypadł zbyt przekonywająco...
W końcu doszliśmy do pokoju pana P.
Zaczęło się przesłuchanie...
I to jak!!
-Pani się nazywa Lidia...?
-Nie. Monika...
-A ja mam napisane, że Lidia...
Zdębiałam lekko.
-Mam dowód przy sobie, jakby co. Dyżurny też mnie spisał.
-Aha. Więc jest pani pewna, że nie nazywa się pani Lidia...?
-Tak. Zdecydowanie!
-To kim jest Lidia...?
-Pojęcia nie mam!
- Tak? A przecież razem pracujecie.
Po raz drugi się zdziwiłam, ale zaczęłam myśleć.
-Aaa! Już wiem! Ona teraz ma inne nazwisko, bo wyszła za mąż. Nie skojarzyłam, bo w tej chwili jest na wychowawczym i nie mamy kontaktu. A pod tym nazwiskiem, które pan wymienił znałam ją bardzo krótko.
-Aha... A co mi pani powie o przetargu na komputery.
-Nic.
-Dlaczego?
-Bo ja w nim nie brałam udziału. To się odbywało gdzieś na poziomie ministerialnym prawdopodobnie.
-Dlaczego więc pod protokołami odbioru są pani podpisy?
-To są protokoły przyjęcia pracowni jako takiej. Czyli przyszła ekipa, zamontowała komputery i poszła. Ja podpisałam tylko fakt, że mam tyle kompów, ile miało być i tyle.
Pan się zasępił na chwilę i z rozbrajającą szczerością powiedział:
-To niepotrzebnie tu panią ściągałem...
Śmiać mi się zachciało.
-No niestety. Przykro mi, że nie mogłam panu pomóc.
Pan P westchnął z głębi swego wydatnego brzuszka i powiedział przygnębiony:
-Ale protokół musimy spisać..
-Piszmy więc - zachęciłam go gorliwie widząc, że moje wyjście na wolność jest tuż, tuż!
-Ale ja nie wiem co napisać...
Oklapłam...
-Nie wiem, czy mogę, ale ja panu podyktuję, dobrze?
-Oj tak!! - zamiast mnie ochrzanić, wyraźnie się ucieszył.
No to podyktowałam, sprawdziłam i podpisałam.
Kiedy wychodziłam, byliśmy już w całkiem przyjaznych stosunkach ;-)
-Do widzenia pani! I przepraszam za spóźnienie i moich kolegów.
-Nic nie szkodzi. W gruncie rzeczy, było nawet zabawnie. Ale wie pan co? Raczej nie powiem "do widzenia". W zaistniałej sytuacji bardziej mi pasuje "żegnam".
Roześmieliśmy się obydwoje i poszłam sobie...
A wiecie dlaczego tak mi się spieszyło? Co mnie tak w pięty parzyło na tej komendzie?
Otóż dnia poprzedniego zaczęłam sobie hardangerować aniołki...
I silne parcie na igłę miałam...

W tym roku nie będę ich robić, ale nie z powodu traumy policyjnej, tylko jakoś te niteczki Unifilu przy sztucznym świetle się zlewają ;-)

