niedziela, 18 czerwca 2017

Mistrzów dwóch

Dawno, dawno temu, dziecko moje starsze, czyli Joanna zażyczyła sobie od mamusi, czyli ode mnie, narzutę na łóżko.
Mamusia podsuwała córeczce bardzo różne wzory, schematy i pomysły.
Niestety - wg. Chudej nic nie było jej godne...
Miały miesiące, pory roku i moja cierpliwość.
W końcu zrezygnowałam z szycia narzuty tak kapryśnej klientce.
- Se kup w Pepco! - warknęłam w końcu zniecierpliwiona.

Temat umarł na czas jakiś. Tak mniej więcej do pierwszych bardzo ciepłych nocy, kiedy to dziecina powróciła do tematu narzuty. Już nie na łóżko, tylko na człowieka. W sensie taki okrywacz wiosenno-letni zamiast kołdry.

- Wypchaj się. - Powiedziała jej życzliwie mamunia. - Niczego ci szyć nie będę, bo za każdym razem jesteś na nie! Co bym ci nie pokazała, to nochem kręcisz.

Ogólnie rzecz biorąc jestem konsekwentna do bólu, I skoro powiedziałam, że nie, to... nie znaczy, że zdania nie zmienię ;-D

Jakoś tak w połowie kwietnia roku tegoż pańskiego znalazłam wzór na narzutę.
W oryginale była to durnowieszka naścienna, ale po zwiększeniu liczby elementów składowych wychodził całkiem zacny otulacz na ludzia.
Doszłam do wniosku, że spełnia wszystkie wygórowane żądania Joanny - nie jest okrrropnie klasyczna, nie ma kwiatków, nie ma powtarzalnych kwadracików i ogólnie lekko wpada w styl "modern".
Nie od razu pokazałam Chudej co będzie miała.
Najpierw podstępnie zapytałam:
- Chuda! Jaki kolor chcesz tej narzuty - miętowy czy szary?
- Szary. - Padła zdecydowana odpowiedź.

Chciała szary no to ma:

Do uszycia tych kolorowych prostokątów użyłam jedną z dwóch posiadanych, ukochanych pastelowych roleczek jelly roll kupionych u Ewy.
Dołożyłam tylko dwa solidy z konkretnymi kolorami: ciemnozielony i zielony. A to w celu ożywienia tych bardzo delikatnych kolorów.
Długo ją szyłam. Oj dłuuugo...
Od połowy kwietnia do dziś.
Ciągle coś mi wypadało: a to ogród, a to sprzątanie, a to uszkodzona osobiście noga, połamane korzonki własne, a to zwykły leń i lektura ciekawych książek...
Jednakowoż w końcu się udało i wczoraj odtrąbiłam sukces, czyli skończyłam pikowanie!
Dziś tylko doszyłam lamówkę (też z tej samej rolki, wyżej wspomnianej), zasiadłam na leżaku i oddałam się najprzyjemniejszej czynności pod słońcem, czyli podszywaniu lamówki ręcznie z lewej strony:

Uwielbiam to robić! To taka wisienka na torcie patchworkowym :-)

No a potem coś, za czym nie przepadam szczególnie, czyli robienie zdjęć gotowca.
Najpierw rzuciłam uszytkiem na tawułę:

Bez sensu! Pofalowała się i wyglądała nie teges...

No to cisnęłam na trawę, wlazłam na drabinę i robiłam z lotu ptaka:

Też niefajnie. Trapez wyszedł. Bałam się bardziej wychylić z drabiny, bo mogłam gwizdnąć na glebę.
I nie o siebie się bałam, tylko o aparat Chudej. O ile ja się pozrastam, jak się połamię, o tyle jej aparat może nie wykazać się zdolnością do samoregeneracji.

Tak więc zarzuciłam narzutę na ławkę...

Znikąd (znaczy spod ławki) pojawił się Lucjan.
Mistrz drugiego planu nr jeden.

