sobota, 31 grudnia 2011

Muzułmańska babcia

Zaległości się nazbierało, że hoho!
Więc tak z końcem roku trzeba przynajmniej kilka z nich przedstawić szerszemu ogółowi.

No to zaczynamy!
Pokazywałam w tym poście, że coś tam mi wisi na drutach...
No to już nie wisi i to od dość dawna.
Się zrobiło i teraz wisi na mła!
A dokładniej to grzeje mi szyję i to co powyżej.

Szyjogrzejo-komin zrobiony jest z wełny Corridale. Jest mięciutki, nie gryzie i grzeje jak szalony!
A gdzie ja tę wełnę dorwałam?
No co za pytanie!
Oczywiście, że u Laury !

Kolorki super! Takie zupełnie inne od moich i pewnie dlatego tak chętnie wrzuciłam tę wełenkę na druty, żeby zobaczyć jak też będę w takim zestawie wyglądać.
Jestem zadowolona, aczkolwiek moje urocze córeczki sprowadziły mnie na ziemię swoimi trafnymi spostrzeżeniami...

Kiedy zakończyłam dłubaninę, natychmiast założyłam na się i krygując się przed lustrem w obecności młodszej latorośli zadałam niewinne pytanie:
-No? I jak wyglądam?
Odpowiedź padła natychmiast:
-Fajnie. Jak muzułmanka!
Pffff!
Więc poszłam zaprezentować się i przy okazji pożalić do starszej.
-I jak??
-Fajnie. Jak babcia z bazaru!

Tak więc zostałam muzułmańską babcią!!
Wcale mnie ta ksywka nie zraża i zamierzam nosić swój nowy grzejnik nie tylko na szyi, ale również na głowie!
Ku zgrozie własnych bachorów!
O!
No bo chyba aż tak strasznie nie wyglądam??




We wspomnianym wyżej poście pokazywałam również zaczęty szalik bąbelkowy dla Ani.
Też już wieki temu skończony i używany z radością przez młodą właścicielkę





I ostatnia na dziś zaległość.
W święta oprócz wspomnianych wcześniej biżutków powstał też mini koteczek, czyli młodszy brat prezentowanego już kota
Jak widać, to zupełne maleństwo mieszczące się bez trudu na dłoni.


No to tyle na dziś.
Kolejne zaległości (a sporo ich mam) niebawem.

czwartek, 29 grudnia 2011

Pytanie na śniadanie

Tak więc jak pisałam wczoraj, Joanna była dziś na wizji (że tak "fachowo" się wyrażę).

Jak wypadła?

Moim nieobiektywnym zdaniem matki - była świetna!
Spokojna i rzeczowa.
Zresztą obejrzyjcie i same oceńcie:
Pytanie na Śniadanie

I drugi link na youtubie Na wypadek, gdyby pierwszy nie działał.

środa, 28 grudnia 2011

Obnażam...

Dzisiejszy wpis będzie prawdopodobnie czymś w rodzaju wrzucenia granatu do szamba.

Nie przyzwyczaiłam Was do takich wpisów.
Tu się pojawiają raczej lajty typu robótki, czy opisy "ku pokrzepieniu serc"

Dzisiejszy zyska nowy tag: "a tu pospolitość skrzeczy"...

Rzecz dotyczy mojej Joanny.
Jak już wspominałam drzewiej, moje starsze dziecko poza tym, że jest dyplomowanym fototechnikiem, studiuje nauczanie początkowe z wychowaniem przedszkolnym w Kolegium Nauczycielskim.
Wspominałam chyba również, że pracuje.
Nie musi, ale chce.

A właściwie powinnam użyć czasu przeszłego:
NIE MUSIAŁA, ALE CHCIAŁA...

Fotografia...
Wiecie już, że to nie tylko jej zawód, ale i pasja.
A od niedawna jak się okazało przysłowiowy gwóźdź do trumny...

Nie będę się rozpisywać, bo zrobił to za mnie ktoś inny.

Poczytajcie:
http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,10877679,Wrzucila_zdjecia_na_Facebooka_i_wyleciala_z_pracy.html

Jutro będzie ciąg dalszy.

Asia dostała zaproszenie na nagranie do programu "Pytanie na śniadanie" (program drugi TV, godzina 8:30 - 10:55)

To tyle z mojej strony na dziś.

wtorek, 27 grudnia 2011

Z powodu nieróbstwa

Przede wszystkim bardzo Wam dziękuję za życzenia.
I za te pod poprzednim postem i za te przesłane drogą mailową, telefoniczną oraz tradycyjne, papierowe za pośrednictwem PP :-)
Takie dowody pamięci są szalenie miłe i budujące :-)

Ogólne, banalne stwierdzenie znane wszystkim "święta, święta..." raczej mnie irytuje.
Więc podsumuję je krótko i zdjęciowo.
A właściwie to raczej wczorajsze bardzo późne popołudnie...
Człowiek przejedzony, zadowolony, wypoczęty iiiii jakby z lekka znudzony...
Niby coś się podziergało jakieś jedno i drugie, niby się pogadało i pośmiało przy świątecznym stole, niby się zrelaksowało wzięło ciało, ale w pewnym momencie pod sufitem zaczęło coś drapać... Coś zaczęło się wykluwać... Z powodu nieróbstwa przymusowego i braku pogoni za uciekającym czasem...

No to co miał zrobić człowiek z tym sufitem pełnym pomysłów??
No zrealizować!
Se wzięłam i usiadłam przy elegancko przybranym w świąteczne artefakty stole, od niechcenia wysypałam kilka takich tam pierdółek, jakieś sznureczki...
Przyszła Ania:
-Co robisz?
-A ja wiem? Jakieś takie tam supłam sobie z nudów...
-Mogę z tobą? Też się nudzę chyba.
-A po co pytasz :-DD
No właśnie! Po co???
Po co ja ją dopuściłam???
Chyba tylko po to, żeby mi smarkata poprzeczkę ustawiła wysoko!
Zrobiła! A jakże!
Najpierw nieśmiało bransoletkę, a potem się wziął i dorobił naszyjnik!

Mało jej było sukcesów??
NIE!
To jeszcze machnęła drugą bransoletkę!
Nawet Fredek był zachwycony i krótko po pstryknięciu fotki zwiał z bransoletką w zębach!

