sobota, 14 października 2017

Zbeszczeszczona narzuta

Mam w domu taką jedną kompletnie zakręconą na punkcie flamingów.
Flamingi wiszą na ścianie, ozdabiają łóżko jako poduchy, są "kejsem" na komórce, opanowały bluzki, swetry, pościel.
Ba! Są nawet spinacze do dokumentów w jedynie słusznym, flamingowym kształcie...
Kto nie wierzy, niech zajrzy na blog mojej starszej, opętanej różowymi ptaszorami córki.
Wieszczę, że w przyszłym roku oczarują ją ananasy, vel kaktusy, vel monstery...

Ad rem...
Mamusia rzeczonej opętanej, czyli mła osobiście jest gadżeciarą patchworkową. Lubi mieć przydasie. Szwendając się po stronach mocno zagranicznych, mamusia znalazła szablony do pikowania.
O te: http://bit.ly/2xutrkg
I mamusia zapałała absolutną żądzą posiadania rzeczonych.
- Chuda! Kup mi plisss!
- A po cholerę?!
- Potrzebę mam wydania kasy!
- Doooobra...
- Ej! Uszyję ci narzutę i wypikuję tymi szablonami. Noooooo?!
- Przecież już mi uszyłaś!
- Na zmianę będziesz miała. Nooooo?!
- Doooobra.

Kupiła. Kasę rzecz jasna zwróciłam dziecku.

Perfidna dość byłam, bo materiały na narzutę w JEDYNIE SŁUSZNE FLAMINGI już miałam, pomysł na uszycie też, ale na pikowanie kompletnie nie. Więc te szablony spadły na mnie po prostu jak manna z niebiesiech :-D

Uszyłam i jest:

Najłatwiejsza rzecz pod słońcem: kwadraty z bawełny flamingowej i trzech, dopasowanych mniej więcej kolorystycznie solidów.
Wyszła fajna, optymistycznie letnia, zimowo cieplutka narzuta na zmarzniętego ludzia.
Skończyłam ją wczoraj. To znaczy zmyłam ślady pisaka, którym odrysowałam wzór szablonów
Zaniosłam właścicielce, która leżała złożona (nomen omen) w chińskie es paskudną i wyjątkowo mocną migreną.
Sądziłam, że narzuta poleży do dnia dzisiejszego na fotelu, czekając na sesję zdjęciową.
Gdzie tam!
Od razu została przejęta i użyta człowiekiem obolałym i kotem śpiącym:

Akceptacja w 200%.
Nie powiem, żebym szczęściem zapłonęła, bo narzuta ZBESZCZESZCZONA przed fotografowaniem... Ale niech tam im będzie, tym dwóm padlinom...

Mimo, że deszczyk sobie beztrosko dziś mżył, wywlokłam drabinę na dwór, wtarabaniłam się na nią wraz z aparatem i pstryknęłam fotę z lotu ptaka.

Bez szału i bez szczegółów wyszła, bo światło było delikatnie mówiąc do doopy :-/

Nagle, znikąd pojawił się mistrz drugiego planu. Pozornie znudzony i zniesmaczony panią starszą na drabinie:

Mistrz, czyli Fryderyk Wielki, poszedł zdecydowanym, męskim krokiem do jednego ze świeżo usypanych kopców kreta, rozkopał go i....
I TYMI BRUDNYMI KOPYTAMI WLAZŁ NA NARZUTĘ!!!

ZBESZCZEŚCIŁ JĄ DRUGI SIERŚCIUCH!
I to jak zbeszcześcił!!!

Ta kocia łajza chyba specjalnie wybrała BIAŁE kwadraty i centralnie po nich się przeleciała, zostawiając przecudnej urody błotniste stempelki w kształcie kocich stóp!

- TY ŁACHUDRO!!! Żebym cię więcej tu nie widziała!  WYNOCHA CHOLERO! WOOOOOON!!! - ryknęłam pełną, nauczycielską, acz wklęsłą piersią.
Ferdek poszedł obrażony, a przypadkowy spacerowicz płci męskiej stanął skamieniały przy ogrodzeniu...
Nie widziałam go wcześniej (tego spacerowicza), więc kontynuując wątek, żeby pana nieco uspokoić, równie głośno wydarłam się znowu:
- Ty brudasie! Ogon ci wyrwę!!! Gołymi rękami!
Zupełnie nie wiem, dlaczego pan wyrwał natychmiast, jakby go złe goniło...
Hmmm... Może niezbyt precyzyjnie się wyraziłam komu ja ten ogon chcę wyrwać?
Nieważne...
Skupiłam się w związku z tym na szczegółach pikowania, nie bacząc na wodę kapiącą odgórnie:


Szablony są śliczne. I do wielokrotnego użytku.
Zabawę miałam naprawdę świetną. Takie kontrolowane pikowanie z wolnej ręki :-)

Ponieważ deszcz zaczął padać bardziej konkretnie, cyknęłam jeszcze tylko jedną fotkę "rozkładowo-ławkową" i czmychnęłam do domu
Dla dociekliwych informacja techniczna: rozmiar 135 cm na 180 cm.
Czyli w sam raz do przykrycia ludzia :-)

Ps: Narzutę wyczyściłam, Fred wrócił do domu. Siedzi obok mnie, mruży oczy i mówi:
- I tak mnie kochasz...

