poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Takie same, ale inne ;-)

Zastanawiam się, jak zacząć ten wpis.
Jakoś brak mi weny piśmienniczej ;-)
No to może tak po prostu - uszyłam dwa bieżniki. Chociaż jakby uczciwie podejść do sprawy, to trzy.
Ale najpierw pochwalę się tymi, z których jestem bardzo zadowolona i nie mam do nich żadnych zastrzeżeń.
Oto one:

Są takie "wiośniane", delikatne a jednocześnie konkretne.


Świetnie prezentują się na mojej osobistej ławie (stół mam wielki, więc rozmiar od dzioba do dzioba 84 cm i szerokość 37 cm jest za mały). 

Bardzo fajnie mi się je szyło i na pewno jeszcze takowe powstaną. Zapewne w innej kolorystyce.
I NA PEWNO nie w takiej, w jakiej powstał prototyp...

Oto on. Koszmar snów patchworkary... Horror kolorystyczny... Kakofonia waląca brutalnie w oczy...

Jednym słowem takie memento na przyszłość: myśl babo, zanim zszyjesz szmaty do kupy!
Materiały jako takie są śliczne i urocze. Ta sama grafika i projektant. Tyle, że w kupie wyglądają jak...KUPA!

Tjaaaa... Jako się rzekło, to był prototyp.

Zgrzytając zębami, klnąc niczym rasowy furman, pomstując na własną ułomność wzrokowo/kolorystyczno/deseniową, przyszłam lamówkę i stwierdziłam, że TAK TEGO NIE ZOSTAWIĘ! I że muszę znowu uszyć taki sam bieżnik, tyle że zupełnie inny ;-)

No i uszyłam dwie ślicznoty.
Z przewagą fioletu:
 I z przewagą żółtego:

Czyli znowu: takie same, ale inne ;-)

Potem wypikowałam najprościej jak się dało, czyli echo:


A tu zbliżenie:

Tak to wygląda od doopy strony:


Cóż mam dalej pisać...
Beztrosko i zarozumiale stwierdzę, że jestem z tych dwóch szalenie zadowolona i ogromnie mi się podobają.
Ba! Mało tego - nie mam żadnych zastrzeżeń co do ich wykonania! A to się niezmiernie rzadko zdarza w moim przypadku. 
Jeden z nich (ten bardziej żółty) jutro wędruje do nowej właścicielki. I bezczelnie stwierdzam, że na bank się spodoba :-D
Ten drugi, fioletowy, zostaje u mnie, bo kocham fiolety. Zwłaszcza w połączeniu z żółtkiem ;-)

No to teraz dla chętnych:
TU jest wzór
Urocze materiały w kwiatki, głupkowato przeze mnie wykorzystane, TU
A te fiolety z żółcieniami TU (kupowałam na metry, nie w zestawie).

Tak więc pogrążona w zachwycie, żegnam się z Wami, moje cierpliwe czytelniczki i komentatorki, do następnego uszytka/wpisu :-)

sobota, 18 marca 2017

Mam własną pracownię!

Każda z nas, tworzących rękodzieło, marzy sobie o własnej pracowni.
O takim miejscu, w którym spokojnie można sobie dłubać, szyć, kleić, lepić, wycinać, haftować, koralikować i co tam komu jeszcze w duszy gra...
Taki mały pokój, w którym znajdą miejscówkę wszystkie przydasie i w końcu będą leżeć na swoim, przypisanym im miejscu, a nie rozstrzelone po różnych kątach domu, poupychane w łóżkach współplemieńców, wysypujące się z kartonów ustawionych w kilka artystycznych stągwi...
Nic wielkiego - ot taka mała pracownia, z której w każdej chwili można sobie wyjść, zostawić rozgrzebaną robótkę i zamknąć starannie drzwi, żeby koty nie sponiewierały tego, co się aktualnie tworzy.
Ot takie małe marzenie...
Oczywiście są takie szczęściary, które mają takie swoje miejsce na ziemi.
I od paru dni ja również dołączyłam do ich grona!