Tak więc małolata uniesiona dumą machnęła kolejną, tym razem z ulubionym błękitem:


Uh!!
Jajo LEPSZE od kury!

Kura zniosła upokorzenie z dumą i godnością osobistą i pierdyknęła takie o:





Żeby nie było! Robię teraz potajemnie naszyjniki i inne bransoletki.
I wcale się nie przyznałam, że już jutro przyjdzie apetyczna przesyłka z kolejną porcją półproduktów. Może małoletnia nie zauważy i matka karmicielka zdoła sama coś sensownego stworzyć??
Chude dziecko starsze zachwyciło się radosną twórczością matki oraz siostry i z nudów chwyciło za aparat i dzięki niej możecie podziwiać, co powstało wczoraj w moim "magicznym" domu ;-D

sobota, 24 grudnia 2011

Świąteczna kartka dla Was :-)

Niech zbliżające się Święta Bożego Narodzenia będą przepełnione spokojem, ciepłem oraz radością z przebywania w gronie rodziny i przyjaciół.

Niech się spełnią najskrytsze marzenia i pragnienia.

Wesołych Świąt dla Was i dla Waszych najbliższych moi wierni Czytelnicy!


Ps: Zaznaczam, że kot Fredek nie ucierpiał podczas tej sesji - to raczej fotograf i twórca kartki w jednym (czyli Joanna) była bliska palpitacji serca z powodu niesubordynacji modela ;-)

środa, 21 grudnia 2011

Ciasteczkowe Potwory

Kto nie zna Ciasteczkowego Potwora??
Wszyscy! A przynajmniej o nim słyszeli.
U mnie w domu żyje i ma się dobrze kilku takich potworów...

Wczoraj wieczorem pogadywałyśmy sobie z Chudą na temat konieczności zabezpieczenia ciasteczek na wigilię klasową młodszej.
Matka karmiąca, czyli ja nie miała żadnego pomysłu poza prymitywnym zakupem gotowców sklepowych.
Zasłaniała się brakiem czasu, weny no i nie ukrywajmy - chęci...
Chuda niestety temat łyknęła (jak ciasteczka!), i o godzinie 22:00 powlokła lekko już zaspaną matkę przed własny monitor i pokazując palcem powiedziała krótko, acz znacząco:
-O! To! - i zamlaskała niczym Ciasteczkowy z Sezamkowej...
-Nooo... - odezwał się potwór nr dwa w osobie jej rodzicielki.
-Ale wiesz? - nr dwa lekko się przecknął - barwników spożywczych nie mamy.
-Oj to się kupi!
-Na mnie nie licz! Mam zgoła inne plany na jutro - nie będę jeździć po Warszawie!
-To ja poszukam! - rzekła dumnie Chuda, wypinając klatkę z piersiami.
-Ok - odparła ugodowo matka notorycznie niedospana i powlokła się w stronę barłogu.

Rano, przy kawie, zaczęła szukać telefonicznie tychże barwników nękając na ten przykład koleżankę Sylwię. Sylwia się wyparła znajomości z barwnikami.
Więc matka tym razem zwana poszukiwaczem chujaka, czyli drzewka okolicznościowego, ruszyła w drogę.
Chujaka zanabyła ku swej radości po 20 minutach od wyruszenia z domu.
Więc zanęcona takim ogromnym sukcesem, rzuciła się na poszukiwanie barwników. Tak przy okazji powrotu pod adres zameldowania...
Zwiedziła ona była kilka sklepów. W jednym ku swej radości przeogromnej nadziała się na ekstrakty spożywcze! Ucieszyła się jak głupia, że ma takie bez mała pod nosem. Wprawdzie za kosmiczne pieniądze, ale rozgrzeszyła się, że tego się ciut-ciut używa i licha butelczyna na lata świetlne jej wystarczy.
Zaznaczam, że NIE KUPIŁA! Wystarczy jej świadomość, że wie gdzie "łone som"!
I liczy na to, że nie zapomni ;-)
Wróciwszy do domu swego rodzinnego matka zamieniła się w kobietę garującą. I jakoś się jej tak duuużo czasu nagle zrobiło...
I się z tego czasu wzięło i zagniotło ciasto.
Na te ciasteczka oglądane wieczorową porą dnia poprzedniego...
No tak jakoś...
Bo mimo braku barwników, plany miały obie dwie siostry co by zrobić te ciasteczka...
Zapakowała matka ciastkowa surówkę ciastową do michy, przykryła folią co by nie obsychało i cierpliwie czekało na powrót pomysłodawcy do domu z uczelni...

Chuda powróciwszy do domu z triumfem zaprezentowała matce (tym razem zdumionej) dwa barwniki: zielony i niebieski.
W formie żelu.
Kolory jak się okazało były konsultowane telefonicznie przez Chudą z Ciasteczkowym Potworem nr trzy, czyli Aniusią...
Tak więc obie dwie opanowały mi wzięły kuchnię...

Każda z nich ma w łapkach swoje ulubione kolorki :-)

Upomniałam Chudą, że paznokcie jej nie pasują do jej ciasta, ale tylko prychnęła z lekceważeniem i zapozowała łapskami do fotki:

Prychanie nie wyszło jej na zdrowie (chociaż urody nie sponiewierało)
Wniosek - nie wydzielać zbyt dużo dwutlenku węgla przy sypkiej mące ;-D


Ania, dziecko zrównoważone i spokojne (acz również z gatunku potworów ciasteczkowych), ze stoickim spokojem wycinała swoje błękity:

Aś natomiast szalała z zielniną:



Matka łakoma (potwór najstarszy) pilnowała czasu pieczenia ( ze zmiennym skutkiem ;-))

No i w końcu ciasteczka były gotowe!!
I można nimi karmić nie tylko oczy, ale i podniebienie!

Są pyszne! Kruchutkie, nie za słodkie, delikatne i takie kolorowe :-D
Jedzenie ich wciąga jak łuskanie pestek słonecznika!
I z tegoż to powodu w okolicach piątku powstanie kolejna partia (jak znam życie) solidnie powiększona pożywki dla Ciasteczkowych Potworów.
A gdzie przepis?
No jak gdzie??
U mnie! Na drugim blogu, czyli w Garkotłuku :-D

sobota, 17 grudnia 2011

Bez sensu...