No kocham, kocham. Bo nie mam wyjścia :-D

niedziela, 1 października 2017

Moje miejsce

Był sobie wpis, w którym wspomniałam, że coś uszyłam, ale czekam na części składowe cosia.
I pokażę tego "cosia" jak już będzie kompletny.
No i w końcu jest!
Jak wspomniałam w wyżej wymienionym poście, mam nową, cudowną maszynę marzeń.

Każdy, kto wejdzie w posiadanie nowego sprzętu - nieważne jakiego: miksera, odkurzacza, samochodu itp - musi, no MUSI spróbować jak też on działa.
Musi, bo się udusi.

Też musiałam. Wybór uszytka nie był zbyt trudny. Miał być spersonalizowany, czyli taki mój, najmojejszy :-D
Niekoniecznie duży. I niekoniecznie miałaby to być poducha numer pierdylionpińsetstodziewińset.

To teraz mały krok w przeszłość, żeby zrozumiała była dalsza część wpisu.
Otóż dawno temu zaanektowałam na wyłączność jedną z kanap w pokoju tzw. telewizyjnym. Dziergałam na niej hardangery, frywolitki i liczne włóczkowe wytwory drutowe. Później przyszywałam na niej lamówkę do patchworków.
Kanapa została nazwana "kanapą robótkową" i teoretycznie była moja. Tylko teoretycznie, bo często gęsto różne ludzie na niej siadały. A słysząc mój protest, mówiły te ludzie bezczelnie:
- Twoja? A podpisana?
No nie podpisana...

W ubiegłym roku, odmalowałam cały pokój, lekko go przemeblowałam.
Joanna (dziecię me starsze) wyszlifowało mi trzy skrzynki po jabłkach, ja je machnęłam lakierem bezbarwnym i ustawiłam w charakterze półek na książki i gazety patchworkowe. Chyba nie muszę dodawać, że szybko się zapełniły ;-D
Obok stanął fotel, zawisły najzwyklejsze paprotki i nagle okazało się, że właśnie TO jest moje miejsce na ziemi! Moje miejsce! Osobiste!
Nikt na nim szlachetnych czterech liter nigdy nie rozpłaszczył. Nawet koty włażą tylko wtedy, kiedy ja tam siedzę i łaskawie im pozwolę.
Po prostu MOJE święte miejsce!
Dla pewności jednak postanowiłam je oznakować.
Ot tak - na zasadzie strzeżonego pan Bóg strzeże...
W mojej ulubionej gazecie Patchwork Magazin 5/2017 znalazłam pomysł na idealną wizytówkę.
Miałam uszyć ją od razu, ale ciągle coś się innego działo i nie miałam za bardzo czasu (wakacje były, to normalne w moim przypadku).
Ale jak już weszłam w posiadanie mojej Miss Mercedes, to nie było bata!
Właśnie TO musiało być uszyte jako pierwsze na nowej maszynie!
Bo to nie tylko szycie takie normalne, ale również pikowanie z wolnej ręki, czyli lotem nawalonej pczoły.
Chociaż tym razem wspomniana pczoła leciała po konkretnych liniach, narysowanych wcześniej.
No i mam! Tak prezentuje się moje osobiste. prywatne, przytulne i ukochane miejsce na ziemi:

Widać wizytówkę? Trochę słabo...
No to zbliżenie:

Teraz już nikt nie ma wątpliwości, że siadanie na świętym fotelu grozi sssstrasznymi konsekwencjami :-D

Czemu tak długo nie mogłam pokazać mojego pierwszego tworu na nowej maszynie?
No bo czekałam na te szpuleczki :-)
Czyli na dopełnienie do guziczków: 

W całości wygląda to tak:
A w zbliżeniach ło tak:


Tak więc jeszcze raz powtórzę:
Quilter's place jest moim miejscem! 
Podpisanym, oznakowanym i uświęconym szyciem ręcznym oraz czytaniem :-D

Uprzedzam pytania o szpuleczki i o guziczki:
Link do guziczków: http://bit.ly/guziki_krawcowej

Link do szpuleczek: http://bit.ly/szpulki_drewniane

Większość zdjęć w tym wpisie jest autorstwa mojej córki Joanny.

środa, 30 sierpnia 2017

Australia w Warszawie

Człowiek nigdy nie wie i nie jest w stanie przewidzieć, co go spotka po wyjściu z domu.
Najlepszym przykładem jestem ja osobiście.

Zwykły, wczesny wieczór sierpniowy. Wczoraj.

Pojechałam po moje dziecko starsze do pracy.
Czemu? Bo bardzo późno skończyła Radę Pedagogiczną, a potem jeszcze było spotkanie z rodzicami zerówkowiczów. Tak więc do domu zwinęłaby komunikacją miejską w okolicach godziny 22:00.
Matką osobistą i jej "błękitną szczałą" -  zdecydowanie przed 21:00.
Zajechałam pod szkołę tradycyjnie sporo przed czasem.
Czemu taka tradycja moja? No bo ja jestem dziwnym człowiekiem i wolę być co najmniej pół godziny przed czasem, niż pół minuty po czasie. Poza tym mam jeszcze jedno skrzywienie - lubię czekać... Nieważne gdzie i na co. Bylebym miała na czym siedzieć i co czytać :-D. Wszystko jedno co - książka, gazeta, ogłoszenia, internet.