MAM WŁASNĄ PRACOWNIĘ!
Najpiękniejszą, najmojejszą :-D
Z antyczną maszyną marki Singer!



Wiem, że dywan w pracowni szyciowej to trochę szalony pomysł, ale nie lubię łysych podłóg, no i jakoś musiałam zutylizować ścinki pozostałe po szyciu Roku



Chcecie wejść do mojej pracowni?
Serdecznie zapraszam!  Drzwi są otwarte:



Nie ukrywam, że moja pracownia powstała ze zwykłej zazdrości.
Otóż niedawno Ewa i Małgosia pokazywały u siebie swoje pracownie. Ogromnie mi się spodobały i nie ukrywam, że miałam chęć też sobie taką zrobić.
Chęć przerodziła się w czyn, kiedy natknęłam się na to cudo: http://bit.ly/maszynadoszycia
W każdej pracowni,takiej prawdziwej, maszyna do szycia jest kupiona. Bo resztę umeblowania można zrobić sobie samemu. Według własnych potrzeb.
Z tego założenia wyszłam, inwestując twardą walutę na zakup Singera napędzanego siłą mięśni.

A potem przystąpiłam do konkretnych, fizycznych działań.

Najpierw wytapetowałam ściany papierem dwustronnym.
Potem pocięłam listewkę kupioną w jakimś markecie budowlanym i posklejałam żeby mieć półeczki na materiałeczki.
Stołek też zrobiłam z ingrediencji ogólnodostępnych w wyżej wymienionym sklepie.
Deska do prasowania jest ze szpatułki, jaką lekarz wtyka w paszczę, chcąc zobaczyć stan gardzieli badanego delikwenta. A nóżki z patyków do szaszłyków.
Żelazko (hand made by osobista córka Anna) z modeliny Fimo.
Bele materiałów to po prostu ścinki, które gromadzę niczym chomik (nie w policzkach, tylko w pudłach).

I tak oto mam własną pracownię!

I nacieszyć się nią nie mogę :-)))

Za zdjęcia bardzo dziękuję mojej córce Joannie, która też co nieco naskrobała na swoim osobistym blogu  w temacie maszyny :-)

sobota, 4 marca 2017

Uszyłam sobie rok

Jakoś tak w połowie ferii zimowych zachciało mi się wiosny.
Ot tak. Po prostu.
Bo zmęczyła mnie aura za oknem - wiało, ziębiło, śnieżyło i deszczyło. Szaro rano, w południe, po południu jeszcze gorzej. Normalnie depresja wisiała w zasmogowanym powietrzu.
Ale skąd wziąć wiosnę na zawołanie?
Najprostsza  i najłatwiejsza do wykonania metoda to uszyć sobie - ot co!

Zaczęłam więc gmerać po internetach w poszukiwaniu inspiracji.
Jakichś motylków mi się chciało, kwiatków, biedroneczek beztroskich, kurczaczków, kociątek ukrytych w soczystej zielni traw bujnych... Czyli ogólnie jakiejś odskoczni od szarej rzeczywistości panoszącej się okrutnie  na świecie od paru miesięcy.
Znalazłam motylka z kwiatkiem szyte moją ulubioną metodą PP, więc w zasadzie poczułam coś w rodzaju jakby zadowolenia i miałam zamiar uszyć to internetowe znalezisko.
Nawet już sobie wydrukowałam, ale niespodzianie znalazłam drzewo. Wiosenne. Zagłębiłam się mocniej w temat i...
I motylek poleciał w zapomnienie. Razem  z kwiatkiem ;-)

No bo wolałam mieć cały rok w jednym kawałku.
I mam :-)

Generalnie  kocham lato. Wiosnę w sumie też. Jesieni nie lubię, a zimy nienawidzę!
Ale jak szyłam każdą porę roku, to trochę (ale tylko TROCHĘ!) zmieniłam swoje podejście do tegoż tematu.
Zacznijmy od wiosny:

Człek wyposzczony po zimie, tęskni za świeżą i nieśmiałą zielenią, za delikatnymi kwiatkami. Za czymś, co nie jest białe, zimne i przygnębiające.Wiosną niesamowitą przyjemność sprawia grzebanie w ziemi, wdychanie jej zapachu. Sadzenie i sianie. Coraz dłuższe dni. Słońce zaczyna grzać konkretniej, a nie tylko świecić. Czas poświęcony na szycie jakoś się zaczyna kurczyć, bo ogród ważniejszy. Bo fajniej jest być na dworze, niż w czterech ścianach domu.
 Wiosna jest super. 
Zwłaszcza, że po niej następuje lato:

Czyli zieleń jest już dojrzała, konkretna. Daje wytchnienie oczom, można uwalić się z leżakiem i książką w cieniu drzewa. No i są wakacje! I sezon robienia przetworów trwa w najlepsze :-) Czas szycia sprowadzony do zera bezwzględnego, bo szkoda dnia na siedzenie w murach i ślęczenie przy maszynie.
 Lato jest super.
Tyle, że po nim nieuchronnie nastaje jesień:

Zieleń powoli znika. Zastępują ją obłędne i oko cieszące kolory. Wprawdzie w lesie jest już głucha cisza, bo ptaki odleciały w siną dal, ale są grzyby! A  tygrysy grzybobranie lubią baaaardzo!
I dalej można robić przetwory ;-) Szycie powoli zaczyna wracać do łask...
 Jesień jest super.
Chociaż dni stają się coraz krótsze i zimno wygania z ogrodu do domu.
Po prostu do drzwi puka zima:

Co by nie mówić, też ma swoje dobre strony. Można zwinąć się w kłębek na ukochanym fotelu z książką przed nosem, z pachnącą herbatką i obowiązkową czekoladą lub inną słodkością pogryzaną w czasie lektury.
Ma się czas na szycie. Weekendowe oczywiście, ale jednak znowu jest ten czas :-)
 Zima jest super.
Zwłaszcza, że po niej następuje wiosna

Człek wyposzczony po zimie, tęskni za świeżą i nieśmiałą zielenią, za delikatnymi kwiatkami...

Dobra! Już to mówiłam :-D  I przyznaję bez bicia: każda pora roku ma w sobie to "coś". Takie niepowtarzalne i tylko sobie przypisane.
I fajnie, że trafiłam na ten link, bo mogłam sobie uszyć sobie rok :-)



Za zdjęcia dziękuję mojej starszej córce Joannie :-)

sobota, 11 lutego 2017

Wielkie UFFFF!

No właśnie!
Wielkie ufff!
Czyli w nareszcie skończyłam użerać się z szyciem narzuty.

Oj zdrowia to mnie ona kosztowała, że hoho. Znaczy samo szycie topu było czystą przyjemnością i relaksem, natomiast pikowanie...
Spuśćmy zasłonę milczenia na ten etap pracy ;-)
Najważniejsze, że w końcu jest!
Tak się prezentuje z lotu ptaka (w sensie z drabiny):


A tak w zwisie nasznurkowym:

Zaczęło się niewinnie. Od takiej oto rolki, wyciągniętej przeze mnie na światło dzienne dokładnie 26.12.2016

Nieco później rolka zamieniła się w małe kwadraty:

A następnie w prostokąty:

Potem prostokąty zamieniły się w kwadraty i trzeba je było JAKOŚ porozkładać. Najlepiej bez logicznego porządku.

Po pozszywaniu wszystkiego do kupy po doszyciu borderka należało toto skanapkować:

A potem...
A potem to było pikowanie...
Każdy kolorowy prostokąt dookoła. Niby nic takiego, tylko 108 prostokątów, ale przepychanie słonia przez otwór wielkości pomarańczy wymagał nie tylko determinacji, ale również siły fizycznej.
Porzucałam narzutę dość cyklicznie, przyrzekając sobie, że już mowy nie ma, absolutnie do niej nie wrócę. Niech se leży taki nieskończony ufok i porasta kurzem oraz zapomnieniem!