Czasem kupujemy coś zupełnie bez sensu, bez wyraźniej potrzeby.
Ot tak - bo może się przyda, bo fajne, bo miękkie, bo ładne i ogólnie do nas przemawia...
Tak też było z moteczkiem pewnej włóczki, którą dorwałam ponad rok temu gdzieś na lumpach szukając serwetek do paverpola.
Wzięłam to coś do ręki, bo urzekł mnie kolor.
A jak już to trzymałam, to się nie mogłam rozstać.
Żal było porzucać coś tak milusieńkiego!
-I po co mi to? - pomyślałam
-Kup, kup - szepnął Miecio - takie ładniusie... Jak nie kupisz, za czas jakiś będziesz żałować! Bo nie zapomnisz tej miękkości!
Pomyślałam, że łajza wredna z tego Miecia, ale rację może mieć.
Kupiłam. Wrzuciłam do innych włóczek i tak sobie kłębuszek leżał.
I czekał na zmiłowanie.
Od czasu do czasu brałam go do rąk i pytałam złym głosem Miecia:
-No?? Przydac się miał! Do czego niby? Z 50 g nic nie wydziergam!
Mietek nic nie mówił, tylko chichotał, jakby chciał powiedzieć - ja tam swoje wiem!

No i był sobie ten kłębek w stanie nieprzerobionych 43 m bieżących...
Aż do dziś.
Rano wyciągnęłam go na światło dzienne. Wzięłam druty i...
I zrobiłam kota!

I zdjęcie z półprofilu:

Koteczek wcale nie jest taki malutki jakby się mogło wydawać - jest co w rękę wziąć.
Poniżej fotka z pudełkiem zapałek, czyli z uniwersalnym narzędziem porównawczym:

Wprawdzie daleko mu do rozmiarów Kocambra, ale też nie należy do tycich maskoteczek mieszczących się w dłoni :-)

Wiecie co - nieskromnie powiem, że mi się podoba.
Zarówno kotek, jak i jego proces powstawania. Tak to ja lubię - szybko, łatwo i przyjemnie ;-)

niedziela, 11 grudnia 2011

Broomstick

Broomstick, czyli robótki na kiju od szczotki wciągają mnie coraz mocniej i coraz bardziej jestem zaniepokojona stanem umysłu nie tylko mojego, ale i koleżanek mych.
Jedna taka ( Sylwia - póki co przemilczę, że o Ciebie chodzi), w desperacji spowodowanej brakiem odpowiednich drutów, chciała wyrwać ze ścian rurki doprowadzające ciepłą wodę do grzejników...

Na szczęście dla mojej rodziny posiadam druty w miarę grube, ale jeszcze ( z naciskiem na JESZCZE) nie tak grube, jak mi się marzą i jakie są mi potrzebne...
Bo rozszalała ma wyobraźnia podsuwa kolejne pomysły na kijowe robótki...

Póki co skończyłam szalik prezentowany wspomnianym wyżej poście, a do kompletu dziergnęłam mitenki.
Całość wygląda ło tak:

Fajnie wygląda, no nie? :-))

Dane techniczne:
Drut 12', szydełko dopasowane do włóczki.
Włóczka "Tremori" Knitting Yarn (kupiona za podszeptem Miecia ponad rok temu w Lidlu) 50g/115m, 100% poliakryl.
Wyszło mi nie wiem ile, bo motki miałam porozpizgane - znaczy rozpoczęte.
Na pewno były dwa całe. I dwa ruszone w różnym stopniu.
Rozmiar szalika nie oszałamia: 150 cm na 17 cm.
Czyli po prostu szalik. Nie mylić z szalem ;-)

Mimo sztuczności jest to ciepłe i przytulne - już wypróbowałam ;-D
W planach do tego kompletu jest jeszcze opaska, ale nie wiem czy zrobię, bo obawiam się, że z uwagi na kolor będę wyglądać jak w bandażu ;-)


Ale nie tylko samym kijem człowiek żyje.
Równolegle powstaje szaliczek dla Ani
Z włóczki bąbelkowej.

Miłe toto, mięciutkie. Ten jest robiony po bożemu - na dwóch drutach.


Dalej.
Również metodą tradycyjną dziergam sobie coś...

Co? Jak skończę, to powiem i pokażę ;-)

Nie tylko włóczką człek się odżywia.
Człek porobił trochę takich tam koralikowców.
I są już (W KOŃCU!!) dostępne u mnie w Artillo.

No to oddalam się krokiem posuwistym w stronę drutów, mając pod sufitem wizje kolejnych takich tam różnych.

wtorek, 6 grudnia 2011

Tytułu dziś nie będzie...

Nie wiem jak mam zacząć....
Brak mi słów.
Natłok myśli.
Żal.
Bezsilność.
Rozpacz.
Złość.
Nienawiść.

Była. Między nami. Blogowała. Tworzyła. Miała dzieci. Ostatnio nadzieję na lepsze życie.

ŻYŁA!!

Jak zaczęła się nasza znajomośc?
Banalnie. Napisała do mnie na gg. Podziękowała za kurs frywolitek. Pytała o kilka szczegółów. Wysłała parę maili z pytaniami.
Od słowa od słowa stawałyśmy się sobie coraz bliższe...

Ostatnio na FB wrzuciła zdjęcie. Stała na moście. Rękę trzymała na balustradzie.
Była roześmiana. Zrelaksowana. Nareszcie spokojna i patrząca z nadzieją w przyszłość.
Przyszłość, którą wzięła we własne ręce. Przyszłość, która miała być dla Niej i dla Jej dzieci NORMALNOŚCIĄ...

Była...

Już Jej nie ma między nami...

Bożenka...


A teraz pytam: KIEDY ZOSTANIE PRZYWRÓCONA KARA ŚMIERCI??
Ile jeszcze lat z naszych podatków będą utrzymywane takie bydlęta, jak ten i wielu innych morderców??
Jak długo jeszcze najwyższym wymiarem kary w tym państwie będzie dożywocie z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienie po latach kilku-kilkunastu?


Pseudo obrońcy życia! Co macie na usprawiedliwienie??
Co usłyszą od was dzieci Bożenki??
One również są ofiarami! Kto wie czy nie większymi, niż Bożenka.

Z natury jestem pacyfistką, ale po takich informacjach jak ta, jestem za przywróceniem kodeksu Hammurabiego!

niedziela, 4 grudnia 2011

Kijowe robótki...