piątek, 13 listopada 2009

Policyjnie cz.1

Tak jak pisałam w poprzednim poście: rozpoczynam policyjną sagę ;-D
Człowiek nie wie, kiedy do jego drzwi bladym świtem załomocze jakaś nerwowa pięść i usłyszy:
-OTWIERAĆ! POLICJA!!
No może aż tak dramatycznie nie było w moim przypadku, ale podobnie...
Działo się to w 2007 roku. Dokładnie 26.03.2007
Poniedziałkowy, blady świt...
Tzn tak koło 6:30.
Małż poszedł zamknąć psicę w zagrodzie, Asia czyniła zwyczajowe ablucje łazienkowe w celu doprowadzenia się do wyglądu człowieka, ja barłożyłam beztrosko na baaardzo dłuuugim zwolnieniu, Ania spała.
Godzina 6:35 - dzwonek. Więc mężu wychyla się prze okno i pyta grzecznie:
-Kto tam?
-POLICJA!
Słabo słyszałam odpowiedź z racji odległości wyrka od pokoju, w którym mój mąż konwersował przez okno, więc myślałam, że mam omamy słuchowe.
Więc zebrałam się do kupy i wypełzłam spod cieplutkiej kołderki dowiedzieć się, czy aby coś mi się z uszami nie porobiło.
No nie porobiło jednak...
Ślubny stał na dole, przy schodach z mocno ogłupiałą miną i powiedział:
-Ty! Wiesz? Policja stoi przed furtką...
-No to ich wpuść raczej.
I w tym momencie z łazienki usłyszałam dramatyczny krzyk:
-MAMO!! O BOŻE!! ONI PO MNIE PRZYSZLI!!
Skóra mi ścierpła, nogi się ugięły... Dobrze, że na 4 nogach stałam, bo bym padła trupem ;-). Poprzedniego dnia Rabarbara była z koleżeństwem nad Wisłą i przemknęło mi przez myśl, że kogoś napadli, zniewolili, utopili, czy coś tam jeszcze...
-Jaśniej proszę - wyjąkałam.
-BO JA MUZY SŁUCHAM Z NETU! A ONI ŚCIGAJĄ I REKWIRUJĄ!!
Więcej Baś z siebie nie wydusił, bo ją zatchło, a oczęta zielone wylazły jej na upudrowane starannie policzki.
Ulżyło mi.
-Weź nie histeryzuj! Idę obadać o co chodzi.
Pokuśtykałam na dół (na szczęście przyodziałam się w wielce "seksowny" szlafroczek frotee ;-))
Do salonu wkroczyliśmy niejako razem tyle, że z różnych stron ja i panowie policjanci. W ilości mocno rozrośniętych sztuk pięciu. Po cywilnemu.
Mężu radośnie mnie poinformował:
-Policja do ciebie!
-Miło mi. Przepraszam za lekki nieporządek, ale wczoraj nie skończyłam pracy.
Lekki nieporządek... Dobre sobie!! Hehehe! Burdel to najwłaściwsze słowo w tym momencie :-DD
Cały stół i połowę krzeseł w salonie pokrywały papiery do decu. Na stole dumnie rozpierały się dwie skrzynki, które to robiłam własnemu dziecku młodszemu na skarpetki i rajstopki, co by się luzem nie walały po szafie. Klej, pędzle, ścinki i nożyczki dopełniały całości ;-D
Wprawdzie mam coś, co określam dumnym mianem "Pracownia", ale akurat wtedy nie miałam melodii do dreptania do dość zimnego pomieszczenia i stwierdziłam, że przyjemniej i zdecydowanie wygodniej będzie mi się dekupażyło w ciepłym pokoju.
Panowie przełknęli dość gładko informację o lekkości bajzlu.
Więc zaprosiłam ich, co by usiedli i powiedzieli o co chodzi.
Zaczęli z grubej rury:
-Mamy prokuratorski nakaz na przeszukanie domu.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym się głupkowato nie ucieszyła ;-)
Od paru dni nie mogłam za cholerę znaleźć plecaka, który był mi niezbędnie potrzebny w celu spakowania gratów na rehabilitację. Musiał to być plecak i to właśnie TEN zaginiony, bo po pierwsze ręce miałam zajęte "nogami", a po drugie kolorek plecaczka pasował mi do ogólnego wystroju mojego "zewnętrznia" ;-)
Ale myśl złotą coby mi przy okazji rewizji plecaczek namierzyli stłamsiłam w sobie.
Raczej zainteresowałam się czemu chcą mi grzebać po szafkach.
Noooo!! Nie takie to proste uzyskać odpowiedź na zwykłe pytanie od panów barczystych!
Najpierw lekkie przesłuchanko:
-Czy znacie państwo kogoś z Żoliborza, a dokładnie z Bielan?
-No znamy...