Zabrałam narzutę i powiesiłam ją na sznurkach do suszenia ciuchów.
Kompletny bezsens, bo szargała się po trawniku i wyglądała gorzej niż na krzaku :-/

Wtedy na horyzoncie pojawił się mój małż.
- Ha! - Zakrzyknęłam pod jego adresem. - Z nieba mi spadłeś! Zaraz cię wykorzystam!
- Taaaak...? - Mąż wykazał zainteresowanie wykorzystaniem przez małżonkę.
No cóż...
Zapewne nie O TO mu chodziło, bo żonka wręczyła mu narzutę, ustawiła w krzakach i kazała robić za stojak.
- Trochę wyżej. Ręce szerzej, prawa wyżej. Nie ruszaj się! Bez sensu! Kulasy ci widać! NIŻEJ! O! Teraz jest bardzo ok.
I nacisnęłam spust migawki...
W tym momencie mój kochany mąż zapragnął zaistnieć w wirtualnym świecie i opuścił ręce...
W sumie ja też...
Oto on. Mistrz drugiego planu nr 2:


Tjaaa...

To może pokażę jak wygląda tył. Nie męża, lecz narzuty:

Flanelka w koty. Wybrana osobiście przez Joannę.

A to zdjęcie okładki gazety, z której pochodzi wzór:

Dane techniczne: 145 cm na 190 cm.
Szary materiał - polski, kupiony gdzieś. Nie pamiętam.
Flanela - polska. Kupiona chyba na alledrogo.
Wypełnienie - tam gdzie rolki (link w tekście).
To może na zakończenie jeszcze raz zdjęcie narzuty.
Z mężem niewidocznym, bo się chłopina ogarnął i grzecznie za wieszak przez chwilę porobił:

To mogę z czystym sumieniem oczyścić maszynę, zapakować i schować. Niech ma wakacje!
No chyba, że mi się odmieni i jednak coś ewentualnie znowu stworzę :-)

środa, 10 maja 2017

Dla mojej Ani

Dziś króciutko, konkretnie i po prośbie!

Moje dziecko młodsze, które nie raz i nie dwa przewijało się we wpisach na blogu, jest obciążone pewną wadą genetyczną.
Wada ta jest nieuleczalna, ale na szczęście jakoś tam można z nią żyć...
Chociaż łatwo nie jest.
Czasem ten odziedziczony defekt dość mocno utrudnia normalne funkcjonowanie nastoletniej formy życia, jaką jest Anna.
Frustracja związana z bolesną koniecznością egzystowania we względnie normalnym i zdrowym odłamie społeczeństwa bywa dla Ani nie lada wyzwaniem...
Z jednej strony: egzaminy gimnazjalne...
Z drugiej: konkurs zorganizowany przez Royal Stone "Kalendarz biżuteryjny 2018"
Co wybrać???
Rybki czy akwarium?
Anna wybrała rybki w akwarium :-D
Czyli w przerwach na naukę uszyła naszyjnik sutaszowy.
O ten:

I tenże naszyjnik powędrował na konkurs.
Właśnie trwa głosowanie publiczności.
A teraz moja prośba do Was.
Jeśli naszyjnik podoba się Wam i macie chęć oddania głosu na niego, to kliknijcie O TUUUU i "dajcie lajka" :-) 

Głosowanie jest możliwe tylko dla osób posiadających konto na Facebook'u i tylko do jutra, tj. do 11.05, do godziny 23:59

Aha! Chyba nie wyjaśniłam - ta dziedziczona genami choroba nazywa się robótkoholizm :-D

środa, 3 maja 2017

Podziękowania dla Fredzia...

Chyba pod poprzednim wpisem, w komentarzach, pojawiło się pytanie o moje kocury.
Czyli o Lucjana i o Fryderyka.
Nie planowałam zbyt szybko o nich pisać, bo w sumie nie było niczego nadzwyczajnego w ich kocim życiu.
Ot - spanie, jedzenie, spanie, jedzenie...
Zima - zimno, wiosna - zimno, deszczowo - zimno i do luftu - zimno.
Tylko spać można:

Ewentualnie wylegiwać się na plamach słonecznych:


Albo urządzić sobie leżing-plażing-smażing na parapecie:



Pierwszy w tym roku spacer Lucka nie był jakimś szczególnym faktem do odnotowania.
Początek marca, kot w szelkach, spacyfikowany na smyczy  - o czym tu pisać?

