sobota, 31 grudnia 2011

Muzułmańska babcia

Zaległości się nazbierało, że hoho!
Więc tak z końcem roku trzeba przynajmniej kilka z nich przedstawić szerszemu ogółowi.

No to zaczynamy!
Pokazywałam w tym poście, że coś tam mi wisi na drutach...
No to już nie wisi i to od dość dawna.
Się zrobiło i teraz wisi na mła!
A dokładniej to grzeje mi szyję i to co powyżej.

Szyjogrzejo-komin zrobiony jest z wełny Corridale. Jest mięciutki, nie gryzie i grzeje jak szalony!
A gdzie ja tę wełnę dorwałam?
No co za pytanie!
Oczywiście, że u Laury !

Kolorki super! Takie zupełnie inne od moich i pewnie dlatego tak chętnie wrzuciłam tę wełenkę na druty, żeby zobaczyć jak też będę w takim zestawie wyglądać.
Jestem zadowolona, aczkolwiek moje urocze córeczki sprowadziły mnie na ziemię swoimi trafnymi spostrzeżeniami...

Kiedy zakończyłam dłubaninę, natychmiast założyłam na się i krygując się przed lustrem w obecności młodszej latorośli zadałam niewinne pytanie:
-No? I jak wyglądam?
Odpowiedź padła natychmiast:
-Fajnie. Jak muzułmanka!
Pffff!
Więc poszłam zaprezentować się i przy okazji pożalić do starszej.
-I jak??
-Fajnie. Jak babcia z bazaru!

Tak więc zostałam muzułmańską babcią!!
Wcale mnie ta ksywka nie zraża i zamierzam nosić swój nowy grzejnik nie tylko na szyi, ale również na głowie!
Ku zgrozie własnych bachorów!
O!
No bo chyba aż tak strasznie nie wyglądam??




We wspomnianym wyżej poście pokazywałam również zaczęty szalik bąbelkowy dla Ani.
Też już wieki temu skończony i używany z radością przez młodą właścicielkę





I ostatnia na dziś zaległość.
W święta oprócz wspomnianych wcześniej biżutków powstał też mini koteczek, czyli młodszy brat prezentowanego już kota
Jak widać, to zupełne maleństwo mieszczące się bez trudu na dłoni.


No to tyle na dziś.
Kolejne zaległości (a sporo ich mam) niebawem.

czwartek, 29 grudnia 2011

Pytanie na śniadanie

Tak więc jak pisałam wczoraj, Joanna była dziś na wizji (że tak "fachowo" się wyrażę).

Jak wypadła?

Moim nieobiektywnym zdaniem matki - była świetna!
Spokojna i rzeczowa.
Zresztą obejrzyjcie i same oceńcie:
Pytanie na Śniadanie

I drugi link na youtubie Na wypadek, gdyby pierwszy nie działał.

środa, 28 grudnia 2011

Obnażam...

Dzisiejszy wpis będzie prawdopodobnie czymś w rodzaju wrzucenia granatu do szamba.

Nie przyzwyczaiłam Was do takich wpisów.
Tu się pojawiają raczej lajty typu robótki, czy opisy "ku pokrzepieniu serc"

Dzisiejszy zyska nowy tag: "a tu pospolitość skrzeczy"...

Rzecz dotyczy mojej Joanny.
Jak już wspominałam drzewiej, moje starsze dziecko poza tym, że jest dyplomowanym fototechnikiem, studiuje nauczanie początkowe z wychowaniem przedszkolnym w Kolegium Nauczycielskim.
Wspominałam chyba również, że pracuje.
Nie musi, ale chce.

A właściwie powinnam użyć czasu przeszłego:
NIE MUSIAŁA, ALE CHCIAŁA...

Fotografia...
Wiecie już, że to nie tylko jej zawód, ale i pasja.
A od niedawna jak się okazało przysłowiowy gwóźdź do trumny...

Nie będę się rozpisywać, bo zrobił to za mnie ktoś inny.

Poczytajcie:
http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,10877679,Wrzucila_zdjecia_na_Facebooka_i_wyleciala_z_pracy.html

Jutro będzie ciąg dalszy.