Tak więc wczoraj również nie było inaczej.

Radyjko gra, internecik w komóreczce działa jak ta lala, zacna, tzw. kolejna gównoburza na fejsbuczku dobrze się zapowiada.
Normalnie żyć nie umierać!

Obok mojego samochodu przycumował młodzieniec w wieku cirkaebałt szósta klasa.
Rozmawiał przez telefon.
Rozmawia, to rozmawia. Co mi do tego.

Oflagowałam się we własnym jeździdle w oczekiwaniu na starszą progeniturę i dobrze mi było.

Przez jakieś dwie, no może trzy minuty...

Słyszę pukanie w szybę.

Młody człek skończył rozmowę przez telefon i zapragnął bezpośredniego kontaktu z ludziem.

Uchyliłam okno i zapytałam grzecznie:
- Słucham.
- Przepraszam panią - powiedział naprawdę przepraszającym tonem - czy pani pomaga zwierzętom?
- Yyyyy... Noooo taaaak... Swoim kotom zawsze. A co?
- A bo pod pani samochodem siedzi królik...

No siedział. Bo mu ciepło w kuperek od nagrzanego silnika było :-D
Potem pokicał na trawnik, a my za nim.


Rudy, co lepiej widać na drugim zdjęciu, kiedy to baranek wypiął się na walący go po oczach flesz:


Króliczek był łagodny, puchaty i pulchniutki. Bez problemu dawał się głaskać i drapać za kłapciatymi uszami.
- To twój królik?
- Nie. On kicał po chodniku i ja za nim szedłem z rowerem, bo się bałem, że pod samochód wpadnie. Raz nawet wyszedł na jezdnię i go musiałem zastawiać kołem, bo się bałem, że go coś przejedzie. A on potem poszedł do pani pod samochód.
- O matko... Skąd on się tu wziął?
- Nie wiem. To już drugi królik, którego tu znalazłem.
- No coś ty?!
- No naprawdę.
- I co zrobiłeś?
- Zabrałem do domu. Tego też wezmę.
- A co na to mama?
- Już wie. Dzwoniłem do niej. Idzie tu i się zgodziła.

W czasie naszej rozmowy, grono pasterzy kłapciasto usznego zwierza z dwóch osób (chłopiec i ja) powiększyło się o jego młodszą siostrę, potem o "wydzwonioną"  mamę, a następnie o moją Chudą.

I tak oto, w środku miasta stołecznego Warszawy, stało sobie pięć osób i debatowało nad tym nie CO zrobić z królikiem, tylko JAK go bezpiecznie odtransportować do domu.
Ostatecznie królik został wpakowany do plecaka, który z dumą niosła na brzuchu siostra chłopca.
Dzieci mają zrobić ogłoszenia i rozwiesić po okolicy. Bo może ktoś się nie pozbywa nadmiaru królików, tylko zwyczajnie komuś prysnął.
Ot taki królik na gigancie.
Chociaż przy poprzednim króliczym znalezisku ogłoszenia nie przyniosły oczekiwanego rezultatu.

W międzyczasie wyjaśniło się, dlaczego chłopiec pomyślał, że pomagam zwierzakom w opałach:
- Bo pani ma samochód z naklejkami ze zwierzętami...

No fakt - mam tego "trochę". Ale głównie koty :-D Bo tylko jedna naklejka jest misiem, który ma na brzuszku beztroski, informacyjny napis: "Nie spieszę się - jadę do pracy".

Kiedy w końcu wracałyśmy do domu, Asia po chwili milczenia powiedziała:
- Ten królik miał być nasz...

No cóż. Faktycznie może i tak. Bo przez lat 9 mieliśmy królika. I mimo, że zszedł był z tego łez padołu dwa lata temu po 11 latach króliczego życia (Ania dostała go jak zwierz był już dwuletni), to do tej pory łapię się na tym, że jak mam coś jadalnego dla królików, to chcę zanieść do kłapoucha.

Powiedziałam do Chudej:
- Też tak sądzę. Ale jak miałam wyrwać dzieciom z rąk zwierzaka? Głupio trochę by było. Poza tym - skoro to taki królkodajny trawnik, to się rozglądaj, jak będziesz z pracy wychodzić :-D

Tak więc - nie zdziwię się, jak moje dziecko starsze wróci z pracy z królikiem w torebce, bo już wiem, że u niej przed szkołą jest Australia. W Warszawie.



sobota, 26 sierpnia 2017

Reforma okiem bibliotekarza

O reformie oświaty na pewno słyszeli wszyscy. Większość wspomnianych słyszących ma jakieś tam zdanie na ten temat.
Jedni są za, inni przeciw.
Pozwolicie, że swoje zdanie zachowam dla siebie.
Jedynie pokażę Wam, jak reforma wygląda od strony podręcznikowej.
Tak fizycznie, nie merytorycznie, bo nie mam ani kompetencji ani chęci na wgłębianie się w treści podręcznikowe.