Rzecz będzie o kiju od szczotki.
I to wcale nie w duchu porządków przedświątecznych.

Do czego może służyć kij od szczotki poza swą życiową funkcją, do której został powołany?
1: położony na dwóch krzesłach może być wykorzystany jako:
a: poręczna i podręczna suszarka dla koca
b: jak rzeczony koc wyschnie, mogą w komplecie z kijem służyć jako parawan w teatrze kukiełkowym
2: kijem od szczotki podobno można stukać w sufit uciszając zbyt rozbawionych sąsiadów.
3: kij od szczotki bywa również przydatnym przedłużeniem ręki zbyt krótkiej osoby sięgającej, gdzie wzrok nie sięga ;-)
4: kijem od szczotki można było również uruchamiać Fiata 126P (to były czasy!!)

Itp itd...
Ilu ludzi, tyle pomysłów.

A kto wie, że kij od szczotki może być również całkiem zgrabnym narzędziem robótkowym??

Ja dowiedziałam się tego wczoraj na Targach Rękodzieła na Saskiej Kępie.

Na stoisku obok mojego wystawiała swoje wyroby pewna Ania
Bardzo ładne nawiasem mówiąc!
Nie przyglądałam się początkowo zbyt dokładnie. Zarejestrowałam jedynie, że jest u niej bardzo kolorowo i tak radośnie.
W oczekiwaniu na klientów, wetknęłam nos w książkę i byłam w tym momencie stracona dla świata. Thriller pochłonął mnie bez reszty ("Chemia śmierci" Simon Beckett - polecam!!).
Jednak jakieś tam odgłosy ze świata zewnętrznego czasem do mnie docierały...
-O! Jaki fajny szalik! Jak on jest zrobiony?
-A to na kiju od szczotki...
Myślałam, że lektura cokolwiek mi zwoje mózgowe poprzestawiała i coś źle przyswajam...
Za czas jakiś to samo pytanie i ta sama odpowiedź...
Po kolejnym razie nie wytrzymałam, zamknęłam książkę i zażyczyłam sobie prezentacji tego szalika zrobionego na czymś, co się do robótek nie nadaje!!
I co?
-O rany! Jaki fajny!! I on jest na kiju robiony???
-Tak :-DD
-Jak to?
-Najpierw robi się zwyczajnie łańcuszek na szydełku, potem zakłada się pętelki na kiju, a później przerabia się słupkami lub półsłupkami i tyle!

Ha! Faktycznie! Brzmiało łatwo i zrozumiale. Łańcuszek umiem robić, półsłupki od słupków odróżniam, kij od szczotki mam :-D

Kiedy wróciłam do domu natychmiast zapytałam wujka google o dokładniejsze informacje na temat tejże dziwnej techniki.
Znalazłam bez trudu.
I oczywiście nie zwlekając wywlokłam jakąkolwiek włóczkę typu no name w celu poczynienia prób.
Wciągnęło mnie to niebotycznie!
Zamiast kija od szczotki użyłam drutu nr 12mm. Wprawdzie zalecane są 15-20mm, ale chwilowo (z naciskiem na CHWILOWO!!) nie posiadam takowych. Demolowanie szczotki mnie nie pociągało, a słupy telefoniczne za mocno są osadzone w ziemi i wydają się ciut nieporęczne ;-)

No to teraz efekty moich zmagań z nową techniką:
To jest prawa strona robótki
A to lewa, moim zdaniem ładniejsza ;-)

Powstaje szalik. Tych nigdy za wiele ;-)
Robi się super!
Z całą pewnością zakupię grubsze druty, bo 12' jednak są moim zdaniem ciut za cienkie. I żeby uzyskać bardziej ażurowy efekt, będę robić większe pętelki.
Ostrzegam wszystkie robótkowe panie: ta technika wciąga!! Niczym chodzenie po bagnie ;-)

poniedziałek, 21 listopada 2011

Duuuuuża buźka!!

Dziękuję wszystkim!!
Razem i z osobna za to, że nie pozostali obojętni na mój dramatyczny apel na FB i na mailu.

Niezorientowanym już klaruję o co chodzi.
Od pewnego czasu moja komórka zaczęła mieć narowy. Nie chciała słać mmsów do Orange.
A od wczoraj do żadnej sieci.
Dłubałam w niej na różne boki i strony. Konfiguracje stosowałam baaaardzo różne.
I nie chodziło mi o to, że ja bez mmsów żyć nie mogę, tylko o to, że jutro-pojutrze mam mieć nową komórkę, a tę aktualnie używaną obiecałam już dawno Ani.
Więc nie chciałam oddać dziecku niepełnosprawnego sprzętu.
Tak więc skoro sama nie poradziłam sobie z problemem, zadzwoniłam do pomocy technicznej.
Pomoc oddzwoniła dziś rano i powiedziała, że mam kilka opcji do wykonania.
Pierwsza to przywrócenie ustawień fabrycznych...
No problem!
Pyk i już!

Tyle, że jakoś mnie nie uprzedziła ta pomoc, że razem z przywracaniem ustawień kontakty mogą pofrunąć w kosmos!
Mimo, że mam je zapisane na SIM i zdublowane w pamięci telefonu!
Ustawienia fabryczne się ustawiły, a ja z zapałem podjęłam kolejną próbę wysłania mms'a...
Weszłam w książkę...

A tam...
BRAK KONTAKTÓW mi powiedziano!!
ZERO! NULL! proszę Was!!

Cóż sobie pomyślałam?
Że poza własnym numerem, to ja znam tylko ten na 112 i chyba z niego skorzystam, bo mam stan przedzawałowy!!
8 lat poooooszło w... niebyt!!

Kiedy złapałam oddech (se w płucko strzeliłam dla równowagi duchowej), zaczęłam myśleć.
Mało logicznie.
Pierwsza myśl:
-Zadzwonię do Agaty i się pożalę, co mnie spotkało!
Druga myśl:
-Jak zadzwonisz lebiego?? Zębami chyba! Numeru nie znasz!!
-To do Asi!
-Raz w rynnę, raz w parapet?
KUŹŹŹWWWAAA!!!
-Co robić???
Pragmatyk w moim cielsku podpowiedział jednoznacznie:
-Dawaj na FB i maila. Póki działają!
Jak pragmatyk poradził, tak i uczyniłam ;-D

Mam już lwią część kontaktów.
Dziękuję Wam, że nie olaliście mnie w tym duchu:
-Dzięki ci Boże! Co za ulga! Natręt mi odpadł!

