Na początek mały "rys historyczny".
Zawsze (z małymi przerwami) mieszkałam tu, gdzie mieszkam - niby Warszawa, ale na szczęście przedmieścia.
Czyli prawie wieś w mieście. No i jak to na wsi bywa, hodowane u nas były różne zwierzęta: kaczki, kury, kozy (niestety te ostatnie nie za moich czasów), raz nawet świnie (2 sztuki!) no i króliki.
Właśnie na tych ostatnich się skupię.
Królikami zajmowałam się ja. W czasach bardzo głębokiej podstawówki dostałam od sąsiadki króliczka. Małe to to było, zapyziałe. Ale udało mi się ją odkarmić i wyrosła na kawał dorodnej królicy o wdzięcznym imieniu Zofia.
Moje koleżanki też hodowały kłapouchy, więc dokonywałyśmy rozmnażania na skalę wręcz przemysłową. Jesienią typowałam, które króliki zostają w charakterze reproduktorów na następny rok, a które... niekoniecznie.
Przychodził pan oprawca, rzecz załatwiał szybko i sprawnie. Tym co wyhodowałam i osiągnęło stan nieruchomy zajmowała się moja Mama. Pasztety były pyyycha!Dodam tylko, że Zofia dożyła sędziwego wieku w spokoju i dobrobycie i zeszła z tego świata w sposób naturalny, bez zewnętrznej interwencji.Potem w czasach licealnych hodowla zamarła. Aż do czasu, kiedy wyszłam byłam za mąż.
Mój ślubny, człek ze wszech miar miastowy, zapałał żądzą posiadania zwierząt innych niż koty, czy psy. Więc króliki wróciły "na wokandę".
Na tym łez padole gościła już Asia (moje starsze dziecię). Razem z tatą karmiła, głaskała i gadała z futrzastymi mieszkańcami klatek..
Mając miękkie serce, nie mogłam i nie umiałam powiedzieć kilkuletniej dziewczynce brutalnie powiedzieć, że te puchate zwierzaki są hodowane na pyszny pasztecik...
Kiedy przychodził czas mordu i króliki znikały z klatek, mówiłam dziecku, że jest jesień, mało trawy i króliczki zdychały. A na wiosnę będą nowe. To do niej przemawiało i doskonale to przyswajała.
Pasztet z królika jadła, aż jej się uszy trzęsły. Wiedziała co je, ale jakoś królik i pasztet z tegoż, to były dla niej zupełnie odrębne formy życia (czy może stanu skupienia).
Tak sobie trwała w tym przekonaniu dłuuuugie lata...
Aż pewnego dnia, wiozłam ją na jakąś imprezę. Razem z jej koleżanką. Obie pannice miały po 17 wiosen. Aśka zaczęła mi udowadniać jak to ona już jest dorosła, mądra i wszystko wie i nic jej nie zdziwi. Ten świat ogólnie zna od podszewki z całym jego złem...
No to diabeł we mnie wstąpił i zakrzyknęłam wojowniczo:
-Pamiętasz króliczki??
-Pamiętam. A co?
-I co się z nimi działo?
-Noooo... Zdychały jesienią, bo trawy nie było...
-Taaaaa! Naiwniaczko! Twój rodzić je mordował! Pasztet to niby z czego był?
-Z królika... - wyszeptało "dorosłe" dziecko - MAMO! Jak możesz?? To nieprawda!!
-Ależ tak! Prawda! Smaczny pasztecik?
-Smaczny - jęknęła.
-No! To jeszcze cię dobiję! Jak oddał ducha Groszek? ( jej kanarek).
-Zdechł ze starości? - bardziej zapytała niż stwierdziła oczywistą do tej pory dla niej prawdę.
-O nie moja kochana! Twój osobisty kot Supeł go zeżarł! Razem z piórami! Tylko dziób i łapy zostały!
-Nieprawda! Grób mi pokazałaś! Pod bzem!!
-Hahahaha! To fikcja była! Ja wiedziałam, że będziesz dociekać, gdzie Groszka pochowałam, więc szufelką od koksu poruszyłam ziemię!
Koleżanka młodej płakała ze śmiechu.
A Aśka zamiauczała:
-Jak możesz odzierać mnie ze złudzeń?
-Twierdziłaś, że już jesteś CAŁKIEM dorosła, no to czas najwyższy spojrzeć prawdzie prosto w oczy! Aha! Lalki Barbie też ci NIE KUPIĘ!!
Jednym słowem zorałam "kruszynce" (o głowę wyższej od mnie) dziecięcą psychikę. Na krótko, jak sądzę ;-)
Za to ona funduje starej matce traumatyczne przeżycie codziennie. Od lat. Dlaczego i jakie?
A proszę, to jej pokój:

No Rabarbaro! Obiecałam wpis na bloga? Słowa dotrzymałam ;-)
Ps: dziękuję za fotkę :-*
Up date:
Właśnie dostałam wyróżnienie od Elisse

Irenkę
Ewę
Elę
Anię
Kasię
Hihihi:-)
OdpowiedzUsuńJednak znałam tą drrrramatyczną historię !
Biedne Dziecię Matki Sadystki :-)))
Siostra! Ty też hasła na bloga zapomniałaś??? :-D
OdpowiedzUsuńLaura! Ucz się od miszcza ;-D
OdpowiedzUsuńHeh, młody człowiek odarty ze złudzeń... Mogła Ci się rozpić albo i gorzej! Co do bajzlu, to mało wstrząsający, sama miałam większe osiągnięcia. Natomiast widok szczupłej małolaty po tym, co widuję na codzień, jest doprawdy miły dla oka :-) Do Ciebie podobna? Bo na bloggerowym zdjęciu dużo nie widać, niestety...