Asia dostała zaproszenie na nagranie do programu "Pytanie na śniadanie" (program drugi TV, godzina 8:30 - 10:55)

To tyle z mojej strony na dziś.

wtorek, 27 grudnia 2011

Z powodu nieróbstwa

Przede wszystkim bardzo Wam dziękuję za życzenia.
I za te pod poprzednim postem i za te przesłane drogą mailową, telefoniczną oraz tradycyjne, papierowe za pośrednictwem PP :-)
Takie dowody pamięci są szalenie miłe i budujące :-)

Ogólne, banalne stwierdzenie znane wszystkim "święta, święta..." raczej mnie irytuje.
Więc podsumuję je krótko i zdjęciowo.
A właściwie to raczej wczorajsze bardzo późne popołudnie...
Człowiek przejedzony, zadowolony, wypoczęty iiiii jakby z lekka znudzony...
Niby coś się podziergało jakieś jedno i drugie, niby się pogadało i pośmiało przy świątecznym stole, niby się zrelaksowało wzięło ciało, ale w pewnym momencie pod sufitem zaczęło coś drapać... Coś zaczęło się wykluwać... Z powodu nieróbstwa przymusowego i braku pogoni za uciekającym czasem...

No to co miał zrobić człowiek z tym sufitem pełnym pomysłów??
No zrealizować!
Se wzięłam i usiadłam przy elegancko przybranym w świąteczne artefakty stole, od niechcenia wysypałam kilka takich tam pierdółek, jakieś sznureczki...
Przyszła Ania:
-Co robisz?
-A ja wiem? Jakieś takie tam supłam sobie z nudów...
-Mogę z tobą? Też się nudzę chyba.
-A po co pytasz :-DD
No właśnie! Po co???
Po co ja ją dopuściłam???
Chyba tylko po to, żeby mi smarkata poprzeczkę ustawiła wysoko!
Zrobiła! A jakże!
Najpierw nieśmiało bransoletkę, a potem się wziął i dorobił naszyjnik!

Mało jej było sukcesów??
NIE!
To jeszcze machnęła drugą bransoletkę!
Nawet Fredek był zachwycony i krótko po pstryknięciu fotki zwiał z bransoletką w zębach!

Tak więc małolata uniesiona dumą machnęła kolejną, tym razem z ulubionym błękitem:


Uh!!
Jajo LEPSZE od kury!

Kura zniosła upokorzenie z dumą i godnością osobistą i pierdyknęła takie o:





Żeby nie było! Robię teraz potajemnie naszyjniki i inne bransoletki.
I wcale się nie przyznałam, że już jutro przyjdzie apetyczna przesyłka z kolejną porcją półproduktów. Może małoletnia nie zauważy i matka karmicielka zdoła sama coś sensownego stworzyć??
Chude dziecko starsze zachwyciło się radosną twórczością matki oraz siostry i z nudów chwyciło za aparat i dzięki niej możecie podziwiać, co powstało wczoraj w moim "magicznym" domu ;-D

sobota, 24 grudnia 2011

Świąteczna kartka dla Was :-)

Niech zbliżające się Święta Bożego Narodzenia będą przepełnione spokojem, ciepłem oraz radością z przebywania w gronie rodziny i przyjaciół.

Niech się spełnią najskrytsze marzenia i pragnienia.

Wesołych Świąt dla Was i dla Waszych najbliższych moi wierni Czytelnicy!


Ps: Zaznaczam, że kot Fredek nie ucierpiał podczas tej sesji - to raczej fotograf i twórca kartki w jednym (czyli Joanna) była bliska palpitacji serca z powodu niesubordynacji modela ;-)

środa, 21 grudnia 2011

Ciasteczkowe Potwory

Kto nie zna Ciasteczkowego Potwora??
Wszyscy! A przynajmniej o nim słyszeli.
U mnie w domu żyje i ma się dobrze kilku takich potworów...

Wczoraj wieczorem pogadywałyśmy sobie z Chudą na temat konieczności zabezpieczenia ciasteczek na wigilię klasową młodszej.
Matka karmiąca, czyli ja nie miała żadnego pomysłu poza prymitywnym zakupem gotowców sklepowych.
Zasłaniała się brakiem czasu, weny no i nie ukrywajmy - chęci...
Chuda niestety temat łyknęła (jak ciasteczka!), i o godzinie 22:00 powlokła lekko już zaspaną matkę przed własny monitor i pokazując palcem powiedziała krótko, acz znacząco:
-O! To! - i zamlaskała niczym Ciasteczkowy z Sezamkowej...
-Nooo... - odezwał się potwór nr dwa w osobie jej rodzicielki.
-Ale wiesz? - nr dwa lekko się przecknął - barwników spożywczych nie mamy.
-Oj to się kupi!
-Na mnie nie licz! Mam zgoła inne plany na jutro - nie będę jeździć po Warszawie!
-To ja poszukam! - rzekła dumnie Chuda, wypinając klatkę z piersiami.
-Ok - odparła ugodowo matka notorycznie niedospana i powlokła się w stronę barłogu.