Kilka lat temu, a dokładnie w 2014 roku, do szkół podstawowych trafiły pierwsze, darmowe podręczniki dla klas pierwszych szkoły podstawowej. Tzw. "Elementarze".
Jak wspomniałam, nie będę się rozpisywać, co one były warte...
Pierwsze klasy miały tego cuda części cztery.
Rok później, czyli drugie klasy miały już części 9 (!), bo jedna część do nauki zintegrowanej była podzielona na dwa kawałki: A i B (czyli 5 książek), a pozostałe 4 części to matematyka.
Klasa trzecia to już nie w kij dmuchał, ponieważ części rozmnożyły się przez pączkowanie do części sztuk 10. Do tychże podręczników dołączony był również tzw. materiał ćwiczeniowy. Oczywiście osobno do nauki przedmiotów zintegrowanych jak i do matematyki.
Poza tym, dzieciaki dostawały  darmowe podręczniki (i ćwiczenia) do nauki języka angielskiego.

Jedynie podręczniki do religii były i dalej są płatne.

W kolejnych latach darmowe podręczniki  swoim zasięgiem obejmowały co raz starsze roczniki.
No i ok.

Dwa lata po wejściu w życie innowacji, na skutek protestów nauczycieli nauczania początkowego, wprowadzono możliwość wyboru podręczników dla klas 1-3 SP.
Trudno się dziwić nauczycielom, że z chęcią skorzystali z takiej możliwości i wybierali inne podręczniki niż osławiony elementarz menowski.
Najczęściej byli to "Tropiciele". Części 5. Do tego ćwiczenia szt. 10 (na dziecko, zaznaczam!)

Czy w związku z tym "Elementarze" dla klas pierwszych, jako niepotrzebne i nieużywane, poszły na makulaturę? Ależ skąd! Ministerstwo i organy prowadzące napisały jasno: jeśli stan podręczników nie budzi zastrzeżeń, należy je zachować i przechować dla kolejnych roczników.
Nieważne, że nikt ich FIZYCZNIE nie chce i nie będzie używać! Mają se być w szkole i już!
A gdzie je przechowywać? No cóż...

Wróćmy do roku szkolnego, który jeszcze się w sumie nie zaczął. Czyli do 2017/18.

REFORMA! Ha!

To dopiero hardcore!

Zmiana programu nauczania dla klas pierwszych i czwartych SP. Drugie, trzecie, piąte i szóste oraz trzecie gimnazjum niezreformowane, ale z darmowymi podręcznikami.

No to weźmy na tapetę klasy pierwsze SP.
Dla przypomnienia - przerabiani byli "Tropiciele".
Jak sobie może pomyśleć zwykły zjadacz chleba? Po bożemu: skoro mamy takież podręczniki z roku ubiegłego, to w tym też dadzą radę, bo nie są zniszczone, zużyte i nadają się do użycia.

Otóż nie! Zjadacz chleba naszego powszedniego się myli!
Bo mamy REFORMĘ!!!
I "Tropiciele" sprzed roku, to teoretycznie inni "Tropiciele" z tegoż.
Teoretycznie.
Bo praktycznie wzięłam do ręki jedną z części i...
I KUŹWA MAĆ RÓŻNI SIĘ!

Czym?

Kolorem okładki, czarodziejskim dopiskiem na tejże NOWI Tropiciele i maleńkim znaczkiem z napisikiem "reforma 2017"
A zawartość? Dokładnie ta sama! Nawet układ na stronie zachowany!





Cudnie, nie?
Podręczniki z ubiegłego roku oczywiście w dalszym ciągu zostają u nas, bo są kupione z pieniędzy na dotacje celowe i nie wolno nam ich wywalić.

Nie miałam czasu, żeby zagłębić się w podręczniki dla klasy czwartej.
Mam prawo sądzić, że też jest analogicznie- lekko zmieniona kolorystyka okładek, a zawartość ta sama...

Klasy siódme - no cóż... Może kalka ubiegłorocznych klas pierwszych gimnazjum?
Też nie sprawdziłam. W nadchodzącym tygodniu pogmeram głębiej w temacie.
Doniosę, jak będziecie zainteresowani.

Do czego zmierzam?
Ano do pokazania Wam, jak wygląda biblioteka na początku nowego roku szkolnego. Ot, darmowe podręczniki same z nieba spadają.
Ostrzegam! Zdjęć jest szt. 10. Dla widzów o mocnych nerwach:













Wczoraj otworzyłam drzwi biblioteki po dwóch spokojnych miesiącach i wmurowało mnie w podłoże...
Nie bacząc, żem w placówce oświatowej, wyjąkałam: O KU...WA! JA PIERDOLĘ!!!

Tjaaaa...



Jak to przełożyć na liczby?

W ubiegłym roku szkolnym wpisałyśmy do inwentarza około pięciu tysięcy podręczników.
W tym ile będzie?
Jeszcze nie wiem, na pewno dużo więcej.
Mamy do ogarnięcia klasy: pierwsze, drugie, trzecie, czwarte, szóste i siódme SP oraz trzecie gimnazjum i uzupełnienia na wszystkich poziomach (uczniowie się rozmnożyli przez wakacje).

Jak to się przekłada na pogłowie ludzkie? Koszmarnie dużo! Klas czwartych, szóstych, siódmych i gimnazjalnych mamy od "A" do "E" - liczebność po 33 ludzia na klasę.

