piątek, 25 lutego 2011

No to jadziem dalej!

Tak nawiązując do wczorajszego wpisu spieszę donieść, że dziś u mechaników było ok.
Żadnych ekscesów!
Co nie znaczy, że tak jest zawsze i w standardzie...

Parę lat temu...

Pojechałam na zwykłą wymianę opon z zimowych na letnie. Opony se pojechały w bagażniku.
W on czas działającym bez zarzutu, jak coś ;-)
Osobisty brat cioteczny wyjął letniaki, odstawił na bok i z niezrozumiałych dla mnie do dziś powodów wtrynił łapę głębiej... Tak jakby pod zderzak od środka. Od wewnątrz. Trudno mi to bardziej obrazowo opisać.
I za chwilę wyciągnął ją z najwyższym zdumieniem, zmienionym w mgnieniu oka w mega obrzydzenie!
Z rękawiczek kapało mu coś bliżej nieokreślonego. Brat ryknął zdrowym barytonem z czeluści brzucha (a zapewniam Was, że MA z czego ryczeć!)
-Ożesz...!!! &#$%^&^@#@ CO TO DO CHOLERY JEST??? CO TY TU WOZISZ???
-A nie wiem... Kolorek jakiś taki dziwny.. Jakby pomidor? Może mandarynka?
Głos brata przemienił się w oka mgnieniu w histeryczny sopran:
-WYBACZ!!! NIE BĘDĘ KOSZTOWAŁ!!!
Widok pulchnego faceta, machającego na oślep upaćkaną rękawiczką i do tego podskakującego jak radosna piłeczka z wytrzeszczem oczu - BEZCENNE!!!

Nie wiem co to było. Dziwne, że się nie zaśmiardło ;-))
Od razu widać ile to tej zabójczej chemii pakują w żarcie!



Listopad 2010

Moja Sis ma samochód. No nic nadzwyczajnego. Sporo ludzi cierpi na tę przypadłość. I jak większość rozsądnej populacji zmienia obuwie samochodu z letniego na zimowe (i vice versa).
A ponieważ jest bardziej cywilizowana niż ja, poszła na całość i zmienia koła w komplecie, a nie same opony. Jako iż ja dysponuję jakąś tam powierzchnią "magazynową", trzyma sobie te koła u mnie. Elegancko i indywidualnie opakowane każde w osobny wór foliowy.
Tak więc ad rem.
Przyjechała do mnie w rzeczonym listopadzie po koła. W celu przebrania samochodu z sandałów w zimowe kozaczki.
Wynosiłam jej te koła, ciężkie jak sto pięćdziesiąt, a ona je fachowo upychała.
Ostatnie koło wydało mi się cokolwiek jakby cięższe...
Ale olałam sprawę, bo różnica nie była duża, a ja złożyłam to na karb własnego jakby "podźwigania się" - całe koła są ciężkie jak diabli!!
Sis pojechała. Do zakładu wyżej już opisanego...
Tym razem padło na młodego mechanika, a nie na mojego brata...
-Cholera! Co tu jest? O KURRRR...!!!! SZCZUR!!!! O FUCK!!! ALE ŚMIERDZI!!!

Nie to, że biedny ssak popuścił ze strachu - on był całkiem i absolutnie nieżywy! I to od dawna ;-)
Agata zdała mi relację i czekała jak zareaguję.
-O! No patrz! A ja myślałam, że szczur taki myszowaty bardziej jest, to i jak ona na mumię zasycha - naukowiec domorosły się we mnie ozwał.
-Oszszsz kuu..!! Zapewniam cię - NIE ZASYCHA!!
-I ja go w pewnym sensie miałam w rękach????
-NO!!! I JA TEŻ!!
I w tym momencie, trochę jakby z opóźnieniem godzinnym z naszych gardeł wydarł sie wrzask na całą okolicę:
-AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!! FUUUUUUUUUUUUUUUUUUU!!!! BLEEEEEEEEEEE!!!

No i czymże jest moja biedna mandarynka vel pomidor wobec niezmumifikowanego szczura??