Co się mamy wypierać rodziców mojego męża?
-A znacie państwo panią O.... - tu padło nazwisko, które kompletnie mi nic nie mówiło.
-Nie znamy - powiedzieliśmy zgodnym chórem
-A kto tu jeszcze mieszka?
-Nasze córki, a za ścianą moi rodzice.
-A telefon macie państwo?
-Mamy.
-A rodzice?
-Też.
-Wynajmujecie państwo komuś pokoje?
-Nie.
-A kiedyś?
-NIE!
-A rodzice?
-NIE! Ani teraz, ani przedtem!
Pytań było więcej, aż w końcu dowiedzieliśmy się o co chodzi.
Otóż podobno wyłudziłam od wspomnianej wyżej pani 3 tys złotych!
Przez telefon. Mój! Stacjonarny! Się zdziwiłam...
I kolejna tura pytań:
-Co pani robiła 06.02.07?
Nosz kuźwa! Weź człowieku pamiętaj, co prawie dwa miechy temu robiłam! Nie wiem! Pamiętnika nie piszę!
-Noooo... - zachęcił mnie pan z uśmieszkiem na paszczy - może jednak sobie pani przypomni...
Więc zaczęłam myśleć. Na głos.
-6 luty... To chyba były ferie zimowe?
-Nie wiem! Ja nie mam ferii - odparł pan z niechęcią w głosie
- Dzieci pan w wieku szkolnym nie ma?? Myślę!
I nagle spłynęło na mnie olśnienie!
-Wiem! - zakrzyknęłam - Wiem! Tego dnia byłam ze starszą córką na zakupach! Kupiłam jej dżinsy! W New Yorkerze!
-A ma pani rachunek?
-A nie mam. Wywaliłam. Nie trzymam śmieci.
Ta ostatnia informacja wygłoszona na tle bajzlu zabrzmiała chyba mało przekonująco ;-)
-Jak może pani to potwierdzić?
Się ugryzłam w jęzor, bo chciałam powiedzieć, że to oni są od udowodnienia mi winy, a nie ja od dowodzenia swojej niewinności.
-Plastikiem płaciłam.
-Co??
-Kartą!
-A ma pani wyciąg z konta?
-Nie. Ale zaraz wydrukuję.
Drukując siłą rzeczy obudziłam tatę, W skrócie powiedziałam o co chodzi. Więc tata lekko zaspany, w niebieskiej piżamce w paseczki udał się do mnie do domu, w celu dobrowolnego złożenia wyjaśnień.
Panowie bezmundurowi zasugerowali, żeby może jeszcze żonę poprosił do zeznań, ale tata z godnością odmówił budzenia i niepokojenia Ślubnej.
Nie protestowali, wszak to ja byłam ta podejrzana...
Dałam im ten cenny, dający mi wolność wydruk. Nawet godzina im się zgadzała z tym czasem, w którym to przez własny telefon wyłudzałam kasę od emerytki.
Wzięli świstek jako mikry dowód mej niewinności, od rewizji odstąpili...
Wychodząc jeszcze kilka razy pytali, czy nie wynajmuję pokojów, albo może moi rodzice.
-A może wie pani czy ktoś z sąsiadów nie wynajmuje? A może gdzieś tu mieszkają Rumuni?
-Nie wiem, czy mieszkają. Jakiś talibopodobnych widziałam, ale nie Rumunów chyba. Kiedyś jedna pani wynajmowała pokoje matkom dzieci z Centrum Zdrowia Dziecka.
-Taaak?!! - ożywili się wyraźnie - a gdzie ta pani mieszka?
-Teraz?
-Tak?
-Hmmm... Od 20 lat na cmentarzu, ale nie wiem na którym. A po domu nawet fundamenty nie zostały. A szkoda, bo ładny domek był. Takie miał śliczne wejście - na filarkach...
Tu panowie przerwali moje dywagacje architektoniczne i se poszli precz.
Ale to nie koniec! O nie!
Jakiś tydzien później przy furtce przycumował młodzieniec z torbą podróżną:
-Dzień dobry! Ja w sprawie pokoju.
-Jakiego pokoju? - zdziwiłam się ogromnie.
-No do wynajęcia! Kolega mi mówił, że pani wynajmuje.
-W maliny ktoś pana wpuścił. Nigdy nie wynajmowałam pokojów. I nie zamierzam. To nie hotel! To mój prywatny dom!
-Ale adres mi się zgadza!
-I tylko tyle!
-To gdzie ja mogę coś wynająć?
-Nie wiem! Niech się pan skonsultuje z kolegą!
Polazł niechętnie.
Sprawa zakończyła się niejako sama. Tegoż samego dnia tata oglądając TV usłyszał informację, że złapali szajkę wyłudzaczy pieniędzy od osób starszych. Cyganie to byli (prawie jak Rumuni ;-)).
Więc wizja opalania się w kratkę przez kilka kolejnych lat odpłynęła ode mnie szczęśliwie w niebyt.
Do następnego razu, o czym nie omieszkam napisać ;-)

