sobota, 28 lipca 2012

Psuja ja (cz.2)

No to ciąg dalszy poprzedniego wpisu.

Pogoda była bardzo różna... Z przewagą tej takiej sobie...
Razu pewnego słońce paliło jak oszalałe, zapowiadając burzę.
I burza przyszła. Z ulewą. I to taką typu "urwanie chmury".
Siedzimy sobie w kuchni z moją sis.
Agata podchodzi do okna i spoglądając na nasze zalane wodą autka mówi:
- Ależ ci szyby zaparowały od środka! Czemu?
- A ja wiem? Może dlatego, że był  wściekły upał, teraz gwałtownie się ochłodziło i zaparowały.
Ale wyjrzałam  i ja.
No faktycznie - mgła spowiła wnętrze mojego jeżdzidła.
A  Agaty nic a nic.
- Może mam szybę ciut uchyloną? Jak przestanie padać, to pójdę sprawdzić.


No i poszłam.
Kliknęłam w kluczyk i... ZERO REAKCJI!!
No to jeszcze raz.
I raz jeszcze.
I NIC!!!
Samochód mnie nie dopuszcza do wnętrza.
- Z klucza otwórz - poradziła mi któraś z dziewczyn.
- MOWY NIE MA!! Wyć zacznie i co ja zrobię?
Podebatowałyśmy chwilę i doszłyśmy do wniosku, że mogą być dwie przyczyny:
1 - zamokło coś i centralny zamek nie działa - mus czekać, aż wyschnie.
2 - bateria w pilocie zdechła i nie ma siły podnieść zamków.


Czekać, względnie biegać z suszarką do włosów dookoła samochodu nie chciało mi się, więc postawiłam na opcję baterii.
Za pomocą wujka google i mojej siostry rozbroiłyśmy kluczyk, wymieniłyśmy baterię i...
Bez zmian.
Pyknięcie słychac - samochód zamknięty.
Chuda fachowo stwierdziła, że to akumulator.
- Jakim cudem?? Przecież się ładował na trasie.
Zadzwoniłam do męża z radosną wiadomością, że żona ma zamiar poprosić o azyl gospodarczy na Helu z powodu niemożności powrotu w umówionym dniu do domu.
Mąż się nie przejął za bardzo, ale pogmerał w instrukcji obsługi i oddzwonił:
- Musisz otworzyć drzwi kluczykiem, szybko wskoczyć do środka i odpalić rozrusznik. 
- To ja może poczekam, aż wyschnie?
Jakoś mnie wizja wskakiwania i szybkiego odpalania nie pociągała...
Wytrzymałam dwa dni.
Pyknęłam pilotem. Efekt jak nalezy się domyślić - żaden.
No to wstrzymałam oddech, otworzyłam drzwi kluczykiem, wskoczyłam w tempie przerażonej pchły, przekręciłam kluczyk w stacyjce i....
CISZA.... Jak w kościele!!
Zero reakcji.
AKUMULATOR UMARŁ NA ŚMIERĆ!!!
Sis moja nieoceniona wozi przy sobie kable, więc postanowiłyśmy uruchomić trupiszcze odpalając z kabli.
Ale...
Ale najpierw trzeba było wypchnąć martwą blachę, bo kable nie sięgały.
Zaparłyśmy się we trzy ( Agata, Aś i ja) i pchamy...
PCHAMY!!! PCHAMY i gówno z tego mamy!.