Ale z racji gabarytów dość ciężko było mi się pozbyć tej narzuty sprzed oczu, więc pokornie wracałam do maszyny i dalej pikowałam...

Tym sposobem od skanapkowania do ostatniego wbicia igły w lamówkę minął miesiąc i 4 dni.

Skończyłam dzisiaj! Poczułam ogromną ulgę i co tu dużo mówić - zadowolenie również, bo mimo użerania się z pikowaniem, podoba mi się toto:



Wielkość narzuty: 180 cm na 145 cm, czyli spokojnie można przykryć człowieka :-)

No to jeszcze jedno zdjątko na koniec:


A ja idę myśleć, co by tu znowu uszyć... ;-)

Ps: wszystkie materiały użyte do uszycia topu (oprócz białego) pochodzą ze sklepu http://b-craft.pl/

piątek, 3 lutego 2017

Strata Star tutorial

Najpierw małe wytłumaczenie skąd pomysł na tutorial.
Otóż kiedy szyłam pierwszą Starta Star wiedziałam od razu, że będą następne.
Bo to takie wdzięczne do szycia jest i takie efektowne finalnie.
A skoro już się wzięłam za drugą Warstwową Gwiazdę, to nie widziałam przeciwwskazań, żeby w trakcie pracy pstrykać fotki.
I tak oto powstał drugi w języku polskim (pierwsza była Ewa), ale pierwszy typu "krok po kroku" tutorial szycia Gwiazdy.

O czego zaczynamy?
Od zgromadzenia niezbędnych narzędzi:

Poza tym niegłupim pomysłem będzie posiadanie maszyny do szycia, deski do prasowania oraz żelazka ;)
Jeśli chodzi o materiały - wybór należy do szyjącego. Musimy mieć 4 różne szmatki.
Wybrałam cudne materiałki z kolekcji Tula True Colors projektantki Tuli Pink
Kupiłam je u wspomnianej już wyżej Ewy w Kiltowie.

No dobra!
Mamy już materiały, to teraz czas zrobić użytek z widocznej na zdjęciu, najdłuższej linijki.
Otóż tniemy nasze materiałki z pieśnią na ustach, bez żalu i odważnie.
Na pasy o szerokości 2". Przez szerokość, czyli ok 43"
Musimy mieć po 4 pasy z każdego koloru.


Teraz będzie opis słowny, bo zdjęć tej fazy nie mam.
Bierzemy po jednym pasie z każdego koloru i zszywamy je razem. U mnie jest dokładnie taka sekwencja, jak na zdjęciu powyżej, czyli zieloniutki, ciemnoróżowy, szary i jasnoróżowy.
Musimy mieć po 4 pasy złożone z identycznych kolorystycznie sekwencji.
Pamiętamy, że szew ma szerokość 1/4".
Kiedy już mamy komplet czterech pasów, zaczynamy ciąć:


I tu małe wytłumaczenie.
Do wycinania trójkątów użyłam liniału 12'. 
Ten jasny, szeroki pas widoczny na linijce (przykrywa częściowo różowy materiał) to taśma malarska. Przykleiłam ją, żeby ułatwić sobie ż(sz)ycie. 
Teraz wymiary okropnie matematyczne: musimy uzyskać trójkąt prostokątny o wysokości 6,5 cala.
Jak go już sobie wyznaczymy (na ten przykład wspomnianą taśmą malarską), to nie wahamy się użyć noża i frrruuuu! 
RŻNIEMY!

Następny trójkąt tniemy "do góry nogami":

Teraz czas na małe trójkąty.