Dobra! A teraz coś dla oka, czyli kolejne komplety frywolne:






Póki co, mówię Wam papapa! I do następnego razu (no chyba, że mnie w międzyczasie zapuszkują, bo nie będę robić zakupów płacąc plastikiem ;-)

wtorek, 10 listopada 2009

Pośpiech

Jak wiadomo - pośpiech jest wskazany przy łapaniu pcheł.
W innych dziedzinach życia nie zawsze jest pożądany.
Szczególnie, jak się uprawia partyzantkę. Mam tu na myśli moją starszą latorośl.
Sytuacja, którą opiszę miała miejsce w poniedziałek 2 tygodnie temu.
Chodziłam wtedy na rehabilitację.
Poniedziałek był najtrudniejszym czasowo dniem.
Ania kończy tegoż dnia swoje liczne zajęcia późno i do domu przywożę ją ok 16:45. Do wyjścia na rehabilitację miałam ok. kilkunastu minut, w których to musiałam zmieścić nakarmienie małolaty, ogarnięcie się z grubsza i wydanie dyspozycji na resztę popołudnia i wczesny wieczór.
Potem dawałam w długą, co koń wyskoczy na parę godzin mając nadzieję, że JAKOŚ sobie dadzą radę bez mamuśki ;-)
Siłą rzeczy nie miałam czasu, żeby sprawdzić pannie drugoklasistce lekcje. Więc obowiązek ten beztrosko zepchnęłam na moje pomocne dziecko starsze (no w końcu po coś ją se urodziłam te 19 lat temu!).
Tak więc przed wyjściem poprosiłam moją Rabarbarę o sprawdzenie lekcji małej.
Rzeczonej małej przykazałam co następuje:
-Masz pokazać, co zrobiłaś, masz ją pytać jak czegoś nie wiesz, masz się jej słuchać. Jak wrócę, lekcje mają być odrobione, ty masz być spakowana na jutro i masz być po kolacji i umyta! Dziadka też masz słuchać!
Tak, tak! Personalnie muszę wymieniać, bo jak kogoś pominę, to bezczel mały tłumacząc się z niesubordynacji mówi:
-No przecież o dziadku, Asi, tacie (niepotrzebne skreślić) nie mówiłaś!
Tak więc, kiedy rodzina była już ustawiona, a dyspozycje skrupulatnie wydane, pojechałam z domu precz.
Po powrocie powędrowałam do moich panienek zameldować swój come back.
Pokój Rabarbary zastałam pusty. Tzn. tradycyjnie panował w nim bajzel, ale właścicielki pierdolnika nie było.
Więc zajrzałam do pokoju młodszego szczęścia.
Ania faktycznie była już po kąpieli, siedziała na łóżku (nie powiedziałam wszak nierozważnie i przez gapiostwo, że ma leżeć pod kołderką!), radośnie machając bosymi stopkami.
A światłość z niej biła wręcz oślepiająca i mocno podejrzana... Nie mam tu bynajmniej na myśli czystości...
Przy jej osobistym biurku siedziała Asia i coś pilnie smarowała, aż ołówek zgrzytał.
-A ty co? Lekcje za młodszą odwalasz?
Cisza...
Tylko ołówek przyspieszył biegu, a Ania rozbłysła jeszcze jaśniej i wydała z siebie ukradkowy chichocik...