Rano, przy kawie, zaczęła szukać telefonicznie tychże barwników nękając na ten przykład koleżankę Sylwię. Sylwia się wyparła znajomości z barwnikami.
Więc matka tym razem zwana poszukiwaczem chujaka, czyli drzewka okolicznościowego, ruszyła w drogę.
Chujaka zanabyła ku swej radości po 20 minutach od wyruszenia z domu.
Więc zanęcona takim ogromnym sukcesem, rzuciła się na poszukiwanie barwników. Tak przy okazji powrotu pod adres zameldowania...
Zwiedziła ona była kilka sklepów. W jednym ku swej radości przeogromnej nadziała się na ekstrakty spożywcze! Ucieszyła się jak głupia, że ma takie bez mała pod nosem. Wprawdzie za kosmiczne pieniądze, ale rozgrzeszyła się, że tego się ciut-ciut używa i licha butelczyna na lata świetlne jej wystarczy.
Zaznaczam, że NIE KUPIŁA! Wystarczy jej świadomość, że wie gdzie "łone som"!
I liczy na to, że nie zapomni ;-)
Wróciwszy do domu swego rodzinnego matka zamieniła się w kobietę garującą. I jakoś się jej tak duuużo czasu nagle zrobiło...
I się z tego czasu wzięło i zagniotło ciasto.
Na te ciasteczka oglądane wieczorową porą dnia poprzedniego...
No tak jakoś...
Bo mimo braku barwników, plany miały obie dwie siostry co by zrobić te ciasteczka...
Zapakowała matka ciastkowa surówkę ciastową do michy, przykryła folią co by nie obsychało i cierpliwie czekało na powrót pomysłodawcy do domu z uczelni...

Chuda powróciwszy do domu z triumfem zaprezentowała matce (tym razem zdumionej) dwa barwniki: zielony i niebieski.
W formie żelu.
Kolory jak się okazało były konsultowane telefonicznie przez Chudą z Ciasteczkowym Potworem nr trzy, czyli Aniusią...
Tak więc obie dwie opanowały mi wzięły kuchnię...

Każda z nich ma w łapkach swoje ulubione kolorki :-)

Upomniałam Chudą, że paznokcie jej nie pasują do jej ciasta, ale tylko prychnęła z lekceważeniem i zapozowała łapskami do fotki:

Prychanie nie wyszło jej na zdrowie (chociaż urody nie sponiewierało)
Wniosek - nie wydzielać zbyt dużo dwutlenku węgla przy sypkiej mące ;-D


Ania, dziecko zrównoważone i spokojne (acz również z gatunku potworów ciasteczkowych), ze stoickim spokojem wycinała swoje błękity:

Aś natomiast szalała z zielniną:



Matka łakoma (potwór najstarszy) pilnowała czasu pieczenia ( ze zmiennym skutkiem ;-))

No i w końcu ciasteczka były gotowe!!
I można nimi karmić nie tylko oczy, ale i podniebienie!

Są pyszne! Kruchutkie, nie za słodkie, delikatne i takie kolorowe :-D
Jedzenie ich wciąga jak łuskanie pestek słonecznika!
I z tegoż to powodu w okolicach piątku powstanie kolejna partia (jak znam życie) solidnie powiększona pożywki dla Ciasteczkowych Potworów.
A gdzie przepis?
No jak gdzie??
U mnie! Na drugim blogu, czyli w Garkotłuku :-D

sobota, 17 grudnia 2011

Bez sensu...

Czasem kupujemy coś zupełnie bez sensu, bez wyraźniej potrzeby.
Ot tak - bo może się przyda, bo fajne, bo miękkie, bo ładne i ogólnie do nas przemawia...
Tak też było z moteczkiem pewnej włóczki, którą dorwałam ponad rok temu gdzieś na lumpach szukając serwetek do paverpola.
Wzięłam to coś do ręki, bo urzekł mnie kolor.
A jak już to trzymałam, to się nie mogłam rozstać.
Żal było porzucać coś tak milusieńkiego!
-I po co mi to? - pomyślałam
-Kup, kup - szepnął Miecio - takie ładniusie... Jak nie kupisz, za czas jakiś będziesz żałować! Bo nie zapomnisz tej miękkości!
Pomyślałam, że łajza wredna z tego Miecia, ale rację może mieć.
Kupiłam. Wrzuciłam do innych włóczek i tak sobie kłębuszek leżał.
I czekał na zmiłowanie.
Od czasu do czasu brałam go do rąk i pytałam złym głosem Miecia:
-No?? Przydac się miał! Do czego niby? Z 50 g nic nie wydziergam!
Mietek nic nie mówił, tylko chichotał, jakby chciał powiedzieć - ja tam swoje wiem!