Nawet nie wiecie, jak fajnie jest odbierać telefony typu no name i dowiedzieć się, że z drugiej strony jest ktoś, kto się wziął i przejął sytuacją w pewnym sensie sprowokowaną przeze mnie osobiście.

Dziękuję Wam za maile, smsy i gadulec!

Duuuuża buźka!!

Od dziś pokornie wszystkie kontakty zapisuję również w wersji papierowej, co i Wam polecam z całego serca!

Ps: Czy muszę dodawać, że mmsy dalej się nie ślą? ;-D

Technika to moje hobby - umiem obsługiwać żelazko!

sobota, 19 listopada 2011

Killer in spe...

Mało co brakowało, a kolejne posty pisałabym zza krat!
W poprzednim poście "uśmierciłam" siostrę, a dziś...
Prawie popełniłam morderstwo.
Ramię w ramię z przygodnie poznanym panem.

Może po kolei.
Jak już kiedyś tam pisałam, Ania uczęszcza na Uniwersytet Dzieci.
Zajęcia są w soboty.
Ona to uwielbia, a ja lubię. Bo mam godzinę takiego absolutnego spokoju.
Ona jest sobie na warsztatach lub wykładach, a ja mam luuuuuziiiik!!
Czekając na nią, czytam sobie beztrosko lub dłubię pierdoły robótkowe.

Dziś też tak miało być.
Ania weszła do auli Wydziału Biologicznego UW, a ja znalazłam sobie przytulne miejsce na jednej z licznych ław pod ścianą.
Mega! Sam kącik, idealnie oświetlony. W sam raz do dziergania peyotów.
Wzięłam sobie trzy sznury, bo oprócz wykładów, Ania miała dziś również warsztaty, więc miałam perspektywę ponad dwóch godzin absolutnego braku jakichkolwiek obowiązków ubocznych.
Cudownie!
Czułam się jak kot przed michą pełną śmietany kremówki!

Tjaaaa...
Już był w ogródku, już witał się z gąską :-/

Obok mnie usiadł sobie pan i obłożył się książkami.
Z ciekawości i choroby zawodowej zerknęłam co one za jedne.
"Jak czytać ze zrozumieniem w języku niemieckim" - przeczytałam i pomyślałam sobie przyjaźnie, że mój ci on (ten pan).
Później dobiła do nas jeszcze jedna pani z książką przed nosem.
Tak więc nasza trójca siedziała sobie ukontentowana do wypęku i pogrążona w swoich zajęciach.
Cisza...
Spokój...
Relaks i skupienie...

Do czasu...

Do czasu, kiedy to przyszła sobie pewna pani.
Pani nie siadła koło nas, tylko w sporym oddaleniu. Co i tak nie zmieniło jej SŁYSZALNOŚCI!!!

Pani ta wyjęła wynalazek zwany komórką i się zaczęło!!
-Bo wiesz Ewa, ja dziś upiekłam wiesz boczek wiesz spanierowałam kotlety wiesz zupę mam już wiesz gotową wiesz pranie zrobiłam jedno wiesz i powiesiłam wiesz i drugie nastawiłam wiesz
i wiesz jestem z Martą wiesz na wykładzie wiesz a Patrycja umówiła się z Krzyśkiem wiesz pewnie chcą wiesz pogadać wiesz pewnie wcześniej przewiduje wiesz wrócić wiesz nieee sama nie jestem wiesz mąż mnie wiesz przywiózł wiesz siedzi w samochodzie wiesz uczy się angielskiego wiesz bo słówka są ważne wiesz on to taki samouk jest wiesz jak byliśmy w Egipcie to wiesz on się dogadywał wiesz ale błędy pewnie robił wiesz ale to nieważne wiesz dawał radę wiesz nie zmarznie bo sobie silnik włączy i ogrzewanie wiesz i niech się uczy wiesz a ja mam ten płaszczyk wiesz ale tylko go od czerwca raz wiesz włożyłam bo wiesz do samochodu to ja wolę ten wiesz krótki kożuszek wiesz zaraz idę piętro niżej bo tu jest wiesz bufet taka kawiarnia wiesz i kawę sobie wezmę albo wiesz herbatę z cytryną wiesz taką gorącą wiesz...

I tak dalej i tak dalej...

Westchnęłam ciężko i popatrzyłam na panią.
Pan obok mnie w tym samym momencie wydał identyczne sapnięcie i też łypnął na elokwentną.
Pani zbyt dobrze nie widziałam, bo dziergam bez okularów, więc objawiła mi się jako zmaza gadająco-dziamiąca...

Miałam nadzieję, że pani spełni swe marzenie i pójdzie się ochlać herbatą z cytryną.
Nawet pomyślałam życzliwie:
-A idź w cholerę! Może ci paszczę wykrzywi i zamilkniesz na wieki!!

Niestety...

Vis a vis pani rozgadanej siedziała pani z pogotowia. Czyli suport na wypadek gdyby komuś się coś stało. Takie przepisy - zgromadzenie ludzkie jest - pomoc medyczna obowiązkowa.

Pani pielęgniarka miała wyjątkowego pecha!
Bo pani babcia gadająca przez komórkę przerzuciła swoje zainteresowanie z bufetu na medyczną stronę zagadnienia.
-A pani to tu dużo ma do roboty? A po co pani tu jest? A coś się kiedyś działo? A co? A wie pani? Ząb mi się ułamał i tak mi strasznie język kaleczy i wie pani blizny wie pani normalnie już mam i wie pani dopiero w poniedziałek idę do dentysty bo wie pani wyjeżdżam do Egiptu i wie pani dobrze, że tu mi się złamał bo wie pani tak dwa tygodnie cierpieć to wie pani nie było by fajnie wie pani na dyżur to ja wie pani boję się iść, bo wie pani nie wiadomo jak to będzie bo wie pani ja lubię jak wie pani znam ludzi i lekarzy wie pani ten uniwersytet wie pani to bardzo dobra rzecz jest wie pani moja wnuczka to lubi wie pani ale córka nie mogła wie pani z nią dziś przyjechać...

I tak napier... przez bitą godzinę!!