Nie marudzę, nie narzekam. Taka praca.
Tylko pytam: co do cholery mamy zrobić z podręcznikami, z których nikt już nie będzie korzystał, a mamy ich tysiące?
Chociaż w dalszym ciągu z powodzeniem mogłyby się z nich uczyć kolejne roczniki.
Nie ma żadnych rozporządzeń, nikogo chętnego na te tony śmieci z lat ubiegłych.

Ani szkoły, a co za tym idzie, biblioteki nie są z gumy! Szczególnie te w tak liczebnie uczniami wielkich jak ta moja.
Czy czarodziejski napisik na teoretycznie nowych podręcznikach "reforma 2017" jest przepustką do lepszego świata?
Marnotrawstwo pieniędzy pod pięknym sztandarem REFORMA OŚWIATY!

Zdjęcia "Tropicieli" zaczerpnięte z internetu

wtorek, 22 sierpnia 2017

Moja miss Mercedes

Wprawdzie ciągle mamy lato, ale pogoda za oknem przypomina raczej obrzydliwą jesień.
Deszcz, ulewa, mżawka, deszcz...
I tak w koło Macieju.
Nie inaczej było przedwczoraj, czyli w niedzielę.
Postanowiłam jakoś oswoić te deszczowe ciemności i  spróbować pogodzić się z nieuchronnym nadejściem słot jesiennych.
Najprostsza metoda?
Uszyć coś. No to uszyłam. Dynie. Wiszące. W ilości sztuk trzech.


Od razu jakoś tak świat poweselał.
Przy szyciu tych uroczych warzywek miałam podwójną radochę: po pierwsze fajnie i szybko się je szyło, a po drugie...
A po drugie to był ciąg dalszy mojego oswajania się z nową maszyną do szycia!




Dlaczego ciąg dalszy?
Bo od razu coś tam uszyłam, wszak  ABSOLUTNIE NIEMOŻLIWE byłoby pozostawienie maszyny odłogiem! I to takiej maszyny! Z taaaaką ilością możliwości!!! :-D

To uszyte coś pokażę za czas jakiś, ponieważ brakuje mi kilku części składowych "cosia", które wprawdzie mam już zamówione, ale mus czekać - kiedyś przyjdą ;-)

Tak więc na razie pokazuję, mocno już jesienny, uszytek nr dwa poczyniony na  mojej miss Mercedes :-)

Wzór na dynie z gazety Patchwork Magazin 5/2017

wtorek, 8 sierpnia 2017

Karteczkowo - konkursowo

Dokładnie 25 czerwca Karolina ogłosiła na swoim blogu konkurs pt. "Letnia pocztówka 2017"
Poczytałam, pokiwałam głową i stwierdziłam, że temat super i w ogóle...
Ale przecież ja w te wakacje nigdzie nie wyjeżdżam, to i kartki wspomnieniowej nie uszyję.
Bo plany miałam inne.
Bardziej przyziemne i całkowicie udomowione.
Czyli trzeci rok z rzędu MALOWANIE!
Nie pejzaży, nie martwych natur, ani nie portretów. Ściany mnie wzywały. I sufity.

Malowanie sprzed lat trzech już opisywałam o tu.

W poprzednie wakacje postanowiłam odmalować tylko jeden pokój i łazienkę górną.
No to pomalowałam

Ale stwierdziłam, że głupio wyglądają takie świeżutkie pokoje (prawie wszystkie) przy niedomalowanym przedpokoju tzw. górnym.
No to go machnęłam.

W tym momencie klatka schodowa przestała być kompatybilna z górą domu.
No to co jej miałam żałować? Pomalowałam

Natychmiast upomniał się o swoje przedpokój dolny.
Też dostał swoją porcję farby.

Zaszlochała kuchnia stęskniona za zapachem świeżej farby.
Niech ma!

Łazienka dolna nic nie mówiła, bo jest mała i  nieśmiała.
W nagrodę też została odmalowana.

Zostały mi tylko dwa pokoje. Na górze i na dole.
Sporo ścian i koszmarne płachty sufitów...
Odłożyłam zabawę w malarza na rok, czyli do aktualnych, ciągle jeszcze trwających wakacji.
Zabawę zaplanowałam od ostatniego, górnego pokoju.
Zaczęłam dokładnie dwa dni po ogłoszeniu, wspomnianego na początku wpisu, konkursu.
I tak se machałam wałkiem beztrosko w tę i na zad. I tak podziwiałam jak się robi ślicznie i czyściutko. I w trakcie tego machania i podziwiania rozmyślałam o konkursie.
- Faaajny ten konkurs. Taki inny. Taki "ludzki". Szkoda, że nie będę miała żadnych wspomnień wartych uszycia... A może by tak jakieś marzenie uszyć? Iiii tam! Bez sensu!
 Jedyne marzenie to ja mam w tej chwili takie, żeby mieć już pomalowane, poustawiane i w ogóle, żeby do normalności domowej wrócić. Na słoneczko, na dworek wyjść. Weź ty lepiej babo pędzel w łapę i kąciki poobrabiaj.

Się postawiłam do pionu, pomalowałam raz, a potem drugi raz. I stanęłam zachwycona własnym dziełem.
- Boszssz! Jak cudnie! Jak jasno! Jak czyściutko! Normalnie czuję się jak kopytkujący jednorożec rzygający tęczą!!!

No i w tym momencie spłynęło na mnie olśnienie!