Wcześniej, na rozruszanie, kocury dostały na wyraźny wniosek pana, drapak.
Idea fajna. Lucjan oczywiście pomagał w montażu:



I nawet się pobawił:



Dodam, że tą puchatą kulkę urwał w momencie robienia zdjęcia :-D

Fred usiłował wcisnąć się do domku, Nawet mu się udało. Tyle że przy próbie zrobienia nawrotu w środku, skutecznie się zaklinował i z trudem wylazł na wstecznym. Bardzo był nieszczęśliwy, rozczochrany i zniesmaczony... Nie pomogło tłumaczenie, że nie powinien włazić na to dziwne urządzenie, bo obliczone jest dla kotów o wadze do 5 kg. Fred dość znacznie przekracza to minimum...
Ale się nie poddaje i usiłuje, dość dramatycznie, korzystać z nowego sprzętu:

Moje dzieci moje mówią, że on jest tłusty.
Natomiast ja twierdzę, że to nie tłuszcz, tylko masa mięśniowa, ale on jej nie umie napiąć ;-)

Bo dekatyzację doprowadził do perfekcji:

Kiedy w kalendarzu nastanie wiosna i słońce udaje, że grzeje, trzeba koty wyczesać, bo śmiecą kudłami dookoła:

Zaznaczam, że Fred był zadowolony i mruczał - nie charczał, próbując złapać oddech ;-)

Natomiast Lucek grzecznie czekał na swoją kolej, trzymając czesadełko w rączce:

Jak patrzę na to zdjęcie, to mam wrażenie, że to nie do czesania, tylko brzytwa oddana w nieobliczalne łapy...

No dobra...
To teraz do właściwej części wpisu.
O Fredziu będzie.
Kilka dni temu...
Wieczór. Na dworze ciemno, choć oko wykol.
Siedzę sobie spokojnie przy laptopie i się odmóżdżam. Słyszę solidne "ŁUP" na zewnętrznym parapecie. Znaczy Fred wraca do domu.
Wstałam, okno otworzyłam, kota wpuściłam.
- Idź do kuchni, Żarcie masz w misce - powiedziałam do kota, nie patrząc na niego.

Kot nic nie odpowiedział i to powinno było mi dać do myślenia. Nie dało...
Po kilku minutach usłyszałam głuche warczenie Fryderyka dobiegające z korytarza.
- FRED! Zamknij się! Walnij go, a nie lwa udajesz! - huknęłam na sierściucha, sądząc, że usiłuje opędzić się od namolności ekspolzji uczuć Lucka.
Na sekundę ucichło.
Po czym warczenie przybrało na sile.
- FREDEK! Przestań! - ciągle nie miałam ochoty ruszać się od laptopa i miałam nadzieję na werbalne zdyscyplinowanie kotów.
Nic z tego!
Wytrzymałam jakieś pięć minut warczenia. Dłużej się nie dało.
Zerwałam się z krzesła, poleciałam na korytarz i zapytałam:
- No czego tak się drzesz, debilu?!

Odpowiedź niejako sama mi w oczy weszła, chociaż nieruchoma była, bo martwa...

SZCZUR! Młody, mikry, wielkości wypasionej, uprawiającej kulturystykę myszy,  ale jednak SZCZUR!!!
Fred przytargał go z dworu i dlatego nie odezwał się do mnie zwyczajowo po wejściu do domu.

Wydałam z siebie zduszone:
- Ożeszkurnamaćjapierdolełłłłaaaa!
I dałam dyla do pokoju, po drodze wydobywając ze zduszonego gardła okrzyk paniczny:
- RATUNKU!!!
Nie mogłam się drzeć pełną parą, jak to mam w zwyczaju w takich sytuacjach, bo...
Bo głupio mi było...
Otóż Ania bierze udział w wymianie i w on czas siedziały obie - ona i dziewczynka z wymiany - w pokoju i pogadywały sobie w języku Moliera.
Tak więc nie chciałam młodej młodszej narobić międzynarodowego obciachu...
Się nie udało.
Bo wszyscy się zlecieli, wszyscy się śmieli (ze mnie!), a Anna dla pewności, przetłumaczyła Maevie, czemu jej matka dziwne dźwięki wydawała...
Tak więc dzięki Fredziowi jestem sławna poza granicami. I to dalekimi ;/
😼

Zdjęcia: zwis kaloryferowy, kot zdekatyzowany i kot z brzytwą autorstwa Joanny

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Takie same, ale inne ;-)

Zastanawiam się, jak zacząć ten wpis.
Jakoś brak mi weny piśmienniczej ;-)
No to może tak po prostu - uszyłam dwa bieżniki. Chociaż jakby uczciwie podejść do sprawy, to trzy.
Ale najpierw pochwalę się tymi, z których jestem bardzo zadowolona i nie mam do nich żadnych zastrzeżeń.
Oto one:

Są takie "wiośniane", delikatne a jednocześnie konkretne.