Pomyślałam sobie, że opaczność robiła co mogła w celu ocalenia ludzkości i złamała jej ten ząb, ale ona ni w ząb nie wyhamowała w kretyńskim słowotoku...

Zerknęłam na zegarek. Były trzy minuty do końca wykładu.
Spakowałam swoje graty, założyłam okulary na nos i popatrzyłam ponownie na upierdliwą babcię. Westchnęłam ciężko.
I ten pan obok mnie zrobił w tym samy czasie toż samo.
Potem spojrzeliśmy na siebie.
On uśmiechnął się do mnie, lekko kręcąc głową.
Odwzajemniłam uśmiech i powiedziałam syczącym szeptem:
-ZABIJMY JĄ!!!
Facet zaczął się śmiać.
-ZABIJMY JĄ!!! LUDZKOŚĆ ODETCHNIE!!!
Gość nie wiem czemu poległ z czołem na stoliku zaśmiewając się do łez. Może perspektywa morderstwa tak na niektórych działa?
A ja poszłam wydłubać moje dziecko z tłumu równolatków.
Niestety - babcia również...
Dopadła wolontariuszki:
-A te pudełka to po co?
-Do głosowania czy się dzieciom wykład podobał czy nie.
-A jak to działa? Ktoś to sprawdza? A kolory tych karteczek to coś znaczą? A dużo tych karteczek? Wystarczy dla wszystkich? A co te dzieci tak pojedynczo wypuszczacie? A ta taśma to po co? A te krzesła? A ta aula taka wielka! Czy ona cała była zajęta?

Co ciekawe - ona wcale nie czekała na odpowiedź! Ona kłapała dziobem w celu bez celu!
A ja stałam jak na szpilkach i telepatycznie wrzeszczałam do mojego dziecka:
-WYCHODŹ JUŻ!!! ANIA!!! BŁAGAM!!! ANI SEKUNDY DŁUŻEJ TU NIE WYTRZYMAM!!!

Twarda jednak ze mnie facetka! Babci nie zatłukłam, chociaż łapy same się do niej wyciągały.
Powiedzcie mi - czy ja może mało cierpliwa na stare lata się robię?

piątek, 18 listopada 2011

Agata...

Jak sporo z moich czytelniczek wie, jestem jedynaczką.
Jedyne dziecko swoich rodziców.

Ale mam siostrę.
Ona też jest jedynaczką. Czyli jedynym dzieckiem swoich rodziców.

Dziwne?
Nieeee.
Po prostu - mój tata i Tata Agaty byli rodzonymi braćmi.
A my z braku prawdziwego rodzeństwa mówimy o sobie siostry. Wzbudzając tym zdumienie osób niezorientowanych ;-)
Nie będę tu pisać o niezrozumiałej więzi, która nas łączy. Można ją porównać tylko do tej, która spaja bliźnięta jednojajowe...
Często gęsto mamy między sobą coś w rodzaju telepatii.
Zdarzają się nam też te same rzeczy w tym samym czasie tyle, że w różnych miejscach.
Twierdzimy, że w zasadzie nasze codzienne telekonferencje mogłyby się toczyć bez słów - i tak wiemy o czym będziemy gadać ;-D


Dziś w nocy Agata odeszła...
To był szok!
Ziemia usunęła mi się spod nóg.
Pustka...
Żal...
Rozpacz...
Tylko tyle poczułam...


Spotkałam się z jej mamą.
-Jak to?? Jak mogła? Tak bez ostrzeżenia? Bez pozwolenia starszej siostry??
-No po prostu. Była bardzo zmęczona, położyła się spać i powiedziała, że nie ma zamiaru kiedykolwiek się obudzić i już jej nie ma. No umarła!! Nie rozumiesz??
-Rozumiem... Ale jak ona mogła? Tak po prostu?? Jak teraz mam żyć?
-A nie wiem! I nie licz na to, że cokolwiek po niej ci dam!
-Ja nic nie chcę! Skąd to przypuszczenie??
Wzruszenie ramion. zamiast odpowiedzi.
-Przecież wczoraj wieczorem gadałyśmy przez telefon i nic nie powiedziała, że umrze!
-Zawsze robiła, co chciała!
-Słuchaj - pochowamy ją w grobie Dziadków, z Tatą?
-Mowy nie ma! Na Wólce Węglowej!
-Gdzie??? I co?? Mam do niej tylko raz w roku jeździć??
-Co mnie to obchodzi! Ja mam wygodniejszy dojazd na Wólkę!
Zdruzgotała mnie...
Z rozpaczą w sercu wzięłam komórkę do ręki, bo ciągle nie wierzyłam, że Hoga odeszła...
-Muszę do niej zadzwonić! Niech mi sama powie, że nie żyje, do cholery! Inaczej nie uwierzę!!
Spojrzałam na wyświetlacz...










-Oooooo jasssssnyyyy gwint!! Za pięć siódma!! ZASPAŁAM!!!!!


Gadałam dziś z Agatą. Żyje i ma się dobrze.
Opieprz dostała za umieranie bez pozwolenia. Obiecała poprawę ;-D

niedziela, 13 listopada 2011

Sielsko-anielsko

W pierwszych słowach mojego postu pragnę napisać, że coś się blokuje od rana ;-)

Ale dziś nie powiem co, bo ma być sielsko-anielsko. Jak to przy niedzieli.

Wczoraj ponownie byłam w miłej gościnie u Sylwii
Nawiasem mówiąc czasem mam wrażenie, że ja już u niej mieszkam ;-)

Jak to zwykle przy takich spotkaniach bywa, nie obeszło się bez nauk wzajemnych.
Tym razem nauczała mnie nasza wspólna koleżanka Mirka.

Się mogła wyżyć jako ciało pedagogiczne, ponieważ na kilka godzin przed moim przybyciem tajemną wiedzę na temat powstawania skrzydlatych ludzików przekazała jej właśnie Sylwia.

Tak więc koralik za koralikiem i się zrobił taki ło gostek:

Dumna i blada pokazałam go dziś Ani i tak koło południa zasiadłyśmy do dłubania.