Styczeń 2011

Parkuję kilkanaście kilosów od domu . Samochód jakoś tak dziwnie pyrka basem i niechętnie współpracuje.
Zatrzymałam się. Wyłączyłam silnik. Włączyłam ponownie i dalej to samo. Wprawdzie moja jeżdżąca kobita jest nafaszerowana elektroniką i nawet ma komputer, ale restart nie pomógł ;-)
A na desce rozdzielczej zaświeciło mi się coś na pomarańczowo. Taki jakby kranik.
Więc zadzwoniłam do chłopa własnego.
-Słuchaj. Jakoś mi tak pierdzi i idzie jak wół. I się kranik zaświecił na prędkościomierzu. Weź instrukcję i powiedz czy mogę jechać, czy lawetę wzywać.
-Co ci się zaświeciło???
-No kranik jakby! Pomarańczowy. Nie olej i nie akumulator - te to odróżniam.
-No dobra. Sprawdzę.
Zaiste - sprawdził i oddzwonił:
-Ty! To nie kraniki tylko SILNIK!!
-Silnik?? No przecież działa, to co się głupi świeci??
-Ja nie wiem, gdzie ty kranik widziałaś??
-No dobra! Niech ci będzie! Silnik! Z profilu! Dawaj! Co zdechło?
-Elektroniczny system wspomagania silnika...
-Oszszsz kuuu...!! I co mam zrobić?? Da się tym jechać??
-Tu jest napisane, że zachowując najwyższą ostrożność należy pojechać do najbliższej stacji ASO.
-No pięknie! Jak będę wracać, to najbliższe ASO będzie już zamknięte na cztery spusty. Tak więc zachowując najwyższą ostrożność wrócę do domu, a ty szykuj linkę holowniczą jakby coś!
-Dobra!
Obeszło się bez linki. Niczym dzielny Kubica dotłukłam się do mety moim popsutym bolidem. Do tego wydzielającym zapach mało miły...
Następnego dnia pojechałam do warsztatu. Do brata! A jakże! ;-)
Podłączyli denatkę do kompa i okazało się, że spaliła się cewka zapłonu (czy jakoś tak). I stąd ten smród godny szczura w stanie niekoniecznym ;-)
Przy okazji świeca poszła.
Cewka do wymiany - wiadomo.
Świeca też.
I pro forma padło pytanie:
-To może od razu resztę świec wymienić?
-A wymieniajcie! Co tam!
Niestety, mój brat jest cholerycznie dociekliwy i zadał mi bardzo dziwne pytanie:
-Siostra! A kiedy ty ostatnio wymieniałaś świece?
-??????
-No! Jak wyjechałaś samochodem z salonu, to kiedy wymieniłaś? -drążył upierdliwie temat.
Spojrzałam na niego oczętami niewinnej sarenki i odrzekłam:
-Aaaaa... Nigdy. A co?
Na chwilę zapadła ogólna cisza...
A później rozległ się radosny ryk z gardeł panów mechaników:
-Noooooo!!! Szacun!! 80 tysięcy na oryginalnych świecach!! O kuźwa!! To jest wyczyn!!!
-Bo ja samochód SZANUJĘ - odrzekłam z wyższością!
No szanuję! Karmię oktanami, płyn do spryskiwaczy wlewam, olej raz w roku wymieniam, filtr powietrza raz na dwa lata.... To ja jeszcze mam o świeczkach pamiętać??
No dobra! Teraz już wiem, że za 30, no dobra! 40 tysięcy mam znowu wymienić ogarki na pełnowartościowe świece!
Przecież człek uczy się przez całe swoje życie, a i tak głupi umiera, no nie??? ;-)

37 komentarzy:

  1. Oj dawno sie tak nie usmiałam... :) Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie przed chwilą opublikowałam post,że to ja czasu nie mam, a siedzę u Ciebie, czytam o szczurach rozkładających się i o świecach! Sumienia nie masz kobieto, coby tak porządnego człowieka po nocy rozśmieszać! I jak ja mam teraz spać? Aaaa...??? Jak dziób mi się cieszy:) A z samochodami , to żeński ród tak ma :) Chyba i ja kiedyś będę musiała opisać swoje przygody, bo od razu mi się przypomniały, po przeczytaniu Twoich :)))
    Szanuj dalej samochód, a zaoszczędzisz na świecach :))))
    buziaki

    OdpowiedzUsuń
  3. zaplułam sobie ekran... ah! na przyszłość będę wiedziała, że czytając Ciebie trzeba uważać :D
    dobrze, że do obcych mechaników nie jeździsz... bo by było!