TĘCZA!  TAK! TO JEST POMYSŁ!
Tęcza z pędzla! I słońce kuszące! Za oknem!
Ha!
Po niecałych dwóch tygodniach od rozpoczęcia armagedonu domowego, miałam już wolne i wcieliłam swoją wizję w życie.
I tak oto powstała pierwsza karteczka:



Pędzel jest? Jest! 
Tęcza jest? No ba!
Słoneczko kuszące za oknem? Obowiązkowo!
No i do tego po raz pierwszy uszyłam coś metodą confetti (tak sądzę ;-) ).

W poczuciu dobrze spełnionych obowiązków usiadłam spokojnie na dworku i...
I podeszwy zaczęły mnie swędzieć.
- Wakacje w sumie jeszcze potrwają, a ja odczuwam deficyt wrażeń i odpoczynku. Takiego prawdziwego, na wyjeździe. Hmmm... Trzeba było o tym myśleć wcześniej, a nie teraz. Ale... A może by tak na Hel... 

Od myślenia do działania u mnie droga krótka.
Telefon w garść. Dzwonię do kochanej, helowskiej duszy z pytaniem i prośbą.
- Oj kochana! Teraz? W pełni sezonu? Co ja ci znajdę? Jaki ma być pokój?
- Trzy osoby, najchętniej z łazienką   i żeby ze skóry nie obdarli.
- Łoooo... No nie wiem, nie wiem... Dobra. Popytam, poszukam i oddzwonię. Ale nie wcześniej niż w niedzielę. Ale wątpię.
Był to piątek, jak coś.
Trzy godziny później miałam wynajęty pokój zgodnie z oczekiwaniami :-D

Tydzień później smażyłam się w doborowym, jak zwykle, towarzystwie nad ukochanym Bałtykiem, w najpiękniejszym miejscu na ziemi.

No i temat na kolejną karteczkę jakby sam się nasunął.
Ale zbyt oczywisty jak dla mnie.
- Może? Plaża? Eeeee... Wolę coś innego. 

Od lat kocham haft kaszubski we wszystkich jego odmianach. 
Tak więc niewiele myśląc skopiowałam wzór z tej strony, skanapkowałam szmatki i za pomocą zwykłego Singera Brillance wyszyłam/uszyłam karteczkę:


Tak...
Dwie już mam. Trzeciej już nie stworzę. No chyba, że zmienię zdanie ;-)

Miałam dużo frajdy przy szyciu. A jeszcze większą przyjemność odczuwałam, jak spływało na mnie olśnienie :-D



Obie bardzo polubiłam, ale szczególnym sentymentem darzę tę ze wzorem haftu.
Dlaczego? No bo przypomina mi lenistwo na Helu ;-D

Karteczki póki co są jeszcze u mnie w domu, ale za kilka dni wyślę je do Karoliny.

Zachęcam Was do wzięcia udziału w konkursie. To bardzo fajna zabawa zmierzyć się z czymś tak małym (10 cm na 15 cm). 
No i wymyślając tematykę kartki można rozruszać szare komórki nieco przyćmione wakacyjnym lenistwem ;)


Wszystkie zdjęcia w tym wpisie są autorstwa mojej starszej córki Joanny

niedziela, 18 czerwca 2017

Mistrzów dwóch

Dawno, dawno temu, dziecko moje starsze, czyli Joanna zażyczyła sobie od mamusi, czyli ode mnie, narzutę na łóżko.
Mamusia podsuwała córeczce bardzo różne wzory, schematy i pomysły.
Niestety - wg. Chudej nic nie było jej godne...
Miały miesiące, pory roku i moja cierpliwość.
W końcu zrezygnowałam z szycia narzuty tak kapryśnej klientce.
- Se kup w Pepco! - warknęłam w końcu zniecierpliwiona.

Temat umarł na czas jakiś. Tak mniej więcej do pierwszych bardzo ciepłych nocy, kiedy to dziecina powróciła do tematu narzuty. Już nie na łóżko, tylko na człowieka. W sensie taki okrywacz wiosenno-letni zamiast kołdry.

- Wypchaj się. - Powiedziała jej życzliwie mamunia. - Niczego ci szyć nie będę, bo za każdym razem jesteś na nie! Co bym ci nie pokazała, to nochem kręcisz.

Ogólnie rzecz biorąc jestem konsekwentna do bólu, I skoro powiedziałam, że nie, to... nie znaczy, że zdania nie zmienię ;-D

Jakoś tak w połowie kwietnia roku tegoż pańskiego znalazłam wzór na narzutę.
W oryginale była to durnowieszka naścienna, ale po zwiększeniu liczby elementów składowych wychodził całkiem zacny otulacz na ludzia.
Doszłam do wniosku, że spełnia wszystkie wygórowane żądania Joanny - nie jest okrrropnie klasyczna, nie ma kwiatków, nie ma powtarzalnych kwadracików i ogólnie lekko wpada w styl "modern".
Nie od razu pokazałam Chudej co będzie miała.
Najpierw podstępnie zapytałam:
- Chuda! Jaki kolor chcesz tej narzuty - miętowy czy szary?
- Szary. - Padła zdecydowana odpowiedź.