Ania jak zwykle poświęca się całą duszą temu co robi:

Jako pierwsze powstały tzw duże aniołki.
Oto one:
Różowy zrobiony przez Anię

Błękitny mój:


Ale jednak takie dużo formy nam nie pasowały.
Przerzuciłyśmy się na drobnicę ;-)
Ja zrobiłam takie:


Natomiast Ania...
Ania pognała w kierunku absolutnej miniaturyzacji i poeksperymentowała z zestawianiem kolorków.
I oto jakie fajne jej wyszły:


Jak są duże, obrazuje poniższe zdjęcie z zapałką

Robi wrażenie, no nie ;-D


No i fotka grupowa:


Korzystając z okazji, zdementuję plotkę, że anioły produkuje się w niebie.
O nie!
One powstają z absolutnego chaosu!


Wciągające są te aniołki! I to bardzo! Idę zaraz dalej produkować następne skrzydlaki ;-)

Ale zanim pójdę, wrzucę jeszcze dwie fotki.
Całkiem nie w temacie, ale obiecałam wczoraj Sylwii w obecności Mirki, więc się nie będę migać
;-)


No to spadam do chaosu ;-D

środa, 9 listopada 2011

Nuuda!!

A więc dziś będzie nawiązanie do poprzedniego wpisu.

Od początku.
Niczym nie wybuchnęłam dodatkowo.

Mimo iż jest środa żyję! W całości! I dom też stoi.
Nic spektakularnego się nie wydarzyło.

Rozczarowane?
SORRRY! ;-D

To trochę Was pocieszę robótkami.

Pisałam, o ile ktoś zauważył, że ludź blokował szal.
Ludź go zblokował.
I ludź go ma!

I szal bez ludzia:
A teraz dane techniczne: włóczka Angora Gold BD 3507
Druty nr 6. Zużycie 10 dag, 550 m.
Przed blokowaniem: 140 cm x 40 cm
Po blokowaniu: 184 cm x 54 cm.
Wzór (bardzo prosty) jest tu.
Ludź jest zadowolony jak coś ;-)

Poza tym czas jakiś temu ludź zrobił sobie...
No co??? Cóż takiego ludź sobie zrobił?
Ano szal :-DD
Robiłam go i robiłam!
Myślałam, ze mnie mrówki drobne przy nim zeżrą! Nuuuda!
Ale cieplutki jest, więc wybaczyłam mu monotonię dłubania.
I dane techniczne:
włóczka Angora Batik, 440 m (50% moher, 50% akryl) kupiona tym razem w stacjonarnym sklepie.
Zużycie 30 dag. Druty nr 4.
Długość gotowca 150 cm. Szerokość "w spoczynku" ok 50 cm.
W zwisie naramiennym na ludziu szerokość się powiększa do ok 85 cm.

Poza tym dłubnęły się dwie bransoletki:

Koraliki Euroclass 2a2b2c



Koraliki bez nazwy. Poniewierały się bez sensu, to je ujarzmiłam ;-)

A na koniec zapraszam do Garkotłuka.
Znajdziecie tam dwa nowe przepisy na wspomniane przez ludzia dwa produkty żywnościowe:
piernik i dżem truskawkowy z miodem i cytryną.
To jak? Bardzo jesteście rozczarowane dzisiejszym wpisem? ;-)

poniedziałek, 7 listopada 2011

Przypadki pewnego ludzia...

Poniedziałek. Pora obłędnie niesprawiedliwa. Budzik wyrywa ludzia z czułych objęć Morfeusza.
Ludź niechętnie otwiera zaspane oko.
Potem drugie, równie zapyziałe...
Po kilku minutach ludź dźwiga swe obłe ciało do pionu i ziewając nieludzko, aż w szczęce strzela łapie za zasłonkę, zasuniętą wieczorową porą, coby ludziowi łysy na niebie po oczach nie dawał.
Zasłonka postawiła ludziowi twardy opór...

Ludź nie odpuszcza i dalej ciągnie.
Bez zmian!
Ludź podniósł niechętnie głowę do góry i stwierdził, że jakimś cudem "żabki" w ilościach sztuk pięciu powiewają luzem na karniszu i nie pozwalają zasłonie na lekki suw po karniszu.

Ludź miał trzy opcje do wyboru:
1: olać i zostawić tak jak jest
2: szarpać dalej gałganem, licząc na to, że jego determinacja zwalczy opór wrednych żabek
3: wejść na parapet i przypiąć rzeczone gdzie ich miejsce.

Co wybrał ludź?

Ano punkt trzeci...
Wlazł ludź zaspanymi swemi nogami na parapet, przypiął wredne płazy i o dziwo nie spadł ludź na glebę, czego można się było spodziewać zważywszy na stan rozespania ludzia.

Ludź po ablucjach łazienkowych posnuł się do kuchni usiłując dla odmiany nie zwindować się ze schodów, co było nieco utrudnione z powodu tradycyjnie przyczepionego na stałe do łydki wiecznie głodnego kota...

Ludź strząsnąwszy kota za pomocą pełnej jego miski, przystąpił do sporządzania sobie śniadania.

Ludź od lat jada takie samo śniadanko - dwa tosty- jeden z żółtym serem, drugi obowiązkowo z czymś słodkim (dżęm, konfitura. miód).

Ludź stwierdził absolutny brak dżemu.

Więc stwierdził, że mu się nie chce iść do spiżarni i wykorzysta to, co ma pod ręką, czyli miód.

Ludź otworzył słoik i... Mimo zaspania coś zajarzył...
-Eee... Co on jakiś taki? - zapytał ludź samego siebie.
Miód wyglądał dziwnie...
Jakiś taki spieniony jakby...
Ludź dla pewności powąchał.
I ludzia odrzuciło!
Kwas!! I to jaki!
Ludź z czystej i badawczej już ciekawości pogmerał w miodku łyżeczką i z radosnym zdumieniem odkrywcy stwierdził, że im bardziej się gmera, tym więcej się się "pieni"!
I posykuje jakby!
Nonono! Ludź czegoś takiego w swym długim życiu jeszcze nie widział!

Tak więc jako iż ludź ze słodkiego ranną porą nie zrezygnuje, powędrował on był do spiżarni.
Popadł w chwilowe zamyślenie nad baterią słoików własnoręcznie zrobionych przetworów i po chwili wahania wybrał dżemik agrestowy.
Wędrując do kuchni usiłował go odkręcić.