    OdpowiedzUsuń
  4. Niesławo - bo ja generatorem takich wyczynów jestem ;-)

    Eliza - a śmiej się! Na zdrowie! I pisz! Koniecznie! Samochód szanuję, wszak niebawem znowu do Białegostoku będzie musiał nas zawieść, no nie? ;-)

    Zainspirowana - obcych też bym oswoiła swoimi wyczynami ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. :) a ja muszę sobie gdzieś wpisać, że koniecznie mam wymienić olej ( najlepiej już) ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ha,ha,ha,dobrze,ze mi przypomnialas o oleju,mialam sprawdzic :) a ja tez jeszcze zadnych swiec nie wymienialam,a przejechalam juz ponad 90 tys,no ale jeszcze nic nie swieci.... :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Niemożliwa jesteś!! Ale po tej dawce śmiechu, to mi się dopiero będzie spało....
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. mężowi dałam do przeczytania, bo pytał, z czego się tak śmieję. Przeczytał, i pyta: "A ty wiesz, że u nas się nie wymienia świec?" "A czemu?" - ja na to. "Bo ich nie mamy". Zdziwiłam się i musiałam wysłuchać wykładu o zapłonie w silnikach benzynowych i dieslach.

    OdpowiedzUsuń
  9. Hmmm...ja niedawno wyjechałam z salonu...moze jeszcze nie musze sprawdzać ;O) wszak nic mi się nie świeci takiego czego bym nie znała ;o)
    jak błyśnie mi coś czego nie znam udam sie tam gdzie trzeba :O)
    Tak mi się teraz przypomniało jak odbieraliśmy z mężem mój samochód i szanowny pan dealer mi tłumaczył co i jak...
    Że assistance mam pełne, że teraz nie ma zapasowego koła, że jest jakiś zestaw naprawczy i ochoczo zabrał się do pokazywania co i jak z tym zestawem...popatrzyłam wymownie na męża, po czym zwróciłam się do pana, że jak złapię gumę to wyciągnę telefon i zadzwonię gdzie trzeba. Mąż się uśmiechnął ;O)
    A pan dealer: "No jasne, jasne, jak najbardziej w końcu ma pani pełne assistance, trzeba korzystać" :O)
    Hmmm...myślałam, że za męża wzięłam sobie Rafała a nie assistance ;O)

    OdpowiedzUsuń
  10. He, he...no cosik wspominałaś :) Zadzwonię, to pogadamy- buziole- idę oglądać filmik , bo padam już na pysk:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Przygody super opisane.Powolutku sama staniesz się mechanikiem.Umów się z bratem, że raz na kwartał sprawdza Ci hamulce i ewentualnie coś jeszcze.Ponoć najlepiej jest mieć jakąś specjalną książkę pojazdu...

    OdpowiedzUsuń
  12. Podziwiam, jak dużo wiesz o samochodach;-)
    Ja wiem tylko gdzie się świeci, gdy brakuje paliwa, poza tym mam komórkę;-)))

    OdpowiedzUsuń
  13. płak, płak, płak... :D
    ja w tej szczęśliwej części populacji, co samochodu nie ma, ale Twoje przygody mnie rozwalają ;)
    jak widzę tę delikatną kobietkę, która mechaników w osłupienie wprawiła... :D

    OdpowiedzUsuń
  14. O matko..... pisz kobieto w odpowiednim czasie co trzeba wymieniać, ręczę że dziś połowa zainteresowała się własnym pojazdem!