Więc zaintrygowana podeszłam do biurka i zobaczyłam, co tak pilnie smaruje Baś...
Oczom mym ukazała się kartka rozmiaru A4 z działaniami na dodawanie i odejmowanie w zakresie do 100...
Lwia część była już rozwiązana. Przez Asię rzecz jasna.
Zdębiałam. Zanim mnie oddębiło starsza córcia przemówiła:
-Bojaniezauważyłamżejeszczetomazrobićalezobaczilesamawcześniejodrobiła!sama!bezbłędu!polski
teżbezpomyłekategoniezauważyłamtojużjejzrobiębojużpóźno
I macha mi przed nosem stertą innych kartek skrupulatnie zapełnionych cyferkami przez Anię.
Aś nadaje z prędkością światła, więc żeby oddać chociaż częściowo wodospad informacji, jaki na mnie chlusnął bez ostrzeżenia, celowo napisałam wszystko ciurkiem.
-A rysunek też za nią pokolorujesz? - zapytałam lekko zdruzgotana słowotokiem.
Tu obie dziewczyny zarżały końską manierą i równie zgodnie zaprzeczyły:
-Nieeeee!!
-Aha! To w takim razie Ania pouczy się za ciebie?
-A proszę bardzo! Klasówkę jutro mam z logarytmów.
Mała się ożywiła:
-Asia! A co to są logarytmy? To chyba trudne?
-Trudne - potwierdziła starsza siostra z wyższością, trzaskając kolejne banalne działania zadane ośmiolatce.
-Aaaaa - powiedziała mała z nabożeństwem, sprowadzona do poziomu zero, wpatrzona jak w obrazek w swoje Guru...
Wyszłam od nich, mamrocząc coś pod nosem o domu wariatów...
Powędrowałam sobie dla relaksu do komputera.
Po pewnym czasie przyszła do mnie Asia i mówi:
-Załamałam się...
-Co? Nie dajesz rady? Działania do stu cię przerosły? weź kalkulator - poradziłam litościwie.
-Nie. Chociaż chyba tak... Siedzę u siebie i słyszę: Asia! Pomyliłaś się! Tu powinno być 57, a nie 67. Za chwilę: Asia! A tu to jest minus, a nie plus! Ty znaków nie odróżniasz! Więc się wkurzyłam i poleciałam do małolaty i... Faktycznie! Źle policzyłam! Mało tego! Sprawdziłam resztę i jeszcze trzy byki znalazłam!
-Hehehe! Pośpiech?
-No! I tu widać to, co wszyscy matematycy mi mówili - ZA SZYBKO!!!
Fakt - Asia podobnie jak ja - robi dobre działania, a potem na pastwisku pasie się jej 5 i 1/3 krowy...
Pośmiałyśmy się luzacko i młoda poszła.
Nie na długo...
Wróciła szybciej, niż wyszła. Z rykiem (prawie)!
-MAMOOOOOO!!!!! BUUUUUUUUUUU!!!! Ja tam nie wrócę!!! Ta smarkula stoi na schodach i się drze: Asia! Szóstki od czwórki TEŻ nie odróżniasz!!
I tak oto z hukiem runął mit doskonałej pod każdym względem starszej siostry...
Jak to powiedział poeta?
IDEAŁ SIĘGNĄŁ BRUKU!! :-D
Nie wiem jak Aś odbuduje swój autorytet w oczach młodszej siostry. Ciężko jej będzie. Chociaż w sobotę ma szansę. I to dużą. Ale jakoś nie chce z tego skorzystać.
No cóż - nie mój cyrk - nie moje małpy ;-)


