środa, 29 czerwca 2011

Luźne-różne cz.2

Słowo się rzekło - kobyłka u płota...

Dziś tylko o Ani będzie.

Aniołek mój długowłosy od dzieciństwa mnie zaskakiwał i nadal zaskakuje.

Kiedy była dziecięciem maleńkim, jej tata pracował daleko poza Warszawą. Do domu przyjeżdżał tylko na weekendy. I to też nie wszystkie.
Tak więc dziecko cierpiało na deficyt "spodni".
I w większości facetów, ale nie we wszystkich widziało swego ojca...
Nie wiem do tej pory jakimi kryteriami kierowała się przy wyborze "tatusia".
Widząc upatrzoną ofiarę płci męskiej rozpływała się w zachwycie i z głębi serduszka wykrzykiwała:
-Taaatuuuśśś!!
Dżizas!
Wiecie jak się czułam??
Jak pierwsza puszczalska, której dziecko gwałtem tatusia NN poszukuje!
Bachora za łapę i w długą! Aż się kurzyło!
Panowie zazwyczaj stawali skamieniali na okrzyk mojego dziecka.
Nie dziwię się! Zwłaszcza jak byli w towarzystwie swoich żon, czy też innych tam osobniczek płci żeńskiej.

Raz się uciec nie dało... Bo byłam jakby ograniczona własnym ogrodzeniem...
Vis a vis naszego domu zaczęli budować dom.
Robotnicy szwendali się tu i ówdzie.
Mój aniołek wypełzł na dwór.
Myślałam, że hałas betoniarki skutecznie ją wypłoszy (Ania nie znosiła i dalej nie cierpi głośnych dźwięków).
Ale gdzie tam!
Przypadła do płotu, wczepiła się paluszkami i zafascynowana wbiła błękit oczu swych w pana majstra.
I stało się...
-TATUŚ!!! - ryknęła panienka w wieku około roczku...
Nie mogłam zapaść się pod ziemię, bo pod nogami miałam beton...
Majster odwrócił się w naszą stronę i się rozpromienił.
Dopadł płotu nim ja się ruszyłam i zakrzyknął:
-Aniołku mój śliczny!! Nawet nie wiesz, jak ja bardzo chciałbym mieć taką śliczną dziewczynkę! Całe życie marzyłem! A mam trzech budrysów! O! Tam dwóch z nich pracuje. Najmłodszy w domu został. Może będziesz moją synową??
Ania niewiele zapewne rozumiejąc z przemowy pana majstra uśmiechnęła się promiennie i powiedziała pogodnie:
-Tak!
Jak coś - zięcia nie dane mi było poznać...
Ania była ulubienicą pana majstra - specjalnie dla niej kilka razy zmieniał łożyska w betoniarce, żeby:
-Synowej nie budzić ;-)

Ania jak wiecie ma włosy...
Znaczy w sensie, że trochę ich ma...
Jak to kiedyś pewna nerwowa i chyba ciut zazdrosna pewna mama powiedziała na widok jej rozpuszczonych kudełków:
-Te włosy to jej matka chyba już w ciąży zapuszczała!!
Możliwe...
Bo zgaga pod koniec stanu poważnego piekła mnie jak sto pięćdziesiąt, a jak stary przesąd mówi, że jak piecze, to dziecko będzie mieć kudły, że hohoho!
Mycie tychże to była i jest cała logistyka stosowana.
Konieczna była asysta osoby drugiej.
Bo Ania mycia włosów oględnie mówiąc nie lubiła...
Asystą był tatuś.
Jak już wspomniałam wyżej - wielki nieobecny...
Tak więc jak już się pojawił w weekend, następował rytuał pt: "myjemy włosy".
O matko!
On ją trzymał, ja myłam.
Ona się darła tak, że było ją słychać w promieniu co najmniej 10 km!
On się darł na mnie:
-No szybciej! No pospiesz się! No zobaczy jak ona cierpi! No jak ją tą wodą lejesz!!
I do Ani:
-No zaraz córeczko, zaraz! Już mama kończy. Jeszcze chwilkę! NO WEŹ SIĘ POSPIESZ!!! NO SZYBCIEJ!!!
Ona tupała, kwiczała, skakała i wyrywała się jak piskorz...
Ja byłam mokra od wody i spływającego ze mnie nerwowego potu.
I tak co tydzień...
Aż pewnego dnia...
Ania wytarzała się była w piasku. Całością osoby. Z włosami.
Była to środa, więc do weekendu jeszcze czas jakiś.
Chcąc nie chcąc musiałam podjąć samodzielną i desperacką próbę umycia dziecku głowy.
Słabo mi się robiło na samą myśl.
Asia została przeze mnie uprzedzona, że jak zacznę wrzeszczeć głośniej niż jej młodsza sis, to ma lecieć do łazienki w charakterze suporta i łapać namydlone i zaszamponowane ciałko.
Wsadziłam delikwentkę do wanny, wcześniej uprzedzajac ją, że czeka nas mycie głowy.
-Aha - powiedział obojętnie aniołek.
Mycie kadłuba poszło bezproblemowo - standard...
Prysznic w łapę i lejemy po głowie z duszą na ramieniu i skulonymi bębenkami w uszach...
Cisza...
Szampon na łepetynę i pienimy...
Cisza...
Spłukujemy...
Cisza....
Wycieramy owłosienie...
Cisza...
Nie wytrzymałam i pękłam:
-Ania! Dlaczego nie krzyczysz??? Przecież głowę Ci myję??
-A po cio? Psecies taty nie ma - padła spokojna i zrównoważona odpowiedź...