Chciała szary no to ma:

Do uszycia tych kolorowych prostokątów użyłam jedną z dwóch posiadanych, ukochanych pastelowych roleczek jelly roll kupionych u Ewy.
Dołożyłam tylko dwa solidy z konkretnymi kolorami: ciemnozielony i zielony. A to w celu ożywienia tych bardzo delikatnych kolorów.
Długo ją szyłam. Oj dłuuugo...
Od połowy kwietnia do dziś.
Ciągle coś mi wypadało: a to ogród, a to sprzątanie, a to uszkodzona osobiście noga, połamane korzonki własne, a to zwykły leń i lektura ciekawych książek...
Jednakowoż w końcu się udało i wczoraj odtrąbiłam sukces, czyli skończyłam pikowanie!
Dziś tylko doszyłam lamówkę (też z tej samej rolki, wyżej wspomnianej), zasiadłam na leżaku i oddałam się najprzyjemniejszej czynności pod słońcem, czyli podszywaniu lamówki ręcznie z lewej strony:

Uwielbiam to robić! To taka wisienka na torcie patchworkowym :-)

No a potem coś, za czym nie przepadam szczególnie, czyli robienie zdjęć gotowca.
Najpierw rzuciłam uszytkiem na tawułę:

Bez sensu! Pofalowała się i wyglądała nie teges...

No to cisnęłam na trawę, wlazłam na drabinę i robiłam z lotu ptaka:

Też niefajnie. Trapez wyszedł. Bałam się bardziej wychylić z drabiny, bo mogłam gwizdnąć na glebę.
I nie o siebie się bałam, tylko o aparat Chudej. O ile ja się pozrastam, jak się połamię, o tyle jej aparat może nie wykazać się zdolnością do samoregeneracji.

Tak więc zarzuciłam narzutę na ławkę...

Znikąd (znaczy spod ławki) pojawił się Lucjan.
Mistrz drugiego planu nr jeden.

Zabrałam narzutę i powiesiłam ją na sznurkach do suszenia ciuchów.
Kompletny bezsens, bo szargała się po trawniku i wyglądała gorzej niż na krzaku :-/

Wtedy na horyzoncie pojawił się mój małż.
- Ha! - Zakrzyknęłam pod jego adresem. - Z nieba mi spadłeś! Zaraz cię wykorzystam!
- Taaaak...? - Mąż wykazał zainteresowanie wykorzystaniem przez małżonkę.
No cóż...
Zapewne nie O TO mu chodziło, bo żonka wręczyła mu narzutę, ustawiła w krzakach i kazała robić za stojak.
- Trochę wyżej. Ręce szerzej, prawa wyżej. Nie ruszaj się! Bez sensu! Kulasy ci widać! NIŻEJ! O! Teraz jest bardzo ok.
I nacisnęłam spust migawki...
W tym momencie mój kochany mąż zapragnął zaistnieć w wirtualnym świecie i opuścił ręce...
W sumie ja też...
Oto on. Mistrz drugiego planu nr 2:


Tjaaa...

To może pokażę jak wygląda tył. Nie męża, lecz narzuty:

Flanelka w koty. Wybrana osobiście przez Joannę.

A to zdjęcie okładki gazety, z której pochodzi wzór:

Dane techniczne: 145 cm na 190 cm.
Szary materiał - polski, kupiony gdzieś. Nie pamiętam.
Flanela - polska. Kupiona chyba na alledrogo.
Wypełnienie - tam gdzie rolki (link w tekście).
To może na zakończenie jeszcze raz zdjęcie narzuty.
Z mężem niewidocznym, bo się chłopina ogarnął i grzecznie za wieszak przez chwilę porobił:

To mogę z czystym sumieniem oczyścić maszynę, zapakować i schować. Niech ma wakacje!
No chyba, że mi się odmieni i jednak coś ewentualnie znowu stworzę :-)

środa, 10 maja 2017

Dla mojej Ani

Dziś króciutko, konkretnie i po prośbie!

Moje dziecko młodsze, które nie raz i nie dwa przewijało się we wpisach na blogu, jest obciążone pewną wadą genetyczną.
Wada ta jest nieuleczalna, ale na szczęście jakoś tam można z nią żyć...
Chociaż łatwo nie jest.
Czasem ten odziedziczony defekt dość mocno utrudnia normalne funkcjonowanie nastoletniej formy życia, jaką jest Anna.
Frustracja związana z bolesną koniecznością egzystowania we względnie normalnym i zdrowym odłamie społeczeństwa bywa dla Ani nie lada wyzwaniem...
Z jednej strony: egzaminy gimnazjalne...
Z drugiej: konkurs zorganizowany przez Royal Stone "Kalendarz biżuteryjny 2018"
Co wybrać???
Rybki czy akwarium?
Anna wybrała rybki w akwarium :-D
Czyli w przerwach na naukę uszyła naszyjnik sutaszowy.
O ten:

I tenże naszyjnik powędrował na konkurs.
Właśnie trwa głosowanie publiczności.
A teraz moja prośba do Was.
Jeśli naszyjnik podoba się Wam i macie chęć oddania głosu na niego, to kliknijcie O TUUUU i "dajcie lajka" :-) 

Głosowanie jest możliwe tylko dla osób posiadających konto na Facebook'u i tylko do jutra, tj. do 11.05, do godziny 23:59

Aha! Chyba nie wyjaśniłam - ta dziedziczona genami choroba nazywa się robótkoholizm :-D

środa, 3 maja 2017

Podziękowania dla Fredzia...