Obok był parking z miłą panią Irenką.
Poleciałam, mając nadzieję, że jakiś chłop się tam pęta.
Żadnego nie było.
Ale była rzeczona pani Irenka.
Wygłosiła jakże trafną myśl:
- Tyle lat żyjecie i nie wiecie, że chłopy do niczego są? Same musimy sobie radzić. Idę wam pomóc. Silna jestem. Damy radę.
Trzeba Wam wiedzieć, że pani Irenka ma tak około siedemdziesięciu lat. Postury mojej.
Przyjęłyśmy jej pomoc z wdzięcznością, ale i z niedowierzaniem oraz z lekką obawą....
Całkiem niepotrzebnie...
Dość powiedzieć, że gdybym jeździła maluchem, to dzięki sile mięśni pani Irenki zapewne przeleciałby przez Zatokę do Gdańska niczym Boening!
Podpięłyśmy kable, włączyłam rozrusznik i sprawa się wyjaśniła.
To radio zabiło akumulator. Po prostu nie było wyłączone i tak sobie beztrosko pobierało energię z akumulatora, dopóki całej nie zeżarło.
Czemu nie było wyłączone?
No cóż... Ja tam palcem nie będę pokazywać, ale jak gadam przez telefon na ten przykład z zabłąkaną w okolicach plaży koleżanką, to radio wyciszam... I tak sobie zostało :-D (wyjaśnienie w poprzednim wpisie).


No więc samochód psuja naprawiła dzięki sis.

Potem psuja poszła do fokarium.
Żeby tam wejść, trzeba wrzucić do automatu 2 złote (od łba), automat zwalnia blokadę na bramce i już.
Ania - weszła.
Asia - weszła.
Ata - zaryła nosem w bramkę...
Automat nie zadziałał.
Pani z obsugi wezwała suporta. Suport popukał w automat, potem walnął prawym sierpowym. Nic to nie dało.
Mus było otworzyć furtkę, postawić pana z pudełkiem na pieniądze i wpuszczać ludzi w sposób niezautomatyzowany...
- Popsułaś samochód i bramkę w fokarium! Co jeszcze???
- Pogody nie popsuję! Bardziej się nie da!
Jakiś pan idący z żoną i dziećmi tuż za nami usłyszał naszą wymianę zdań i grzecznie zwrócił się do mnie:
- A czy może iść pani ciut za nami? Chcielibyśmy coś zobaczyć...
Usłuchałam miłej prośby :-DD



Po południu zapałałyśmy żądzą poznania Juraty. Ot tak.
Ale nie chciało się nam jechać samochodami. Więc zdecydowałyśmy się na jazdę PKS'em.
I co?
Wsiadłam do autobusu, powiedziałam ile biletów i dokąd, dałam kasę, kierowca pokiwał głową, wystukał kwitek na kasie fiskalnej i....
- O? Nie drukuje... Coś się popsuło...
Chuda, sis i Ania popatrzyły na mnie wymownie....
- Znowu coś zepsułaś??? OPANUJ SIĘ!!!
No ja nie wiem!! Wszyscy dostali wydruki - ja jedna nie! Pan kierowca próbował na wszystkich przystankach wydrukować mi kwitek - ni huhu! Nie dało się! A inni dostawali pokwitowanie!
Przecież niczego tym razem nie dotykałam!!
Na molo w Juracie jest sobie taka luneta. Można nią na przykład podglądać prezydenta RP.
Chuda chwilę przede mną podziwiała panoramę Gdyni, rezydencję i żagle na zatoce.
Podeszłam i ja, wrzuciłam dwa złote do automatu.
Podniosłam Anię, bo nie dosięgała do wizjera i słyszę:
- Ale ja nic nie widzę!
- Jak to?? - postawiłam małą na deskach i sama zerknęłam - ciemność widzę, ciemność!!
Chuda spojrzała na mnie pzreciągle...
- ZNOWU COŚ POPSUŁAŚ??? Ile można??
- NO SZLAG!!  - z rozmachem opuściłam lunetę. Coś chrupnęło, stuknęło i...
- Aaaaa!!! JEST!!! WIDAĆ!! NAPRAWIŁAM!!
Krótko mówiąc - przełamałam złą passę - już więcej tego dnia nic nie popsułam.  I później chyba też nie...
A przynajmniej - więcej grzechów nie pamiętam ;-D
Może coś Aś z Agatą mi przypomną, a ja nie omieszkam pochwalić się ogółowi ;-)
Ale na wszelki wypadek - trzymajcie elektronikę ode mnie z daleka - wysysam "prondy" niezależnie od własnej woli... ;-)

27 komentarzy:

  1. Ok, cofam zastrzeżenia co do tytułu posta :)
    Uśmiałam się jak fretka, chociaż może z cudzego nieszczęścia nie wypada :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oleander - no właśnie... Wiedziałam, co piszę ;-D

      Usuń
  2. Przedtem coś robiłaś z hakami,że wylatywały, teraz pewnie przeszłaś na wyższy poziom rozwoju, skoro działasz na elektronikę. Ciekawe co będzie dalej. Mam tylko nadzieję,że samolotów nie zaczniesz ściągąć wzrokiem na ziemię:))))
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu - potrenuję na helikopterach - często przelatują nad moją głową w drodze na pobliskie lądowisko ;-)

      Usuń
    2. Uważaj co mówisz, ostatnio spadają...Ktoś podkabluje i będziesz winna :>

      Usuń
  3. Wiedziałam.. w tym fokarium.. dobrze, że foczki zostawiłaś w spokoju :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaskółko - bo ja chyba tylko na elektronikę działam...

      Usuń
  4. :))))
    Dobrze, że ta Twoja destrukcyjna siła dotyka na razie jedynie rzeczy martwych, a nie ludzi ;)). Może jednak zostaw te helikoptery w spokoju? Tak na wszelki wypadek ;))).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie działam na helikoptery - sprawdzałam ;-D

      Usuń
  5. hihihi... no to miałyście wesoło :P ale teraz 3 razy sprawdzisz radio zanim wysiądziesz z samochodu ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. A mnie zawsze zapewniano, że radio nie wyładuje akumulatora. Przez kilka lat, zamiast wyłączać, tylko ściszałam (blondynka ze mnie, myślałam, że jednak wyłączam) i tak sobie autko grzecznie stało pod blokiem; ale odpalało bez problemu. Tylko że to ford Ka był, a to samochodowe dziwadło.;)
    Swoją drogą - przyciągasz jak magnes serie dziwnych zdarzeń. Masz materiał na horror komediowy.;)
    Aga Wojd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aga - może miało niezależne zasilanie - własne, czy co?? Bo ja jestem już kolejną ofiarą włączonego radia - mój tata był pierwszy parę lat temu ;-)

      Usuń
  7. Tyle cudności produkujesz,że sobie możesz na urlopie czasem coś zepsuć, a co będziesz sobie żałować:))) Uściski i miłego odpoczywania:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kaprysiu - o! I to tłumaczenie bardzo mi przypadło do gustu! Dziękuję bardzo :-D

      Usuń
  8. Aaaaaa... To ten samochód to przeze mnie ??? :-D Na szczęście w fokarium byłam po Was, autobusem nie jeździłam, lornety omijałam - jak się okazuje, na szczęście moje ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sylwia - no przeca już na Helu taką sugestią rzuciłam ;-D Wszak ktoś musi być winien, no nie?? ;-DD

      Usuń
  9. Aha, dobrze, że tylko ciężar odpowiedzialności za samochód na mnie padł, a nie daj Boże, biedna foczka ;-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Foczkę przemilczę. Nie poczuwam się!! TO NIE JA!!!

    OdpowiedzUsuń
  11. e tam, nie tylko TY - jednego dnia popsułam japonki (jedyne buty jakie ze sobą wzięłam na 5 dniowy pobyt na mazurach), okulary przeciwsłoneczne (a słońce dawało po zębach że hej), zgubiłam jedyną igłę do wyszywania a w drutach tak się zaplątałam że nie wiedziałam co dalej robić więc przez 5 dni byłam odseparowana od robótek i czułam się na odwyku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Yen - 5 dni bez robótek?? To gorzej niż 50 bez internetu :-D

      Usuń
  12. Ata - a kokardka czerwona?Myślałaś o tym???

    Trochę by uroków odczyniło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu - czerwona kokardka... Pomyślę :-D

      Usuń
  13. Odpowiedzi
    1. Krzysztof - nie medium,tylko zwykła PSUJA!!
      :-D

      Usuń

Dziękuję, że chcesz pozostawić po sobie ślad :-)