Czy muszę dodawać, że rytuał mycia głowy z tatusiem od tamtej pory przeszedł do historii??
Oto anielskie dziecko w wieku półtora roku przyłapane z osobistą "cekoladą"

35 komentarzy:

  1. A na połozniczym jak wiezli dzieci w piętrowym wózku to rozpoznawałaś swoją po kłakach?? Mam podobne doświadczenia,tylko Olcia ze spokojem znosiła pranie włosów ;) Chwała Bogu miała prostebo jakby ją Bozia obdarzyła kręciołkami najmłodszego brata ,to byłby dramat.
    A co tam napiszę- Olka ma jakiś rok z hakiem,jedziemy tramwajem,nade mną staje ktoś. Olcia-Tata! plus obowiązkowy banan na twarzyczce. Podniosłam wzrok,nade mną diabelnie przystojny młodzian z błyskiem w oku-Przepraszam,czy my sie znamy??
    Zeszłam :DDD

    OdpowiedzUsuń
  2. Laura - :-DDDD Znaczy dziecko dobry gust od maleńkości przejawia ;-DD
    Ani nie wozili w tych wózkach. Inne czejsy ;-) Ona była non stop ze mną :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. hehe, a to spryciula

    ja w wieku ok 2 lat, zapytana przez jakąś panią w autobusie - gdzie tatuś- odpowiedziałam, niestety zgodnie z prawdą - u kofanki (ch nie wymawiałam)
    mama podobno raka spiekła i do dziś mi to wypomina :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Fakt! Moja się jeszcze w komunie urodziła! Straszne toto było. Przegródki miało ,pięć na górze i pięć na dole. Rozwozili jak obiad :!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. a co do włosów- to mnie do pierwszego karmienia po porodzie, przynieśli z kitkami taka byłam kudłata
    do dziś nie mam całego "czystego" czoła tylko jakieś kłaki mi się tam pałętają ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Kasiu - i za prawdomówność po owłosionej łepetynie do dziś obrywasz??? ;-DD
    ja też miałam łepetynę owłosioną czarnymi loczkami. Szkoda, że tak zjaśniały ;-/

    Laura - Aś w takich był wożony - one z Olą w mniej więcej tym samym wieku są ;-0

    OdpowiedzUsuń
  7. Z tym tatusiem to sporo dzieci tak ma. U mnie miał tak starszy (a tatuś też był wtedy w domu tylko na weekendy) i ma tak młodszy, chociaż teraz mąż już jest "pełnotygodniowy" :)
    I z myciem włosów u obu to samo. Sąsiedzi chyba już się przyzwyczaili do tych regularnych wrzasków, bo nie komentują.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dzieciaki są rozkoszne. Ania, jak widać wykazywała się nieprzeciętną inteligencją od urodzenia.