A teraz na zakończenie prezentuję Wam zakonnicę w ubraniu
Stringów nie ma! I mieć nie będzie! Zrobiłam! A jakże! Tyle, że na jej dupsku każdy fason wyglądał jak pas zawodnika sumo :-/
Więc stwierdziłam, że trudno - wiatr jej będzie hulał pod kiecką, a tyłek jej nie zmarznie, bo i tak głównie śpi u Ani w łóżku ;-)

Ale skoro już wyciongłam frywolne akcesorium, to się wzięłam i zaczęłam robić nówki na uszy i szyję:
Wzór oklepany do bólu, ale za to kordonek mam nowiutki i apetyczny :-)
Srebrny i rewelacyjnie się nim robi. Mam już więcej różnych modeli, ale pojedynczych . Więc nie pokazuję póki co "jednych" kolczyków ;-)
Jak dorobię, to obiecuję, że się będę lansować! A co! ;-D
No i na zakończenie bardzo miłe dla mnie sprawy.
Jak już wcześniej pisałam wygrałam zabawę blogową u Che-li i kilka dni temu przywędrowała wygrana A drugie candy zaowocowało takim pięknym notesikiem od Ani

Baaaardzo się cieszę, że w końcu coś wygrałam! A do tego te COSIE są takie śliczne!!

Dziękuję za cierpliwe czytanie :-)
A następną razą będzie "policyjnie" ;-)

niedziela, 1 listopada 2009

Ordnung...