Świetnie prezentują się na mojej osobistej ławie (stół mam wielki, więc rozmiar od dzioba do dzioba 84 cm i szerokość 37 cm jest za mały). 

Bardzo fajnie mi się je szyło i na pewno jeszcze takowe powstaną. Zapewne w innej kolorystyce.
I NA PEWNO nie w takiej, w jakiej powstał prototyp...

Oto on. Koszmar snów patchworkary... Horror kolorystyczny... Kakofonia waląca brutalnie w oczy...

Jednym słowem takie memento na przyszłość: myśl babo, zanim zszyjesz szmaty do kupy!
Materiały jako takie są śliczne i urocze. Ta sama grafika i projektant. Tyle, że w kupie wyglądają jak...KUPA!

Tjaaaa... Jako się rzekło, to był prototyp.

Zgrzytając zębami, klnąc niczym rasowy furman, pomstując na własną ułomność wzrokowo/kolorystyczno/deseniową, przyszłam lamówkę i stwierdziłam, że TAK TEGO NIE ZOSTAWIĘ! I że muszę znowu uszyć taki sam bieżnik, tyle że zupełnie inny ;-)

No i uszyłam dwie ślicznoty.
Z przewagą fioletu:
 I z przewagą żółtego:

Czyli znowu: takie same, ale inne ;-)

Potem wypikowałam najprościej jak się dało, czyli echo:


A tu zbliżenie:

Tak to wygląda od doopy strony:


Cóż mam dalej pisać...
Beztrosko i zarozumiale stwierdzę, że jestem z tych dwóch szalenie zadowolona i ogromnie mi się podobają.
Ba! Mało tego - nie mam żadnych zastrzeżeń co do ich wykonania! A to się niezmiernie rzadko zdarza w moim przypadku. 
Jeden z nich (ten bardziej żółty) jutro wędruje do nowej właścicielki. I bezczelnie stwierdzam, że na bank się spodoba :-D
Ten drugi, fioletowy, zostaje u mnie, bo kocham fiolety. Zwłaszcza w połączeniu z żółtkiem ;-)

No to teraz dla chętnych:
TU jest wzór
Urocze materiały w kwiatki, głupkowato przeze mnie wykorzystane, TU
A te fiolety z żółcieniami TU (kupowałam na metry, nie w zestawie).

Tak więc pogrążona w zachwycie, żegnam się z Wami, moje cierpliwe czytelniczki i komentatorki, do następnego uszytka/wpisu :-)

sobota, 18 marca 2017

Mam własną pracownię!

Każda z nas, tworzących rękodzieło, marzy sobie o własnej pracowni.
O takim miejscu, w którym spokojnie można sobie dłubać, szyć, kleić, lepić, wycinać, haftować, koralikować i co tam komu jeszcze w duszy gra...
Taki mały pokój, w którym znajdą miejscówkę wszystkie przydasie i w końcu będą leżeć na swoim, przypisanym im miejscu, a nie rozstrzelone po różnych kątach domu, poupychane w łóżkach współplemieńców, wysypujące się z kartonów ustawionych w kilka artystycznych stągwi...
Nic wielkiego - ot taka mała pracownia, z której w każdej chwili można sobie wyjść, zostawić rozgrzebaną robótkę i zamknąć starannie drzwi, żeby koty nie sponiewierały tego, co się aktualnie tworzy.
Ot takie małe marzenie...
Oczywiście są takie szczęściary, które mają takie swoje miejsce na ziemi.
I od paru dni ja również dołączyłam do ich grona!

MAM WŁASNĄ PRACOWNIĘ!
Najpiękniejszą, najmojejszą :-D
Z antyczną maszyną marki Singer!



Wiem, że dywan w pracowni szyciowej to trochę szalony pomysł, ale nie lubię łysych podłóg, no i jakoś musiałam zutylizować ścinki pozostałe po szyciu Roku



Chcecie wejść do mojej pracowni?
Serdecznie zapraszam!  Drzwi są otwarte:



Nie ukrywam, że moja pracownia powstała ze zwykłej zazdrości.
Otóż niedawno Ewa i Małgosia pokazywały u siebie swoje pracownie. Ogromnie mi się spodobały i nie ukrywam, że miałam chęć też sobie taką zrobić.
Chęć przerodziła się w czyn, kiedy natknęłam się na to cudo: http://bit.ly/maszynadoszycia
W każdej pracowni,takiej prawdziwej, maszyna do szycia jest kupiona. Bo resztę umeblowania można zrobić sobie samemu. Według własnych potrzeb.
Z tego założenia wyszłam, inwestując twardą walutę na zakup Singera napędzanego siłą mięśni.