    OdpowiedzUsuń
  9. o matko ,jaki sliczny aniolek z cekolada.oczka jak dwa wegielki.mi sie kiedys tez trafilo.wyglupialismy sie z mezem ze jak meza nie bylo glugo w dpmu po pracy to mowilam zawsze ah pewne na baby poszedl.i kiedys sie zemscilo .hhaha w duzym supermarkecie dziecko stalo kolo kasy a ja troszke dalej.wiec wygladala na zagubiona.podeszka pani i pyta dziecko a gdzie twoja mamusia i twoj tatus? a moja corka odpowiedzila na baby poszedl.pani zrobila oczy jak 5 zl.zassala sie i odeszla szybko.;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Moja mała swego czasu pojechala do dziadków na wakacje. Poszła z babcią do sklepu, a że babcia oczy ma już nadwyrężone i okularów zapomniał, to każdy towar przykładała do nosa, żeby przeczytać, co to i ile kosztuje. W pewnym momencie moje dziecię pełnym regulatorem zapytało "Babciu, czy ty chcesz to ukraść?!" Ło raju, co ja sie potem nasłuchałam... ;D Co do tatusiów, to mój mąż wzbudza takie uczucia u dzieci i połowa parku mówiła do niego swego czasu 'tatusiu" :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Żeby te dzieci chciały tak wybierac tatusiów przed urodzeniem... Większość gust ma i chyba wyczucie lepsze :)))))

    OdpowiedzUsuń
  12. kochana dzieci masz świetne!ALE MNIE ZADZIWIA TTwoja wena twórcza! odpoczywam czytając twój blog.świetnie piszesz! pozdrawiam gorąco

    OdpowiedzUsuń
  13. Dzieci potrafią być niesamowite :)))))
    Ja co prawda chyba za żadnym panem "tatusiu" nie wołałam, ale też swego czasu miałam niezłą fantazję i nieraz mamie wstydu narobiłam :). Często wspominała historię jaką przeżyła u fryzjera (na szczęście zaprzyjaźnionego). Pewnego razu do zakładu fryzjerskiego wszedł mąż jednej z klientek, a ja podeszłam do niego i grzecznie się przywitałam. Fryzjerka mocno zdziwiona spytała mnie - Asiu, ty znasz tego pana? A ja na to - Tak, to jest ten pan co przychodzi do mamusi jak tatusia nie ma w domu :))). Mama siedziała wówczas pod suszarką i nie bardzo wiedziała czemu fryzjerka dusi się ze śmiechu, a pan nagle zrobił się purpurowy na twarzy. Wyjaśnię tylko, że pan był po prostu bardzo podobny do kolegi mojego taty. Kolega ten faktycznie raz przyszedł do nas, ale gdy okazało się, że taty nie ma w domu to nawet nie wchodził, ja go jednak zauważyłam i to wystarczyło :))).

    OdpowiedzUsuń
  14. no jest o czym pisać, mojej daszek tata musiał robić ,wtedy można było włosy myć
    czekam na dalsze opowieści mądrej treści

    OdpowiedzUsuń
  15. O matko, ale piszesz fantastycznie.A i córcie słodziuchną masz.Z tym szukaniem tatusia super historia :))Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  16. A mnie interere jak tam matura Aś? Zdała na 5 czy 4???

    OdpowiedzUsuń
  17. sliczna dziewusia, ma kudly faktycznie rewelacyjne a opisujesz wszystko "profesjonalnie". Moja corcia urodzila sie jako "punk", miala biale jak len wloski sterczace "jak na cukier" i nic nie dawaly proby przylizania ich. To odbilo sie na jej przyszlosci, wprawdze zamilowanie do ruchu "punk" przeszlo ale w wieku buntu byla ciezkim "metalem", teraz....wlasnie konczy psychologie i slucha Grechuty hahahahah

    OdpowiedzUsuń
  18. Dorfi - znieczulica taka w narodzie ;-)

    Irenko - przez tę rozkoszność naszych dzieci osiwieć idzie ;-DD

    Majowa - dobre! Jak to trzeba uważać, co się przy dziecku nawet w żartach chlapnie...

    Kasica - zamiast grzecznie i pokornie zbierać rugi trzeba było upomnieć babcię o konieczności zabierania okularów ;-)

    Laura - no nie wiem... Tan majster taki sobie był z oglądu ;-)

    Aga - dziękuję i zapraszam częściej :-)

    Frasiu - ło jessu! :-DDD Dobre!! Ja podobno też opowiadałam o panu z brodą co do mojej Mamy pod nieobecność taty do domu przychodził :-D

    Kasiu - Ani nawet wiata by nie pomogła! Szalała i już! Następne opowieści zapewne będą. Za czas jakiś.

    Bożenko - teraz to i ja się z tego śmieję, ale wtedy jakoś mi nie do śmiechu było :-D

    Yen - pewnie, ze fajna , bo MOJA!!