Chyba pod poprzednim wpisem, w komentarzach, pojawiło się pytanie o moje kocury.
Czyli o Lucjana i o Fryderyka.
Nie planowałam zbyt szybko o nich pisać, bo w sumie nie było niczego nadzwyczajnego w ich kocim życiu.
Ot - spanie, jedzenie, spanie, jedzenie...
Zima - zimno, wiosna - zimno, deszczowo - zimno i do luftu - zimno.
Tylko spać można:

Ewentualnie wylegiwać się na plamach słonecznych:


Albo urządzić sobie leżing-plażing-smażing na parapecie:



Pierwszy w tym roku spacer Lucka nie był jakimś szczególnym faktem do odnotowania.
Początek marca, kot w szelkach, spacyfikowany na smyczy  - o czym tu pisać?

Wcześniej, na rozruszanie, kocury dostały na wyraźny wniosek pana, drapak.
Idea fajna. Lucjan oczywiście pomagał w montażu:



I nawet się pobawił:



Dodam, że tą puchatą kulkę urwał w momencie robienia zdjęcia :-D

Fred usiłował wcisnąć się do domku, Nawet mu się udało. Tyle że przy próbie zrobienia nawrotu w środku, skutecznie się zaklinował i z trudem wylazł na wstecznym. Bardzo był nieszczęśliwy, rozczochrany i zniesmaczony... Nie pomogło tłumaczenie, że nie powinien włazić na to dziwne urządzenie, bo obliczone jest dla kotów o wadze do 5 kg. Fred dość znacznie przekracza to minimum...
Ale się nie poddaje i usiłuje, dość dramatycznie, korzystać z nowego sprzętu:

Moje dzieci moje mówią, że on jest tłusty.
Natomiast ja twierdzę, że to nie tłuszcz, tylko masa mięśniowa, ale on jej nie umie napiąć ;-)

Bo dekatyzację doprowadził do perfekcji:

Kiedy w kalendarzu nastanie wiosna i słońce udaje, że grzeje, trzeba koty wyczesać, bo śmiecą kudłami dookoła:

Zaznaczam, że Fred był zadowolony i mruczał - nie charczał, próbując złapać oddech ;-)

Natomiast Lucek grzecznie czekał na swoją kolej, trzymając czesadełko w rączce:

Jak patrzę na to zdjęcie, to mam wrażenie, że to nie do czesania, tylko brzytwa oddana w nieobliczalne łapy...

No dobra...
To teraz do właściwej części wpisu.
O Fredziu będzie.
Kilka dni temu...
Wieczór. Na dworze ciemno, choć oko wykol.
Siedzę sobie spokojnie przy laptopie i się odmóżdżam. Słyszę solidne "ŁUP" na zewnętrznym parapecie. Znaczy Fred wraca do domu.
Wstałam, okno otworzyłam, kota wpuściłam.
- Idź do kuchni, Żarcie masz w misce - powiedziałam do kota, nie patrząc na niego.

Kot nic nie odpowiedział i to powinno było mi dać do myślenia. Nie dało...
Po kilku minutach usłyszałam głuche warczenie Fryderyka dobiegające z korytarza.
- FRED! Zamknij się! Walnij go, a nie lwa udajesz! - huknęłam na sierściucha, sądząc, że usiłuje opędzić się od namolności ekspolzji uczuć Lucka.
Na sekundę ucichło.
Po czym warczenie przybrało na sile.
- FREDEK! Przestań! - ciągle nie miałam ochoty ruszać się od laptopa i miałam nadzieję na werbalne zdyscyplinowanie kotów.
Nic z tego!
Wytrzymałam jakieś pięć minut warczenia. Dłużej się nie dało.
Zerwałam się z krzesła, poleciałam na korytarz i zapytałam:
- No czego tak się drzesz, debilu?!

Odpowiedź niejako sama mi w oczy weszła, chociaż nieruchoma była, bo martwa...

SZCZUR! Młody, mikry, wielkości wypasionej, uprawiającej kulturystykę myszy,  ale jednak SZCZUR!!!
Fred przytargał go z dworu i dlatego nie odezwał się do mnie zwyczajowo po wejściu do domu.

Wydałam z siebie zduszone:
- Ożeszkurnamaćjapierdolełłłłaaaa!
I dałam dyla do pokoju, po drodze wydobywając ze zduszonego gardła okrzyk paniczny:
- RATUNKU!!!
Nie mogłam się drzeć pełną parą, jak to mam w zwyczaju w takich sytuacjach, bo...
Bo głupio mi było...
Otóż Ania bierze udział w wymianie i w on czas siedziały obie - ona i dziewczynka z wymiany - w pokoju i pogadywały sobie w języku Moliera.
Tak więc nie chciałam młodej młodszej narobić międzynarodowego obciachu...
Się nie udało.
Bo wszyscy się zlecieli, wszyscy się śmieli (ze mnie!), a Anna dla pewności, przetłumaczyła Maevie, czemu jej matka dziwne dźwięki wydawała...
Tak więc dzięki Fredziowi jestem sławna poza granicami. I to dalekimi ;/
😼

Zdjęcia: zwis kaloryferowy, kot zdekatyzowany i kot z brzytwą autorstwa Joanny