Też widać taśmę malarską.
Tyle, że to druga strona liniału (odsyłam do pierwszego zdjęcia - tam widać, jak okleiłam swój sprzęt).
Tym razem wysokość naszego trójkąta prostokątnego wynosi 4 i 1/4 cala.
I tak samo jak przy dużych trójkątach, drugi tniemy "do góry kopytami"

Z jednego pasa wychodzą nam po dwa duże i po jednym małym trójkącie:


Ogólnie musimy mieć po 8 dużych i po 4 małe trójkąty.

Kiedy mamy już komplecik, przystępujemy do najfajniejszej części zabawy, czyli do układania elementów łamigłówki:

A potem to już tylko zszywanie.
Na pierwszy ogień idą duże trójkąty (jakby to powiedzieć - w tej samej wersji kolorystycznej):

Potem doszywamy do nich konusy:


Następnie scalamy górną, później dolną połowę Strata Star:

A na koniec zszywamy całość do kupy:


I tyle :-) Mamy nasze cudo o wielkości ok. 30 cali (ca. 70 cm) :-)))
Celowo nie pokazuję jak wykończyć, bo to zależy od Was.
Albo robimy klasyczną kanapkę, pikujemy i doszywamy lamówkę.
Albo lecimy na leniucha (jak ja) czyli: pod wierzch podkładamy ocieplinę, srrruuu pod maszynę i jadziem pikowaniem z wolnej ręki.
Następnie na prawą stronę kładziemy to co ma być tyłem/spodem (prawą do prawej!). Przeszywamy dookoła, przewlekamy na prawą i...
I nasz stół jest nam wdzięczny za nowe ubranko ;-)
Mój topik czeka jeszcze na wykończenie. Na pewno się doczeka. I obiecuję zrobić zdjęcia jak to ja się nie wysilam z pleckami przy bieżnikach w kształtach niekoniecznie konkretnych.

Mam nadzieję, że mój tutorial komuś się przyda i chociaż parę osób z niego skorzysta.

Jeśli tak, to proszę o podanie źródła, czyli linku do tego wpisu.

Wiem, że jestem raczej bardzo mocno taką sobie patchworkarą i wykazałam się nie lada tupetem tworząc kurs na blogu, ale może komuś się przyda.

niedziela, 29 stycznia 2017

Strata Star

Jak człek ma nad głową bata i przymus, to odruchowo i obronnie szuka wyjścia z sytuacji.
Nie jestem inna w takiej sytuacji.
Mam do wykończenia narzutę...
Mam jednak wrażenie, że ona pierwsza mnie wykończy, zanim ja jej pikowanie odtrąbię jako skończone.
Przepychanie mamuta przez dziurkę od klucza powoduje ruinę i absolutny strajk mojego kręgosłupa i przydatków.
Jak na nią patrzę, to mimo woli łzy mi się do oczu cisną...
Łzy bólu fizycznego. Bez kitu!

Tak więc postanowiłam uszyć se coś dla relaksu i bez siłowej przepychanki.

Padło na Strata Star.
Nie to, żebym taka w patchworkowym świecie oblatana była.
O nie!
Strata Star zobaczyłam na blogu u Ewy.
I zapłonęłam żądzą posiadania i uszycia.
Uszyłam. A jakże!

Gdyby nie wspomniana wyżej Ewa, nie byłoby tego uszytka.
Popełniłam błąd...
Matematyczny oczywiście :-D
Troszku się zmartwiłam, ale tylko troszku.
Bo to co uszyłam, mogłam beztrosko użyć do uszycia co najmniej  dwóch poduszek. A tych nigdy za wiele ;-)
Na szczęście Ewa zobaczyła naocznie mój twór i poradziła mi, co mam zrobić, żeby uratować zbuka.
Posłuchałam mądrej kobiety i stykło.