...muß sein.
Czyli dokładność, porządek.
W zasadzie jestem poukładana - mniej więcej. Staram się mieć wsio zaplanowane.
Czasem jednak takie, czy inne zdarzenia wymagają ode mnie nie lada logistycznych kombinacji.
Czasem mam wrażenie, że NIE OGARNĘ!! A jednak jakoś tam daję radę.
Jakoś nie znaczy gorsza jakość ;-)
Chyba w młodości moja skorupka nasiąkła i na starość trąci ;-)
Jako małoletnie dziecko zostałam bez pytania wywieziona w głąb Niemiec.
No nie! Nie na przymusowe roboty! AŻ TAK stara nie jestem!
Po prostu mój tata był na kontrakcie i w ramach łączenia rodzin dojechałyśmy do niego z moją Mamą. Na długie 2 lata.
Pomijam fakt, że nie znałam ani słowa w języku Goethego.
Jednak dzięki pewnej pani jakimś cudem pokonałam tę barierę (dla mnie wtedy dźwięku - nomen omen).
Kiedyś opiszę Wam moje widzenie Niemców oczami dziecka, jakim wtedy byłam.
Chodziłam wtedy do szkoły. Oczywiście niemieckiej, bo polskiej w promieniu 400km nie było.
Niby tak samo jak w Polsce, ale zamiast j, polskiego miałam w planie lekcji Deutsch, a zamiast geografii Heimatkunde (czyli coś jakby połączenie geografii z historią Niemiec).
Po szkole bawiłam się z dziećmi Polaków. Czasem z niemieckimi rówieśnikami, chociaż rzadko - z przyczyn rasowo - narodowościowych (też temat na osobnego posta).
Chcąc nie chcąc przesiąkałam niemieckim wychowaniem.
Przykład?
A prosiem bardzo!
Mieszkaliśmy wtedy w bloku tzw "Hochhaus". 10 pięter zajmowanych przez Polaków z rodzinami. W zasadzie można to porównać do Kibucu :-D. Kiedy ojcowie szli do pracy, a dzieci do szkoły, nasze mamy bawiły się w kury domowe. Czyli prały, sprzątały, gotowały, piekły, robótkowały, plotkowały.
Właśnie... Piekły...
Hitem w owym czasie były dwa ciasta: srokacz i murzynek.
Jak do większości ciast, tak i do tych potrzebne były jajca.
Mojej Rodzicielce owych zabrakło, więc pożyczyła je od znajomej z Kibucu.
Później powędrowała do sklepu i kupiła w celu oddania jajecznego długu.
Ponieważ nie mogła sama od razu zanieść kurzego owocu, poczekała na mój powrót ze szkoły.
Dała mi pojemnik z rzeczonymi i powiedziała:
-Monisiu! idź i oddaj pani Zosi, bo pożyczałam dziś rano.
-Dobrze - powiedziało grzeczne dziecko.
Wzięłam opakowane skorupy wraz z zawartością białka i żółtka i pomaszerowałam dwa piętra wyżej. Na piechotę. Bo zgodnie z niemieckim zarządzeniem dzieciom nie wolno było używać windy bez opieki dorosłych.
Minęły jakieś 3 minuty...
Wróciłam.
Z jajkami.
-O! Nikogo nie było? - zdziwiła się Mama.
-Nie. Był pan Bogdan i dziewczynki (mąż pani Zosi).
-To czemu nie oddałaś???
-Bo pani Zosi nie było!
Zupełnie nie rozumiem ryku śmiechu moich rodziców...
Z relacji pana Bogdana wyglądało to tak:
-Słyszę dzwonek. Otwieram. Na progu stoi Monika z jajkami i mówi grzecznie: 'Dzień dobry. Czy jest pani Zosia?' Więc mówię 'Nie, nie ma' i słyszę: 'Aha. Dziękuję. Do widzenia' Odwróciła się na pięcie i tyle ją widziałem.
Tyż się śmiał...
Zupełnie nie wiem czemu???
No powiedzcie same: jak ja mogłam mu oddać te jajca??
Miały trafić do rąk pani Zosi!
A skąd ja mogłam wiedzieć, co on z nimi zrobi??
Może wytłucze w cholerę, albo zeżre z opakowaniem i skorupami, żonie się nie przyzna, dzieci zaszantażuje, a moja Mama wyjdzie na niesłowną złodziejkę i dłużniczkę jajczaną???
Tak mi to dziś się przypomniało, kiedy szyłam królika a'la Tilda.
Dlaczego?
Bo weszłam w posiadanie niemieckiej gazetki z szyciem dzięki mojej kochanej koleżance netowej Mirce (Miraa).

Mirko! Wiem, że czasem czytasz moje wypociny. Więc raz jeszcze chcę Ci bardzo, bardzo mocno podziękować za Twoje wielkie serce i niebiańską cierpliwość dla nas wszystkich robótkarek :-***

Schemat jako i gazetka - niemieckie, a więc idealnie dokładne. Wycięłam kadłub z przydatkami i wsio po zszyciu mi stykło ;-)
Ubranie to nieszczęście też będzie miało.
Ba!
Nawet już ma!
Ale jak bidactwo ubrałam, to okazało się, że wyszedł mi... HABIT!!
A ja nie miałam w planach zakonnicy z długimi uszami!! ;-D

Poza tym machnęłam kolejne pudełko na wino
Jak widać - zatęskniłam za krakiem jednoskładnikowym ;-)

A ponieważ zaczął się dziś listopad i po wizycie na cmentarzu doszłam do wniosku, że czas Bożego Narodzenia już się dawno temu zaczął, (nie ściemniam - jakieś dwa tygodnie temu byłam w Obi i po jednej stronie stały znicze wszelakiej maści, a vis a vis choinki, bombki, łańcuchy i inne grudniowe pierdoły...) Więc pierdyknęłam se przed chwilą bombkę styropianową - już nie "karczocha"!!
Powiedziałam, że w tym roku NIE MA MOWY I KARCZOCHÓW NIE ROBIĘ!! ZA ŻADNE PIENIĄDZE!!!