Ludź mimo iż mikrej jest postury, parę w łapach ma jak Goliat i wszelkie przetwory otwiera bez większych problemów.
Ba! Nawet mąż ludzia czasem się załamuje i mówi:
-Weź to otwórz, bo ja nie mogę.
Tym razem jednak ludź nie dał rady.
-Jak nie chcesz po dobroci, to ja cię nożem!
Ludź podważył wieczko, psyknęło obiecująco i... dalej NIC!! Słodka zawartość pozostawała poza zasięgiem głodnego ludzia.

Ludź miał po raz kolejny tego poranka wybór:
1: zrezygnować z agrestowego i wziąć inny słoik ze spiżarni
2: lizać dżemik przez szkło

Opcja druga mało ludziowi odpowiadała, więc ludź powędrował do spiżarni po kolejny dżemik.
Tym razem wybór padł na truskawkowy z miodem i cytryną.
I znowu biedny, co raz bardziej głodny ludź, nie mógł sforsować solidnie zassanego słoika!
Ponieważ jednak ludź się już prawie obudził, a wraz z nim i jego furie, wieczko się otworzyło - aczkolwiek niechętnie. Ludź zjadł w koncu poranną strawę, strzelił sobie w płucko i poczuł, że żyje.

I mógłby znowu iśc spać ;-)

Nic z tego.
Ludź musiał obudzić dziecko, zawieźć je do szkoły a siebie do pracy.

O dziwo w pracy ludź nie był narażony na żadne ekscesy.
Po pracy ludź dostał jakiegoś dziwnego, niczym niewytłumaczalnego szwungu.
Ludź zrobił zakupy, następnie obiad, pastę do kanapek, upiekł piernik, zblokował szal ażurowy, poślinił się nad nowiutkimi właśnie przysłanymi koralikami, odbył ludź kilka rozmów telefonicznych, nie zdając sobie nawet sprawy kiedy spakował się do pracy i zrobił pranie.
A wszystko to w ciągu 3 godzin. I ciągle ludź miał poczucie czasu wolnego!

I to uśpiło ludzia czujność!
Bo ludziowi za dobrze szło.
Ludź nie wyciągnął wniosków z poranka rozpoczętego na parapecie...

Wspomniany piernik przestygł na tyle, że mógł ludź sporządzić polewę.
Ludź dysponował tzw "gotowcem".
Ludź wnikliwie przeczytał instrukcję obsługi polewy. I głupio się ucieszył, że może ją wstawić do kuchenki mikrofalowej.
Ludź czujny jak owsik w ... wiadomo w czym - nastawił na mniejszą moc i krótszy czas, niż instrukcja przewidywała.
W tym czasie ludź prażył na patelni płatki migdałowe.
Błogostan ludzia został brutalnie przerwany głuchą detonacją.
Z kuchenki.
Ludź w panice skasował program, wcześniej wykrzykując dramatycznie:
-Jak to cholerstwo zatrzymać???
Jak ludź otworzył kuchenkę, to się zdumiał...
Polewa była wszędzie...
W całej kuchence. Tylko nie w torebce...
I do tego z kuchenki waliło zapachem spalonej na węgiel czekolady.
Po raz drugi w tej samej kuchni, tegoż samego dnia ludź się zdumiał, bo czegoś takiego ludź jeszcze nie dokonał! Ludź i jego otoczenie wybuchało różnymi rzeczami, ale kuchenką jeszcze nie!
Ludź westchnął, kuchenkę umył.
I pogratulował sobie czujności w zakupach, bo kupił był dwie polewy! Sam nie wiedział, czemu dwie mu do koszyka weszły, ale w tym momencie zrozumiał...
Wizję niewidzialną miał jak widać!
Tym razem ludź nie ryzykował i rozpuścił polewę w gorącej wodzie.
Ludź migdałami uprażonymi (nie spalonymi o dziwo!) piernik posypał i stwierdził filozoficznie, że
-Jaki poniedziałek, taki cały tydzień!

Na koniec pytanie:
kim jest ludź i co go jeszcze w tym tygodniu zadziwi?

wtorek, 1 listopada 2011

Odmeldowuję się.

Tym, którzy się martwili moim podejrzanym milczeniem, smażyli maile o treści różnej (od zaniepokojonych, do prawie pogróżkowych), zapytywali dyskretnie esemsesami czy jeszcze żyję, dzwonili czyli ogólnie tym, którzy rozpisali za mną listy gończe bardzo dziękuję :-)

Czas ostatnio jest u mnie towarem deficytowym! I to bardzo.
Nie będę się rozpisywać czemu. Kto wie, to wie i rozumie.

Tak więc, jako iż czas to pieniądz nie traćmy go i przejdźmy do meritum dzisiejszego postu.
Będzie minimum słów, ale maksimum zdjęć.
Oczywiście autorstwa mojego zawodowca, czyli Joanny

Wzorem koleżanek dłubiących w koralikach tym razem również i ja opiszę, co na zdjęciach widać ;-)



Peyot - koraliki Toho w konfiguracji 2a3b. Łapy i podwozie kota. Fredka.




Koraliki Knorr Prandell - 2a2b2c. Aparat chyba Kijew.



Powyższa raz jeszcze i jej młodsza siostra:

Koraliki Knorr Prandell również w konfiguracji 2a2b2c. Wiszą na kryształowej miseczce. ( Chuda! Ona nasza jest, ta miseczka???)




Toho - 2a2b2c. Ucho należy do filiżanki, a filiżanka do kompletu kawowo-deserowego.





Peyot dziewczyński nr 1: koraliki Knorr Prandell 3a3b.
Kot. Tym razem skarbonka.




Dziewczyńska nr 2: koraliki Knorr Prandell 3a3b
Misiek polarowy hand made by me. Właściciel - Anna.


A teraz Turki:

Patyczki Euroclass, koraliki no name jeszcze czechosłowackie typu benzynki.
Lawenda z własnego ogrodu. Samodzielnie suszona. Nie upchnięta w saszetkach.



Patyczki Euroclass, koraliki Knorr Prandell.
Parapet. Kot Fryderyk. We fragmencie.



Patyczki i koraliki Euroclass.
Filiżanka ze wspomnianego wyżej kompletu.



A na koniec kolczyki do bransoletki
Wszystkie koraliki no name.
Dzwonek z kolekcji panny Anny.


Mam nadzieję, że opisy pod fotkami są zrozumiałe ;-D
To tyle na dziś. Kolejne bransoletki powstają, inne wiszą na nitkach i czekają na swoją kolej i udzierganie. No to się odmeldowuję.