No i był sobie ten kłębek w stanie nieprzerobionych 43 m bieżących...
Aż do dziś.
Rano wyciągnęłam go na światło dzienne. Wzięłam druty i...
I zrobiłam kota!

I zdjęcie z półprofilu:

Koteczek wcale nie jest taki malutki jakby się mogło wydawać - jest co w rękę wziąć.
Poniżej fotka z pudełkiem zapałek, czyli z uniwersalnym narzędziem porównawczym:

Wprawdzie daleko mu do rozmiarów Kocambra, ale też nie należy do tycich maskoteczek mieszczących się w dłoni :-)

Wiecie co - nieskromnie powiem, że mi się podoba.
Zarówno kotek, jak i jego proces powstawania. Tak to ja lubię - szybko, łatwo i przyjemnie ;-)

niedziela, 11 grudnia 2011

Broomstick

Broomstick, czyli robótki na kiju od szczotki wciągają mnie coraz mocniej i coraz bardziej jestem zaniepokojona stanem umysłu nie tylko mojego, ale i koleżanek mych.
Jedna taka ( Sylwia - póki co przemilczę, że o Ciebie chodzi), w desperacji spowodowanej brakiem odpowiednich drutów, chciała wyrwać ze ścian rurki doprowadzające ciepłą wodę do grzejników...

Na szczęście dla mojej rodziny posiadam druty w miarę grube, ale jeszcze ( z naciskiem na JESZCZE) nie tak grube, jak mi się marzą i jakie są mi potrzebne...
Bo rozszalała ma wyobraźnia podsuwa kolejne pomysły na kijowe robótki...

Póki co skończyłam szalik prezentowany wspomnianym wyżej poście, a do kompletu dziergnęłam mitenki.
Całość wygląda ło tak:

Fajnie wygląda, no nie? :-))

Dane techniczne:
Drut 12', szydełko dopasowane do włóczki.
Włóczka "Tremori" Knitting Yarn (kupiona za podszeptem Miecia ponad rok temu w Lidlu) 50g/115m, 100% poliakryl.
Wyszło mi nie wiem ile, bo motki miałam porozpizgane - znaczy rozpoczęte.
Na pewno były dwa całe. I dwa ruszone w różnym stopniu.
Rozmiar szalika nie oszałamia: 150 cm na 17 cm.
Czyli po prostu szalik. Nie mylić z szalem ;-)

Mimo sztuczności jest to ciepłe i przytulne - już wypróbowałam ;-D
W planach do tego kompletu jest jeszcze opaska, ale nie wiem czy zrobię, bo obawiam się, że z uwagi na kolor będę wyglądać jak w bandażu ;-)


Ale nie tylko samym kijem człowiek żyje.
Równolegle powstaje szaliczek dla Ani
Z włóczki bąbelkowej.

Miłe toto, mięciutkie. Ten jest robiony po bożemu - na dwóch drutach.


Dalej.
Również metodą tradycyjną dziergam sobie coś...

Co? Jak skończę, to powiem i pokażę ;-)

Nie tylko włóczką człek się odżywia.
Człek porobił trochę takich tam koralikowców.
I są już (W KOŃCU!!) dostępne u mnie w Artillo.

No to oddalam się krokiem posuwistym w stronę drutów, mając pod sufitem wizje kolejnych takich tam różnych.

wtorek, 6 grudnia 2011

Tytułu dziś nie będzie...

Nie wiem jak mam zacząć....
Brak mi słów.
Natłok myśli.
Żal.
Bezsilność.
Rozpacz.
Złość.
Nienawiść.

Była. Między nami. Blogowała. Tworzyła. Miała dzieci. Ostatnio nadzieję na lepsze życie.

ŻYŁA!!

Jak zaczęła się nasza znajomośc?
Banalnie. Napisała do mnie na gg. Podziękowała za kurs frywolitek. Pytała o kilka szczegółów. Wysłała parę maili z pytaniami.
Od słowa od słowa stawałyśmy się sobie coraz bliższe...

Ostatnio na FB wrzuciła zdjęcie. Stała na moście. Rękę trzymała na balustradzie.
Była roześmiana. Zrelaksowana. Nareszcie spokojna i patrząca z nadzieją w przyszłość.
Przyszłość, którą wzięła we własne ręce. Przyszłość, która miała być dla Niej i dla Jej dzieci NORMALNOŚCIĄ...

Była...

Już Jej nie ma między nami...

Bożenka...