Tak więc Ordnung muss sein i zaczynam dzierganki na najcieplejsze, chociaż bardzo zimowe święta :-))

czwartek, 29 października 2009

Dementi

Uprzejmie i dla porządku donoszę, że szerzące się pogłoski o mojej śmierci są mocno przesadzone. Żyję i żyć będę aż do śmierci (na złość moim wrogom).
Przyczyny mojego zniknięcia są dwie:
1. komp w pracy się zbiesił i odmówił współpracy
2. popołudnia spędzam w przychodni rehabilitacyjnej.
A teraz szczegóły dla wytrwałych.

Dokładnie dwa tygodnie temu pan komputer wziął się i zawiesił. Więc go restartowałam... A po chwili sama miałam zawisnąć na stryczku. Menda nie reagowała na nic! Ani tryb awaryjny, ani przywracanie systemu. Zgłosiłam awarię do odpowiedniego organu w pracy i czekałam cierpliwie, aż pan informatyk się pojawi i zreanimuje denata.
Pojawił się jakoś tak tydzień temu. Pogmerał w bebechach i stwierdził, że ma dwa wyjścia: wyczyścić dysk do bólu, albo podpiąć drugi i spróbować zgrać to co zostało.
Jeśli coś zostało, bo prawdopodobnie na 90% przyszedł se wirus i zeżarł pliki...
Słabo mi się zrobiło... Mam na dysku program do katalogowania książek. Wprowadzone miałam już prawie wszystkie pozycje z księgozbioru głównego. Tak coś koło 18 tys pozycji. Zostało mi tylko 3 tys + księgozbiory dodatkowe.
I co? Teraz miałoby to pójść w diabły?? 6 lat ślęczenia przed monitorem??
-A dlaczego nie zrobiła pani kopii?
-Bo pana poprzednicy twierdzili, że tego programu nie wolno kopiować, bo można go uszkodzić. To nawet nie próbowałam...
Podpiął drugi dysk. W poniedziałek. W wtorek znalazłam jego "listy miłosne" do mnie o treści mniej więcej takiej, że komp działa i pliki chyba też i że mam wchodzić na dysk C.
Uskrzydlona weszłam i pierwsze co zrobiłam to odpaliłam Vulcana (to ten program). Katalog działa (jest tylko do odczytu), a Zarządca nie... (na nim pracuję wprowadzając dane)
Wlazłam sobie głębiej w pliki... I co? Ano czarna dupa za przeproszeniem pań czytających: uszkodzony...
Mam jeszcze nadzieję, że informatyk odzyska Zarządcę w większej chociaż części. Wszak ja kompa nie rąbałam i nie uczyłam pływać w wannie ;-)
Więc postanowiłam odroczyć cokolwiek w czasie wyrok śmierci, jaki sama na siebie w przypływie rozpaczy wydałam ;-).


Na Wasze blogi zaglądam regularnie, ale wieczorem nie mam już siły, żeby zostawiać po sobie ślad w postaci komentarza.
Nawet nie podziękowałam dziewczynom za kolejne cudowne wyróżnienia:
Od Joli i Wolvin


Od Gusi

Od Konkaty

A u Ani wygrałam notesik:)))

Bardzo dziękuję dziewczyny!
I dziękuję również tym z Was, które rozpisały za mną listy gończe (mailowo, na gg i smsowo ;-))

Robótkowo mam przestój totalny! Wykończyłam tylko dwa pudełka:
na chusteczki


I na wino
A wcześniej uszyłam podusię z polarku (wiadomo dlka kogo ;-))

I podkładki pod talerz i kubek.

Zrobiłam też broszkę z organzy (zarażona przez Anię i Kasię ;-)), ale zdjęcia nie mam. Broszki też już nie :-D
Machnęłam też magnesiki - kaboszony (fotek brak).
Braki uzupełnię, jak mój czas wróci na miejsce i popołudnia będę spędzać w domu, a nie gdzie indziej.
No i jeszcze obiecuję niebawem post-relację z kursu malowania na jedwabiu u Ani Jednoskrzydłej.
Na tym kończę moje dementi :-)