No i tu pojawił się problem...
Otóż każdy widzi to, co chce...
Ktoś, po opublikowaniu tej fotki na fejsbuku ,zobaczył... swastykę.
Podobno, każdy widzi to, co chce...
No cóż.
Nie będę dyskutować.
Po prostu pokażę, jak ten uszytej wygląda bez maskującego koszmarny środek:


Nie stykło. Bardzo  nie stykło.
Ale jakoś mnie to nie boli :-D Niedoróbkę zamaskują kwiaty - zawsze je mam. Cięte lub doniczkowe. Niezależnie od pory roku.
Tak więc- mam coś nowego na stole, w salonie.
Podoba mi się.
I mam w nosie to, co ktoś widzi, albo na siłę dostrzega.
A tak btw.: swastyka to wg. sanskrytu oznacza "przynoszący szczęście" (svasti – powodzenie, pomyślność, od su – „dobry” i asti – „jest”, -ka sufiks rzeczownikowy). W  Azji jest powszechnie stosowanym symbolem szczęścia i pomyślności.
No!
Więc niech mi nikt faszyzmu nie zarzuca, bo się ośmieszy!
O!

niedziela, 22 stycznia 2017

Rozwiodłam się. Prawie...

Tjaaa...
Jakby tu zacząć?
Od wyjaśnienia.
Otóż: mój mąż ma samochód. Zapisany w dowodzie na siebie. Czyli jest jego właścicielem. Jeżdżę nim ja. I tylko ja (znaczy jako kierowca).
Mój tata ma samochody dwa. W sensie na siebie zarejestrowane dwa. Jeden z nich odkupił lata temu od niego mój mąż i nim jeździ. Nie przerejestrował na siebie, bo bez sensu. Nie dość, że ta sama dzielnia warszawska, to do tego tenże sam adres.
No to teraz wracamy do współczesności, czyli do piątku, 20.01 roku pańskiego 2017.

Wracam z pracy z wewnętrznym okrzykiem: "piątek, piąteczek, piątunio!", a tu mnie tatuś osobisty napada i ogłasza:
- Twój mąż to PIRAT DROGOWY! Mandaty muszę za niego płacić!
- Eeee? - Zdziwiłam się inteligentnie.
- No patrz, co dziś odebrałem!
Paczam na kopertkę, a tam nadruk mi mówi: "Główny Inspektorat Ruchu Drogowego". W środku mnóstwo papierów i jakieś fotki.
Na rodzica przyszło, bo na niego samochód.
- Ojciec! A to w ogóle poleconym przyszło?
- No tak! Z potwierdzeniem odbioru nawet!
- To po huk to brałeś?
- Eeaaa... A bo ja widzę??? Listonosz dał, to podpisałem!
- Ciesz się,l że wyroku śmierci na Ciebie nie przyniósł. - Zamamrotałam pod nosem.
- Co mówisz? - Tatuś nie tylko z oczami ma nie po drodze, ale i z uszami.
- NIC! Tak se. Do siebie. Nie ma to jak rozmowa z inteligentnym człowiekiem. - Wykrzyknęłam w stronę rodzica.
-Aha. - Tatuś się wyraźnie uspokoił.
Natomiast mi nerw skoczył...
- Co to kur...wagonprzywieźli jest??? MANDAT??? Za co???
- No nie wiem. Jakby za szybko jechał, czy coś. - Tatuś wyraźnie się spłoszył.
- Czekaj! Fotki są! Hehehehe! Doczekał się misio! Najdroższe fotki z podróży! Hehehehe!