OdpowiedzUsuńLaura - nie ma sprawy! Patentu nie zastrzegłam :-)
OdpowiedzUsuńDaisy - obie z młodą jesteśmy z tych cieńszych, ale ona "w tatę" poszła. Może kiedyś postraszę Was swoją aktualną fotką, bo ta w avatarze kapkę przeterminowana jest - gruba wtedy byłam ;-)
czemu nie działają mi komentarze?;[[[[[[[[[
OdpowiedzUsuńo jednak działają:D
OdpowiedzUsuńwięc chciałam powiedzieć, że mam kłamie, że wcale tak nie było ;p
i że to zdjęcie jest nieaktualne już, bo mam inne włosy. :]
Widzisz, wyrodna matko? No!
OdpowiedzUsuń:-DDD
OdpowiedzUsuńByło tak, było! Świadka mam! W osobie Kamili na tylnym siedzeniu ;-P
I nie o włosy tu chodziło! Za szybko je zmieniasz - i fryz i kolor!
No nieźle Twe dziecię musiało podnieść Ci ciśnienie że taki post "machnęłaś". Ja bym szybciej chyba posprzątała jej ten pokój - otwierając okno i dalej....... się domysl. Moja mała 5 letnia córka na razie reaguje na szantaż (jak nie chce sprzątać) typu bo wyrzucę zabawki do kosza albo zamknę pokój i oodan go innemu dziecku.
OdpowiedzUsuńZapraszam do mnie - jeżeli jeszcze nie trafiłaś. Pozdrawiam Iza N-P.
Miało być oddam (a znaki przestankowe mogą dla mnie nie istnieć ;)) i jeszcze adres gdzie mnie znajdziesz.
OdpowiedzUsuńwww.golddust.pl
Zatkało mnie. No potem odetkało. Bo ja królika (królicę) miałam, hodowlanego, ale się z kotem zaprzyjaźnił, wszędzie za nami chodził, jakiś taki kumaty był, to na reproduktorkę nie poszedł, a hodowla padła zanim się zaczęła.
OdpowiedzUsuńNa szczęście pasztetów nie lubię.
A co do metod wychowawczych, to MATKOSWIETA!!!!! A bałaganik całkiem milutki, łatwo się go pod szafy wkopuje (jakby co :-))
Iza - dziękuję za zaproszenie :-)
OdpowiedzUsuńMłoda mi wcale ciśnienia nie podniosła ;-)
A pokusę sprzątania już dawno w sobie stłamsiłam - są zdecydowanie przyjemniejsze rzeczy do robienia ;-)
Lilka - metod wychowawczych raczej nie zmienię ;-)
OdpowiedzUsuńDzieci już mi się do nich przyzwyczaiły, to mogłyby przeżyć szok jakiś albo co gorszego...
Oj, Ata, strasznie mi się podobają Twoje metody wychowawcze.
OdpowiedzUsuńPewnie dlatego, że ja mam podobne. A raczej miałam, bo teraz dziecko ma 20 lat i na metody wychowawcze nie reaguje. Mówi, żebym się nie wysilała, bo co mogłam wychować, to już wychowałam i teraz za późno.
Co do bałaganu w pokoju stosuje metodę zamykania drzwi. Aga tego nie lubi, bo prowadzimy "dom otwarty", znaczy się nikt nigdy nigdzie nie zamyka drzwi. Nawet zamykanie łazienki odpada, bo co się zamknie to pies sobie otwiera, bo tam ma miskę z wodą.
Moje dziecie tez taki balagan potrafila zrobic...wyrosla z tego, teraz porzadnicka taka, ze az strach, musze przed nia moje przydasie chowac, bo mi wywala...
OdpowiedzUsuńAle sie zaczytalam w Twojej notce!!!
Dziekuje za wyroznienie!
Ata, nie zmieniaj, nie zmieniaj :-)
OdpowiedzUsuńZwłaszcza, że wyglądają na skuteczne.
Pozwoliłam sobie do otrzymanego przez Ciebie wyróżnienia dorzucić jeszcze jedno :-)
ooo...skąd masz zdjęcie mojej garderoby..i to z własna córką?? ;)
OdpowiedzUsuńA lalkę Barbi to ja sobie kupiłam sama...2 lata temu> Każda dziewczynka powinna mieć Barbi ;)
NOoooooooo, z tą Barbi to ja nie wiem. Moja kilkuletnia córcia otrzymała lalkę barbi (za grubą kasę kupioną spod lady) i powiedziała, że ona jest za chuda, i zdecydowanie orzekła, że chce misia :).
OdpowiedzUsuńTaka najgorsza to ja jednak nie jestem... Złamałam się i kupiłam dziecku anorektyczkę - na osiemnaste urodziny :-D
OdpowiedzUsuńLilko! Dziękuję :-)))
OdpowiedzUsuńNo to zorałaś psychikę córci. U mnie było podobnie.Córki jadły "kurczaka" a nie pasztet.Uśmiałam się.Dziękuję za wyróżnienie.
OdpowiedzUsuńA zorałam! A co mi tam! ;-D
OdpowiedzUsuńWyróżnienie należało Ci się od dawna :-)