A teraz pytam: KIEDY ZOSTANIE PRZYWRÓCONA KARA ŚMIERCI??
Ile jeszcze lat z naszych podatków będą utrzymywane takie bydlęta, jak ten i wielu innych morderców??
Jak długo jeszcze najwyższym wymiarem kary w tym państwie będzie dożywocie z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienie po latach kilku-kilkunastu?


Pseudo obrońcy życia! Co macie na usprawiedliwienie??
Co usłyszą od was dzieci Bożenki??
One również są ofiarami! Kto wie czy nie większymi, niż Bożenka.

Z natury jestem pacyfistką, ale po takich informacjach jak ta, jestem za przywróceniem kodeksu Hammurabiego!

niedziela, 4 grudnia 2011

Kijowe robótki...

Rzecz będzie o kiju od szczotki.
I to wcale nie w duchu porządków przedświątecznych.

Do czego może służyć kij od szczotki poza swą życiową funkcją, do której został powołany?
1: położony na dwóch krzesłach może być wykorzystany jako:
a: poręczna i podręczna suszarka dla koca
b: jak rzeczony koc wyschnie, mogą w komplecie z kijem służyć jako parawan w teatrze kukiełkowym
2: kijem od szczotki podobno można stukać w sufit uciszając zbyt rozbawionych sąsiadów.
3: kij od szczotki bywa również przydatnym przedłużeniem ręki zbyt krótkiej osoby sięgającej, gdzie wzrok nie sięga ;-)
4: kijem od szczotki można było również uruchamiać Fiata 126P (to były czasy!!)

Itp itd...
Ilu ludzi, tyle pomysłów.

A kto wie, że kij od szczotki może być również całkiem zgrabnym narzędziem robótkowym??

Ja dowiedziałam się tego wczoraj na Targach Rękodzieła na Saskiej Kępie.

Na stoisku obok mojego wystawiała swoje wyroby pewna Ania
Bardzo ładne nawiasem mówiąc!
Nie przyglądałam się początkowo zbyt dokładnie. Zarejestrowałam jedynie, że jest u niej bardzo kolorowo i tak radośnie.
W oczekiwaniu na klientów, wetknęłam nos w książkę i byłam w tym momencie stracona dla świata. Thriller pochłonął mnie bez reszty ("Chemia śmierci" Simon Beckett - polecam!!).
Jednak jakieś tam odgłosy ze świata zewnętrznego czasem do mnie docierały...
-O! Jaki fajny szalik! Jak on jest zrobiony?
-A to na kiju od szczotki...
Myślałam, że lektura cokolwiek mi zwoje mózgowe poprzestawiała i coś źle przyswajam...
Za czas jakiś to samo pytanie i ta sama odpowiedź...
Po kolejnym razie nie wytrzymałam, zamknęłam książkę i zażyczyłam sobie prezentacji tego szalika zrobionego na czymś, co się do robótek nie nadaje!!
I co?
-O rany! Jaki fajny!! I on jest na kiju robiony???
-Tak :-DD
-Jak to?
-Najpierw robi się zwyczajnie łańcuszek na szydełku, potem zakłada się pętelki na kiju, a później przerabia się słupkami lub półsłupkami i tyle!

Ha! Faktycznie! Brzmiało łatwo i zrozumiale. Łańcuszek umiem robić, półsłupki od słupków odróżniam, kij od szczotki mam :-D

Kiedy wróciłam do domu natychmiast zapytałam wujka google o dokładniejsze informacje na temat tejże dziwnej techniki.
Znalazłam bez trudu.
I oczywiście nie zwlekając wywlokłam jakąkolwiek włóczkę typu no name w celu poczynienia prób.
Wciągnęło mnie to niebotycznie!
Zamiast kija od szczotki użyłam drutu nr 12mm. Wprawdzie zalecane są 15-20mm, ale chwilowo (z naciskiem na CHWILOWO!!) nie posiadam takowych. Demolowanie szczotki mnie nie pociągało, a słupy telefoniczne za mocno są osadzone w ziemi i wydają się ciut nieporęczne ;-)

No to teraz efekty moich zmagań z nową techniką:
To jest prawa strona robótki
A to lewa, moim zdaniem ładniejsza ;-)

Powstaje szalik. Tych nigdy za wiele ;-)
Robi się super!
Z całą pewnością zakupię grubsze druty, bo 12' jednak są moim zdaniem ciut za cienkie. I żeby uzyskać bardziej ażurowy efekt, będę robić większe pętelki.
Ostrzegam wszystkie robótkowe panie: ta technika wciąga!! Niczym chodzenie po bagnie ;-)