Się śmiałam...
Do czasu...
Dopóki nie obejrzałam tychże fotek...
- CO TO MA BYĆ???
- A co? - Tata się zainteresował z czeluści fotela.
- No paczaj! Męża poznaję! Ale z kim on jedzie, do cholery?! Jakaś baba obok niego siedzi!
Podetknęłam rodzicowi fotki pod nos.
- Faktycznie. A kto to?
Zagotowałam się!!!
- A skąd mam wiedzieć, z kim on się szlaja?! Nie znam tej flądry! Co z cholera jakaś! NOOOOO! Niech on mi do domu wróci na zad! Już ja mu zrobię z dupy jesień średniowiecza! Noooo! Paaaaczczcz!!! Co to z baba obok niego! Widzisz???
- Widzę... - powiedział tatuś, chociaż mało widzi.
- No właśnie! I patrz, jaki roześmiany na nią zerka na tej pierwszej fotce! Szlag by to! Rozkoszniaczek jeden! Nooo! Już ja mu zrobię przesłuchanie!
- A ile ten mandat?
- A ja wiem? Czekaj. Najpierw to ja se zobaczę opis do fotek, bo tu z boku są. Ile to se ślubny depnął po garach, z dupą u boku, się popisując osiągami starej skodziny... Nie ma czym czarować, to starą blachą na podryw ruszył! ZDJĘCIA ROZWODOWE MI PRZYSŁALI!!! - Córka ojca swego i żona wiarołomnego małżonka zaczęła wnikliwie studiować donos z Inspektoratu.

Czyta ona...
 Ta córka i żona.
I widzi miejscowość: Zakręt.
I widzi datę: 31.12.2016
I widzi godzinę pierwszego pomiaru: 12:34.
I widzi godzinę drugiego pomiaru: 12: 35.
I widzi ograniczenie prędkości do 50 km/h.
I...
I spłynęło na nią olśnienie...
- Dżizas... Ojciec... Ja  już wszystko wiem!. Ta dupa i ta flądra... Ja ją dobrze znam...
- TAK?! - Tatuś zwietrzył sensację.
- Tak...
- No?! Kto to?  Znasz ją?
- Taaaa... Ty też. Od urodzenia. Nawet dłużej niż twój ulubiony i jedyny zieńciunio. TO JA BYŁAM! I wiem, skąd wracaliśmy :-D

No cóż...

Bywa! Fotki z automatu nie są kolorowe, tylko takie kserograficzne, więc mam wytłumaczenie nerwa, który mną szarpnął. Zwłaszcza, że wyraźny tak na 10000% jest tylko nr rejestracyjny i na 50% kierowca. A pasażer?

Ekhem... Domyślny ;-)

Ale!

Jest jeszcze coś zabawnego!
Jak jechaliśmy przez te punkty pomiarowe, mój małż pokazując mi je wygłosił mowę:
- Widzisz te kamerki?
-Widzę. - Potwierdziłam.
- To są punkty pomiarowe.
- Znaczy?
- Znaczy, że mierzą ci prędkość z jaką jedziesz od punktu A do punktu B. Jak przekroczysz, to mandat ci przyślą.
- Aha. A to nie dla TIR'ów jest tylko?
- Nie. Mieli dla wszystkich wprowadzić. A tak w ogóle - CIEKAWE, CZY TO JUŻ DZIAŁA?

No to już wiemy. Bardzo dobrze wiemy: działa dla wszystkich :-D

Jak mąż zobaczył pisemko i wysokość mandatu za przekroczenie prędkości o całe 14 km/h , rzucił baaaardzo soczystym mięskiem, chociaż słów brzydkich nie używa (w przeciwieństwie do żony swej). A jak dotarło do niego, że jeszcze punkty karne w ilości sztuk dwóch dodatkowo dostał, to już szkoda gadać i powtarzać, co mówił...

Żona rozbawiona (i uspokojona, że obcych, młodszych i ładniejszych dup ślubny nie wozi) pocieszyła go:
- Misiek! Ty się ciesz, że to ty za kierownicą jechałeś!
(Mieliśmy lekką przepychankę słowną przed jazdą, kto i czym jedzie)
- ???
- Bo jakbym jak siedziała za kierownicą, to byłoby zdecydowanie więcej do płacenia. Znasz mnie :-D
- Fakt! Znam cię. Byłoby więcej. :-D

Tak więc otarłam się o rozwód. Prawie... Dobrze, że do najdroższych, pamiątkowych zdjęć z podróży dołączają dokładny opis :-D