A potem przystąpiłam do konkretnych, fizycznych działań.

Najpierw wytapetowałam ściany papierem dwustronnym.
Potem pocięłam listewkę kupioną w jakimś markecie budowlanym i posklejałam żeby mieć półeczki na materiałeczki.
Stołek też zrobiłam z ingrediencji ogólnodostępnych w wyżej wymienionym sklepie.
Deska do prasowania jest ze szpatułki, jaką lekarz wtyka w paszczę, chcąc zobaczyć stan gardzieli badanego delikwenta. A nóżki z patyków do szaszłyków.
Żelazko (hand made by osobista córka Anna) z modeliny Fimo.
Bele materiałów to po prostu ścinki, które gromadzę niczym chomik (nie w policzkach, tylko w pudłach).

I tak oto mam własną pracownię!

I nacieszyć się nią nie mogę :-)))

Za zdjęcia bardzo dziękuję mojej córce Joannie, która też co nieco naskrobała na swoim osobistym blogu  w temacie maszyny :-)

sobota, 4 marca 2017

Uszyłam sobie rok

Jakoś tak w połowie ferii zimowych zachciało mi się wiosny.
Ot tak. Po prostu.
Bo zmęczyła mnie aura za oknem - wiało, ziębiło, śnieżyło i deszczyło. Szaro rano, w południe, po południu jeszcze gorzej. Normalnie depresja wisiała w zasmogowanym powietrzu.
Ale skąd wziąć wiosnę na zawołanie?
Najprostsza  i najłatwiejsza do wykonania metoda to uszyć sobie - ot co!

Zaczęłam więc gmerać po internetach w poszukiwaniu inspiracji.
Jakichś motylków mi się chciało, kwiatków, biedroneczek beztroskich, kurczaczków, kociątek ukrytych w soczystej zielni traw bujnych... Czyli ogólnie jakiejś odskoczni od szarej rzeczywistości panoszącej się okrutnie  na świecie od paru miesięcy.
Znalazłam motylka z kwiatkiem szyte moją ulubioną metodą PP, więc w zasadzie poczułam coś w rodzaju jakby zadowolenia i miałam zamiar uszyć to internetowe znalezisko.
Nawet już sobie wydrukowałam, ale niespodzianie znalazłam drzewo. Wiosenne. Zagłębiłam się mocniej w temat i...
I motylek poleciał w zapomnienie. Razem  z kwiatkiem ;-)

No bo wolałam mieć cały rok w jednym kawałku.
I mam :-)

Generalnie  kocham lato. Wiosnę w sumie też. Jesieni nie lubię, a zimy nienawidzę!
Ale jak szyłam każdą porę roku, to trochę (ale tylko TROCHĘ!) zmieniłam swoje podejście do tegoż tematu.
Zacznijmy od wiosny:

Człek wyposzczony po zimie, tęskni za świeżą i nieśmiałą zielenią, za delikatnymi kwiatkami. Za czymś, co nie jest białe, zimne i przygnębiające.Wiosną niesamowitą przyjemność sprawia grzebanie w ziemi, wdychanie jej zapachu. Sadzenie i sianie. Coraz dłuższe dni. Słońce zaczyna grzać konkretniej, a nie tylko świecić. Czas poświęcony na szycie jakoś się zaczyna kurczyć, bo ogród ważniejszy. Bo fajniej jest być na dworze, niż w czterech ścianach domu.
 Wiosna jest super. 
Zwłaszcza, że po niej następuje lato:

Czyli zieleń jest już dojrzała, konkretna. Daje wytchnienie oczom, można uwalić się z leżakiem i książką w cieniu drzewa. No i są wakacje! I sezon robienia przetworów trwa w najlepsze :-) Czas szycia sprowadzony do zera bezwzględnego, bo szkoda dnia na siedzenie w murach i ślęczenie przy maszynie.
 Lato jest super.
Tyle, że po nim nieuchronnie nastaje jesień:

Zieleń powoli znika. Zastępują ją obłędne i oko cieszące kolory. Wprawdzie w lesie jest już głucha cisza, bo ptaki odleciały w siną dal, ale są grzyby! A  tygrysy grzybobranie lubią baaaardzo!
I dalej można robić przetwory ;-) Szycie powoli zaczyna wracać do łask...
 Jesień jest super.
Chociaż dni stają się coraz krótsze i zimno wygania z ogrodu do domu.
Po prostu do drzwi puka zima:

Co by nie mówić, też ma swoje dobre strony. Można zwinąć się w kłębek na ukochanym fotelu z książką przed nosem, z pachnącą herbatką i obowiązkową czekoladą lub inną słodkością pogryzaną w czasie lektury.
Ma się czas na szycie. Weekendowe oczywiście, ale jednak znowu jest ten czas :-)
 Zima jest super.
Zwłaszcza, że po niej następuje wiosna

Człek wyposzczony po zimie, tęskni za świeżą i nieśmiałą zielenią, za delikatnymi kwiatkami...

Dobra! Już to mówiłam :-D  I przyznaję bez bicia: każda pora roku ma w sobie to "coś". Takie niepowtarzalne i tylko sobie przypisane.
I fajnie, że trafiłam na ten link, bo mogłam sobie uszyć sobie rok :-)



Za zdjęcia dziękuję mojej starszej córce Joannie :-)

sobota, 11 lutego 2017

Wielkie UFFFF!

No właśnie!
Wielkie ufff!
Czyli w nareszcie skończyłam użerać się z szyciem narzuty.

Oj zdrowia to mnie ona kosztowała, że hoho. Znaczy samo szycie topu było czystą przyjemnością i relaksem, natomiast pikowanie...
Spuśćmy zasłonę milczenia na ten etap pracy ;-)
Najważniejsze, że w końcu jest!
Tak się prezentuje z lotu ptaka (w sensie z drabiny):


A tak w zwisie nasznurkowym:

Zaczęło się niewinnie. Od takiej oto rolki, wyciągniętej przeze mnie na światło dzienne dokładnie 26.12.2016

Nieco później rolka zamieniła się w małe kwadraty:

A następnie w prostokąty:

Potem prostokąty zamieniły się w kwadraty i trzeba je było JAKOŚ porozkładać. Najlepiej bez logicznego porządku.

Po pozszywaniu wszystkiego do kupy po doszyciu borderka należało toto skanapkować:

A potem...
A potem to było pikowanie...
Każdy kolorowy prostokąt dookoła. Niby nic takiego, tylko 108 prostokątów, ale przepychanie słonia przez otwór wielkości pomarańczy wymagał nie tylko determinacji, ale również siły fizycznej.
Porzucałam narzutę dość cyklicznie, przyrzekając sobie, że już mowy nie ma, absolutnie do niej nie wrócę. Niech se leży taki nieskończony ufok i porasta kurzem oraz zapomnieniem!

Ale z racji gabarytów dość ciężko było mi się pozbyć tej narzuty sprzed oczu, więc pokornie wracałam do maszyny i dalej pikowałam...

Tym sposobem od skanapkowania do ostatniego wbicia igły w lamówkę minął miesiąc i 4 dni.

Skończyłam dzisiaj! Poczułam ogromną ulgę i co tu dużo mówić - zadowolenie również, bo mimo użerania się z pikowaniem, podoba mi się toto:



Wielkość narzuty: 180 cm na 145 cm, czyli spokojnie można przykryć człowieka :-)

No to jeszcze jedno zdjątko na koniec:


A ja idę myśleć, co by tu znowu uszyć... ;-)

Ps: wszystkie materiały użyte do uszycia topu (oprócz białego) pochodzą ze sklepu http://b-craft.pl/

piątek, 3 lutego 2017

Strata Star tutorial

Najpierw małe wytłumaczenie skąd pomysł na tutorial.
Otóż kiedy szyłam pierwszą Starta Star wiedziałam od razu, że będą następne.
Bo to takie wdzięczne do szycia jest i takie efektowne finalnie.
A skoro już się wzięłam za drugą Warstwową Gwiazdę, to nie widziałam przeciwwskazań, żeby w trakcie pracy pstrykać fotki.
I tak oto powstał drugi w języku polskim (pierwsza była Ewa), ale pierwszy typu "krok po kroku" tutorial szycia Gwiazdy.