    OdpowiedzUsuń
  15. Gieroj babka z Ciebie,bo ja bym swój zostawiła pewnie na środku drogi i na piechotę do domu wróciła.Tak na marginesie przydałoby mi się trochę sportu,bo się kurka zasiedziałam i niedługo chyba zardzewieję:D

    OdpowiedzUsuń
  16. usmialam sie znowu :);)swietnie piszesz :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Aneta - olej to jakby dość ważna część składowa samochodu - lepiej nie zwlekaj, bo on jest tańszy niż remont silnika ;-)

    Ewa - wymień, bo jak się popsują to nic nie zaświeci ;-))

    Aagaa - a to ja się bardzo cieszę! NIe ma to jak zdrowy śmiech i takiż sen!

    Elkalena - no patrz! Też nie wiedziałam, że są samochody bez świec! To dopiero!

    Kiniu - w zasadzie Twój Rafał Ci asystuje w różnych sytuacjach, no to w sumie jakby assistance ;-)

    Elizo - jak zadzwonisz, to się nie stremuj moim nowym halograniem ;-))

    Elu - hamulce mam sprawne - sprawdzane są przynajmniej trzy razy w roku. Książkę pojazdu też posiadam, ale wpisy skończyły się wraz z upływem gwarancji ;-)

    Basiu - wcale dużo nie wiem! Ja poznaję samochody jakby tak na własnej skórze ;-)

    Magda - pewnie jeszcze nie raz dzięki mnie wpadną w zdziwienie... Przynajmniej mają jakieś urozmaicenie ;-)

    Aniu - jak widzę w komentarzach, to dwie dziewczyny postanowił coś zadziałać przy swoich autkach. Tak więc nie jest źle!

    Arkadio - nie zostawię autka, bo ja za leniwa jestem i nie chce mi się korzystać z komunikacji miejskiej. Czułabym się jak wygnana z raju :-DD

    OdpowiedzUsuń
  18. Czy ty sumienia nie masz kobieto? Toż obiad powinnam robić a ja tu siedzę i czytam i prawie z krzesła ... przepraszam "fotela dyrektora" (tak miał napisane gdy kupiłam, a nie żebym dyrektorem była;-)) spadłam, jeszcze bym rączęta połamała i nici z żarcia

    OdpowiedzUsuń
  19. Genialne są Twoje samochodowe przygody ,uśmiałam się za wszystkie czasy :Dzięki :))
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  20. omg a ja marzę o posiadaniu samochodu ..... ale boję się takich przygód ... i co ja mam robić :(

    OdpowiedzUsuń
  21. Taaa, samochód to nieustające zródło śmiechu.Ale ostatnio jakoś nie mam wielu zrywania boków, bo warsztat, w którym go serwisuję daje mi do ręki kartkę z wypisem tego, kiedy i co mam w najbliższym lub dalszym czasie wymienić. Drugą taką samą kartkę przyklejają mi pod maską silnika.Ale gdy jezdziłam fiatami to było trochę zabawy, oj było.Kiedyś utknęłam maluchem w pobliżu wsi Trojany- z dzieckiem, psem, niedziela po południu, żadnego telefonu.Jakaś litosierna dusza zatrzymała się, gdy rozpaczliwie machałam łapą, ja dałam nr telefonu do domu i udało się.... chłop mi z pomocą drogową przyjechał około 22-giej. Rok pozniej, już jezdzilam kolejnym fiatem, moim ulubionym Uno.Coś mi ciągle w nim stukało.Pojechałam do warsztatu, długo macali, kręcili głowami, raz się przejechali i wydali werdykt- to nie filharmonia, tu się nie nadsłuchuje. Zmieniłam warsztat i okazało się,że miałam rację- łożysko mi padło.A teraz jezdżę getzem, wiem tylko gdzie się wlewa paliwo i płyn do spryskiwacza.I tak jest fajnie.Tylko nie ma się z czego posmiać.;(
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
  22. No, ja to raczej z tych, które wiedzą gdzie wlać płyn do spryskiwaczy i benzynę, całą resztę zostawiam fachowcom :). Grzecznie, raz do roku jeżdżę na przegląd i jak na razie wszystko gra :). Jedynie w zeszłym roku musiałam wymienić żarówki w reflektorach, ale z tym też pojechałam do warsztatu i całe szczęście - gdy zobaczyłam ile musiał się mechanik namęczyć, żeby je wymienić, wiem, że sama nigdy tego nie będę robić :).