    Aniu - Aś dziś ma dwa w jednym: egzamin na studia, a 2 godziny później wyniki matur. Więc jeszcze nic nie wiem... Poza tym, że z pierwszej części egzaminu wstępnego (muzycznej) miała 10/10...

    Viola - no patrz jak to się zmienia!

    OdpowiedzUsuń
  19. Znowu mnie rozbawiłaś. Ach te rodzinne historyjki. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  20. Słodziak był z Ani i jest nadal. Mojej zakładałam na łepetynę coś w rodzaju samego ronda od kapelusza i tym sposobem mogłam jej łepetynę myć bezstresowo. Ten wynalazek zakupiłam chyba w komisie.Bo to w ogóle były czasy, gdy zakupy dla dziecka robiłam albo w komisie albo w Pewexie, począwszy od Humany a skończywszy na "suchych" pieluchach lub majteczkach "nieprzemakalnych".Moja się okrutnie bała facetów, a gdy któryś do niej zagadał to darła się jak opętana.Na nadmiar ojca też nie narzekała, bo on bywał średnio dwa tygodnie lub 10 dni poza domem miesiąc w miesiąc.
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
  21. He,he u Ciebie nie można spokojnie wysiedzieć:)
    Mój Adrian do pierwszej w nocy czekał na wyniki matur w internecie,a rano pojechał do szkoły dowiedzieć się,kiedy rozdanie świadectw,a tu sekretarka z miejsca wstaje,wyciąga i proszę bardzo już jest gotowiutkie,świeżutkie i pachnące:D

    OdpowiedzUsuń
  22. Uroczy czar Ani trwa od zarania, jak widać na załączonym "obrazku" :) Czy te oczy mogą kłamać???
    Jeśli chodzi zaś o zawstydzanie rodzicieli, cóż, na tym polu i moje dzieciaki nie pozostają w tyle :>

    OdpowiedzUsuń
  23. Ewo - trochę ich mam jeszcze w zapasie ;-)

    Aniu - u Ani przy tacie nic by nie działało! Nawet ten kapelusz! A suche majtki dla Asi miałam dzięki moim rodzicom, którzy zamieszkiwali wtedy w kraju innym niż Polska...

    Arkadio - Aś też już ma. Szczegóły niebawem ;-)

    Iwonko - te oczy nie kłamią! Nawet jak OSOBA próbuje ;-)

    OdpowiedzUsuń
  24. Ubawiłam się sumiennie:) uwielbiam Cie podczytywać:)

    OdpowiedzUsuń
  25. Poczytałam, pośmiałam się, pozdrowienia dla dziewczyn i mamusi :)

    OdpowiedzUsuń
  26. To Cię zbiła z pantałyku :D :D
    U nas teraz też faza na tatusia, a tatuś na Ukrainie...

    OdpowiedzUsuń
  27. Hahahhaha. Cwana bestia. Tatusiowie rozpieszczają córeczki. Rabarbarę też rozpieszczał?

    OdpowiedzUsuń
  28. Dziękuję dziewczyny :-))

    OdpowiedzUsuń
  29. Pisz kochana pisz - odkąd tu trafiłam to ciągle mi mało. A w kwestii dzieci - ja się właśnie uczę trzymać język za zębami bo młodociany, w wieku lat prawie trzech, zaczyna wszystko poza domem opowiadać :)
    P.S.A latorośli z serca gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
  30. Anetko - dziękuję za odwiedziny na moim blogu. Zapraszam częściej.
    A ja oczarowałam się Twoimi pracami i czym prędzej dodaję Cię do obserwowanych. Sutasze robisz mistrzowskie!! Cudo!

    OdpowiedzUsuń
  31. Ucałuj słodziaka! Przednie historie i Twojej rodzinki i w komentarzach.
    Laurki powaliła...... mus to zapamiętać!

    OdpowiedzUsuń
  32. No uśmiałam się do łez - fajne historyjki - a zdjęcie z cekoladą boskie i taka słodka niewinna minka a kudełek pozazdrościć a Tobie zgagi współczuje w ciąży :)

    OdpowiedzUsuń
  33. Nie byłem w ciąży, nie wypowiadam się na temat zgag. Mam córę, wypowiem się na temat mycia głowy - horror, masakra, przesrane, koniec świata, armageddon. Dziwne, że nie byłem dojeżdżającym tatą.

    OdpowiedzUsuń
  34. Bo tatusie rozpuszczają swoje córeczki ponad miarę ;-))

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że chcesz pozostawić po sobie ślad :-)