O czego zaczynamy?
Od zgromadzenia niezbędnych narzędzi:

Poza tym niegłupim pomysłem będzie posiadanie maszyny do szycia, deski do prasowania oraz żelazka ;)
Jeśli chodzi o materiały - wybór należy do szyjącego. Musimy mieć 4 różne szmatki.
Wybrałam cudne materiałki z kolekcji Tula True Colors projektantki Tuli Pink
Kupiłam je u wspomnianej już wyżej Ewy w Kiltowie.

No dobra!
Mamy już materiały, to teraz czas zrobić użytek z widocznej na zdjęciu, najdłuższej linijki.
Otóż tniemy nasze materiałki z pieśnią na ustach, bez żalu i odważnie.
Na pasy o szerokości 2". Przez szerokość, czyli ok 43"
Musimy mieć po 4 pasy z każdego koloru.


Teraz będzie opis słowny, bo zdjęć tej fazy nie mam.
Bierzemy po jednym pasie z każdego koloru i zszywamy je razem. U mnie jest dokładnie taka sekwencja, jak na zdjęciu powyżej, czyli zieloniutki, ciemnoróżowy, szary i jasnoróżowy.
Musimy mieć po 4 pasy złożone z identycznych kolorystycznie sekwencji.
Pamiętamy, że szew ma szerokość 1/4".
Kiedy już mamy komplet czterech pasów, zaczynamy ciąć:


I tu małe wytłumaczenie.
Do wycinania trójkątów użyłam liniału 12'. 
Ten jasny, szeroki pas widoczny na linijce (przykrywa częściowo różowy materiał) to taśma malarska. Przykleiłam ją, żeby ułatwić sobie ż(sz)ycie. 
Teraz wymiary okropnie matematyczne: musimy uzyskać trójkąt prostokątny o wysokości 6,5 cala.
Jak go już sobie wyznaczymy (na ten przykład wspomnianą taśmą malarską), to nie wahamy się użyć noża i frrruuuu! 
RŻNIEMY!

Następny trójkąt tniemy "do góry nogami":

Teraz czas na małe trójkąty.

Też widać taśmę malarską.
Tyle, że to druga strona liniału (odsyłam do pierwszego zdjęcia - tam widać, jak okleiłam swój sprzęt).
Tym razem wysokość naszego trójkąta prostokątnego wynosi 4 i 1/4 cala.
I tak samo jak przy dużych trójkątach, drugi tniemy "do góry kopytami"

Z jednego pasa wychodzą nam po dwa duże i po jednym małym trójkącie:


Ogólnie musimy mieć po 8 dużych i po 4 małe trójkąty.

Kiedy mamy już komplecik, przystępujemy do najfajniejszej części zabawy, czyli do układania elementów łamigłówki:

A potem to już tylko zszywanie.
Na pierwszy ogień idą duże trójkąty (jakby to powiedzieć - w tej samej wersji kolorystycznej):

Potem doszywamy do nich konusy:


Następnie scalamy górną, później dolną połowę Strata Star:

A na koniec zszywamy całość do kupy:


I tyle :-) Mamy nasze cudo o wielkości ok. 30 cali (ca. 70 cm) :-)))
Celowo nie pokazuję jak wykończyć, bo to zależy od Was.
Albo robimy klasyczną kanapkę, pikujemy i doszywamy lamówkę.
Albo lecimy na leniucha (jak ja) czyli: pod wierzch podkładamy ocieplinę, srrruuu pod maszynę i jadziem pikowaniem z wolnej ręki.
Następnie na prawą stronę kładziemy to co ma być tyłem/spodem (prawą do prawej!). Przeszywamy dookoła, przewlekamy na prawą i...
I nasz stół jest nam wdzięczny za nowe ubranko ;-)
Mój topik czeka jeszcze na wykończenie. Na pewno się doczeka. I obiecuję zrobić zdjęcia jak to ja się nie wysilam z pleckami przy bieżnikach w kształtach niekoniecznie konkretnych.

Mam nadzieję, że mój tutorial komuś się przyda i chociaż parę osób z niego skorzysta.

Jeśli tak, to proszę o podanie źródła, czyli linku do tego wpisu.

Wiem, że jestem raczej bardzo mocno taką sobie patchworkarą i wykazałam się nie lada tupetem tworząc kurs na blogu, ale może komuś się przyda.