    OdpowiedzUsuń
  23. Ja nawet płynu do spryskiwaczy nie wiem, gdzie wlewać :P W mojej opinii samochód ma 3 stany - jeździ, nie jeździ, jedzie do mechanika :) Ale do mechanika to juz męża wysyłam, więc niestety żadnych anegdot motoryzacyjnych nie znam, ale Twoje faktycznie interesujące!

    OdpowiedzUsuń
  24. O mamo! A myślałam że to ja taka "szczęście" przyciągająca...

    OdpowiedzUsuń
  25. Beatko - dobrze, że nie spadłaś, bo nie daj Bóg mogłabyś złamać sobie rękę!!

    Ela - bardzo proszę :-))

    Madziu - ależ nie każdy MUSI mieć w standardzie takie przeboje jak ja :-DD


    Anabell - fiaty to bardzo specyficzna marka. Też miałam kaszlaka. Ileż on mi dostarczył niezapomnianych wrażeń!!

    Frasiu - ja też sama żarówek nie wymieniam - mąż się przyuczył, bo moje autko jest jakieś takie żarówkożerne mocno.

    Gunnilo - ale tankować chyba sama umiesz???

    Iwonko - jak widać nie tylko Ty ;-))

    OdpowiedzUsuń
  26. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  27. Monika jak żyję tak się nie uśmiałam,aż mi się łzy polały.Nie chciała bym się ja moim peugeot-em znaleźć w takiej sytuacji coś mi się zdaje że za taki telefon mój mąż skrócił by mnie o głowę co najmniej..:> Pozdrawiam.Miłego popołudnia życzę ,bez ekscesów samochodowych.

    OdpowiedzUsuń
  28. Ata osz Ty. Zawsze mnie rozbawisz, albo się popluje, kawą lub herbata opluje..... Dobrze,że ja nie mam auta, bo nie wiadomo co by było he he

    OdpowiedzUsuń
  29. http://gosinoweszalenstwa.blogspot.com/
    Pomóżmy Gosi, dobrym słowem, warto!!!

    OdpowiedzUsuń
  30. Czary mary - bez przesady! przecież ja samochodu nie popsułam z premedytacją! Mnie mąż o nic nie skrócił. Może dlatego, że nie jeżdżę Peugeot'em?

    Ewo - to może na wszelki wypadek nie spożywaj niczego podczas lektury moich postów ;-)))

    Anonimie - nie wiem o co Ci chodzi.

    OdpowiedzUsuń
  31. do cz. I
    Moja kiedyś nieopatrzenie wjechała w coś jakby zlewkowego. Przyjechała do dom, ja patrzę, że jakieś makarony i inne syfy wiszą z zawieszenia. Widok nie był za przyjemny a do tego smród...
    do cz. II
    Ty to masz wagę w rekach. Żeby wyczuć na ciężarze opony zdechłego szczura? Musiałaś go nieźle dokarmiać.
    cz. III
    Kranik zobaczyła, dobre. A może beczułka z winem się Tobie zaświeciła?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż ja mogę napisać:
      do cz I : wystarczyło żonie samochód umyć,
      a nie wąchać :-P

      do cz. II: mam wagę w rekach. Taka karma. A szczur był słusznych rozmiarów, bo psicy jedzenie kradł z gara (odpędzając ją wcześniej).

      do cz. III: silnik z profilu na desce rozdzielczej wygląda jak KRANIK! Weź se wyjmij oryginał spod maski, a sam się przekonasz :-PP

      Usuń
  32. PODDAJĘ SIĘ !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  33. 1,2,3,4,5...10! NOKAUT! ;-P

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że chcesz pozostawić po sobie ślad :-)